Wyniki wyszukiwania : Morawiecki

wrz. 212021
 

Trochę się wahałem wczoraj czy umieścić tu taki tytuł, ale ostatecznie się przekonałem, że jednak warto. Skoro Piotr Niemczyk, były szef UOP ma na patronite profil, na którym zbiera pieniądze, by wydawać za nie książki o nauce szpiegostwa, to chyba tytuł ten nikogo nie zbulwersuje. Zacznę jednak od teatru. Rozdawali wczoraj w Zamościu jakieś nagrody za reżyserię spektakli teatralnych. Rozdawała je żona Cezarego Gmyza, a całą imprezę firmował Jacek Kurski. Przemożne pragnienie prezesa TVP, by uchodzić za intelektualistę, wywołuje we mnie dreszcze i kiedy to widzę, jak on się tam męczy na tej scenie usiłując wydusić z siebie jakieś mądre zdania, zaczynam odruchowo dłubać w nosie, a mam też ochotę jeść gołymi rękami bez sztućców. Wszystko po to, by jakoś ten kulturalny stres odreagować. Wręczyli wczoraj główną nagrodę reżyserowi spektaklu, którego tytułu już nie pamiętam. Opowiadał on jednak o tym, jak to ojcowie Paulini ratują Żyda w czasie wojny. Żyd zaś prowadzi z przeorem długie rozmowy o tym, kto jest odpowiedzialny za holocaust – osobiście pan Jezus, czy też chrześcijanie, którzy nie zrozumieli jego przesłania. Takie tam dialogi lecą, sami sprawdźcie. Wskazanie Niemców jako winnych, nie wchodzi już oczywiście w grę, podobnie jak wymówienie nazwiska Hitler. Kontekst cierpienia musi być możliwie szeroki, a to oznacza, że trzeba koniecznie zaangażować w to samego Pana Jezusa. O tym, by wspomnieć słowem, że większość Niemców to protestanci, nie może być mowy, bo nagrody wręcza żona Gmyza, który jest protestantem i mógłby poczuć dyskomfort. Kiedy zaś winą za holocaust obarczy się Zbawiciela i jego wyznawców, nikt się nie obrazi, a Kurski to zrozumie i będzie myślał o sobie, że jest człowiekiem głębokim. Nie wiem, jak kończy się ta sztuka i nie chcę wiedzieć. Jej reżyserem jest – co stanowi drugi, równie istotny element anegdoty – Jacek Raginis Królikiewicz. To jest syn zmarłego przed kilku laty reżysera Grzegorza Królikiewicza, a nazwisko Raginis dodał sobie, po kapitan Raginis był jego pradziadkiem. Wszystkie te okoliczności powodują, że nadałem dzisiejszej notce taki oto tytuł. Mamy tu bowiem, w tym całym zestawie gadżetów, wyraźny rys wróżbiarski. Chodzi o to, że wróż lub wróżka, zanim zacznie wykonywać swoje czynności zawodowe musi się najpierw uwiarygodnić. Można to zrobić na kilka sposobów, ale w opisywanych przypadkach szklana kula i wypchana sowa nic nie pomogą. Potrzebne są inne rekwizyty. No i mamy je tam po kolei – sławnego bohatera, sławnego reżysera, głęboki metafizyczny i religijny kontekst. Pozostaje tylko wyjaśnić czemu służy wróżba. Mniemam iż chodzi o to czym będziemy żyli przez najbliższe dekady i jak kształtowane będą – poprzez kulturę i sztukę – nasze myśli. Każdy widzi jak – Pan Jezus jest odpowiedzialny za holocaust, a chrześcijanie mogą tę informację jedynie zaakceptować. Mam na myśli polskich chrześcijan, bo przecież nie niemieckich, którzy są dobrzy, albowiem oprzytomnieli w porę i porzucili tego zbrodniarza papieża. Każdy kto pamięta spektakle teatru telewizji emitowane za komuny, zauważył, że małymi wyjątkami były to przedstawienia o wymowie optymistycznej, a jeśli nawet nie, to grane na najwyższym poziomie i w zasadzie nie mające nic wspólnego z polityką. Tak, jakby komuna chciała powiedzieć widzom – bawcie się, wszystko będzie dobrze. I rzeczywiście było. To znaczy nie wybuchła żadna wojna.

Teraz mamy coś, na co patrzeć się nie da. Coś, co zostało obudowane gadżetami mającymi patriotyczną wymowę i przez to bezwzględnie wiarygodnymi. Nie wierzysz człowieku w dobre intencje reżysera Raginisa Królilkiewicza? Nie jesteś dobrym patriotą, nie rozumiesz sztuki, nie chcesz dobra Polski. No cóż, ja nie wierzę. Sprawdziłem sobie od razu co tam, dawnymi laty, reżyserował Grzegorz Królikiewicz, postać dość kontrowersyjna i uchodząca za buntownika. Przypomniał mi się też wywiad z tym panem, w którym poruszał on wszystkie możliwe tematy, byle tylko nie mówić o tym, co akurat robi. Wygłaszał też dość dziwaczne tezy dotyczące renesansowej rzeźby w Polsce. Dlaczego to czynił? Prawdopodobnie też chciał coś wywróżyć. Nie mogę tego jednak z całą pewnością stwierdzić po latach. Grzegorz Królikiewicz wyreżyserował też w roku 1981 film pod tytułem Klejnot wolnego sumienia. Opis tego filmu jest cokolwiek zdumiewający. Oto ów Klejnot, to po prostu Konfederacja Warszawska, która dała protestantom swobodę wyznania. Naprawdę jednak zainstalowała w kraju obce agentury i robiła jedność narodu. W filmie protestanci, jak wynika z opisu zabijają katolickie dziecko, a jego ojciec jedzie w związku z tym ze skargą do króla. Nie trafia jednak w dobry moment, bo Zygmunt August umiera, a Zamoyski popiera konfederację. Tak to opisują. Należałoby jednak ten film obejrzeć, albowiem jego rzeczywista wymowa może być inna. Królikiewicz bowiem został pochowany na cmentarzu ewangelicko augsburskim. Filmu nie sposób namierzyć i pewnie nigdy nie dowiemy się o co chodziło w nim naprawdę.

Dlaczego ja włączyłem do tego wszystkiego Mateusza Morawieckiego? Powodów jest kilka. Po pierwsze sytuacja na granicy i zachowanie Łukaszenki, który z całą pewnością ma niemieckie gwarancje i tylko dzięki nim uruchomił ruch bezwizowy z Pakistanem, Afganistanem i Irakiem. Niemcy bowiem wywierają wpływ na politykę amerykańską. Po drugie zachowanie Unii, która nie wypłaca nam pieniędzy, wykręcając się idiotycznymi wymówkami, po trzecie drakońskie kary za elektrownię Turów. Wszystko to, dokładnie tak samo, jak spektakl nagrodzony przez Kurskiego, ma charakter wróżby. Morawiecki nie chce ustąpić i czuje się bezpiecznie, chce pokazać, szczególnie przed wyborami w Niemczech, że Polska jest stabilna i dobrze rządzona. Taka Polska nie jest Niemcom do niczego potrzebna to jasne i zrobią oni wszystko, by wskazać, że są jedynym stabilizatorem sytuacji w środkowej Europie. Tusk zaś na dokładkę, zaczął kokietować wieś. To wygląda śmiesznie, ale moim zdaniem śmieszne nie jest. Ludzie bowiem na wsi chcieliby, żeby ktoś ich docenił i przestał traktować jak istoty z innej planety. To się Tuskowi nie uda, ale jego próby mogą zostać docenione. Wszystkie możliwe granice przekracza OKO Press, które puszcza na fejsie, jakieś sfingowane modlitewne śpiewy, w wykonaniu poprzebieranych za wiejskie kobiety aktorek. Są to niby modlitwy za tych, co umarli w bagnach Supraśli, albowiem zbrodniczy polski rząd nie udzielił im pomocy. I tu dochodzimy do metafizycznego zbioru znaczeń wspólnych z tym, co dzieje się za oknem i spektaklem Raginisa Królikiewicza. Czy te śpiewające kobiety wykonują jakiś, znany z obrzędów pogrzebowych w Kościele Katolickim utwór? Oczywiście, że nie. Nie wiadomo co to za piosenka. Przynajmniej ja nie wiem. Przebrane są, jak to na Podlasiu, za niewiasty miejscowe, w domyśle prawosławne. Czy jest z nimi jakiś prawosławny ksiądz? Rzecz jasna nie. Czym wobec tego jest ta uroczystość? – Wróżebnym teatrem.

W Polsce żywy jest całkiem spory obszar naśladownictw kultury ludowej, a celem tych aranżacji jest oderwanie tej kultury od Kościoła. Taka uwaga na marginesie.

Jeśli mamy więc takie okoliczności, a wybory w Niemczech tuż, tuż, należałoby to wszystko jakoś domknąć. Zaaranżować coś, co jasno pokaże jakie będą priorytety w myśleniu i działaniu politycznym Polaków przez najbliższe lata. I stąd właśnie taki tytuł. Dziwię się, że to nie Piotr Niemczyk napisał taki tekst, ale ja, człowiek nie mający przecież dostępu do istotnych narzędzi poznania w zakresie operacji tajnych, opisujący tylko to jedynie, co sam widzi.

Co w tym czasie dzieje się w kulturze niemieckiej? Opowiem dwie znane już anegdoty, które świadczą, że Niemcy są już na innym poziomie percepcji i tam, na tej wyżynie, za pomocą mrugnięć i uśmiechów, bez jednego słowa, porozumiewają się z Aleksandrem Łukaszenką. Nie wiem czy wszyscy pamiętają scenę z filmu Nasze matki, nasi ojcowie, w której widać spalony czołg T-34 z numerem 102. To było nawet zabawne.

Drugą anegdotę, ktoś tu ostatnio przypomniał. Oto powstał film o Czerwonym Baronie, Manfredzie von Richthoffenie, a jedną z występujących z nim postaci, jest żydowski kolega Manfreda, lotnik, syn bankiera, który bardzo się troszczy o swoje zdrowie i lata w futrze. Zestrzeliwują go oczywiście. Na koniec, w liście płac, pojawia się informacja, że jednak żaden Żyd z Richthoffenem nie latał. Obydwie te anegdoty powinny być przedmiotem głębokich studiów na wszystkich wydziałach reżyserii w Polsce. Można by na ich podstawie kręcić etiudy, a nawet seriale. No, ale żadna z nich nie uruchamia twórczych procesów w głowie prezesa Kurskiego, dlatego właśnie musi on szukać inspiracji gdzie indziej.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 022021
 

Opowiem pokrótce. Zacznę od dnia dzisiejszego, kiedy to, przed chwilą właśnie, przeczytałem na portalu WP tytuł Wstydliwa przeszłość żony posła PiS. Kliknąłem w to i okazało się, że ta żona bez wiedzy męża zgłosiła się do programu Top Model. On zaś ma inną wizję rodziny. Tak piszą. Co program Tom Model ma wspólnego z rodziną? I co to za mąż, któremu żona może wykręcać takie numery? Przecież ten To Model pokazują w telewizorach. I wszyscy by ją tam zobaczyli. Nie istotne. Chodzi o to, że w różnych kanałach telewizyjnych pokazują, bez przerwy właściwie życie kurew i złodziei, w najlepszym razie obmierzłych leni, które jest wręcz widzom stręczone. A jak żona posła PiS zgłosiła się do programu telewizyjnego, to jest jakiś problem. Z czego on wynika? Że nie zapytała o zgodę redaktora Miszczaka, czy jak on się tam nazywa?

Internet, ten który do mnie dociera przynajmniej, pełen jest nagrań oburzonych rolników, którzy protestują przeciwko reżimowi pisowskiemu. Najpierw tej koleś z Agrounii opowiada, że zamierza iść w politykę, bo sprawy zaszły już naprawdę za daleko i nie da się tego wytrzymać, a potem puszczają jakiegoś spasionego wieprza, którzy krzyczy do kamery, że rolnicy mają już dość, niech rząd do nich strzela, bo tego wszystkiego jest już za wiele. No i ten wieprz przeklina przy tym okropnie, a także daje wyraz temu iż nie rozumie istoty spraw wizerunkowych. Prześladowany rolnik nie może wyglądać tak, jak on, bo jest niewiarygodny. Prześladowany rolnik nie może nawet wyglądać tak, jak ten szczur z Agrounii, bo rolnicy się tak nie zachowują i nie używają takich formuł w komunikacji. To są wszystko kłamstwa rzecz jasna, a ludzie ci nie mają nic wspólnego z wsią. Ich rolą zaś jest rozwalenie kraju i postawienie go w sytuacji kryzysowej, która umożliwi jakąś interwencję. Powstrzymanie ich to w tej chwili chyba najważniejsza sprawa, ważniejsza niż rosyjskie manewry na Białorusi.

Sądzę, że pomysł, by wprowadzić stan wyjątkowy na Podlasiu i części Lubelszczyzny jest dobry i powinien być zrealizowany jak najszybciej. Nie potrafię bowiem zrozumieć, dlaczego ktoś taki jak Kramek nie został jeszcze deportowany i nie wręczono mu wilczego biletu, zakazującego wstępu do Polski. Aktywność tych tak zwanych posłów i posłanek opozycji na granicy polsko-białoruskiej powinna być ukrócona jak najszybciej. Obawiam się jednak, że tak się nie stanie, albowiem istnieje w PiS jakaś nieformalna organizacja wewnętrzna, która czuje się wobec tych osób zobowiązana i lojalna. Ciekawe dlaczego? Konsekwencje z tego wypływające są takie, że łatwiej przychodzi władzy narazić kraj na jakieś zagrożenie niż, pardon, narazić na wytrzęsienie w policyjnej furgonetce tłuste dupy tych posłanek.

Ilość informacji opisujących przeniewierstwa rządu, a także bohaterstwo prowokatorów przekroczyła masę krytyczną. Żyjemy od jakiegoś czasu w świecie przenicowanym, ale udajemy, że wszystko jest w porządku, bo weszło nam w nawyk pisanie i mówienie o głupim rządzie. Naprawdę, nie mam najmniejszego powodu, by okazywać cień sympatii Mateuszowi Morawieckiemu. To jednak co dzieje się w mediach powoduje, że zamieniam się powoli w jego szczerego sympatyka. Szczególnie kiedy widzę osoby pokroju Frasyniuka rzucające wyzwiskami w kierunku umundurowanych funkcjonariuszy państwowych. To jest niemożliwe do zaakceptowania i powinno skończyć się całkowitym ostracyzmem dla tego człowieka. Czy może raczej bałwana, bo ten wyraz bardziej do niego pasuje.

Czasy współczesne przypominają nieco pierwsze lata funkcjonowania blogosfery, kiedy to autorzy lewicowi, posiadający wszelką władzę i rząd na duszami, usiłowali przekonać czytelników, że są prześladowani i za chwilę w Polsce zatriumfuje faszyzm. Widzimy to choćby w wypowiedziach Adama Michnika, który wypowiada się u Wojewódzkiego w jakimś radio na temat niszczenia Polski przez Kościół. Ten wstrętny Kościół niszczy nie tylko Polskę, ale także całe chrześcijaństwo. I tu chciałbym zwrócić uwagę na rzecz szalenie ważną – dla Michnika jest oczywiste, że istnieje kilka rodzajów chrześcijaństwa i nie chodzi tu bynajmniej o obrządki heretyckie. On widzi kilka rodzajów chrześcijaństwa w samym Kościele Katolickim i chce wskazywać na te, które według niego są są chrześcijaństwem prawdziwym. Nazywa przy tym Tadeusza Rydzyka biznesmenem, a to znaczy tyle, że czuje się zagrożony w swoich poczynaniach biznesowych. Wojewódzki zaś mówi o setkach tysięcy dzieci molestowanych na plebaniach. I to przy – według tego samego Wojewódzkiego i istot jemu podobnych – przekonaniu, że w Polsce do kościoła nikt nie chodzi, a najmniejszą popularnością cieszy się ta aktywność wśród dzieci i młodzieży. Michnik gadał też coś ostatnio o doniosłej roli kobiet w życiu publicznym. I to jest doprawdy niezwykłe. Jak to się człowiek zmienia kiedy zostaje wreszcie starcem. Mimo nachalnego charakteru tej propagandy i nieudolnego bardzo charakteru propagandy rządowej, moja sympatia dla Mateusza Morawieckiego nie maleje. Przeciwnie – powoli rośnie. Nie czuję się z tym najlepiej, ale będąc osobą z natury przekorną, nie mogę zapanować nad tym odruchem. Do tego jeszcze wrzeszczący pastor Chojecki, który najwyraźniej postanowił zająć w polskim życiu publicznym miejsce Bartoszewskiego. Wszyscy ci ludzie sprawiają, że myślę coraz cieplej o premierze i całym rządzie. Nawet o Czarnku myślę ciepło, choć jest on wręcz kwintesencją nieudolności i zaniechań propagandowych rządu.

Jeśli do tego wszystkiego dołożymy zatroskanego Piotra Kraśkę, który opowiada w telewizji o losie uchodźców, jakże niepewnym, mogę się spodziewać, że zacznie we mnie narastać chęć wzięcia udziału w prorządowych demonstracjach.

Wczoraj dowiedziałem się, że istnieje w sieci ktoś, kto podpisuje się nickiem babka od histy. Jest to jakaś pani, która ponoć wsławiła się występami przeciwko Czarnkowi. Próbowałem znaleźć jeden z tych występów, ale jakoś nie mogłem. Babka od histy jest bowiem zapośredniczana jedynie przez dziennikarzy z „wolnych” mediów, a my mamy wierzyć w jej autentyczność. Wczoraj zaś dostała jakiś medal za wolność słowa czy coś podobnego. Podobnie jak więziony na Białorusi działacz Andrzej Poczobutt. I to jest zdumiewające, ludzie którzy wpływają na mój stosunek do Mateusza Morawieckiego, nagradzają więźnia reżimu, a jednocześnie chcą by funkcjonariusze tego reżimu przeniknęli na terytorium UE. I nikt nie potrafi tego fenomenu wyjaśnić. No, ale to już przecież było. Mało kto pamięta, że niedawno przecież Sikorski Radosław uruchomił bezwizowy ruch z Obwodem Kaliningradzkim. Nie wiem czy ten ruch nadal działa, ale jak na antykomunistycznego działacza i mudżacheddina walczącego w Afganistanie z rosyjską agresją, była to duża ekstrawagancja. Ta z nagrodą dla Poczobutta i obroną „uchodźców” jest trochę mniej widowiskowa, ale pokazuje kierunek działań. Wielu ludzi, szczególnie młodych go nie rozumie. Pewnie dlatego, że cała ich uwaga skupiona jest na tych parafiach gdzie setki tysięcy ich kolegów jest molestowanych przez księży. Samych księży, przypomnę, jest w Polsce około 20 tysięcy. Każdy z nich musiałby być więc pedofilem i dzień w dzień molestować dziesięciu ministrantów. Takie numery nie udałby się nawet Wojewódzkiemu, a gdzie tu mówić o jakimś wiejskim proboszczu. Jeszcze tydzień tych wygłupów i zacznę wielbić premiera.

grudzień 112017
 

Jeśli wziąć pod uwagę to co o nowym premierze napisał Igor Janke, to w zasadzie niczym. I jeden i drugi to są postaci spiżowe, a jednocześnie ludzkie i pełne wrażliwości. Oto tekst Jankego https://www.salon24.pl/u/jankepost/828469,mateusz-morawiecki-czego-o-nim-nie-wiecie , a na dokładkę macie tu starą piosenkę o Iwanie Koniewie z Piwnicy pod baranami https://www.youtube.com/watch?v=ZpUtpiXvKA0

Pytanie zadane w tytule jest więc zmyłką, ważne jest co innego. To mianowicie jakie pojęcie o ludzkich emocjach ma Igor Janke. Z tekstu, który napisał na temat Morawieckiego wynika, że zerowe. Dla Igora Janke bowiem wrażliwość manifestuje się poprzez obgryzanie pielmieni, a siła woli poprzez brutalność. Pomiędzy tymi dwoma jakościami, jakże przecież problematycznymi w ocenie, nie ma nic. To znaczy nie ma nic dla Jankego, bo dla nas jest. A jakby tego było mało potrafimy o co tam jest jeszcze pisać i mówić. Dlaczego więc Igor Janke nie potrafi? Myślę, że on bardzo chce, by go wreszcie przyjęli do polityki, a przez to zamiera w nim instynkt samozachowawczy i budzi się przekonanie, że jeśli będzie tokował w ten sposób jak to pokazał wyżej, to zostanie właściwie zrozumiany. Nie przypuszczam. No, ale każdy ma swoje rachuby na przyszłość i swoje złudzenia, którymi się karmi.

Zarówno Igor Janke, jak i Mateusz Morawiecki, bo trudno przypuścić, by ta prop-agitka, została opublikowana bez wiedzy i zgody premiera, nie zdają sobie zupełnie sprawy z tego jakie mamy w Polsce tradycje promowania polityków i autorytetów moralnych. Obaj korzystają z najgorszych, komunistycznych wzorów, a potem będą mieli pretensje do ludzi, że ich nie rozumieją, albo nie chcą im wierzyć. A jak mamy uwierzyć w to, że Morawiecki obgryzał pierogi? Nawet jeśli to była prawda, nie ma to znaczenia dla budowania wizerunku polityka. Nie można pisać takich rzeczy, bo nie o to chodzi w promocji. Ludzie, ze szczególnym wskazaniem na tak ukochanych przez politycznych manipulatorów ludzi prostych, nie lubią jak im się wciska taki kit. Nie po to co tydzień przez godzinę oglądali teleturniej Wielka Gra zanim go Wildstein zamknął, żeby im teraz wciskać kit o pierogach. Nie po to podziwiali tych wszystkich mistrzów, otrzaskanych z życiem i twórczością Jakuba Offenbacha, żeby im teraz Janke głodne kawałki o pielmieniach opowiadał. Może więc on to mówi do nas, do blogerskiej tłuszczy, która może i nie jest taką prawdziwą inteligencją, jak ją sobie Janke wyobraża, ale ma swoje narowy i lepiej żeby była przekonana co do intencji nowego premiera? Sam nie wiem. Pewne są następujące kwestie – jeśli w PRL próbowano uwiarygodnić pisarza, rozpuszczano pogłoski, że jest pisarzem katolickim. Ma to swoją długą tradycję, powtarzającą się także w naszych czasach. Pisarzem katolickim był, przypomnę tylko Cezary Michalski. Z czasów dawniejszych, najważniejszym pisarzem katolickim był Jerzy Andrzejewski. Jeśli Mateusz Morawiecki występując w telewizji Trwam i mówiąc o rechrystianizacji jest przekonany, że my to odbierzemy tak jak on chce, to muszę go rozczarować. Podobnie jest z wrażliwością i surowością naszego bohatera lansowaną przez Jankego. Gdyby zamienić nazwiska i zamiast Morawiecki, wpisać w tym tekście Orban okaże się, że to jest fragment książki pana Igora zatytułowanej „Napastnik”. Inaczej bowiem Igor Janke nie potrafi, co mam nadzieję już zostało wyjaśnione.

Jadę dziś do Warszawy, żeby porozmawiać z Józefem o sposobach promocji polityków. Nagranie zostało przesunięte na godzinę 14.30. Nie wiem czy na stałe, czy tylko dziś, ale raczej na stałe. Zamierzam poruszyć powyższe kwestię, a także powrócić do tego o czym już tu kiedyś była mowa. Oto w czasach kiedy nie było internetu, a cały rynek treści zajęty był przez gazownię, promocja polityków wyglądała dokładnie tak samo, jak nam to zaprezentował Janke. Pamiętacie to, prawda? Jan Rokita był według gazowni „piekielnie inteligentny”, a Hanna Suchocka, to była równa babka, która potrafi zakasać rękawy i wziąć się do roboty. W czasach kiedy nie było żadnej informacji zwrotnej, kiedy ludzie milczeli i zagryzając zęby czytali te dyrdymały, miało to może jakiś sens. Po co pisać dziś takie rzeczy, kiedy z góry wiadomo, jaka będzie reakcja? Trudno dociec, ale widocznie Janke ma swoje powody i nie może ani na chwilę zrezygnować z tej metody.

Ustaliliśmy jedną stałą, której istnienia Janke i Morawiecki nie podejrzewali pewnie nawet i która ich demaskuje – nie można korzystać ze złych wzorców, nawet w dobrej wierze. Promocja zaś nie polega na mówieniu prawdy, szczególnie kiedy prawda ta jest krępująca. Teraz kolej na drugą stałą – każdy polityk, podkreślam – każdy, który decyduje się na promowanie swojej osoby w ten sposób kończy na śmietniku. Być może na tym śmietniku jest tak świetnie, że Rokita i Suchocka już nie mogą się doczekać kiedy dołączy do nich Morawiecki, ale raczej nie podejrzewam ich o takie wyrafinowanie. Oni naprawdę wierzyli i wierzą nadal, że tak trzeba. To jest nie do zwalczenia.

Tak się składa, że tekst Igora Janke został natychmiast wyszydzony w gazowni, a Mateusz Morawiecki podobnie jak sam Igor zostali tam nazwani „prawicą’. To jest równie niezwykłe jak piekielna inteligencja Rokity. Ja tylko chcę przypomnieć w tym miejscu, że tenże Rokita, podobnie jak Hanna Suchocka również byli lansowani jako politycy konserwatywni i prawicowi. Okay, powiecie, oni muszą tak pieprzyć, żeby zachować pozory. No, ale my możemy im odpowiadać i mieć te pozory głęboko w plecach. I nie mówcie mi, że trzeba dać szansę nowemu premierowi, bo on nas o żadną szansę nie prosi. On przychodzi i staje na czele rządu, usuwając zeń Beatę Szydło, która sprawdziła się w roli polityka jak nikt. Morawiecki się nie sprawdzi i ja już dziś mogę przyjmować o to zakłady. Morawiecki będzie takim politykiem, jakim katolikiem był Jerzy Andrzejewski.

Do tego dodać musimy jeszcze sugerowane przez Jankego gorące umiłowanie Polski, które nowy premier zdradzał już wtedy kiedy był dyrektorem banku. Ci ludzie przylecieli tu z jakiejś nieznanej planety. Nie może być inaczej, musimy być więc przygotowani na najgorsze i pod żadnym pozorem nie możemy szukać z nimi jakiegokolwiek porozumienia. Jeśli spróbujemy, będzie po nas….

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące wspierali ten blog dobrym słowem i nie tylko dobrym słowem. Nie będę wymieniał nikogo z imienia, musicie mi to wybaczyć. Składam po prostu ogólne podziękowania wszystkim. Nie mogę zatrzymać tej zbiórki niestety, bo sytuacja jest trudna, a w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza. Nie mam też specjalnych oporów, wybaczcie mi to, widząc jak dziennikarskie i publicystyczne sławy, ratują się prosząc o wsparcie czytelników. Jeśli więc ktoś uważa, że można i trzeba wesprzeć moją działalność publicystyczną, będę mu nieskończenie wdzięczny.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim,

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

[email protected]

Przypominam też, że pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego przeznaczamy na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie ksiądz prałat dokonał swojego dzieła, a gdzie obecnie pełni posługę nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek.

Zapraszam też do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze, do Tarabuka, do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu GUFUŚ w Bielsku Białej i do sklepu HYDRO GAZ w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim.

marzec 092016
 

Wygląda na to, że rozchorowałem się na dobre. Nie mam siły pisać. Zostawiam Wam więc fragment tekstu z najnowszej Szkoły nawigatorów. Napisała go Ewa Rembikowska i jest to jeden z lepszych materiałów w tym numerze. Mnie się spodobał także dlatego, że nasz nowy minister od szczęścia, zdrowia i pomyślności, Mateusz Morawiecki, publicznie deklaruje, że wprowadzi nam dziś różne przedwojenne luksusy, takie jak pociąg lux torpeda. Ciekaw jestem czy na tym poprzestanie, czy może pójdzie dalej i zatrzyma się dopiero przy monopolu zapałczanym. Oby nie, oby premier Beata Szydło powstrzymała go we właściwym momencie. Ja – nie wiem jak Wy – nie tęsknię też za Lux torpedą. Wystarczy już to pendolino.

Idę chorować. Całość tekstu w najnowszej Szkole nawigatorów.

Właściwy człowiek

Patyczek, główka, draska. Jednym słowem zapałka. I któż by mógł przypuszczać, że tak banalne urządzenie do krzesania ognia stanie się w Polsce międzywojennej przedmiotem niezliczonych sporów polityków oraz artykułów w prasie codziennej i fachowej. Od zapałki zależeć będzie stabilizacja walutowa, budżetowa, polityczna. Ulicznicy będą o niej układać rymowanki i dowcipy, a niejeden wisus za zbliżenie się do pudełka zapałek w rodzinnej kuchni dostanie ścierką po głowie.

Przed pierwszą wojną na terenach Królestwa Kongresowego egzystowało 6 fabryk zapałek pokrywających 30% zapotrzebowania. Do roku 1922 powstało 16 fabryk, których produkcja znacznie przekroczyła zapotrzebowanie rynku wewnętrznego. Słaba waluta pozwalała na opłacalny eksport do Anglii, Francji i Holandii. W roku następnym wybudowano jeszcze 3 zakłady. Wyprodukowano 170 693 skrzynie po 5000 pudełek, w każdym pudełku 60 zapałek. Wywieziono za granicę 21226 skrzyń, zaś Monopol Rumuński zamówił 15 tysięcy skrzyń z dostawą na rok 1924.

Wraz ze stabilizacją waluty, czyli wprowadzeniem złotego polskiego eldorado się skończyło. Polska oferta okazała się za droga podczas licytacji dostaw zapałek dla Rumunii i Turcji. Ale nie to było największym niebezpieczeństwem. Ono przyszło ze Szwecji, gdzie pomimo konieczności importu surowców tutejsi inżynierowie postawili przemysł zapałczany na bardzo wysokim poziomie technologicznym. Natomiast w organizacyjne i finansowe karby ujął produkcję i sprzedaż zapałek Ivar Kreuger, gdy z jego inicjatywy powstała w roku 1917 „Svenska Tändsticks Aktiebolaget” (Szwedzka Akcyjna Spółka Zapałczana). Ivar Kreuger miał wówczas 37 lat i w swej megalomanii postanowił zmierzyć się z potęgą bankierów amerykańskich. Firma jego rozpoczęła działalność z kapitałem akcyjnym wynoszącym 45 milionów koron szwedzkich, niebawem dołączyło do niej kilka fabryk zagranicznych. Eksport ruszył z kopyta. Tej ofensywie Kreugera tamę położyły cła ochronne kolejno wprowadzane przez poszczególne państwa. Popyt na szwedzkie zapałki drastycznie zmalał, koncern zaczął się chwiać. Wydawało się, że jedynym sposobem ekspansji będzie wykup zakładów w poszczególnych krajach. Kreuger wymyślił jeszcze trzecią metodę. Pożyczka dla rządów w zamian za oddanie monopolu zapałczanego w jego dzierżawę. Jeśli chciał zostać bankierem, musiał mieć stały dostęp do pieniędzy. Szwedzkie kapitały były na to zbyt mikre. W roku 1919 założył pierwsze szwedzko-amerykańskie towarzystwo, w 1922 r. przyciągnął do współpracy kapitały angielskie związane z bankiem „Higginson & Co”, a w 1923 r. utworzył w Stanach Zjednoczonych „International Match Corporation”. Ze strony amerykańskiej do IMC weszły takie tuzy finansowe jak Rockefeller, „International City Co.”, „Guarantee Trust Co.”, „Bank Lee Higginson”, „Bank Dillon, Read & Co”, firmy Clark Dodge, Brown Brothers.

W tym samym roku pojawił się w Polsce, by rozeznać się w sytuacji. Polskę potraktował jako przyczółek do dalszej ekspansji. Umowa z rządem polskim na dzierżawę monopolu zapałczanego miała stanowić dla niego lewar w jego dalszej ekspansji kapitałowej. Wybrał Polskę, bo było w niej wszystko to, czego potrzebował. Rosła tu osika – drzewo idealne na zapałki, były komponenty chemiczne, tania siła robocza, brak kapitałów na rozwój produkcji, inflacja, chwiejne rządy, kłócący się posłowie oraz urzędnicy chętnie nadstawiający fartuszka.

Dzięki całej armii dobrze opłacanych informatorów doskonale orientował się, że w styczniu 1925 wygaśnie nałożona na Niemcy w traktacie wersalskim klauzula najwyższego uprzywilejowania wobec towarów z państw Ententy, w tym z Polski, no i Polska może wpaść w kłopoty. Wiedział, że Polska choć odzyskała państwowość jest krajem niesuwerennym walutowo. Ponieważ nie miała własnych rezerw złota, nie miała zdolności emisyjnej. Zabezpieczeniem emisji były dolary, które rząd pożyczał od USA na 7% w skali roku. Nieustająco szukał więc pieniędzy na spłatę odsetek dla bankierów.

Aby bardziej skomplikować sprawę, nie były to jedyne zobowiązania. Polska została również obarczona długami międzysojuszniczymi, zaciągniętymi w latach 1914-1919 wobec USA i Wielkiej Brytanii odpowiednio w wysokości 31 978 000 funtów szterlingów i 4 489 000 funtów szterlingów.

Mając taką wiedzę przystąpił Kreuger niczym pająk do tkania sieci, w którą w stosownym momencie wpadnie ofiara.

Kreuger początkowo wykupił 45% akcji największej polskiej fabryki zapałek o zdolności produkcyjnej 46 000 skrzyń rocznie, czyli Towarzystwa Akcyjnego dla Wyrobu Zapałek „Silesia” w Czechowicach i przystąpił do ataku. Wprowadził ceny dumpingowe i jednocześnie złożył propozycję wybranym właścicielom odkupu i akcji. On miał kapitał nieograniczony, oni stanęli pod ścianą. Wkrótce w rękach Szweda znalazło się 45% akcji spółki z o.o. „Watra” w Stryju oraz Zakład Przemysłu Zapałczanego „Płomyk” w Warszawie. W II połowie 1924 r. zakredytował Zjednoczone Polskie Fabryki Zapałek („Błonie”, „Mszczonów” i „Bracia Stabrowscy”). W Towarzystwie Akcyjnym „Iskra” wykupił urządzenia maszynowe. W sumie przejął 72% zdolności produkcyjnej polskich zakładów.

Byłych właścicieli zatrudnił jako zarządców w ich byłych zakładach z bardzo dobrymi wynagrodzeniami, jednocześnie nawiązywał kontakty w sferach urzędniczych i wśród posłów.

Rozmowy trwały przez cały rok 1924. Ze strony polskiej największymi optantami na rzecz ustanowienia monopolu państwowego na produkcję zapałek, a następnie wydzierżawienia go spółce szwedzkiej byli: premier Władysław Grabski, dyrektor departamentu Akcyz i Monopoli w Ministerstwie Skarbu Marian Głowacki oraz jeden z dyrektorów przejętej przez Kreugera fabryki Henryk Rewkiewicz, którzy jak taran łamali argumenty przeciwników ustanowienia monopolu.

8 lipca 1925 roku Sejm przyjął w trzecim czytaniu ustawę o monopolu zapałczanym, pomimo że ustawa była procedowana niezgodnie z obowiązującymi ówcześnie zasadami. Przeważyły argumenty premiera Grabskiego, iż 6 mln dolarów pożyczki w zamian za ustanowienie monopolu pójdzie na pomoc dla powodzian oraz górników z zamykanych kopalń, w związku z załamaniem się eksportu do Niemiec po rozpoczęciu przez kraj ten wojny celnej oraz na import zboża spowodowany klęską nieurodzaju.

Dziwnym trafem 1 maja 1925 roku, czyli na chwilę przed sformalizowaniem prawnym monopolu, weszła w życie nowa taryfa kolejowa, w której wprowadzono specjalne ulgi dla przewozu drzewa osikowego do fabryk zapałek. Kreuger był jednak dzieckiem szczęścia. Transakcja, którą przeprowadził z władzami Polski w pełni potwierdziła jego filozofię życiową, iż kapitał ludzkiej głupoty jest nieograniczony, zaś drobne podarki cementują przyjaźń.

W kilka lat później, już po samobójczej śmierci Kreugera, w tajnym notesie szwedzcy śledczy znaleźli dwa polskie nazwiska osób, które szczególnie się zasłużyły przy przeforsowaniu ustawy monopolowej, za co otrzymały porękawiczne w wysokości 2 milionów dolarów. Ale być może były to tylko plotki niemieckiej prasy. W każdym razie władze polskie wykazały daleko idącą powściągliwość w tej sprawie i nie nawiązały kontaktu z władzami szwedzkimi. Główny negocjator ze strony polskiej, czyli doktor Marian Głowacki opuścił ten padół łez w dniu 27 września 1925 roku w wieku zaledwie 44 lat, zabierając wszelkie tajemnice ze sobą do grobu.

Natomiast Henryk Rewkiewicz rok później już jako jeden z dyrektorów „Spółki Akcyjnej dla Eksploatacji Państwowego Monopolu Zapałczanego w Polsce” napisał z rozbrajającą szczerością tak: „Nie należy się łudzić: zagraniczny kapitał przychodzi do nas, aby zarobić, my zaś go potrzebujemy, gdyż go nam brak. Należałoby raczej życzyć Spółce, aby interesy jej w Polsce były jak najlepsze i aby mogła, nie naruszając interesów konsumenta, wygospodarować obie, a przez to również Skarbowi Polskiemu, jak największy zysk.” (Henryk Rewiewicz: „Obecne położenie w przemyśle zapałczanym” [w:] Przegląd Gospodarczy, nr 16/1926, s.792)

Dla Kreugera uzyskanie wyłącznej koncesji na produkcję i sprzedaż zapałek w Polsce było tak ogromnym sukcesem, że odtrąbił zwycięstwo, wygłaszając w dniu 28 kwietnia 1926 roku oświadczenie radiowe do akcjonariuszy amerykańskich, których zachęcał do zakupu akcji jego firmy, w założonej w roku 1924 pod nazwą „Swedish-American Investment Corporation”, której celem miało być pośredniczenie przy sprowadzaniu kapitałów amerykańskich do Europy. Firma ta za kapitały pozyskane na giełdzie amerykańskiej tworzyła następnie banki w krajach, w których Kreuger zdobył prawo dzierżawy monopolu.

Ustawa z dnia 15 lipca 1925 roku o monopolu zapałczanym przewidywała następujące zasadnicze warunki:

1. Czas dzierżawy trwa dwadzieścia lat.

2. Umowa zobowiązywała Spółkę do pokrycia całkowitego zapotrzebowania zapałek ludności Rzeczypospolitej oraz wyeksportowania w pierwszym roku po objęciu monopolu najmniej 15 tysięcy skrzyń po 5000 pudełek, w następnych zaś latach 33% krajowego zapotrzebowania rocznego.

3. Spółka zobowiązana była złożyć do dyspozycji ministra skarbu dolarów 5 500 000 z przeznaczeniem na wykup istniejących fabryk zapałek, wszelkich zapasów, surowców, półfabrykatów, maszyn, narzędzi i urządzeń do wyrobu zapałek oraz na inne cele inwestycyjne, jako też na wypłatę przewidzianego odszkodowania dla pracowników.

4. Spółka miała udzielić Skarbowi Państwa pożyczki na lat dwadzieścia w wysokości dol. 6.000.000 w formie zakupu 7% biletów skarbowych al pari, czyli zgodnie z ich wartością nominalną.

5. Od inwestowanego kapitału Spółka miała zatrzymywać 12% czystego zysku, z ewentualnej nadwyżki zysku ponad 12% połowa należała do Skarbu Państwa.

  1. Czynsz dzierżawny miał wynieść 5 milionów złotych w złocie rocznie; w razie zwiększenia się konsumpcji wewnętrznej czynsz ten proporcjonalnie wzrastał.

Przypominam wszystkim zainteresowanym zyskami wydawcom, że w dniach 4-5 czerwca odbywać się będą w Bytomskim Centrum Kultury targi książki, dla których pretekstem jest 1050 chrztu Polski. Uczestnicy nie płacą za stoisko, zgłaszać zaś swój udział w imprezie mogą pod adresem [email protected]

 

Ja zaś zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG, do księgarni Tarabuk i do księgarni Przy Agorze.

 

listopad 162015
 

Pod przedwczorajszym tekstem Toyaha, tym zwiniętym, gadatliwy administrator wyznał wreszcie co było istotnym powodem zwinięcia mojego bloga. Była nim mianowicie zemsta za odwołanie przez Toyaha festiwalu Unsound. Możemy więc śmiało uznać ten gest za wyraz całkowitej bezradności, a co za tym idzie przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Na dowód, że mam rację zamieszczam dwa komentarze

swój:

Czyli ty biedaku naprawdę myślisz, że ja podejrzewam Morawieckiego o inspirowanie tych zamachów? Wiesz co…idź już lepiej spać. Wszyscy idźcie spać. Podaj mi jeszcze tylko ten numer konta, żebym wam mógł zapłacić 123 zł za moje notki. Pisałem do ciebie przez salon i przez swoją pocztę i nic. Zamiast pilnować roboty wymądrzasz się na blogach. Wyrzucą cię za to z pracy, wiesz….

i administratora:

Skoro to tylko takie wygłupy, to może Krzysztof Osiejuk też tak naprawdę nie podejrzewa Davida Tibeta o zamach na sacrum kościoła św. Katarzyny…
Właśnie zaraz idę spać. Proszę się nie denerwować, przecież nie mogę się „wymądrzać” na Pana blogu. Nawiasem mówiąc, doceniam tolerancję Pana Osiejuka dla mojego chwilowego tu się wymądrzania.

Po prostu w wolnym czasie zajrzałem na swoje ulubione blogi, żeby m.in. dowiedzieć się czegoś ciekawego o Salonie24 („… napada!”).
Nie muszę dziś pilnowac roboty, ponieważ jest niedziela, dzień święty, ja w niedzielę nie pracuję. Dyżuruje inny admin i na pewno dostanie Pan odpowiedź na swoje pytanie. Trochę cierpliwości. Admin na dyżurze może najzwyczajniej nie mieć czasu na natychmiastową korespondencję z blogerami. W oczekiwaniu na odpowiedź zachęcam do lektury wielu ciekawych tekstów polecanych dziś na stronie głównej.

Dobranoc.

Wniosek w tych dwóch komentarzy płynie jeszcze taki, że Mateusz Morawiecki, którego jak najbardziej możemy utożsamiać dziś z władzą jest według administratorów salonu24 częścią sfery sacrum, tak jak Przenajświętszy Sakrament w Kościele. Idąc tym tropem dalej dochodzimy do wniosku, że chodzi po prostu o to, żeby nie czepiać się nowej władzy, która także należy dla tych ludzi do sfery sacrum. No, może nie cała, bo przecież Jarosław Kaczyński nie należy, tu zastosowanie znajduje wytrych o rzetelności dziennikarskiej, która nie pozwala na kadzenie władzy. Część tej władzy jednak zdecydowanie zalatuje świętością czyli odore sanctitatis, i do tej części zsakralizowanej władzy należy właśnie, według tutejszej administracji, Mateusz Morawiecki. Cóż takiego powoduje, że administratorzy, a pewnie nie tylko oni, zważywszy, że to Bogna Janke kazała zwinąć mój blog, uważają pana Morawieckiego za świętość? To także jest wyrażone wprost, oto link do dowodu, rzeknę przekornie, rzeczowego:

http://wpolityce.pl/polityka/271083-jeszcze-o-morawieckim-dlaczego-jego-bank-nazywany-jest-nieformalnym-ministerstwem-polskiej-kultury-i-dziedzictwa-narodowego#sthash.7tw0kAP2.dpuf

Oto okazuje się, że bank Mateusza Morawieckiego, był nieformalnym ministerstwem polskiej kultury. Nieformalnym, zwracam uwagę, formalne bowiem ministerstwo nie zajmowało się polską kulturą, ale czymś innym zgoła, czymś od Polski i kultury bardzo odległym. Jeśli pociągniemy ten wątek dalej, okaże się, że Owsiak jest nieformalnym ministrem zdrowia, bo formalny zajmuje się czym innymi. Bardzo złośliwi i przekorni czytelnicy zaś mogą dodać, że mieliśmy też nieformalne MSW, które prowadził facet o ksywie Pershing. Na temat nieformalnego MSZ będę póki co milczał.
Czas na wniosek wyrażony wprost. Mateusz Morawiecki jest dla tych ludzi świętością, bo rozdaje pieniądze. Teraz kolejny wniosek: czy każdy kto rozdaje pieniądze będzie dla nich świętością? Nie wiemy tego na pewno, ale z dużym prawdopodobieństwem, biorąc pod uwagę upór admina, który ciągnie tę dyskusję, możemy założyć że tak. Cóż to jest za sytuacja kiedy człowiek rozdający pieniądze uznawany jest przez biorących te pieniądze za świętego? To jest mili czytelnicy patologia. Nie inaczej. To jest po prostu patologia i nie ma się co z tym kryć. Nie sądzę, by intencją Mateusza Morawieckiego było tworzenie patologii. On pewnie chciał dobrze i dla Polski i dla tej całej kultury, o której się tu tyle gada, ale wyszło jak wyszło. Tak to już bowiem jest, że kiedy się kogoś bierze na pensję, albo za dużo mu ułatwia, czyni się go człowiekiem niewolnym, jednostką patologiczną zdolną jedynie do wyśpiewywania peanów na cześć tego, który pieniądze wręcza. Ponieważ część zainteresowań Mateusza Morawieckiego jest zbieżna z moimi, mogę rzec tutaj kilka słów uporczywych, ważnych i wypowiedzieć je z pełnym przekonaniem. Szanowny Panie, nie jest istotne ile pieniędzy i na jakie projekty Pan przeznaczy. Skończy się to zawsze w taki sam sposób, kretyńskimi laurkami wystawianymi Panu w słabo poczytnych portalach. Książki wydaje się dzisiaj łatwo i ja jestem tego najlepszym dowodem. Pieniądze wydawane na tych tak zwanych autorów patriotycznych są pieniędzmi wyrzuconymi. Nikt nie sięgnie do tych publikacji, ani dziś ani za dziesięć lat. Nie w tych warunkach, które mamy. Żeby naprawdę poprawić sytuację w polskiej kulturze, a wierzę, że taka intencja Panem kieruje, trzeba przede wszystkim zmienić system dystrybucji książek i filmów, system, który zabija wydawców i niszczy autorów, a zaraz potem zorganizować stałe – mające cel promocyjny – koła dyskusyjne gdzie na bieżąco mówić się będzie, w sposób otwarty, o sprawach dla polskiej kultury istotnych. Czy to będzie się odbywać w studio telewizyjnym, czy na blogach nie ma znaczenia. Warunek jest jeden: nie można tam nikogo zamilczać, nikogo kto ma plan i potrafi coś zrobić sam. I to właściwie tyle. Bez spełnienia tych warunków, każde sponsorowanie kultury jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto i uspokajaniem własnego sumienia.
Czy tylko Mateusz Morawiecki jest przez niektórych zaliczany do sfery sacrum? Oczywiście, że nie. Należy do niej także Grzegorz Braun. Od kilku dni dostaję dziwne maile z pytaniami, czy moja krytyka poczynań politycznych i artystycznych Grzegorza Brauna jest rzeczywiście moja, pytania takie ludzie zadają mi także na blogu. Rzecz podana jest w sensie takim mniej więcej: bo on o panu tak pięknie mówi, a z pana taki cham. Mili państwo, jeżeli uznam, że Grzegorz Braun, w sferze publicznej, dotyczącej nas wszystkich mówi, robi lub zamyśla zrobić rzeczy głupie, niepotrzebne, szkodliwe albo śmieszne, natychmiast o tym napiszę, bez względu na to czy on w tym czasie będzie śpiewał hymn na moją cześć, czy zajęty będzie przygotowywaniem dla mniej jakiejś laurki. Dla chrześcijanina i katolika bowiem w sferze sacrum póki co znajduje się jedynie Przenajświętszy Sakrament ukryty w Tabernakulum, ten sam, który próbował sprofanować gość o ksywie Tibet, David Tibet. Dziękuję za uwagę.

Tak jak wczoraj muszę dziś również poprosić wszystkich, którzy mogą i chcą o podanie na swoich blogach informacji o tym wpisie, będzie on bowiem ukryty. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, przypominam, że 26 listopada zaczynają się targi w Warszawie pod zamkiem, a 3 grudnia we Wrocławiu przy hali stulecia, przypominam też, że kończy się już nakład 6 numeru SN i II tomu Baśni jak niedźwiedź.

listopad 142015
 

Miałem dziś pisać o czymś innym, o śnie pewnej naszej czytelniczki, która często tu zagląda, ale wobec wydarzeń bieżących muszę ten plan odłożyć. Mam nadzieję, że Pani Beata mi wybaczy. Obudziłem się dziś rano bez świadomości tego co wydarzyło się we Francji, zasnąłem zaś ze świadomością, że Igor Janke dostał nagrodę za swoją pretensjonalną i nieprawdziwą książkę. Skąd wiem, że nieprawdziwą, skoro jej nie czytałem? Dzwonią tu czasem różni ludzie i piszą do mnie listy. Stąd właśnie. Informacja o nagrodzie dla naszego gospodarza była ukoronowaniem całej dyskusji jaka się tu od kilku dni toczy, dyskusji dotyczącej roli Mateusza Morawieckiego, nie tylko w rządzie, ale także w polityce europejskiej. Ja nie miałem tego szczęścia i nie poznałem Mateusza Morawieckiego, rozmawiałem tylko z jego pracownikami, bo jeden z nich zagadnął mnie kiedyś na targach. Podszedł do mnie ten chłopak i powiedział, że jego szef czyta moje książki, że mu się podobają i chciałby dofinansować następną. Ja się bardzo ucieszyłem, ponieważ poszukiwałem wtedy pieniędzy na wydanie II tomu Baśni. Poszedłem więc na spotkanie do tego biura i tam poznałem jeszcze jedną pracownicę pana Morawieckiego. Pogadaliśmy i ja opowiedziałem im o czym będzie II tom Baśni, oni zaś powiedzieli mi, że pierwszy im się bardzo podobał. No więc ja dalej swoje, że drugi będzie inny, bo nie czas teraz na pisanie rzewnych kawałków, jak się ciekawsze sprawy ujawniają. Na co oni powiedzieli, żebym wszedł na jakąś taką stronę, skąd się pobiera kwity, na których następnie wypełnia się prośbę o stypendium, dotację czy coś podobnego. Ja o tej stronie słyszałem już wcześniej od tego faceta co mnie zagadnął na targach i próbowałem tam wchodzić, ale za każdym razem okazywało się, że strona jest w przebudowie. Powiedziałem to moim rozmówcom, oni pokiwali głowami i rzekli, że w tym tygodniu rzecz będzie naprawiona. No więc ja jak głupi klikałem w tę stronę przez cały tydzień i ciągle było to samo, zadzwoniłem jeszcze parę razy do tego chłopaka i on mi ciągle obiecywał, że lada moment wszystko się wyjaśni. Nie wyjaśniło się i dałem sobie z tym spokój. Baśń tom II wyszła na moje osobiste ryzyko, koszta druku pokryłem ze sprzedaży bieżącej. Od tamtej pory postanowiłem nigdy więcej nie zadawać się ze sponsorami. Szczególnie tymi wyrażającymi szczery entuzjazm dla mojej pracy. Wczoraj zaś dowiedziałem się z blogu mojego znajomego klesa, że Mateusz Morawiecki dofinansował wydanie książki, a może książek, Brixena. A więc on tu był i być może nadal jest z nami przez cały czas i obserwuje naszą tutaj aktywność bawiąc się Pana Boga, który jednych wynagradza, a drugich karze. Tak tylko sobie myślę, bo to nie musi być prawda, nie zdziwiłbym się jednak gdyby się okazało, że Mateusz Morawiecki to niewidziana tutaj od dawna Panna Wodzianna. To taki żart, to przecież nie jest możliwe. No, ale gdyby było, to znaczy, że nasza biedna blogosfera to coś w rodzaju obozu filtracyjnego, gdzie ludzie światli, mądrzy i posiadający możliwości finansowe wybierają tych, którzy mają później, niejako z ich nadania kształtować wyobraźnię użytkowników sieci. Jeśli stoi za tym taka myśl, to wolę nawet nie zastanawiać się jaką katastrofą się to skończy. Takie rzeczy bowiem zawsze kończą się katastrofą, albowiem mały demiurg nigdy nie uwierzy w to, że może mieć nad sobą większego demiurga, który ma poważniejsze plany niż wydawanie książek Brixena.

Nasze tutaj rozważania od jakiegoś czasu krążą wokół kwestii rozwalania zachodniej Europy, jej całkowitej dekompozycji, co wiąże się z aktywnością tak zwanych uchodźców, separatyzmów lokalnych, oraz zwiększeniem roli Londynu w polityce światowej. My wszyscy, zgromadzeni na tym blogu, wnioskując poprawnie, jak sądzę, po wystąpieniach księdza Charamsy, po referendum wokół niepodległości Szkocji, które było podpuchą i pułapką na Hiszpanów, po fali uchodźców, że kontynent musi się zmienić, stolice kontynentalne zostaną zmarginalizowane, sytuacja ulegnie pogorszeniu, w dodatku gwałtownemu, co było do okazania dzisiejszej nocy, a środek ciężkości kontynentu, przesunie się na wschód. To znaczy zwiększy się rola Polski, Czech i Ukrainy. No i oczywiście Londynu, który właśnie zaczął narzucać francusko-niemieckiej Europie swoje warunki. Wykonawcami tego planu będziemy między innymi my i to jest dla wielu ludzi powodem do radości. Dla mnie jest to powód do umiarkowanego sceptycyzmu. Środek ciężkości, o którym tu napisałem, będzie miał pewien specyficzny charakter, do końca nie rozpoznany, bo władza istotna będzie przecież gdzie indziej. U nas coś się będzie organizować, w związku z coraz droższą pracą chińskiego robotnika stawiam na jakąś produkcję. Już nie można jak w XIX wieku wywoływać rewolucji w krajach takich jak Włochy i po zdestabilizowaniu sytuacji przerzucać mas robotników za ocean by pracowały w brytyjskich kopalniach saletry i miedzi. To się skończyło, bo wszystko jest podzielone. Teraz pracę zorganizuje się na miejscu, na tym terenie, gdzie jest coś istotnego do zrobienia. No i tak się przytrafiło, że w najbliższych dziesięcioleciach będzie to Polska i Ukraina plus Czechy. Rosjanie dostali jakąś bułkę z masłem jak sądzę i będą siedzieć cicho. Na zachodzie zaś powrócą dawno niewidziane kontrole graniczne i każde państwo będzie musiało zadbać o siebie, i zmierzyć się z nowymi, starymi kłopotami, które niektórzy pamiętają jeszcze z lat siedemdziesiątych, takimi jak organizacja ETA na przykład i inne podobne, związane z lokalnymi separatyzmami. Minus oczywiście IRA, ta się już nie podniesie i to jest oczywiste. To się właśnie zaczęło dzisiejszej nocy. Tuż po tym jak Igor Janke dostał nagrodę za książkę o Solidarności walczącej, która jak nic na świecie nadaje się na symbol dla nowych mas robotniczych, które za chwilę namnożą się w Polsce jak bakterie w laboratorium. Ho, ho, tak, tak, jak powiedział klasyk. Nie dość, że „nasi” z Gazety Polskiej chcą się porozumiewać z Zandebrgiem to jeszcze Instytut Wolności i jego szef wystrugali dla nas taki symbol – Solidarność Walcząca, podziemna armia. Za wszystkim zaś stoi uśmiechnięty Mateusz Morawiecki, dyrektor banku i spogląda tajemniczo w stronę blogosfery zastanawiają się komu tu jeszcze pomóc, kto byłby potrzebny, ale tak naprawdę, serio i na poważnie, w tym zbożnym dziele budowania nowej Polski. Kłopotu ze znalezieniem odpowiednich osób nie będzie, co łatwo zauważyć śledząc komentarze pod informacją dotyczącą nagrody na Igora Janke, nie ma chyba nikogo, kto nie dziwiłby się ten zaskakującej koincydencji – tu wybierają Kornela Morawieckiego na marszałka seniora, a tu trzask prask nagroda dla książki o Solidarności walczącej. Co za niezwykły zbieg okoliczności. Będzie dobrze, zobaczycie.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl Właśnie kończymy skład najnowszego numeru Szkoły Nawigatorów, tym razem francuskiego, który niebawem będzie w sprzedaży, najpewniej na targach we Wrocławiu, w całości poświęcony jest on rewolucji i katastrofie jaką za każdym razem rewolucja i lewica ściąga nam na głowy. Zapraszam.

październik 032021
 

Bardzo się postaram już nigdy nie napisać żadnego tekstu z ukrytą intencją i czymś w rodzaju podprogowego przekazu. Nie ma to najmniejszego sensu, albowiem w powodzi komunikatów dosłownych zostanie on i tak odebrany wbrew tej intencji.

Wolałbym, żeby wczorajsza dyskusja pod tekstem nie odbyła się wcale, ale ona się jednak odbyła. Jej przedmiotem zaś były moje zamiary, a także – może trochę przesadzę, ale doprawdy niewiele – poczytalność. Po tym wstępie opiszę kilka zdarzeń, które ułożą się w sekwencję, mam nadzieję zrozumiałą.

Oto wczoraj ktoś powiedział, że film Wojciecha Sumlińskiego o Jedwabnem został usunięty z YT. Manewr ten, jak przypuszczam, został zaplanowany, albowiem YT od dawna już nie służy do promowania czegokolwiek, a obecność tam takich czy innych nagrań nie ma wpływu na sprzedaż i popularność. Uwaga bowiem publiczności jest podzielona na drobne kawałki. Uwaga zaś publiczności polskiej to wręcz sieczka. No i dlatego produkty Sumlińskiego i on sam, promowane są poza siecią, a internet traktowany jest przez pana Wojciecha jako wygodne, ale doraźne narzędzie nakręcania koniunktur. Taki manewr zaś gwarantuje mu stałą uwagę publiczności, podobnie jak stosowana przezeń stylizacja, czyli ta cała silnie wystudiowana gamoniowatość, którą polski czytelnik treści patriotycznych kojarzy ze swoim własnym wyglądem.

Kolejne zdarzenie, wczoraj wspomniane kilka razy to zbiórka, którą na Patronite ogłosił parę lat temu Grzegorz Braun. Jej celem było zebranie funduszy na dokumentalny film o Gietrzwałdzie. Nie mogę sobie przypomnieć, by ktokolwiek, poza mną, wyraził wyraźną, krytyczną opinię na ten temat. Myślę, że stało się tak ze względu na temat filmu, który silnie pobudził wyobraźnię wielu osób, wręcz ją zainfekował. Sądzę też, że ta infekcja ma charakter chroniczny i gdyby dziś Grzegorz Braun ogłosił kontynuacje tej zbiórki, bez jednego słowa komentarza ze strony swoich fanów, zebrałby podobną sumę.

Kolejne zdarzenie to wiadomość, którą otrzymałem dziś z samego rana od dawno nie widzianego znajomego. Wyraził on w niej swoją opinię na temat wczorajszej dyskusji i napisał, że dwie ważne bardzo osoby z pewnego znanego uniwersytetu czytają mnie regularnie. Bardzo przepraszam, osobę, która mi ten sms wysłała, ale nie mogę o tym nie wspomnieć w tym miejscu. Podkreślę jednak przy tym, że zachowuję całkowitą dyskrecję, świadom tego, że owe osoby, przyznając się do mnie publicznie mogłyby sobie narobić nie byle jakich problemów. Co innego, gdyby przyznały się do Wojciecha Sumlińskiego, wtedy zrozumienie byłoby pełne.

Takie jest tło wczorajszej dyskusji. Nie mam zamiaru nikogo krytykować, bo chodzi wszak o to, by dyskusja była swobodna i wolna. Ponieważ jednak cała dotyczyła mojej decyzji, napiszę słowo o tym dlaczego zdecydowałem się na ogłoszenie zbiórki na Patronite. Po pierwsze dlatego, że zrobił to wcześniej Grzegorz Braun, który nie spotkał się z żadną krytyką ani wątpliwościami, a jedynie ze szczerym entuzjazmem. I niech mi nikt teraz nie tłumaczy, że nie widział tej zbiórki, nie wiedział o Gietrzwałdzie, albo, że zapomniał o tym.

Po drugie dlatego, że możliwości promocyjne poszczególnych tytułów dawno zostały wyczerpane i sprzedaż jest dziś w stanie permanentnego dryfu. To znaczy, nie czuję bym miał na nią wpływ. Stało się tak, albowiem w bardzo małej przestrzeni, gdzie handluje się tak zwaną prawicową treścią, zastosowane zostały masowe narzędzia obezwładniające publiczność. Jakby tego było mało, ilość osób, które próbują tam szczęścia przekracza wszystkie normy i w zasadzie przebywanie na tym obszarze grozi uduszeniem.

Po trzecie zdecydowałem się na to, albowiem nie mogę dalej prowadzić takiej polityki, jak do tej pory, to znaczy przeznaczać coraz mniejszych zysków na wykonanie i promocję nowych produktów, po to, by wygenerowały one jeszcze jakiś, ale już mniejszy niż wcześniej, zysk. Nikt tak nie robi. A najlepsze jest, że każdy komentujący ma tego świadomość. Niestety tylko ja jeden – głupi – piszę teksty na ten temat i mam co chciałem, czyli dyskusję pod nimi. Nie mogę też – poprzez konferencje – promować ciekawych autorów treści, czynnych na uniwersytecie, albowiem miejsce na taką promocję jest w zasadzie, jeśli nie liczyć samej akademii, tylko u mnie. Akcja ta nie ma w zasadzie żadnego responsu, a jest kosztowna. Mogę potem, co najwyżej usłyszeć po cichu, albo przeczytać w sms, że jakieś bardzo ważne osoby czytają mnie codziennie. I co? I nic. Czytają i mają fun. Jak zniknę, przestaną czytać i wiele się w ich życiu nie zmieni. Słowem – żaden podejmowany przeze mnie wysiłek, nie mały przecież, nie spotyka się z oczekiwanym responsem. Być może to jest moja wina i powinienem coś zmienić, ale szczerze wątpię, albowiem ciągle coś zmieniam i mogę rzec, że zmiana to moje drugie imię.

Patrząc na innych autorów, którzy próbują swoich sił na rynku zauważyłem, że wielu z nich ma konto na Patronite. Wiele osób też namawiało mnie od dawna na założenie takiego konta. Postanowiłem więc to zrobić. Zrobiłem to także dlatego, że tam widać jak wygląda zbiórka, a ja lubię statystyki. No i wszystko jest jawne, a przez to, kwestionowane tu tylekroć, moje intencje są czytelne. Choć jednak wczoraj okazało się, że nie do końca. Cóż mogę rzec? Tyle chyba – poczekajcie aż Grzegorz Braun odwiesi swoja zbiórkę. Tamy, które powstrzymują szczere intencje pękną w jednej chwili i strumienie szczerości zaleją rozciągające się wokół równiny.

Kolejną kwestią jest wiarygodność tego portalu i jego legalność. Proszę Państwa ten portal jest legalny i tyle tylko mnie obchodzi. Nie mogę przejmować się tym, że ktoś tam słyszał, że zbiórki są tam ustawione. Nieszczęśliwe przypadki Sumlińskiego też są ustawione i co? Ktoś w nie watpi? Ktoś próbuje mu wytłumaczyć, żeby tak nie robił? Nie, albowiem on doskonale wie co robi i jaki efekt uzyska. Filmu o Gietrzwałdzie nie będzie nigdy i tym także nikt się nie martwi. Ja zaś mam się przejmować tym, że komuś się nie podoba skład zarządu tej inicjatywy? Mnie się nie podoba także premier Morawiecki, ale nie mogę się niestety wymiksować z jego przedsięwzięć.

Podsumowując tę część rozważań – sprzedaż to emocje. Na rynku prawicowych treści jest ich tyle, że właściwie one już gdzieniegdzie skamieniały. Nie ma się jak poruszać w tej brei. Wszyscy, którzy są w miarę samodzielni szukają innych możliwości promowania swoich treści. Także przez liczne portale organizujące zbiórki. Nikt jednak nie krytykuje tych inicjatyw.

Kolejna sprawa to wysokość kwot wpłacanych na takie jak moja inicjatywy. Postanowiłem nie robić z siebie i z nikogo durnia i nie umieściłem tam progu w wysokości 5 czy 10 złotych. Nie chodzi też o to, by ktoś wpłacał tam jakieś szalone sumy. Zbiórkę zorganizowałem z myślą, że 2 tysiące osób wpłaci po 20 złotych. To jest bezpieczna strategia i kwota, która – mam nadzieję – wystarczy na zrealizowanie opisanego planu. A jest to plan bardzo konkretny. Budżet zaś nań przeznaczony, którego nie mogę i nigdy nie mogłem wydzielić ze swoich zysków, pozwoliłby mi – na przykład – opłacać ludzi, którzy gromadzą informacje, wysyłać ich w różne miejsca, gdzie jakieś ciekawe dokumenty mogą się znajdować i zwiększyć honoraria dla autorów, którzy mieliby coś ciekawego do opublikowania w papierowym SN. Byłby to do tego budżet jawny. Rozumiem, że ten rodzaj konstruowania budżetu, na przedsięwzięcia generujące tak mało emocji i wrażeń, jak to moje, może się nie podobać, albo nie robić na ludziach odpowiedniego wrażenia. Takiego, jak film o Gietrzwałdzie. Nie każdy musi w tym jednak uczestniczyć. Jeśli zaś ktoś się waha, albo obawia ryzyka, a jednak chciałby mnie wesprzeć, może to zrobić minimalną kwotą. Na pewno ryzyko będzie mniejsze niż po wypiciu flaszki kupionej za 20 zyli w wiejskim sklepie.

Podkreślam – nie chodzi o to, by ktoś wręczał mi jakieś sumy pod stołem. Chodzi o to, by wiele osób zdecydowało się wesprzeć ten bardzo konkretny plan niewielką kwotą. Jeśli plan ten nie przekona takiej ilości osób, jak sądziłem, zrealizujemy go w mniejszym nieco rozmiarze, ale zrealizujemy.

Na koniec chciałbym wskazać raz jeszcze metodę graczy poważnych, którzy nie muszą się już przejmować groszowymi zbiórkami, ale muszą cały czas generować emocje w kluczowych obszarach. Mam na myśli panów Pospieszalskiego i Sumlińskiego. Wielkie portale takie jak YT i mniejsze, takie jak Patronite, służą im jako trampolina. Oni nie umieszczają tam swoich treści po to, by uzyskać pieniądze, czynią to, by uzyskać tę niby męczeńską palmę, która załatwia raz na zawsze wszelkie marketingowe i promocyjne kwestie. Wybaczcie, ale nie gram w tej lidze. Nie ustawię też swojego kapelusza w zaułku, gdzie siedzą panowie Krajski i Michalkiewicz, ani w tym gdzie swoją powygryzaną przez mole czapkę ustawił Karoń. Nie zrobię tego, albowiem będę potraktowany jako konkurent do grzebania w kontenerze. Moje intencje zaś i przekaz zostaną ocenione, jak to już nie raz bywało, jako podejrzane. Wolę już więc stać pomiędzy tymi, którzy coś tam zbierają, nawet jeśli miałoby to być w ich przypadku tylko sfingowane. Nie interesuje mnie ta kwestia, albowiem mam do zrealizowania swój plan. Nie mogę także, rzecz jasna, zabronić nikomu żadnych dociekań w tych kwestiach. Pozwolicie jednak, że tak jak wczoraj, dzisiejszego tekstu komentował nie będę.

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

sierpień 162021
 

Poseł Braun razem ze swoim kolegą Gryguciem nie demaskują już żydowskich przedsięwzięć w Polsce polegających na ukryciu podsłuchów w pniach palm, znajdujących się na terenie ośrodka Suntago pod Mszczonowem. Nie opowiadają też o żydowskim now how, które zostanie schowane w podziemiach Centralnego Portu Lotniczego, nawet nie próbują już zrzucić tupeciku z głowy Szwacha Weissa, co spotkało się przecież z tak życzliwym przyjęciem publiczności. Milczą dziwnie, podobnie jak pan Mikke i Stanisław Michalkiewicz. A jest przecież dobra okazja do zabrania głosu. Mamy oto nowy rząd Izraela, złożony nie z sierżantów bynajmniej, ale z samych generałów, którzy nawykli do wydawania rozkazów, nie znoszą sprzeciwu, chcą rządzić, prowadzą albo sami, albo przez pośredników rozległe interesy w Polsce i zamierzają je prowadzić nadal na swoich zasadach. Do tego jeszcze ich przeszłość, owiana tajemnicą, nie składa się zapewne z jakichś pogodnych epizodów nadających się do opisania w książce dla dzieci. Raczej pewne jest, że panowie Lapid i Bennet mają za sobą jakieś ciężkie doświadczenia operacyjne, o których ani polski prezydent, ani polski premier, ani nawet Jarosław Kaczyński nie mogą mieć najmniejszego wyobrażenia. Polityczna konfrontacja z nimi to nie są żarty, ani przelewki. Tym bardziej, że w Białym Domu siedzi pan Józio, który mało już rozumie i zawiesza się na co drugim zdaniu. Wobec takiego układu spraw zasadne będzie zadanie pytania takiego jak w tytule.

Wiele tu kiedyś, a także w salonie24 dyskutowało się o relacjach pomiędzy służbami a armią w krajach takich jak Rosja, czy USA. Dyskutanci rzecz jasna nie posiadali na ten temat żadnych istotnych informacji, mogli wszystko oceniać powierzchownie i płytko. Stanęło jednak na tym, że im więcej generałów idzie w politykę i im więcej głów nakrytych beretami pojawia się w mediach tym słabsza jest armia i silniejsze służby. Czy tak jest rzeczywiście? Nie wiem. Nie wiadomo też jak jest w Izraelu, bo sprawy tamtejsze są trudne do zrozumienia dla samych mieszkańców kraju.

Ustawa antyreprywatyzacyjna została podpisana, a nasi sojusznicy wyrazili opinię na ten temat. Jest to opinia krytyczna, którą podpierają bardzo demagogicznymi argumentami. Już dziś, z tego miejsca widać, dokąd ich te argumenty doprowadzą – do roku 1919 i niemożliwości dokonania wyboru – czy z Niemcem czy z Ruskim. Sprawy nabierają poważnego kolorytu, więc i my musimy być poważni. Nieruchomości to jeden z najważniejszych rynków i warto dla niego wiele zaryzykować, warto nawet zaryzykować zmianę administracji na dużym obszarze, o ile ta nowa obieca całkowitą swobodę w zarządzaniu nieruchomościami. Nie tylko w miastach, ale także na prowincji. Po takim postawieniu sprawy, rozumiemy od razu, ze żadne rozważania natury historycznej i powoływanie się na jakieś przeszłe sprawy, w których Żydzi i Polacy współpracowali ze sobą przeciwko okupantowi jednemu czy drugiemu, nie mają sensu, albowiem – to wynika wprost z wypowiedzi panów Lapida i Benneta – to Polacy byli zawsze najgorsi. Byli najgorsi, albowiem byli w ogóle. Gdyby zniknęli sprawy bardzo by się uprościły. Nie mamy gwarancji, czy taki właśnie – ku zniknięciu Polaków – nie będzie czasem nowy wektor polityki obecnego rządu Izraela. Ktoś może powie, że to żarty, bo żadna medialna szczujnia aż tak bardzo nie grzeje tego tematu. Na WP pojawiła się ledwie informacja o tym, że dawna szefowa kampanii prezydenta wyraziła negatywną opinię o podpisaniu ustawy. Ta szefowa, to jakaś pańcia z Milanówka, która nie mogła się zdecydować czy jest za PiS czy za PO. I wszyscy wiemy co znaczą jej opinie. Myślę, że owa obojętność mediów wobec sprawy tak istotnej jak dzika reprywatyzacja jest dość znamienna. I raczej nad nią należałoby się zastanowić. Rząd Izraela, który ujął się za swoimi inwestorami, bo tak to przecież należy czytać, musi przecież wykonać teraz jakiś ruch. Odwołano ambasadorów, zawieszono stosunki dyplomatyczne, a wszyscy milczą? Onet coś tam pisze półgębkiem, a do tego dodaje materiał o dochodach szlachty z folwarków w XVII wieku. Gazownia za to pisze o zabetonowanych centrach miast, na które powinna powrócić zieleń.

Nie przypuszczam, by rząd polski ustąpił, a jeśli to zrobi, od razu w dyskusję o zaniechaniach włączy się poseł Braun i połowa Konfederacji. I dopiero wtedy się zacznie. Jak wszyscy wiedzą, mój stosunek do premiera Morawieckiego jest więcej niż chłodny, w sytuacji jednak jaką mamy, należy raczej go popierać i oczekiwać, co zrobi, a także co zrobią nasi sojusznicy, tak przecież przychylni Polsce, mam na myśli generałów Lapida i Benneta. Jeśli rząd ustąpi po raz kolejny, cała dyskusja polityczna w Polsce, od największych mediów po sam dół, czyli takie portale jak nasz, toczyć się będzie wokół przeniewierstw szlachty w XVII wieku i żydowskich podsłuchów w Mszczonowie, na które pozwala sprzedajny pisowski rząd. Wszystko to będzie trwało do szczęśliwie przegranych przez PiS wyborów, rozpisania nowych, rozdrobnienia sejmu na szereg partyjek, jak to miało miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych i, jak mawia Stanisław Michalkiewicz, wesołego oberka.

Przypomnę, że destabilizacja całego bloku wschodniego, o czym młodzież nie pamięta, rozpoczęła się od przegranej przez ZSRR wojny w Afganistanie. Raczej trudno było oczekiwać, że Amerykanie zostaną w tymże samym Afganistanie pokonani przez talibów, trzeba było więc, by przeprowadzić podobną operację opartą na tym samym schemacie, wycofać wojsko. No i teraz mamy to, co mamy, a oczekiwać należy, że to dopiero początek. Pan Józio zaś został mianowany syndykiem masy upadłościowej, na gruzach której stworzy się coś nowego. Sądzę, że generałowie Lapid i Bennet, a także wielu ich kolegów inwestujących w nieruchomości w Polsce, będą beneficjentami nowego układu. To zaś oznacza – powtórzę – że coś muszą zrobić w obecnej sytuacji w Polsce. Na razie nie widać wyraźnego powodu, który mógłby posłużyć jako zapalnik do destabilizacji sytuacji w kraju, a wszyscy kontrowersyjni politycy i publicyści milczą, czekając, jak mniemam na nowe jakieś briefy ze wskazówkami, co powinni mówić. My zaś powinniśmy się zastanowić, czy 1 września nie zacznie się znów jakaś wojna. Może nie na taką skalę jak poprzednia, ale wystarczająco dynamiczna, by zmienić całe nasze życie.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

sierpień 142021
 

Nikt nigdy nie przekona mnie do uczciwości przekazu podawanego przez Oko press. Zawsze będę ich miał za oszustów, choćby wynajęli do biegania z kamerą królewnę Śnieżkę, a do pomocy dodali jej patrzącego smutno krasnoludka Gapcia. W zasadzie oni już tak robią, bo postawa ludzi, którzy w ich imieniu kręcą materiały w Lubinie jest właśnie taka. Niewinność i zagubienie emocjonalne wkraczają na teren brutalnych rozgrywek, których zwykły człowiek nie tylko nie pojmie, ale także może nie przeżyć. Patrzyłem na te doniesienia z Lubina, na tych operetkowych bohaterów, którzy po 24 godzinach wypuszczani byli z komendy, na tych szmaciarzy popisujących się listą postawionych im zarzutów, odstawiających bohaterów na fejksbuku, na tych wyznawców Palikota, którzy za największy akt odwagi uważają nazwanie Kaczyńskiego świnią, głupkiem czy jakoś podobnie i myślałem o Jolancie Brzeskiej. Jeszcze intensywniej zacząłem o niej myśleć, kiedy zobaczyłem w telewizji wypowiedź jednego z ministrów rządu Izraela, tego zdaje się, co pisał książki dla dzieci, jak mówi, że ustawa antyreprywatyzacyjna graniczy z negowaniem holocaustu. Rozumiem, że teraz wszyscy lewicowi działacze, wszyscy demonstrujący na ulicach obrońcy prawdy i ci co biegają z tęczowymi flagami rzucą się mu do gardła z wrzaskiem – to co? Uważasz chamie, że Jolanta Brzeska też negowała holocaust?! Nic takiego się oczywiście nie stanie, ponieważ to co widzimy na ulicach, pod sejmem i często w studio telewizyjnym, jest niczym więcej, jak popisami zorganizowanego politycznego nierządu. Wszystko to co widzimy, to całe grzanie tematów, jak zwykle mówią o tym dziennikarze, było już odrabiane wcześniej i jest stosowane zawsze, kiedy trzeba coś załatwić poza gabinetami. W sytuacji, kiedy negocjacje nie dają już żadnych szans na powodzenie. Wtedy uruchamia się tak zwaną ekstremę. Nie jest to żadna ekstrema, ale ludzie bardzo dobrze rozumiejący o co toczy się gra, z których część jest przeszkolona w dyscyplinie zwanej „odwracaniem uwagi” Ekstrema – o czym nikt chyba nie pamięta – dlatego jest ekstremą, że ma całkowite gwarancje bezpieczeństwa, a jedyne co ją może spotkać, to zarzuty o zniesławienie Jarosława Kaczyńskiego. Te będą zapewne oddalone, albowiem pamiętamy przecież, że niezawisłe sądy oddaliły zarzuty przeciwko Palikotowi. Uznano to za sukces demokracji. Dziś sprawa najważniejsza dla Polski, czyli ustawa reprywatyzacyjna, przykryta lex TVN dla lepszego efektu także uznana została za kwestię dla demokracji najważniejszą. Pisałem to setki razy, ale jeszcze powtórzę – polityka to nie jest realizacja jakichś tam postanowień wobec wrogów, ale kwestia ustawienia relacji z sojusznikami. Ci zaś potrafią być bardzo nieprzyjemni i wredni. Sojusze polityczne bowiem mało mają wspólnego z serdeczną przyjaźnią, czy nawet zwykłym koleżeństwem. Co wszyscy wreszcie powinni zrozumieć. Narażają one także polityków na różne poważne zagrożenia ze śmiercią włącznie. A tego chyba nikt z polskich polityków nie rozumie. Jeśli więc słyszymy jak ważni przedstawiciel kół politycznych z krajów sojuszniczych mówią o tym, że ustawa antyreprywatyzacyjna graniczy z negowaniem holocaustu, albo że jest zagrożeniem dla demokracji, to możemy być pewni jednego – jakieś gremia w sojuszniczych mocarstwach postanowiły przejąć centra wielkich miast w Polsce i wyrzucić stamtąd mieszkańców płacących czynsze. Nie wiemy co to znaczy centra. Czy w Warszawie skończy się to przejmowanie gdzieś w okolicach Placu Unii, czy przeciągnie się dalej. Mówmy jednak jasno. Nie chodzi o żadne negowanie holocaustu, ale o praktykę zajęcia zasobów odnawialnych czyli budownictwa mieszkaniowego. Skoro oni, mam na myśli naszych sojuszników, tak się tym denerwują, to z jednej strony dobrze, bo oznacza to, że przez najbliższe lata zamierzają ze swoich przedsięwzięć gwarantowanych przez jakiś polski rząd ciągnąć zyski. To wyklucza zaś konflikt poważny na naszym terenie. Stawia jednak pod znakiem zapytania kwestie istotniejszą – czy to jest rzeczywiście nasz teren? Stawia też pod znakiem zapytania lojalność sojuszników wobec obecnego rządu. Wygląda bowiem na to, że sojusznikom obojętne jest kto będzie w Polsce rządził, byle tylko nie mówił za głośno o Jolancie Brzeskiej. Lewicowa ekstrema, całkowicie zabezpieczona przed jakimikolwiek szykanami, wyjąwszy folklor policyjny znany z usuniętego dawno temu nagrania z Michnikiem walczącym na komendzie z milicją, nie wspomni już ani słowem o Jolancie Brzeskiej. Taka jest po prostu mądrość etapu. I grzecznie będzie robić wszystko co jej się powie.

Podkreślę to jeszcze raz, bo zdaje się niewiele osób to rozumie – politycy używający argumentów ekstremalnych, nieważne czy lewicowi czy prawicowi są zawsze zabezpieczeni. Na śmierć, szykany i różne nieprzyjemności narażają się wyłącznie politycy umiarkowani wzywający do pojednania. Poznajemy to zawsze po tym, że każdy nowo wykreowany ekstremistyczny działacz ma do dyspozycji pół internetu i spady na opiniotwórczych portalach, żeby było dobrze widać, jak jest prześladowany. Obecnie takim osobnikiem jest ten pan firmujący Agro Unię. To wszystko są krasnoludki z bajki o królewnie Śnieżce, Walt Disney tylko ich narysował i siedzi teraz gdzieś na zapleczu popijając kawę. Nie są to i nigdy nie będą żadni politycy.

Nie wiadomo jeszcze jak to interpretować, ale od wczoraj wszystkie kwestie związane z lex TVN i reprywatyzacją zniknęły z głównych internetowych szczujni. Coś tam Onet umieścił na górze, że Radio Wolna Europa znów może nadawać, a jakiś pan z Ameryki zagroził, że polski prezydent i premier nie będą mieli wstępu do USA. Myślę, że bardziej należy się przejąć tym, czy Polacy będą mieli swobodny wstęp do lasów, żeby zbierać tam grzyby, a nie tym czy Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki nie zostaną czasem zawróceni z lotniska w Nowym Jorku. No, ale jeśli ktoś uważa, że wygłaszanie takich gróźb ma sens, nie można mu tego zabronić. Uważam jednak, że media państwowe, bo na te demokratyczne nie ma co liczyć, powinny codziennie przygotowywać specjalny serwis związany z lex TVN i ustawą antyreprywatyzacyjną. Tyle, że „nasze media” to Karnowscy, Sakiewicz i jego kompania, a to wróży jak najgorzej i czyni te wypowiedzi w najlepszym razie mało przekonującymi. Zmusza też ludzi myślących do upokarzającego w istocie stawania po stronie osób intelektualnie ułomnych, ale mających przymus pokazywania się publicznie.

Na koniec zwróćmy uwagę na to, jak wygląda dziś rozkład sił medialnych. Tak zwane media wolne i demokratyczne to po prostu kupione przez „nie wiadomo kogo” ośrodki wrogiej propagandy. Media rządowe, to przytulisko tych wszystkich Gapciów, którzy nie mogą z oczywistych względów znaleźć miejsca gdzie indziej i są na stałe przyśróbowani do PiS. Partii zaś w zupełności wystarcza formuła, którą prezentują. Obie te opcje doskonale się rozumieją i całą swoją misję postrzegają, jako teatr ludowy, gdzie gra się dobrze wszystkim znane z dawnych czasów sztuki. Występują w nich postaci takie jak” Zidiociały dziadzio, emerytowany generał, pierwsza naiwna, ekstremista I, wujek dobra rada, ekstremista II i kobieta wąż. Dla urozmaicenia przekazu aktorzy zmieniają często kostiumy i dlatego w roli kobiety węża czasem widzimy Lichocką.

Wszyscy ci ludzie, wśród których znajduje się wielu dobrze zabezpieczonych ekstremistów, wskazują zawsze jedno zagrożenie, które jest także źródłem nienawiści. Jest nim internet. Najbardziej zaś groźni są w nim ci, którzy emitują przekaz niezrozumiały lub nie do końca zrozumiały dla wymienionych wyżej aktorów. I na tym dziś zakończę. Mam masę roboty. Jeszcze tylko zareklamuję swoje książki.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

sierpień 102021
 

Chodzę trochę po lesie, żeby odpocząć. Leśnicy wkładają mnóstwo pracy w to, by las był środowiskiem atrakcyjnym i by ludzie tam spacerujący, prócz zbierania grzybów, dowiedzieli się także czegoś o przyrodzie. My zaś wiemy, że tak zwana edukacja leśna prowadzona jest intensywnie od wielu już lat. Jaki jest tego efekt? No taki, że wszyscy, którzy zajęli się tą edukacją z inspiracji leśników doszli w końcu do wniosku, że nie będąc leśnikami i nie zajmując się lasem w praktyce, wiedzą lepiej co zrobić, żeby las był jeszcze ładniejszy. Dokładniej mechanizm ten wygląda tak – ci rzekomi pasjonaci lasu nie zajmują się w istocie przyrodą, ale życiem towarzyskim oraz liczeniem pieniędzy, które od trzech dekad pobierają z różnych fundacji organizacje ekologiczne. Las mają głęboko w plecach, markując jedynie zainteresowanie nim i podejmując różne szlachetne akcje. Ich wiedzy i zrozumienia problemów związanych z lasem nikt sprawdzał nie będzie, albowiem nie ma takiej potrzeby. Kolportaż informacji bowiem jest tak skonstruowany, że do świadomości grup, zwanych opinią publiczną przebija się tylko wrzask i memy. W takie sytuacji nie może być mowy o żadnej edukacji. A do tego jasno widać, że to, co zwane jest edukacją powszechną ma inne przeznaczenie niż deklarują jej twórcy. Każdy bowiem kto się czymkolwiek zainteresuje na poważnie i zacznie intensywnie pracować w swojej dziedzinie osiągając jakieś sukcesy, stanie się, dzięki powszechnej edukacji zasobem i łupem demagogów. I to nie jest przypadek, ale plan. Tak to zostało pomyślane dawno temu w czasach kiedy socjaliści zaczęli uszczęśliwiać ludzkość. Powszechny obowiązek szkolny nie służył temu, by wykształcić wodzów, ale by wykształcić niewolników, ludzi, którzy posiadając zasób wiedzy potrzebny do obsługi jakiejś branży, będą do tego całkowicie zdani na łaskę i niełaskę aparatu. Problemy w Polsce zaczęły się kiedy aparat przestał być potrzebny i zastąpił go inny, ten, który rewolucją sterował w istocie. Okazało się, że wiele istotnych dla lokalnej mafii branż nie jest już potrzebnych. Ich obsługa zaś powinna zniknąć i nie przeszkadzać.

Nie jest przypadkiem, że z przeciętnej klasy szkolnej, do aparatu szli i idą nadal najbardziej leniwi i roszczeniowi osobnicy. Oni też jako pierwsi zaczynają rozumieć system, bo jest on oparty na wysuwaniu roszczeń właśnie. Ludzie zaś, którzy ufają w swoją siłę, umiejętności i inteligencję są skazani na klęskę, albowiem w socjalizmie, to na nich spoczywa odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia. A zostało to tak wymyślone, by aparat mógł żyć w spokoju i kontrolować produkcję. Na polecenie tego wyższego aparatu, który objawił się u nas po roku 1989. To co robi dziś PiS jest próbą zawrócenia Wisły kijem, czyli odtworzenia, za pomocą kredytów i dotacji, tej szczęśliwej okoliczności z początków realnego socjalizmu, kiedy to inżynierowie wierzyli, że są potrzebni krajowi. To jest totalne niezrozumienie okoliczności. Na swoje usprawiedliwienie PiS i ludzie, którzy wierzą w powszechną edukację i jej moce, mają to jedynie, że dawno temu ojcowie jezuici też wpadli w tą pułapkę. I choć nie obsługiwali systemu edukacji powszechnej, ale system elitarny, wykształcili, obok wielu bardzo fachowców, także ludzi, którzy stwierdzili, że wiedzą lepiej jak powinna wyglądać szkoła i nauczanie. I ci ludzie właśnie, po zaszantażowaniu papieża, w oparciu o kredyty, doprowadzili do upadku jezuitów.

Czy możliwe jest w ogóle uniknięcie takiej pułapki? Tak, ale wymaga to gruntownego przekształcenia systemu edukacji. Ze świadomością, że po wykształceniu kilkunastu roczników, konieczna będzie jego gruntowna reforma, dokonana w taki sposób, by usunąć z systemu deprawatorów. Nie spotkałem się nigdy, ani w czasie zebrań szkolnych, ani obserwując dyskusje o edukacji w programach publicystycznych, z kwestią najważniejszą – po co w ogóle prowadzimy edukację powszechną i dla jakich celów państwo kształci dzieci? Taka kwestia nie może się pojawić, albowiem dyskusja nad nią ujawni z miejsce wszystkie absurdy powszechnej edukacji. Wszyscy dobrze wykształceni ludzie są bowiem z Polski usuwani, a dzieje się tak nie przypadkiem bynajmniej, ale dlatego, że Polska, podobnie jak inne kraje ze wschodu Europy, ponosi koszta kształcenia specjalistów. Oni zaś potem pracują na rzecz tego aparatu, który nam owo kształcenie narzucił. Wielokrotnie słyszałem od samorządowców, że ile by się nie włożyło w edukację, tyle ona zje. Może więc przestańmy ją dotować, a wtedy stanie się cud. Przede wszystkim nauczyciele zaczną dobrze zarabiać. To znaczy ci, którzy będą mieli efekty zadowalające ludzi zlecających edukację. Należałoby przy tym zwiększyć jeszcze wymagania przy przyjmowaniu na studia, a wtedy sukces byłby pełny. No, ale wtedy okazałoby się, że tak naprawdę Polska nie potrzebuje ludzi wykształconych w takim systemie. Dlatego właśnie dyskusje o reformie edukacji w duchu wolnościowym i liberalnym, a la Korwin, są absurdem. Edukacja powszechna w Polsce ma bowiem taki cel, by przysłonić realnie istniejący rynek niewolnictwa. Ktoś zgłasza zapotrzebowanie na takich albo innych specjalistów, a państwo nasze ich dostarcza, kształcąc wcześniej na własny koszt. Nazywa się to dla niepoznaki likwidacją bezrobocia. Tak właśnie zrobił Tusk. PiS likwiduje bezrobocie w inny sposób, poprzez inwestycje w kraju. Kto będzie je obsługiwał? Tego jeszcze nie wiemy, ale w części pewnie jakieś zagraniczne firmy. Celem bowiem aparatu partyjnego w Polsce, istotnym celem, jest dołączenie do grona tych organizacji, które zlecają poszukiwania niewolniczej siły roboczej pracującej za te niby pieniądze. To się nie może stać, albowiem nikt w Polsce, wliczając w to Mateusza Morawieckiego nie ma stosownych uwierzytelnień. W warstwie propagandowej więc PIS eksploatuje gawędę o rozwoju gospodarczym. Co jednak będzie kiedy już ten rozwój nastąpi? Albo kiedy, co bardziej prawdopodobne, wykolei się na jakiejś niewielkiej przeszkodzie? Ci, którzy uwierzyli w powszechną edukację wyjadą, by pracować na zagranicznych budowach za znacznie mniejsze stawki, a reszta, która zostanie zacznie po staremu kraść na państwowym.

Zwróćmy teraz uwagę na to, że każda właściwie specjalizacja służy to tego, by zasłonić mirażem edukacji, kariery i sukcesu, jakiś dynamicznie rozwijający się rynek, na którym panują zasady, takie jak na rynku niewolników w Marsylii, w XIII wieku. Dotyczy to także rynków w likwidacji. O lekarzach i rynku który zasłaniają, nie ma nawet co wspominać. Leśnicy zasłaniają rynek drewna, który w Polsce rozwija się bardzo dobrze, a do tego jest jawny. Tak być nie może, trzeba bowiem w lesie przeprowadzić kilka operacji tajnych, których istota, jak przypuszczam tkwi jakieś 30 metrów pod ziemią. I w tym leśnicy przeszkadzają. Pomyślcie sobie teraz jak fantastyczny rynek zasłaniają historycy sztuki. I jaką fikcję musieli stworzyć, by nie było widać o co chodzi. To samo jest z archeologami. No, a ludzie ciągle w to wierzą i chcą edukować dzieci, by zapewnić im lepszy los. Najlepsi są jednak filozofowie. Żaden wydział filozofii na żadnym uniwersytecie nigdy nie skarżył się na brak kandydatów. Choć wydaje się, że gdzie jak gdzie, ale tam żadnych pieniędzy nie ma. No właśnie tam kształci się aparat i tam odbywa się edukacja prawdziwa – poprzez wtajemniczenie. To samo dzieje się, jak przypuszczam na różnych studiach międzywydziałowych, będących pretekstem jedynie do tego, by zapewnić właściwe okoliczności kształcenia lokalnych przedstawicieli aparatu. Reszta jest milczeniem.

My całe szczęście mamy tu swoją grę w skojarzenia, która znajduje się poza wszelkimi systemami i poza wszelkimi złudzeniami. Poza tym korzystamy z tego dobrodziejstwa, którego żaden system, poza obozowym komunizmem zamknąć nie może – z rynku treści. On bowiem usprawiedliwia istnienie powszechnej edukacji i ją tłumaczy.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

sierpień 092021
 

Prezes użył niedawno takiej oto formuły – zyski z podatków. Powiedział też, że owe zyski nie mogą być inwestowane w zagraniczne nieruchomości, konkretnie w domy w Alpach, albowiem – tak powiedział – oni jako państwo nie są tym zainteresowani. Ponieważ wszystko to wróży jak najgorzej, trudno bym się do tych słów nie odniósł. Wszyscy wiemy, że nie istnieje nic takiego jak zyski z podatków. Ulgi zaś podatkowe są po to, by tak zwany przedsiębiorca, w istocie niewolnik utrzymujący aparat urzędniczy, nie umarł z głodu i miał za co prowadzić ten swój niby biznes. Żeby mógł opłacić ludzi, których wynajął, żeby mógł zapłacić za prąd, wodę i gaz. Jarosław Kaczyński nie rozumie tego, albowiem przez całe życie miał wszystko podstawiane pod nos. I jak raz musiał pojechać do Białegostoku, żeby tam prowadzić jakieś zajęcia ze studentami, to zdaje się przeżył to bardzo ciężko. Na swojego doradcę biznesowego Jarosław Kaczyński wyznaczył Daniela Obajtka. Nie wiadomo kim jest ten pan, ale ma to coś – tak powiedział prezes – ma też rozliczne interesy, z których czerpie zyski, również podatkowe. Część z tych interesów to nieruchomości, także za granicą. I teraz mam pytanie – czy to co powiedział prezes dotyczy także Obajtka, czy tylko takich, jak ja.

Powyższe napisałem celowo w tonie płaczliwo-życzeniowym, bo w takim tonie pisane są listy do Tuska, a on je odczytuje przed kamerami i musi się tłumaczyć z tego co tam kiedyś powiedział. Kurska telewizja zaś griluje go z wielkim okrucieństwem smakując swój sukces. Teraz napiszę coś serio. Uważam, że Jarosław Kaczyński właśnie zaczął swój wielki bieg ku otchłani. Jeśli ktoś mówi – my jako państwo – to nie wie co mówi, albowiem w ten sposób definiuje opozycję. I do tego ją scala, a także wskazuje jej cele i sposoby ich realizowania. Czyni to albowiem jest pewien gwarancji udzielonych jego rządowi. Celowo piszę – jego, bo to nie jest rząd Morawieckiego. Gwarancje te nie zależą w najmniejszym stopniu od czynników lokalnych, ale w całości są uzależnione od kwestii globalnych. Te zaś są poza zasięgiem mózgów i ramion wszystkich naszych polityków, także Jarosława Kaczyńskiego. Jego pewność siebie wypływa z faktu, że nie on będzie żył w tym świecie, który tak zachwala. Może więc już sobie pleść trzy po trzy i niczym się nie przejmować. Pewności Jarosławowi Kaczyńskiemu i politykom PiS dodają ci, którzy zajęli się konstruowaniem i kreowaniem opozycji. Składa się ona bowiem w całości z idiotów, którym ktoś pisze teksty na prompterze. Nie mają oni nic do powiedzenia ponad to, że będą wiernie służyć. Każde ich słowo i gest o tym przekonuje. Wliczam do tego także posłów Konfederacji, którzy są jeszcze jedną lokalną organizacją bez możliwości załatwienia czegokolwiek. Tusk kompromituje się w zasadzie codziennie i najwyraźniej, podobnie jak Kaczyński, nie wie co mówi. Na ulicach zaś demonstrują przedstawiciele partii chłopskiej, odziali w sprasowane spodnie i lakierki, którzy o politykach PiS mówią – zdrajcy polskiej wsi. Od dawna nie ma już polskiej wsi, a ta retoryka jest retoryką początku XX wieku, równie dziś nieskuteczną jak wtedy. Niestety służby są pełne niedouczonych i niedokończonych magistrów historii, którzy nie potrafią sformatować żadnego innego przekazu. W tych okolicznościach bardzo łatwo o złudzenie, że władza może wszystko i że sky is the limit. Nie jest, albowiem od tej władzy, która czuje się tak mocna, nie zależy nic. Nord stream zostanie dokończony, bez względu na to ile i jakich protestów wyprodukują kongresmani przychylni Polsce. O tej przychylności Polsce słyszę codziennie w Wiadomościach, a jest to podawane dokładnie tak, jakby za chwilę miało dojść do usunięcia Bidena z Białego Domu. Jeśli zaś tak to wygląda to jest oznaką słabości i myślenia życzeniowego.

Jedno wahnięcie koniunktury, albo jakiś wypadek losowy, na przykład kilka zgonów osób zaszczepionych i cały ten entuzjazm szlag trafi. Opozycja nie będzie musiała nawet zmieniać liderów, żeby odsunąć PiS od władzy. W końcu jednak zacznie ich zmieniać, ale to nie wróży niczego dobrego. Bo zmiany są zawsze na gorsze. Jeśli dziś więc liderem jest Tusk, który coś tam czyta z kartki, albo ten chłopiec co reprezentuje polską wieś i występuje w jej obronie, to nie oznacza, że jesteśmy na dnie. Może być znacznie gorzej. O tym bowiem kto będzie liderem opozycji nie zdecydują jego możliwości, ale gotowość do kompromisów z patronem, które dokonywać się będzie naszym kosztem. Wszystkie te, czekające nas przygody, wynikają, moim zdaniem, z formuł, których lekkomyślnie używa Jarosław Kaczyński. Ludwik XIV był naprawdę potężnym władcą, kiedy wyartykułował słowa – państwo to ja – a los tego państwa został niebawem, ledwie po dwóch panowaniach, przypieczętowany. Jarosław Kaczyński jest, w skali globu, a nawet wschodniej Europy, polityczną nicością, a mówi – my jako państwo. Ma przy tym na myśli siebie, Morawieckiego, Sasina i Objatka. No i może jeszcze Terleckiego. Przeciwko sobie zaś będzie miał za chwilę tych wszystkich, którzy co prawda nie mają domu w Alpach, ale bardzo starają się związać koniec z końcem, pracując w Polsce. Być może chodzi o to, żeby prezesa w ogóle zdjąć ze sceny i ktoś mu te rewelacyjne wypowiedzi podsuwa? Nie wiem. Myślę jednak, że najważniejszą zmianą w polskiej polityce, która musi nastąpić, bez względu na to co się będzie działo, będzie zmiana zaplecza. Zarówno powiem komunikacja rządowa jak i opozycyjna zaczyna odjeżdżać w rejony filmowe. I nie chodzi mi tutaj o filmy klasy A, ani o produkcje przyrodnicze Davida Attenborough. Skłaniałbym się raczej do tego, że wyraźne są tam podobieństwa do programu Benny Hill Show. Sposoby jakimi polityka próbuje przemawiać do Polaków nasączone są fałszem i kokieterią, a także nieszczerym bardzo żalem. Władza zaś, jak się zdaje, buduje swoje wielkie plany w oparciu o tak zwane kluczowe inwestycje, które zapewnią stabilizację i miejsca pracy dla całych rzesz ludzi. Ktoś może w tym miejscu zapytać – i co w tym złego? No choćby to, o czym już pisałem, wszystko zależy od koniunktur zagranicznych, te zaś są nieprzewidywalne, jeśli oglądać je próbujemy z Polski. Czy ktoś spodziewał się, na przykład, takiego rozwoju wypadków https://gadzetomania.pl/62661,plonie-tesla-megapack-pozar-wybuchl-podczas-testu-magazynu-energii

To jest nic. Na razie. Ale ja bardzo łatwo mogę wyobrazić sobie, że świat w ciągu dwóch czy pięciu lat odejdzie o bajań o energii elektrycznej i powróci do eksploatacji złóż ropy, gdzie tam one są. I nieważne czy pilnował ich będzie reżim Putina czy jakiegoś innego Naftalego Frenkla.

Nie mam niestety domu w Alpach, ani nawet widoków na takowy, muszę jednak jakoś reklamować swoje książki. I dziś wpadłem na taki właśnie pomysł, jak widać powyżej.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

lipiec 202021
 

Jakiś czas temu dyskutowaliśmy tu o niedostępnym nigdzie tekście Wojciecha Zaleskiego, zatytułowanym tak, jak widać wyżej. Jeden z czytelników odnalazł ten unikalny materiał, a ja postanowiłem go wydać, tak jak inne książki Wojciecha Zaleskiego: Tysiąc lat naszej wspólnoty i Dzieje górnictwa i hutnictwa na Śląsku od średniowiecza do 1806.

Choć sam autor nazywa swoje dzieło broszurą, ja nie wydałem go w takiej formie. Książka Zaleskiego ukazuje się w twardej oprawie, w serii z białą sową. Uważam, że to jest dobry sposób na utrwalanie ważnych tekstów. Myślę, że trafiliśmy z tą pozycją w dobry czas, albowiem premier Morawiecki do niedawna jeszcze mówił o nowym Planie Marshalla dla Polski. Zapoznajmy się więc z tym starym najpierw, a naszym przewodnikiem niech będzie autor tak przenikliwy jak Zaleski. Zapraszam do lektury.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/plan-marshalla-w-gospodarce-dwoch-kontynentow/

lipiec 062021
 

Trwa najgorsze, czyli wyszukiwanie błędów w napisanych już rozdziałach. Nie mam do tego serca ani cierpliwości, ale muszę to wykonać. Stąd przyczyna, że karmię Was bieżączką. Dostałem oto z rana pakiet linków, które – każdy z osobna i wszystkie razem – są po prostu wstrząsające. I wszystkie układają się w jeden, dobrze nam znany schemat, którym interesujemy się od dawna. Chodzi o to, że poziom ekscytacji publicystycznej w Polsce wyznaczają ludzie i treści, które są tu implantowane przez siły obce. One muszą mieć ciągle tę samą temperaturę i stan skupienia (podobny do sraczki – pardon), a gwarancją ich skutecznego kolportażu jest kariera jaką na lokalnym rynku osiągają ludzie będący owych komunikatów nośnikami.

Najpierw więc umieszczę tu lament Ziemkiewicza.

https://twitter.com/R_A_Ziemkiewicz/status/1411320204186079235?s=19

Nie wiem co co chodzi Rafałowi Aleksandrowi, ale to właśnie dzięki takim jak on przepieprzyliśmy, jak to poetycznie ujął, niepodległość. Po co było latać do towarzyszki panienki i sadzić tam te, oklepane jak zad dorożkarskiej kobyły, dyrdymały? Komu to jest potrzebne? Podobnie zresztą czynią wszyscy, albowiem wszyscy wierzą w to, że tylko komunikaty, których popularność jest gwarantowana są coś warte i mają siłę nośną. O tym, kto gwarantuje ową siłę i kto nadaje tym komunikatom pęd już nikt nie pomyśli. I dlatego popularność w sieci zdobywa Grzegorz Moment Płaczek, albowiem on po raz kolejny mówi Polakom, że zostali okradzeni przez rząd w związku z pandemią. I można, po skonsumowaniu tych rewelacji, wspólnie popłakać, wzbić się na poziom emocji dostymulowanych, gdzie może….kto wie…uda się poznać jakiegoś miłego pana, albo panią? W końcu ta zwartość jest najistotniejszą treścią dramatycznych komunikatów dotyczących sytuacji w kraju.

Nie mam dla Ziemkiewicza dobrych wieści. Ani on, ani Janek Pospieszalski, ani w ogóle nikt z nich, nigdy nie wyjdzie poza zaklęty krąg treści dotyczących relacji pomiędzy Polakiem a wirusem, albo relacji pomiędzy Kaczyńskim i antykaczyńskim. Tak się nie stanie, bo na emisję innych treści nie ma ani budżetów, ani koniunktur. Trzeba je dopiero wzbudzać, a tym właśnie zajmujemy się na całym tym ponurym padole tylko my. Nas zaś Ziemkiewicz nie zauważa, a to z tego powodu, że napisałem kiedyś o nim i jego kolegach tekst zatytułowany „Buc, Gursztyn i Gociek”. Takich rzeczy się prawda nie zapomina i choćbyśmy byli na Saharze, Ziemkiewicz umierałby z pragnienia, a ja miałbym lodówkę pełną kraftowych piw w oszronionych butelkach, nie złamałby się i nie poprosił mnie o butelkę. Teraz więc, zamiast zauważyć, że jednak coś próbujemy robić, płacze w kąciku, świadom, że przecież jest współwinny sytuacji.

Dostałem też taki oto link

https://www.tysol.pl/a68275-Mialem-okazje-rozmawiac-z-ksieciem-Monako-Mowil-ze-uczy-dzieci-polskiego-bo-jestesmy-wielkim-narodem#.YOMr7n8nZtk.twitter

Nie wiem co o tym myśleć i czy czasem nie jest to żart. Mam jednak za sobą bardzo ciężkie miesiące pisania książki, z której wynika, że Polska, obojętnie w jakiej epoce była istotnym i ważnym elementem światowej układanki polityczno ekonomicznej. Prawda ta nie jest niestety widoczna, albowiem podstawę rozważań o historii stanowią prace autorów wychowanych albo w Krakowie przed wojną, albo w PRL, których dziedzicem ideowym jest redaktor Janicki bredzący coś o ciekawostkach historycznych. Sposób zaś w jaki opisują oni Polskę i jej historię zasadza się na tym, by w co drugim zdaniu podkreślać zaściankowy i prowincjonalny charakter kraju i jego polityki. A także by wskazywać jak wąskie były horyzonty władców. Szczególnie w średniowieczu. To jest taka historia pisana nawet nie z perspektywy NRD, ale środkowego nadodrza. Niech mi wybaczą to mieszkańcy Krosna Odrzańskiego i okolic, gdzie bywałem i bywam, gdzie jest pięknie, cicho i malowniczo, ale w taki właśnie sposób wykorzystywano w PRL ich małą ojczyznę. Jako punkt wyjścia dla rozważań o historii monarchii piastowskiej.

Metoda ta, nazwijmy ją metodą systemowego dołowania, albo wręcz kopcowania, ludzi, przeniosła się na niwy ekonomiczne i polityczne. Oto dowód w postaci tekstu i fotografii

https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/ustawy-podatkowe-polskiego-ladu-jeszcze-w-tym-tygodniu/6bnsl0n.amp?__twitter_impression=true

Już o tym pisaliśmy, ale nie zaszkodzi powtórzyć – klasa średnia zaczyna się od 4 tysięcy brutto. Mój kolega pracujący jako tak zwany cieć, ma 4 tysiące brutto, ale ja mu nie powiem, że jest klasą średnią, bo mi odwinie z otwartej – i to w najlepszym razie. Mam nadzieję, że za lat 100 wszystko to, łącznie z wizerunkami Morawieckiego i Patkowskiego przeniesie się do na nowo zreorganizowanego portalu „Ciekawostki historyczne”, który prowadził będzie wnuk redaktora Janickiego piszący sążniste i pełne wiców artykuły o polskiej klasie średniej na początku XXI wieku.

Na koniec zostawiłem prawdziwy hit. Trzymajcie się ramy, to się nie….lepiej nie będę tu rymował. Sami popatrzcie:

https://wroclaw.tvp.pl/54663491/na-uniwersytecie-wroclawskim-powstalo-akademickie-centrum-badawcze-excentrum-olgi-tokarczuk

To jest coś niepojętego. Próbowałem się zimą jeszcze skontaktować z tym uniwersytetem, żeby mi sprzedali prawa do jednej książki. Wydawnictwem kieruje jakaś Ukrainka, która nic nie rozumie, dała mi jakiś mail, ja tam coś wysłałem i odpowiedzi nie mam do dzisiaj. No, ale mamy za to centrum badań nad prozą Olgi Tokarczuk. To jest przecież niepojęte! Jak ona może mieć swoje centrum badań, a Manuela Gretkowska nie? A Monika Zamachowska-Richardson? Jej też się przecież coś należy. A inne zasłużone osoby w spódnicach i spodniach, binarne i niebinarne…One też muszą być uhonorowane w jakiś sposób. Że co? Że Tokarczuk ma Nobla? A kogo to obchodzi! Co to zresztą znaczy w dzisiejszych czasach – Nobel!

W tekście tym widzimy, że rektor podkreśla iż chce uniwersytetu otwartego. Ta uczelnia jest już tak otwarta, że nie widać tam horyzontów, niebawem zaś zacznie tam hulać wicher o takiej sile, że wywieje rektora, kadrę i studentów…Zwróćcie przy tym uwagę, że kiedy chcemy wznowić jakaś książkę, albo coś wydajemy korzystając z tak zwanych wolnych zasobów, słyszymy często głosy iż nie ma to sensu. Wszak już raz zostało wydane, albo jest w wolnym zasobie. Ja na przykład od dłuższego czasu z żadnych wolnych zasobów nie mogę korzystać, bo pojawia mi się komunikat, że jest jakiś remont czy coś….A książki Tokarczukowej będą i wydawane i digitalizowane, a co! I jeszcze do tego będzie instytut. Ho, ho, tak, tak…nie mam słów, wracam do roboty.

czerwiec 182021
 

Po cichutku, pomalutku minęła właśnie rocznica pojednania polsko-niemieckiego w Krzyżowej, które pamiętamy głównie ze zdjęcia, określanego przez złośliwców tytułem „Niemiec dusi kota”. Na fotografii tej widać kanclerza Helmuta Kohla i premiera Mazowieckiego objętych w pojednawczym uścisku.

Przez media z lekkim szumem przeleciała informacja, że kanclerzyna nie chciała spotkać się z premierem Morawieckim, albowiem jest zbyt wiele otwartych spraw, które nie pozwalają na głośne świętowanie tego wiekopomnego wydarzenia. W warszawie pojawił się prezydent Niemiec, ale tylko na chwilę, nasz prezydent zaś wygłosił przemówienie, bardzo stonowane, w którym powiedział, że nie wszystkie punkty umowy o pojednaniu są ze strony niemieckiej wypełniane. Głównie chodziło prezydentowi o te punkty, które są stosunkowo, jeśli brać pod uwagę sprawy teraźniejsze, najmniej istotne. To znaczy kwestie rewindykacji dóbr kultury. I ja o tym właśnie dziś chciałem rzec słowo. Wszyscy dobrze wiemy, że to, tak zwane pojednanie, to w rzeczywistości układ o poddaństwie nazwany dla niepoznaki nieco inaczej, taki hołd złożony cesarzowi Fryderykowi I przez Bolesława Kędzierzawego. Nikt tego głośno nie mówi, albowiem są w traktatach, zupełnie jak w prawie dwie jakości – litera i duch. One są w tych traktatach międzynarodowych rozumiane odwrotnie niż w prawie. To znaczy słabszy domaga się interpretacji według litery, a silniejszy według ducha. Taka jest mechanika traktatów. Pozory jednak muszą być zachowane. Przynajmniej na razie. Prezydent Duda więc, bardzo słusznie, nie mówi o sprawach poważnych, a jedynie o nich wspomina. Nie domaga się niczego nachalnie, ale wskazuje na literę tego traktatu, podobnie jak na jego ducha wskazuje Merklowa, która chce po prostu, by Polska była posłuszna i nie stawała pomiędzy Niemcami a Rosją. Tego Polska zrobić nie może, albowiem jest to prosta droga do rozbioru, który dokona się także w jakimś duchu, zapewne szlachetnym, a poprzedzony zostanie, jak zwykle destabilizacją kraju przez elementy nieodpowiedzialne. Tak więc sytuacja jest w istocie płynna i nikt nie wie gdzie przebiegają granice, nikt też nie rozumie skali odpowiedzialności za słowo, bo ta wiedza przyjdzie później. Niestety jest ona zwykle bolesna. Nasi przyjaciele bowiem, zza Odry, komunikują się z nami zwykle za pomocą pośredników. Inny kontakt jest wykluczony i w zasadzie nie do pomyślenia. Nasz kłopot polega na tym, że ci pośrednicy zostali wychowani przez niemieckie służby i przemawiają takim językiem, jaki chce usłyszeć niemiecka polityka. My z kolei jesteśmy na to głusi. To znaczy próbujemy być głusi, bo oni nam te komunikaty coraz częściej wywrzaskują wprost do ucha, uniemożliwiając polemikę, albowiem działają w duchu traktatów, lekceważąc ich literę. Nigdy nie zapomnę jak Angela Merkel powoływała się na Szczypiorskiego. Oczywiście, w Polsce jest wielu ludzi, którzy dziś nawet uważają, że Szczypiorski to był jakiś pisarz, czy ktoś podobny. Chcę wskazać jakie paradygmaty komunikacyjne obowiązują w polityce niemieckiej i jej relacji z Polską. Jeszcze nikt chyba nie wspomniał – wiem, że się powtarzam – Wojciecha Kossaka i jego współpracy z Wilhelmem II, ani Fałata też nikt nie wspomniał, a jaki to wdzięczny temat. Na tapecie był za to Szczypiorski, komunistyczny agent. Podobnie jak wielu niemieckich polityków.

No, ale Niemcy sami mają kłopot z tym Wilhelmem, bo to przecież podżegacz wojenny, a oni są nastawieni pokojowo. Swoją, a także naszą historię traktują więc wybiórczo i w gruncie rzeczy ją olewają. To jest instrument bieżącej polityki. Kłopot w tym, że on nie spełnia swojej funkcji nawet wobec nas. Ciekawe w takim razie jak to wygląda w innych przypadkach? Na przykład jak wygląda współpraca kulturalna pomiędzy Niemcami a Francją. Wszystko już wyjaśnione, czy jeszcze nie?

Wróćmy do tych pośredników. Najważniejszym jest prezydent Niemiec, sympatyczny starszy pan, który wykonuje różne demonstracje. Ja osobiście wolałbym, żeby ktoś kiedyś, skoro on jest taki przystępny i łatwy w obyciu, zorganizował debatę pomiędzy nim a Andrzejem Dudą, z udziałem naukowców z Niemiec i Polski. I koniecznie musiałby być tam zaproszony prof. Andrzej Nowak, żeby było naprawdę kulturalnie, bezpiecznie i spokojnie. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę, że nie, albowiem dla polityki niemieckiej byłaby to degradacja. Tego nikt nie powie, ale to wynika z ducha traktatów.

W komunikacji z Polakami Niemcy używają jednak zwykle wychowanych przez siebie profesorów, mówiących po polsku, którzy reprezentują naprawdę szerokie spektrum wiedzy. To znaczy są prawnikami, historykami, lingwistami i religioznawcami w jednym. Jeśli coś pominąłem przepraszam. Wiadomo nie od dziś, że Niemcom imponują tytuły i specjalizacje, i mnożą je zawsze ponad miarę. To są nie sprawdza nigdzie poza Niemcami, a najmniej sprawdza się w Polsce. Oni jednak ciągle używają tego narzędzia, albowiem w jakiś sposób ich to uspokaja, tak sądzę. Bo nie o skuteczność przecież chodzi. A skoro nie o skuteczność, to w grę wchodzi jeszcze tylko prowokacja. Oto mamy, omawiany szeroko w internecie artykuł niejakiego Romanowskiego Andrzeja, który reprezentuje modelowy typ niemieckiego agenta wpływu. To znaczy obwieszony jest tymi naukowymi świecidłami, wygląda jak sympatyczny mopsiu i ubiera się z lekką nonszalancją, jak to zwariowany profesor, z jakimiś obsesjami. Opublikował ów człowiek w gazowni artykuł pod takim oto tytułem: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli nas pisać i czytać. Ofiarowali łacinę i chrześcijaństwo

Ponieważ całość tekstu jest płatna, umieszczę tu link do polemiki, która znajduje się na stronie Karnowskich. https://wpolityce.pl/media/554685-gw-sklada-hold-niemcom-nauczyli-nas-pisac-i-czytac

Nie ma sensu odnosić się do wszystkich umieszczonych tam idiotyzmów, bo to są te same numery, które znamy już od dekad, a ktoś je musi ciągle powtarzać i do tego wynajmuje się właśnie takich Romanowskich. Chciałbym zwrócić uwagę, jak zwykle, na mechanikę pułapki, w której tkwimy. Jestem przekonany, że wszelkie emocjonalne, patriotyczne ruchy w polskiej publicystyce i nie tylko publicystyce, są stymulowane przez Niemców. To jeden element pułapki. Drugi, to wskazywanie na pogańską wielkość Polski, czyli prasłowiańska potęga wielkiej lechii, która ma przecież potwierdzenie w niemieckich źródłach, a niemiecka nauka nie myli się nigdy. Trzeci zaś to treści zawarte w artykule Romanowskiego, te wszystkie histerie dotyczące niemieckich nazw, kultury, która tu ponoć przyszła wraz z Niemcami, Nie będę tego, jak powiadam omawiał, bo szkoda czasu. Chcę tylko postawić jedną kwestię. Prezydent Duda mówił o opieszałym zwracaniu dóbr kultury zrabowanych w czasie wojny. W tym zapewne jakiś pergaminów i ksiąg pamiętających może nie Jadwigę Śląską, ale wiek XV na pewno. Moim zdaniem nie to jest ważne. Czy ktoś przeprowadził inwentaryzację dóbr kultury powstałych na ziemiach polskich przed najazdem mongolskim, albo szerzej, przed końcem XIII wieku, znajdujących się w zbiorach niemieckich do wojny 1914 roku? Jeśli jest taka inwentaryzacja czy można ją porównać z inną, zrobioną z przeznaczeniem dla tych samych zasobów, ale dostępnych po roku 1945. Co się zmieniło? Czego ubyło? Gdzie zostało to rozproszone? I jeszcze jedno – jaka miarę przykłada się do pojęcia „własność dóbr kultury”? Czy ktoś bardziej zorientowany mógłby to wyjaśnić? Zmierzam do tego, ze historia i źródła dotyczące dziejów ziem polskich przed końcem XIII wieku, traktowane są w Niemczech, jako źródła niemieckie, dotyczące historii Niemiec. I jak sądzę, jako takie są dość oszczędnie udostępniane. Nie wiem czy w Polsce ktoś w ogóle jest świadom tego ile ich jest i gdzie są przechowywane. Ja tego nie wiem. Trzeba by zapytać profesora Nowaka.

To nie jest oczywiście sprawa tak widowiskowa, jak wielka lechia, albo pretensje do Polaków, że nie mówią po niemiecku i zmienili nazwę Marienburg na Malbork, moim zdaniem jednak, to jest moment absolutnie kluczowy, jeśli chodzi o tak zwane relacje polsko niemieckie na niwie kultury. Kluczowy, albowiem dla Niemców, historia Polski zaczyna się wraz z koronacją Przemysła II, wcześniej zaś, wszystko co działo się na terenach Polski, jest historią cesarskich lenn, które czasem się buntowały, a czasem współpracowały. Jedno jest w tym nie do ominięcia – język plemion słowiańskich, który z pewnością nie był językiem niemieckim. I który z pewnością istniał niezależnie, od wpływów niemieckich. To jest fakt bezsporny, mimo tego, że pierwsze zanotowane słowa po polsku pochodzą z czasów stosunkowo późnych. Dowodem na istnienie tego języka, i żywą ciągle tradycję, jest słowo Niemcy, które przecież nie przetrwałoby w takiej formie, gdyby nie ów język właśnie.

czerwiec 032021
 

Żeby tak rzeczywiście było, kadry muszą być bez przerwy stymulowane. Tylko wtedy bowiem osiągają zamierzony przez elitę organizacji cel. Towarzysz Lenin i jego organizacja położyli wielkie zasługi w dziele stymulowania kadr, ale uczciwie przyznajmy, że mieli bardzo duży handicap. Nikt bowiem nie wiedział jeszcze, z wyjątkiem paru bardzo dobrze poinformowanych Żydów, nie posiadających jednak mocy politycznej, czym może być socjalistyczna rewolucja. Do stymulowania kadr, by efektywniej pracowały i głębiej wierzyły, towarzysz Lenin przeznaczył towarzysza Dzierżyńskiego. Nie zdecydował się na inne rodzaje stymulacji, na przykład nie rozdawał po worku kartofli raz na miesiąc, dla najbardziej zasłużonych członków kadr, albowiem takie zachowanie mogłoby spowodować, że cofnięto by mu ów handicap. Zakwestionowałby bowiem w ten sposób sens rewolucji i metody jej działania, wypracowane w różnych tajemniczych gabinetach.

Dotarły do mnie wczoraj dwie wiadomości. Obydwie wesołe na swój sposób. Pierwsza to taka, że były premier Kazimierz Marcinkiewicz stoczy walkę MMA, cokolwiek by to miało nie oznaczać, w jakimś charytatywnym turnieju organizowanym przez fundację braci Collins. Historia braci Collins jest wszystkim znana, to są przedsiębiorcy z Polski, którzy czegoś się tam dorobili w Londynie i założyli fundację, zmieniając przy okazji nazwisko, by łatwiej radzić sobie w świecie anglojęzycznym. Ich fundacja wspiera różnych potrzebujących pomocy ludzi i angażuje do występów jakieś atrakcyjne postaci, które chcą się przy okazji tych walk zareklamować. No i teraz zgłosił się tam Marcinkiewicz. My zaś widzimy, że kadry nie mogą decydować o wszystkim, bo w naszej rzeczywistości politycznej o kadrach decyduje prezes. Ja nie będę dziś krytykował prezesa, chcę tylko pokazać to, co i tak wszyscy widzą – prezesowi jest dokładnie obojętne jakimi narzędziami będzie pracował, byleby tylko wykonywały one dobrze te czynności, które on zaplanował. Czy to wzmacnia organizację? Pozornie. Moim zdaniem osłabia ją i doprowadzi do jej całkowitej klęski, kiedy tylko zabraknie prezesa. Klęska to może za duże słowo, ale doprowadzi do całkowitej zmiany paradygmatów, którymi kieruje się organizacja. Nie ma bowiem w organizacji żadnego mechanizmu wyłaniania kadr. Są próby tworzenia takiego mechanizmu, ale one są w istocie dziecinne. Lojalność zaś tych kadr będzie tak samo głęboka, jak lojalność braci Collins wobec Polski. Oni mogą zorganizować walkę w kisielu i przeznaczyć zysk na cele dobroczynne, a przy tym zmienią nazwisko, ale nie utrzymają władzy i lojalności w jakimś pionie urzędniczym.

Polityka kadrowa prezesa była wielokrotnie krytykowana. Moim zdaniem w niewłaściwy sposób. Ludziom bowiem uprawiającym tę dyscyplinę wydawało się i dawali temu wyraz werbalnie, że kiedy oni znaleźliby się w podobnej do prezesa sytuacji, to dopiero zaprezentowaliby swoje zdolności interpersonalne. Niczego by nie zaprezentowali, bo metoda prezesa wykuwała się przez wiele dekad, przy świadomości, że wszyscy albo prawie wszyscy otaczający go ludzie są podstawieni. Nie można mieć więc dla nich ani szacunku ani litości, ani nie można dawać im żadnych tak zwanych szans, albowiem oni tego nie zrozumieją. Ich lojalność bowiem jest po większej części nieokreślona. Wszyscy pamiętamy prokuratora Kaczmarka, który był przyczyną szyderstw z obydwu braci, w czasach kiedy wydawało nam się, że wieś polska, a z nią kraj cały, to spokojny i wesoły zaścianek. Dziś już tak nie myślimy, nie spowodowało to jednak żadnej zmiany w polityce kadrowej. Nie mogło spowodować, albowiem nikt nie pracuje nad opracowaniem metody efektywnego wyłaniania zdolnych kadr. Zdolnych to znaczy, w mojej ocenie, zdecydowanych przede wszystkim i twórczych. Takich jak towarzysz Dzierżyński. Metoda prezesa, zakładam, że nie ma on świadomość tego faktu, produkuje kadry zachowawcze, które mają konserwować i utrzymywać urządzenia wypracowane i przygotowane przez rząd. W te zaś prezes, tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka, wierzy. Jeśli kadry nie zachowują się po jego myśli, mogą iść do konkurencji, a to oznacza dziś degradację. Nie zawsze tak jednak było. Przyznajmy, że prezes prowadził swoją politykę kadrową w taki sposób, również w czasach kiedy nie opłacało mu się nikogo wyrzucać, bo nie miał kim robić. To odsuwa odeń podejrzenia o jakieś napoleońskie ciągoty. To jest metoda, której się nauczył i już się nie oduczy. Krytykowanie go za to nie ma sensu. Musimy też jednak przyznać, że jej sztandarowym produktem jest Marcinkiewicz, który niebawem wyjdzie na ring w samych gaciach i koszulce.

Przejdźmy do drugiej wiadomości. Ona także jest zabawna na swój sposób. Oto wywalili z telewizora Janka Pospieszalskiego, co może wskazywać, że gdzieś tam na zapleczu jest jednak jakiś Dzierżyński. Ja w to nie wierzę, ale ktoś mógłby tak pomyśleć. Trudno doprawdy o człowieka bardziej lojalnego i oddanego sprawie niż Janek. Wszyscy pamiętamy jego udział w miesięcznicach, w każdym niemal ulicznym wydarzeniu. Zawsze można było na niego liczyć. Oczywiście szydziliśmy też, że PO wywaliło z telewizora wszystkich pisowców, a Janek został. Teraz jednak wyleciał. Powodem jest, czego łatwo się domyślić, krytyka polityki covidowej. To sprawę w zasadzie wyjaśnia i wskazuje nam kierunek – prezes będzie się musiał w końcu rozejrzeć za jakimś Dzierżyńskim. Jedyna nadzieja w tym, że wybierze go według dotychczas stosowanych kryteriów. To znaczy, że będzie to ktoś w typie Marcinkiewicza, kto po kilku nieudanych akcjach skończy na ringu u braci Collins.

Usunięcie z telewizora Pospieszalskiego, to znak, że organizacja zwiera szeregi i wskazanie wokół jakich pojęć budowana będzie lojalność. To nie wróży dobrze PiS-owi, albowiem do tej pory partia budowała lojalność wokół treści, które można umownie nazwać buntowniczymi. Budowała je wokół niezgody na Tuska i każdy kto coś tam brzechał na tego Tuska mógł liczyć na jakieś zainteresowanie. Z wyjątkiem blogerów rzecz jasna, bo ci nie mogli liczyć na nic. To się skończyło i partia będzie tworzyć strukturę wokół covida. Czy to jest jakaś jakość związana z tymi pojęciami, które każą ludziom głosować na PiS? Oczywiście, że nie, to jest pojęcie przywiezione w teczce, które trzeba lansować, żeby utrzymać się u władzy. I widzi to każdy, kto potrafi odróżnić na zdjęciu towarzysza Lenina od towarzysza Dzierżyńskiego. To jest ten handicap, który miał towarzysz Lenin i którego nie mógł za żadne skarby stracić, bo cała rewolucja by przepadła. Dlatego właśnie Janek wyleciał z telewizora i najprawdopodobniej nigdy tam nie wróci. Mówią, że odnalazł się u Roli i tam będzie nadal śledził różne dziwne ruchy, jakie się wokół tego covida odbywają.

Czy to oznacza, że w ogóle nic się w Polsce nie robi, by poprawić jakość kadr? Oczywiście, że nie, jakieś ruchy się wykonuje, ale dotyczą one, w mojej ocenie, wartości wokół których buduje się lojalność. Jeśli ktoś uważa, że będą to takie wartości jak patriotyzm, rodzina, Kościół, albo „coś w podobie”, ten niestety się myli. Na ujawnienie tej prawdy poczekamy jednak do chwili, aż prezes zamknie oczy. Potem towarzysz Morawiecki dopiero pokaże nam, gdzie jest nasze miejsce. Przesłano mi wczoraj taki oto link:

https://www.tvp.info/54125105/prezydent-podpisal-w-dzien-dziecka-ustawe-o-powolaniu-rad-mlodziezowych-na-wszystkich-szczeblach-samorzadu

Tak to się robi w Chicago. Jednym podpisem prezydent stworzył organizację, która przypomina Komsomoł i ma podobne funkcje. Będzie się, na szczeblu samorządowym, troszczyć o dobro młodzieży. Zwrócę uwagę na kilka kwestii. Pierwsza – metoda pozyskiwania kadr opisana wyżej, jest właściwa dla prezesa jedynie. Cała reszta pozyskuje kadry kooptując je starannie spośród zasobów rodzinnych i nie myśli o tym, by je usuwać, redukować, albo przekształcać. Kadry mają trwać i zapewnić utrzymanie rodzinnym pionom urzędniczym. Należy więc przypuszczać, że w owych radach młodzieżowych znajdą się członkowie tych rodzin, które już na danym terenie władzę sprawują. Kolejna kwestia – młodzież, nawet bardzo ambitna, ma bardzo ograniczone pole widzenia, które, w tym przypadku, jest jeszcze celowo zawężane. I trudno przypuścić, że nie staną się owe rady, narzędziem nacisku grup nieformalnych istniejących w regionach, na inne grupy. Co nas to wszystko obchodzi, zapyta ktoś? Nie jesteśmy młodzieżą. To prawda, ale to ta młodzież będzie kreować za lat parę pojęcia, wokół których partia budować będzie z kolei strategie wyborcze i lojalność. I nie będą to pojęcia, do których przywykliśmy i które rozpoznajemy. Kwestia kolejna – nadzwyczaj prosta – komu oni będą donosić?Wobec kogo będą lojalni tak naprawdę, bo tego iż ktoś w końcu zacznie stymulować ich według starych, dobrych leninowskich wzorów, możemy być całkowicie pewni. Tak zwyczajnie pytam, bo mi się te młodzieżowe rady kojarzą z wewnętrznym PR-em w korporacjach.

Na koniec ogłoszenie. Dałem się namówić Ojcu Antoniemu Rachmajdzie i jadę 10 czerwca do Wrocławia, gdzie będę miał pogadankę o św. Idzim. Związaną po części z nowym tomem Kredytu i wojny. Zgodziłem się wyjątkowo, bo ktoś tam Ojcu wypadł, i termin został pusty. Nie powtórzę tego na razie, dopóki organizacja nie odwoła covida. Początek o 18.45, po mszy.

Maj 252021
 

Biegam dziś od rana za różnymi sprawami, tak więc postanowiłem poskładać tekst z jakichś kawałków i zrobić zeń taki patchwork, jak to czasem czynią zdolniejsi ode mnie autorzy. Fakty układają się zwykle w pewne sekwencje, a z tych z kolei wypływają wnioski. Oczywiście można powiedzieć, że to nieprawda i za każdym razem ktoś tworzy te sekwencje, a więc są one skażone pewnym subiektywizmem. Cóż można dodać? Jak wszystko. Wszystko bowiem jest postrzegane poprzez emocje i obsesje tkwiące gdzieś głęboko w nas, a potem domaga się to uznania i dowartościowania poprzez oceny innych. No więc lecimy.

Najpierw kopalnia Turów, która ma być zamknięta, bo Czechom i Niemcom brakuje wody. Publikowane w sieci mapki czeskich i niemieckich kopalń węgla brunatnego pokazują, ile tych odkrywek jest po tamtej stronie. I trudno przypuścić, by ów obniżony poziom wód gruntowych spowodował akurat Turów. Już prędzej chodzi o to, by Polska nie konkurowała z Czechami i Niemcami w sektorze energetycznym, ale oddała im te sektor, a najlepiej ten całkiem Polsce niepotrzebny kawałek ziemi, czyli Bogatynię i okolice. Jakby tego było mało ktoś podpalił taśmociąg w Bełchatowei, bo przecież nie wierzymy w to, że samo się, panie zajęło i zjarało. Całkiem bez związku z tymi wydarzeniami przeleciała przez sieć informacja, że jeden funkcjonariusz ABW wyleciał przez okno. https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,27113965,rmf-fm-funkcjonariusz-abw-wypadl-z-okna-na-czwartym-pietrze.html

Ktoś powie, że informacje te nie mają ze sobą związku. Ja bym nie był taki pewien.

Ponoć Białorusini zmusili do lądowania polski samolot z jakimś dysydentem na pokładzie, ponoć antyrządowym blogerem. Łukaszenka nabija sobie licznik popularności wysyłając myśliwiec na blogera, co leci w cywilnym samolocie, a premier Morawiecki rozważa sankcje. To jest niepojęte. Zastanawiam się co by zrobili w takiej sytuacji Izraelczycy. Pewnie doprowadzili do samobójstwa zastępcę ambasadora Białorusi w Tel Awiwie, a ten rzuciłby się z okna albowiem narastałaby w nim depresja. Sankcje i oburzenie Łukaszenka ma w nosie, a im więcej się o tych sankcjach mówi tym silniej narasta we mnie przekonanie, że ktoś tego blogera wystawił i coś za to wziął. Wszystko zaś co słyszymy i oglądamy ma charakter „makagigi dla gawiedzi”, jak mawia klasyk. Żadnych sankcji nie będzie, a jeśli nawet to pomogą one temu dysydentowi, jak umarłemu kadzidło.

Tymczasem w kraju….pan Adam Szustak, znany uwodziciel, udający osobę duchowna, publicznie wypowiada się na temat decyzji i słów biskupa Gądeckiego, mówiąc o nim per – Gądecki. Ja rozumiem, że to taka nowa moda, wśród duchownych i powinniśmy się do tego przyzwyczaić. Do tego jeszcze Szustak używa przy tym, albo może raczej – widowiskowo stara się nie używać – słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Oto link:

https://twitter.com/SamPereira_/status/1396878987448791043?s=20

To oczywiście w żaden sposób nie wpływa na opinie ludzi, którzy twierdzą, że jednak dzięki Szustakowi przybywa ludzi w kościołach, choć on, jak widać na tym nagraniu, z jakichś przyczyn nie chce by ci ludzie na mszę chodzili. Może troszczy się o ich zdrowie i nie chce by zarazili się wirusem? Nie wiem i nie będę zgadywał, ale coś takiego właśnie przyszło mi do głowy.

Media właśnie ujawniły majątek premiera Morawieckiego, w skład którego wchodzą mieszkania, domy i grunty. Zarówno pod Wrocławiem, jak i pod Warszawą. Solidaryzowanie się z biednymi nie wyszło niestety, tak jak zostało zaplanowane, ale może naród jakoś to przełknie.

Ze spalonego, krakowskiego archiwum uda się, jak podaje Dziennik polski, uratować zaledwie 1 procent zbiorów. To super, że chociaż tyle, z całej spuścizny pisanej świata nie udało się uratować nawet tego, a przecież historia jest napisana, lekcje odrobione, każdy wie co ma mówić, a maszyny drukarskie aż furczą kiedy drukują kolejne partie nowych podręczników do historii.

Zakończył się konkurs piosenki Eurowizji, czyli festiwal najgorszego szajsu, jaki branża muzyczna może wydusić ze swojego obmierzłego brzucha. Zanim to okropieństwo doszło do finału, okazało się, że „nasz człowiek” na festiwalu musi iść na kwarantannę, a faworytem jest zespół z Ukrainy. Przesłuchałem kawałek tego ukraińskiego nagrania i zbaraniałem. Ktoś powinien naszym braciom wytłumaczyć, że nie można 20 rok z rzędu śpiewać tych samych piosenek w tej samej aranżacji, bo nawet jeśli tam, w Niemcach, nikt ich nie rozróżnia, to my tutaj kumamy o czym oni śpiewają. Piosenka o Kasi co wyganiała wołki świtem na łąkę, nadaje się do zaśpiewania raz.

No, ale Ukraina przepadła, a Eurowizję wygrała grupa narkomanów i transwestytów z Włoch. Ludzie ci, w sposób nieznośny udawali dawne metalowe zespoły, podskakując przy tym dziwacznie na scenie. Potem zaś pojawiła się informacja, ze przed występem, ten cały lider wciągał coś nosem i to jest afera taka, że hej. Zwykle konkursy Eurowizji interpretowane były tak, że jeśli jakiś kraj wygrał, to coś się tam natychmiast zaczynało dziać, w sensie politycznym. Ciekaw jestem co będzie się działo w tym roku we Włoszech. Stawiam na gabońską mutację wirusa, przenoszonego podczas mszy świętej.

Na koniec dwie mało istotne informacje. Oto na blogowisku niezalezna.pl zdemaskowano blogera o nicku gajowy marucha. Gajowy próbował się parę razy ze mną kolegować i puszczał jakieś moje kawałki u siebie, głównie te, które emocjonalnie i ideologicznie mu pasowały. Gajowy jak się okazało mieszka w Szwecji, zupełnie jak brat Michnika i uprawia tam zajadły antysemityzm. O tu macie link https://naszeblogi.pl/54390-v-kolumna-rosji-koniec-anonimowosci-gajowego-maruchy

Mnie ci szwedzcy antysemici nieustająco zdumiewają, szczególnie właśnie jeśli chcą się pod kogoś podczepić i pojechać chwilę na tak zwanej autentyczności. Nie czytałem nigdy gajowego i nie mam zamiaru tego robić. Wystarczy mi, że jest w jednej bandzie z patriotą Wrzodakiem. Jedno mnie tylko interesuje. Oto wśród zarzutów, które autor mu stawia jest i taki, że poprawiał teksty swoich politycznych oponentów, które oni puszczali na jego platformie. Nie wiem skąd to oburzenie, skoro to samo na niezalezna.pl robił Targalski z moimi tekstami. Może on też jest ruskim agentem? Czy może „naszym” wolno, a tamtym nie? Niech mi to ktoś łaskawie wyjaśni.

I teraz najgorsze. Jak się jeździ po Polsce, widać stojące na gniazdach bociany, całe zmoknięte i przemarznięte, przez tę cholerną wiosnę, wydłużony sezon wegetacyjny i efekt cieplarniany. Myślę, że małych bocianów w tym roku nie będzie. Gdyby miały się wylęgnąć te dorosłe siedziałyby na jajkach, albo wręcz już karmiłyby młode. One tymczasem stoją smutne i mokną. Bociany przegrały swoje życie, niestety. I to jest bardzo widoczne. Miejmy nadzieję, że choć te sankcje Morawieckiego poskutkują i Łukaszenka podkuli ogon pod siebie.

Jutro już będzie normalny tekst, ale dziś mam za dużo na głowie.

Maj 232021
 

Myślę, że problem polityków PiS w tym prezesa, a premiera to już z całą pewnością, polega na tym, że nie mają oni pojęcia do kogo przemawiają. W zasadzie jeden tylko polityk PiS zdaje się wiedzieć do kogo mówi, jest to Patryk Jaki. Człowiek ten mówi do kolegów posłów, których poznał i wie jakiego języka ci ludzie używają. Kaczyński z Morawieckim zaś żyją złudzeniem, że przemawiają do narodu. To jest niestety obłąkanie. Żaden polityk nie przemawia do narodu. On przemawia do swojego otoczenia. Jeśli zaś ktoś przemawia do narodu, to znaczy tle, że naród ten został spreparowany na potrzeby jego otoczenia, albo, że to otoczenie udaje naród i podsuwa politykowi gotowe komunikacyjne wzory. Dokładnie to widać po takim Dworczyku, który pieprzy jak potłuczony, usiłując wydusić z siebie prosty w sumie komunikat. Prezes zaś, w ostatnim wywiadzie, mówi o polityce prospołecznej i barierach administracyjnych uniemożliwiających prowadzenie inwestycji rządowych. Mówi też o korporacjach wewnątrz państwa i o lojalności korporacyjnej i stawia w jednym rzędzie – z oceną negatywną rzecz jasna, choć nie wyrażoną wprost – deweloperów i leśników. To jest, moim zdaniem, niepojęte. Co prezes Kaczyński widzi, kiedy patrzy na kraj i myśli – Polska?

Zacznę od tych wątków prospołecznych. Ktoś tu zasugerował wczoraj, że polityka nie może opierać się na prawdzie i nie można mówić prawdy w polityce, bo się nic nie osiągnie. Ja sądzę, że polscy politycy nie mają innego wyjścia, jak mówić prawdę, albowiem w relacjach z politykami europejskimi skazani są na marginalizację, szyderstwo, wykorzystanie i usunięcie z grona osób wtajemniczonych. Jeśli tylko spróbują wystąpić w obronie racji stanu. Mogą być sobie politykami polskimi, ale tylko wtedy kiedy prowadzą działania na szkodę racji stanu, państwa i narodu. To mam nadzieję jest jasne. Tak więc jedyną siłą, z której polityk polski czerpie moc, jesteśmy my. No tak, powie ktoś, ale my jesteśmy podzielni. To prawda, ale to jest wina polityków, którzy nie zajmują się budową komunikacji i tworzeniem płaszczyzn porozumienia z narodem, bo nie wiedzą jak to zrobić, ale kupują gotowe wzory, które są jak ruski rower z lat siedemdziesiątych: nieporęczne, wielkie, nie mieszczą się w komórce i trzeba ramę odspawać, żeby dzieci mogły jeździć. I takim ruskim rowerem jest polityka prospołeczna prezesa Kaczyńskiego. On w dodatku usiłuje na nim jeździć po ramą, jak niektóre małe dzieci, bo sam jest niski. Nie tak niski jak Kwaśniewski, ale jednak. Polityka prospołeczna to jest rozdawnictwo pieniędzy i utrwalanie podziałów w narodzie, na biednych i bogatych. Wymyślił to Jacek Kuroń, który z polityki prospołecznej zrobił podrasowany egzemplarz roweru Ural i chciał tym wjechać na salony. Nie udało się. Prezes, mając widoki na europejskie pieniądze, powtarza to samo, a utrwalaczem tych komunikatów jest premier. On w ogóle nie potrafi jeździć na rowerze, a próbuje. Tyle, że usadza się tyłem do kierownicy. Komunikaty premiera są jak zapowiedzi pociągów na dworcu zachodnim w Warszawie, każdy wie, że to mówi generator głosów, a nie prawdziwa pani.

Jaki wobec tego jest sens tych przemów? Już wyjaśniam. Cały socjalizm, w tym polityka prospołeczna, służy do tego, by porządkować stosunki własności na terytoriach peryferyjnych w stosunku do ośrodków finansowych, gdzie odbywa się wymiana i tak zwane życie gospodarcze. To jest konieczne, albowiem trzeba jakoś wdrożyć w życie te postanowienia i dogowory, które tam się urządza i proklamuje. Dawniej czyniono to wojną, rewolucją, przewrotami pałacowymi, czy buntami chłopskimi, a dziś po prostu wynajmuje się partie polityczne. Rywalizacja o to, kto będzie owe stosunki własności zmieniał w myśl dyrektyw, postrzegana jest przez mieszkańców peryferii, jako walka polityczna o ich dobro. W tak zarysowanym układzie, rzeczywiście szans na to, że usłyszymy słowo prawdy nie ma. No, ale my mamy za sobą różne doświadczenia i przypuszczamy, że owe europejskie pieniądze, o które tak zabiegamy są po to, byśmy zrezygnowali na długie dekady z czegoś znacznie bardziej wartościowego i pogodzili się ze swoim losem, który – jeśli już się z nim pogodzimy – zostanie natychmiast zmieniony w duchu zupełnie nam nie odpowiadającym. Tak jest prawie zawsze. No, a my nie wiemy, jak jest dziś, a prezes mówi – nie zrezygnujemy z polityki prospołecznej. I mówi jeszcze, że niektóre pomysły lewicy są dobre. Pomysły lewicy nie są dobre, bo siedzą tam ludzie, którzy marzą tylko o jednym – by zastąpić prezesa w jego misji uszczęśliwiania Polaków i dawania im równiejszych jeszcze szans. To znaczy myślą o przejęciu władzy i rozsmarowaniu tu wszystkiego w myśl dyrektyw unijnych czyli niemieckich. Dogadując się z nimi prezes kręci powróz na własną szyję. Jeśli prezesowi wydaje się, że podkręcając potencjometr polityki prospołecznej przyciąga do siebie ludzi, to niestety się myli. Ci, tak zwani biedni, których wyraźnie wskazał premier, wezmą od PiS pieniądze i pójdą głosować na lewicę, bo tamci obiecają im jeszcze więcej. I nic ponadto owo „więcej” liczyć się nie będzie. I o tym mam nadzieję, PiS przekona się już w najbliższych wyborach.

Mówi też prezes w tym wywiadzie o barierach administracyjnych, uniemożliwiających realizację kluczowych inwestycji. Ja tylko chciałem przypomnieć, że kolej z Warszawy do Lublina miała, po remoncie, jeździć z jakąś szaloną prędkością. Jeździ z taką jak wcześniej, nic się nie zmieniło. Dziwi mnie język prezesa, używany do opisywania takich zjawisk, albowiem to co on nazywa barierami administracyjnymi, ja nazywam sabotażem. Jeśli można pogłębianie podziałów pomiędzy Polakami określać jako politykę prospołeczną i licytować się z Zandbergiem w obietnicach, to można też chyba nazwać zastopowanie inwestycji sabotażem. I można też – mam nadzieję – wskazać tych sabotażystów, wymienić ich z nazwiska. Nie zaś przepychać nocą ustawę o lasach, która ma zamieniać dorodne drzewostany na nieużytki, żeby można było gdzieś poprowadzić drogę czy coś tam innego zrealizować. Ustawa została oprotestowana i ją wycofano z głosowania. Podobno do poprawek. Takie numery świadczą o słabości państwa i administracji, a potem musimy oglądać Dworczyka i słuchać jego bełkotu. Jeśli ktoś blokuje kluczowe dla państwa inwestycje, to nie stawia barier administracyjnych, ale urządza akcje sabotażowe. Żeby temu zapobiec, nie trzeba zwalczać korporacji, takich jak leśnicy, bo trudno o bardziej oddaną i frajerską jednocześnie grupę zawodową niż oni, ale trzeba obsadzić regiony ludźmi, którzy są zaufani, a także świadomi co to jest racja stanu. Ja oczywiście nie wiem kim są wojewodowie, marszałkowie poszczególnych województw, prezydenci wielkich miast, ale podejrzewam, że w masie ludzie ci emitują jeden wspólny komunikat – mała ojczyzna. To jest obłąkanie nie do zwalczenia, to jest wiara w to, że poezja uwalnia od cenzury, albo coś jeszcze gorszego. Oczywiście jest to komunikat całkowicie zafałszowany, bo mała ojczyzna służy tylko jednemu – sabotowaniu posunięć tej wielkiej.

Ja, na nieszczęście swoje i Wasze, używam zawsze przykładów, które są niezrozumiałe dla większości ludzi. No, ale są adekwatne. Pula bowiem przykładów sytuacji politycznych, jaka służy do komunikacji pomiędzy politykami w Polsce, jest żałośnie uboga i w zasadzie wstyd się nią posługiwać. Ja zaś chciałem znów powiedzieć coś niezrozumiałego. Powrócę do III republiki, która sama zorganizowała, przez swoich urzędników i wynajętych autorów, separatyzmy regionalne południa, żeby nie zrobił za nią tego kto inny. To jest jedyna metoda. I dobrze by było, żeby to ktoś wreszcie zrozumiał. Być może rozumieją to jacyś świadomi ludzie, ale sprawa wygląda tak, że te nasze separatyzmy i lokalność nie wyrażają się w żaden inny sposób poza wyciąganiem łapy po kolejne dotacje. Nie ma więc za bardzo czego organizować, trzeba tylko pilnować, żeby nie kradli.

Prezes nie może mówić, że korporacje zawodowe blokują decyzje państwa, bo to jest skandal. Wskazuje przy tym od razu na dwie, całkiem ze sobą nieporównywalne korporacje, co z miejsca też demaskuje jego intencje. Chodzi o to, by odebrać coś najsłabszym i dać najsilniejszym. Najsłabsi są oczywiście leśnicy, bo podlegają takiemu ciśnieniu, że unieważnienie ich to jest kwestia tygodnia, a najsilniejsi są deweloperzy. Ktoś powinien też wytłumaczyć prezesowi, co to jest komunikacja podprogowa i jak się kłamie publicznie, bo choć Jarosław Kaczyński ma opinię wielkiego spryciarza, nie jest niestety w stanie uchronić się od błędów. Nikt nie jest w stanie, żaden polityk, a przez to właśnie kłamstwo nie może być narzędziem komunikacji politycznej, szczególnie wtedy, jeśli państwo nie ma siły. Prezes zaś powiedział wyraźnie, że nie ma, a do tego jeszcze firmuje stare kuroniowe memy, które Morawiecki ryje w granicie końcem coraz dłuższego nosa.

Postulat pierwszy i najważniejszy – trzeba wiedzieć do kogo się mówi. W redakcjach, wielu autorom wydaje się, że piszą dla czytelników. To jest nieprawda, piszą dla swoich redaktorów i muszą przede wszystkim stymulować ich deficyty. To oni bowiem decydują, czy tekst zostanie wydrukowany i na której stronie. Rozumie to Patryk Jaki, który przemawia do posłów w sejmie i do posłów w PE. Ludzie nie mówcie do narodu, bo on was nie słyszy i jest podzielony. Wasze komunikaty zaś, w takich formułach jak te dzisiejsze, podziały te utrwalają. Musicie zmienić coś w tych pustych łbach, które tam zasiadają w ławach sejmowych. Dopiero widząc jak to robicie naród zacznie się wam przyglądać. Nie rozumiejąc ani w ząb tego, o co chodzi, ale to nie ma znaczenia. W ten sposób buduje się komunikację, poprzez wystąpienia skierowane do przeciwników politycznych. Jeśli zaś już przyjdzie wam do głowy przemówić do takich, jak my tutaj, nie używajcie wyrazów „polityka prospołeczna”, bo to są słowa z notatnika niemieckiego szyfranta, który dawał znaki samolotom Luftwaffe za pomocą małego lusterka. Polityka prospołeczna to jest radosne przyjęcie pocałunku Judasza i nic ponadto.

Maj 142021
 

Miało być dziś o czymś innym, naprawdę, ale kiedy siadłem przed komputerem, coś mnie podkusiło i kliknąłem ikonkę fejsa. Potem zobaczyłem nagranie dyskusji Sławomira Mentzena z niejakim Gdulą. Nie miałem pojęcia kim jest ów Gdula, ale kiedy zaczął mówić, wyłączyłem go pod pierwszych dwóch zdaniach, albowiem wszystko stało się jasne. Otóż Gdula zaczął mówić o tym, że PRL była krajem równych szans i w najlepszych latach budowano wtedy ponad 200 tysięcy mieszkań rocznie. A w dodatku Polacy nadal w tych mieszkaniach żyją. Potem zajrzałem do wikipedii i zamarłem. To jest nie do uwierzenia. Gdula, Maciej Roman, jest posłem na sejm, a do tego socjologiem i wykładowcą akademickim. Nie mogę, aż coś mnie dusi z wściekłości. Jest także synem wiceministra spraw wewnętrznych Andrzeja Gduli, który był także szefem Służby Polityczno-Wychowawczej, czyli kierował bezpieczniackimi kaowcami. Czynił to w latach 1981-1989. Jakby tego było mało wiki oznajmia, że poseł Gdula jest także praprawnukiem niejakiego Korygi, jednego z przywódców chłopskiego buntu w Galicji, przeciwko szlachcie. Nie mam słów. To jest tradycyjny lewicowy bandytyzm w pełnej krasie. I teraz z tym tradycyjnym lewicowym bandytyzmem PiS będzie zawierał sojusze dla dobra Polski, albowiem ludzie, którzy ten PiS wspierali przez długie lata, co by o nich nie mówić, nie rozumieją nowych czasów. Józef Orzeł zaś potrafi powiedzieć, że w Polsce tylko Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki rozumieją politykę. Otóż nie, rozumie ją jeszcze stary Gdula. On jest wręcz mistrzem w rozumieniu polityki, a swoje mistrzostwo opiera na doświadczeniach zdobytych w latach 1981-1989. Myślę też, że Andrzej Gdula stanie się, wobec przewidywalnego bardzo rozwoju sytuacji, niezbędnym elementem wewnętrznej polityki rządu Prawa i Sprawiedliwości. Może warto, by Jarosław Kaczyński już dziś posłał tam do niego kogoś na szkolenie? Nie musi to być od razu Błaszczak, może być ktoś znacznie mniejszego kalibru, ale ze stosownym zacięciem.

Tu macie stosowne linki

https://pl.wikipedia.org/wiki/Antoni_Koryga

https://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Gdula

https://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Gdula

Dzięki Gduli wiemy już, co oznaczają wszystkie komunikaty opiewające równe szanse, emitowane przez prezesa i premiera. Dziękujemy ci Macieju Gdulo, że nam o tym przypomniałeś. Już tego nie zapomnimy. Nigdy.

Proszę Państwa, tak jak to już się zdarzało wielokrotnie stanęliśmy przed brakiem alternatywy. To jest specyfika polityki polskiej i chyba nie ma szans, żeby stan ten się zmienił. Zapytacie dlaczego ten kretyn Gdula chwali się swoim prapradziadkiem bandytą? Otóż dlatego, że taki format komunikacji propagandowej przewidziany został dla partii lewicowych w Polsce. On jest utrwalany bredniami drukowanymi w książkach wydawanych przez Stasiuka, a zatytułowanych „Chamstwo”, jego celem zaś jest odebranie szansy absolutnie wszystkim, którzy nie wykazali się rewolucyjną czujnością, czyli nie odrąbywali ludziom głów kiedy przyszedł rozkaz, bo mieli jakieś opory moralne.

Proszę Państwa, moim zdaniem sfera tak zwanej osobistej wolność zaczyna się niebezpiecznie obkurczać. Niestety nikt nam nie powie, kiedy mamy, dla własnego bezpieczeństwa, przestać mówić rzeczy oczywiste, które na naszych oczach stają się niebezpieczne dla władzy. O tym, że takimi właśnie się one stały, powie nam przesłuchujący nas funkcjonariusz. Nie oznacza to jednak, że mamy przestać mówić. Musimy się po prostu zawczasu przygotować na spotkanie z tym funkcjonariuszem. Miejmy nadzieję, że nie będzie to człowiek przeszkolony w zakresie kwestii polityczno- wychowawczych przez starego Gdulę, bo wtedy po nas.

Na razie jednak jest wesoło i uśmiechnięty Sławomir Mentzen wdaje się przed kamerami w dyskusję z Gdulą. A powinien wyjść bez słowa, albo z kilkoma słowami wyjaśnienia, dlaczego nie można publicznie rozmawiać z kimś takim jak socjolog Gdula. Niestety, tak się nie stanie, albowiem mało kto rozumie, że polemika to nadawanie znaczenia przeciwnikowi. O Gduli do tej pory mało kto słyszał, ale przez fakt, że PiS dogadał się z Czarzastym, stał się on ekspertem. No i jest nauczycielem akademickim, a to przecież coś znaczy. Dlatego właśnie ludzie zwalczający PiS i lewicę podejmują z nim polemikę, nie rozumiejąc, że są jak indyk na niedzielnym obiedzie, opisany przez Jana Brzechwę. To nie oni będą jeść, ale to ich się będzie jadło. Możliwość zaprezentowania swoich, mało w sumie znaczących poglądów, przed kamerą jest pragnieniem przemożnym.

Wielka szkoda, że nie mogę dziś posłuchać niektórych swoich dawnych kolegów, którzy z miłości do demokracji popierali i popierają lewicę, a nie są przy tym jakoś szczególnie gamoniowaci. Ciekawe jakby wytłumaczyli tę dziwną historię i tę dziwną emanację lewicowej tradycji. Przypuszczam, że powiedzieliby – oj tam, oj tam, to było dawno i nieprawda. Jasne. Co innego pańszczyzna i gnębienie chłopów przez szlachtę, opisane w książce „Chamstwo”, która jest kolejnym z szeregu narzędzi propagandowych, używanych do walenia po głowach młodzieży wchodzącej w życie i wykazującej jakąkolwiek wrażliwość i chęć zainteresowania się czymś poza wódką i seksem. Pańszczyzna jest tematem wiecznie aktualnym, który wymaga stałego przypominania i odpowiedniej stymulacji. Przygody zaś Antoniego Korygi to jest coś, o czym także warto powiedzieć, ale tylko po odpowiednim tych ekscesów naświetleniu. Wiadomo, że był to słuszny gniew ludu, wiadomo, że Koryga nie mógł znieść różnych upokorzeń i dlatego za austriackie pieniądze musiał zabijać Polaków. Na tym właśnie polega wyższość jego patriotyzmu nad innymi patriotyzmami. I teraz PiS, w osobach prezesa i premiera, chce nam powiedzieć, że my znów nie rozumiemy nowych czasów. Bo pewne rzeczy się przedawniają, a pewne nie. I szlus. O tym, by stworzyć jakiś nowy rodzaj komunikacji pomiędzy władzą a ludem, nie może być nawet mowy. Nie po to stary Gdula uczył bezpieczniaków kultury, żeby teraz jacyś blogerzy mieli to zmieniać. Władza daje i może odebrać, a wszystko to razem nazywa się dawaniem równych szans wszystkim. A jak się komuś zdaje, że należy mu się więcej, to już ci przeszkoleni przez prawnuczka Korygi funkcjonariusze wyjaśnią mu, że jest takim samym człowiekiem jak inni. I choćby nie wiem co się działo, oni mu te równe szanse zapewnią.

Bardzo proszę tych, którzy mają na to ochotę, by nie tłumaczyli mi, że to są sprawy nieważne, bo czeka nas nowe rozdanie, a gra się tak, jak przeciwnik pozwala, polityka zaś jest sztuką…ble,ble,ble…Czekam jeszcze tylko na moment, kiedy prezes wespół ze swoimi nowymi koalicjantami: Korygą, Gdulą i Czarzastym zaczną cytować wyimki z Jana Pawła II, a zaczną od słów – Nie lękajcie się!!!

Maj 082021
 

Jak wiemy kluczem do sukcesu medialnego, publicystycznego, rozrywkowego, nawet politycznego jest słowo format. Tego nie rozumieją nasi pastuszkowie, albowiem im się wydaje, że kluczem tym jest coś innego, coś co nie ma określonej nazwy, ani kształtu, a jest jedynie zbiorem jakichś życzeń, nie zawsze pobożnych. Tymczasem polityka polska, a także publicystyka i komunikacja w ogóle, podlegają formatowaniu zewnętrznemu, co zwykle witane jest przez lokalsów z entuzjazmem. Teraz uwaga – definiuję lokalsów – są nimi w Polsce ci wszyscy ludzie, którym się zdaje, że właśnie osiągnęli sukces i rządzą. To oni są przede wszystkim traktowani jak lokalsi. My zaś, co moim zdaniem jest korzystne, nie jesteśmy jakąś mierzwą, mieszkającą w dżungli na drzewach, ale ciekawymi, mówiącymi niezrozumiałym językiem, okazami etnograficznymi. Niektórzy z nas, być może, trafią po wypchaniu, do jakichś gabinetów osobliwości. Póki jednak żyjemy i nie zgłaszamy żadnych pretensji w zrozumiałych językach, traktuje się nas jako ciekawy, lokalny format, nie mający przełożenia na żadne istotne rynki. Co z lokalsami prawdziwymi czyli osobnikami tej konduity co poseł Sobolewski, redaktor Mazurek, albo wszyscy ludzie związani z Instytutem Sobieskiego? Oni są jak perska konnica próbująca atakować falangę. Obejrzyjcie to sobie na tych komputerowych rekonstrukcjach, które pokazują wojny Aleksandra, latających w sieci. Żadnemu nie udało się dojechać nawet do pierwszego szeregu hoplitów. Teraz mała dygresja, te rekonstrukcje, są, jak wszystko prawie, bardzo demaskatorskie, w sposób mimowolny oczywiście. Pokazują to z góry, a my widzimy szarobrązowe szeregi Macedończyków i Persów w papuzio kolorowych ubraniach i już wiemy o co chodzi. W starożytności, przemysł stalowy pokonał branżę włókienniczą. I być może cała historia, może być opisana w ten właśnie sposób, jako nigdy nie kończący się konflikt między lobby hutniczym a tekstylnym. No, ale wracajmy do naszych baranów. Oni padają już na samym początku, kiedy otworzą usta, próbując przemówić w języku angielskim. I to jest pierwszy narzucony im format, którego działania nie rozumieją, albo nie chcą rozumieć. Moje dziecko wróciło niedawno z rozszerzonej matury z języka angielskiego. Okazuje się, że na tej maturze trzeba napisać rozprawkę na – uwaga – 250 słów. Tak naprawdę to na 280, ale tej informacji nie umieszczono na arkuszu maturalnym, ale w informatorze, którego nikt przecież nie czyta. No, ale to jest ciągle 280 słów. Ja do tej pory napisałem 365. Gdybym tak postąpił na maturze z rozszerzonego angielskiego, odjęto by mi punkty za zbyt długą pracę. No, ale niektórzy, a właściwie większość, potrafi napisać tę rozprawkę znacznie większą. Co muszą zrobić, jeśli okaże się, że jest za długa? Trzeba wykreślać wyrazy. Uczeń ma się ograniczać, żeby nie peszyć sprawdzającego, jak mniemam, a do tego jeszcze w czasie pisania liczyć słowa, czy nie jest ich za dużo. Oczywiście są tacy, co nie muszą liczyć słów. To ci, którzy nie umieją angielskiego, a rozprawkę, czy inną formę pisemnej wypowiedzi wyduszają z siebie wyraz po wyrazie, jak pastę do zębów ze starej tubki. Oni są promowani i wskazywani, przez ten format, jako ci, którzy potrafią. Potem spotykamy ich w polityce, dziennikarstwie i mediach w ogóle. Kiedy się odzywają do nas, wywołują wrażenie przykre, kiedy zaczynają mówić do ludzi „posiadających język obcy” powstaje wyżej opisany efekt konnicy atakującej falangę. No, ale oni o tym nie wiedzą, bo zdali rozszerzony angielski. Ta bariera jest pierwszą, która ich definiuje. Pół biedy jeśli pozostaną na stołkach takich jak poseł Sobolewski, czyli ich funkcja ogranicza się do porządkowania szatni po zawodnikach. No, ale są inne przypadki. Poseł Budka na przykład. Poseł Budka przedarł się w pobliże pierwszego szeregu hoplitów i ogłosił, że trzeba pozbyć się teologii i części historii z uniwersytetów, bo bez tego nie zbudujemy nowoczesnego państwa. Co to oznacza w języku taktyki starożytnej? Oto jeden z perskich wodzów, widząc, że konnica nie przebije się, za Chiny ludowe, przez falangę, zamiast wydać rozkaz, by wszyscy, pardon, spieprzali, to może ktoś się uratuje, a po przegrupowaniu będzie można pomyśleć o nowym jakimś ataku, ogłosił, że wszyscy mają zsiąść z koni i walczyć na piechotę. Choć przecież żaden nawet dobrze nie widzi przeciwnika. Taki jest realny, taktyczny wymiar pomysłów posła Budki, który udzielił swego czasu wywiadu w gaciach i marynarce. Powinien tak jeszcze pobiegać po wiślanym wale. Z pewnością zbudowałby potem nowoczesne państwo. Dziękujmy Bogu, że Budka nie ogłaszał swoich koncepcji w rozszerzonym angielskim, bo mogliby go zakwalifikować do bułgarskiej edycji programu Mam talent. Rumuńska jest za dobra.

W ten sposób definiują się politycy opozycji, którzy chcą uchodzić za mądrych. Człowiek zaczyna od razu tęsknić za Mirem i Zbychem, co organizowali partyjne mityngi wśród nagrobków. Żeby nastrój był odpowiedni czyli poważny, jak mniemam.

Ludzie naprawdę wtajemniczeni w politykę, tacy jak Jarosław Kaczyński, Tomasz Sakiewicz, premier Morawiecki, dobrze wiedzą, że te wszystkie formaty, o których piszę, to – jak mawia klasyk – makagigi dla gawiedzi. Co innego się liczy. To znaczy programy socjalne, tanie mieszkania i inne „konkrety”. Gawędy teologiczno-historyczne są po to, by umożliwić robienie karier uniwersyteckich właściwym ludziom, ci zaś mają potem swoimi głosami wspierać partię i przekonywać wyborców, że nie tylko samotne matki, nie tylko emeryci i dziecioroby dotknięte manią religiozą, popierają Dobrą Zmianę, ale także poważni ludzie z poważnych uczelni. Jak wiemy, nie ma w Polsce poważnych uczelni, a format, który każe w to wierzyć, został tu zaimplantowany i jest, bardzo słabo, zwalczany przez niektórych akademików, uznających, że rankingi to bzdura. I tak i nie. Bzdura, albowiem, jak wszystkie rankingi są one ustawione pod kogoś. Prawda, albowiem realizując swoje misje w formatach zadanych, polskie uczelnie i polscy uczeni, mam na myśli politologów, humanistów i podobną czeredę, pędzą ile sił ku zwartym szeregom falangi najeżonym sarissami, przekonani, że zmiotą je jednym uderzeniem.

To jest – mam na myśli całą tę bitwę – hologram, który da się wyłączyć takim pstryczkiem z boku projektora. Potem zaś, z pierwszego rzędu krzeseł podniesie się Jarosław Kaczyński, albo Andrzej Duda, i w kulturalnych bardzo słowach opowiedzą, że teraz będziemy budować Międzymorze, w oparciu o tradycję Konstytucji 3 maja. Ktoś przytomny zapyta – czy oni w ogóle tę konstytucję przeczytali? Czy wiedzą o co w niej chodzi? A także, czy pamiętają, jakie były konsekwencje jej wprowadzenia? Oni uśmiechną się na te słowa i poproszą jakiegoś sławnego profesora, by ten wyjaśnił nam, ciemnemu etnosowi, jak to było naprawdę. Kiedy zaś mędrzec skończy przemowę, projektor zostanie uruchomiony ponownie.

Na dziś to tyle.

Maj 062021
 

Zadzwonił do mnie wczoraj kolega, który powiedział, że koniecznie muszę obejrzeć wywiad jakie Mazurek przeprowadził z niejakim Sobolewskim. Nie miałem świadomości, że w PiS jest ktoś taki, jak Sobolewski, a także, że jest ważny. Nie lubię Mazurka, jego stylu, sposobu wymowy i formuły, którą wypracował, ale postanowiłem, że wywiad obejrzę. W zasadzie to wysłuchałem tego wywiadu, bo z zażenowania musiałem odwrócić komputer, aby nie patrzeć na obydwóch. Mówimy bowiem o Robercie Mazurku, człowieku, o którym pisała w listach do Toyaha Zyta Gilowska. Pisała też o jego bracie, a jak ktoś chce przypomnieć co pisała, niech przejrzy teksty Toyaha pod tym kontem. Chodzi mi o to z grubsza, że Mazurek jest może nie ostatnią, ale jedną z ostatnich osób, które powinny wypowiadać się na temat nepotyzmu. Mimo wszystko rewelacje, które wyciągnął z Sobolewskiego, wstrząsnęły mną trochę. Chodziło głównie o to, że PiS ustami Beaty Szydło zapowiedział zakończenie kolesiostwa i załatwiania posad tak zwanym swoim. Ja wiem, że to jest po prostu niemożliwe, bo żadna organizacja tak nie działa. Sprawa zaś zakończyła się po prostu odsunięciem Beaty Szydło, która jak przypuszczam, traktowała serio tę wypowiedź. Przyczyny jej odsunięcia były zapewne różnorodne, ale i ta się wśród nich znalazła.

Cóż się okazało? Z rewelacji, które mnie najbardziej poruszyły wymienię nominację Doroty Arciszewskiej Mielewczyk na prezesa Polskich Linii Oceanicznych. Pani Mielewczyk jest z Gdyni, a jej tata był kapitanem żeglugi wielkiej. I to są jej jedyne zasługi dla Polskich Linii Oceanicznych. Analogicznie, ja powinienem być, przez ojca kolejarza, dyrektorem lubelskiej DOKP – co najmniej – a przez pochodzenie z miasta Dęblina, zastępcą dowódcy sił powietrznych. Jeśli oczywiście należałbym do PiS i był zakolegowany z kim trzeba. No, ale na szczęście nie jestem. To jest nominacja najbardziej spektakularna, mówię o Arciszewskiej-Mielewczyk. No, ale są inne. Mazurek zaczął dekonstrukcję Sobolewskiego od pytania czy jest on utracjuszem, albowiem w deklaracji majątkowej nie wykazał niczego. Musiał więc wszystko stracić. Sobolewski coś tam bałaknął i stanęło na tym, że rzeczywiście jest biedny i całe życie wynajmuje mieszkania. Potem padło pytanie o rozdzielność majątkową z żoną, której ( rozdzielności nie żony) nie ma. Żona ta zaś, była inspektor handlowa w Szczecinie, zasiada w radach nadzorczych czterech spółek, w tym Orlenu i ma jeszcze jakieś własne interesy. Te zaś, jak by wynikało z indagacji Mazurka i zapewnień Sobolewskiego, nie idą najlepiej, bo małżeństwo nie posiadające rozdzielności majątkowej, a jedynie dług w wysokości kilkunastu tysięcy złotych, ledwie żyje. Tego oczywiście nie widać po Sobolewskim, który jest raczej spasiony niż wygłodzony, ale być może chodzi o to, że dokarmiają go koledzy z partii, żeby miał siłę pchać te taczki, do których go przykuto, dla dobra kraju, rzecz jasna.

Mazurek jest człowiekiem dalekim od pojęć takich jak wdzięk. On tego chyba nie wie i stara się zanadto w owych, kojarzących się w wdziękiem, rejestrach pozostawać. Wychodzi to tragicznie, no ale Sobolewski był jeszcze gorszy. No i słusznie dokonał na nim Mazurek tego rytualnego mordu wizerunkowego, bo dawno nikt tak nie łgał w wystąpieniu publicznym.

Niestety po ostatnich dogoworach pomiędzy PiS a lewicą, to kto jak się zachowuje i co wpisuje w deklaracjach majątkowych, a także jakie dochody ma jego żona, z którą pozostaje we wspólnocie majątkowej, nie ma najmniejszego znaczenia. Dobro Polski bowiem jest najważniejsze i w imię tego dobra, wspólnego przecież, nie można zawracać sobie głowy drobiazgami. Ten świat nie zmienia się przecież wiele, a standardy i ograniczenia nie są przeznaczone dla zwycięzców.

Wczoraj także ukazało się w mediach przedziwne zdjęcie. Widać na nim grupę osób w maseczkach, a wśród nich z trudem można rozpoznać posła Zandberga i posłankę Nowicką, tę od Palikota. Wszyscy ci ludzie są teraz współpracownikami PiS, w zbożnym dziele pozyskania miliardów z UE, które to miliardy mają nam zapewnić dobrobyt na długie lata. Mają też stworzyć nową jakość w polityce, czyli – napiszę to wprost – nowe elity, które połączą się ponad dotychczasowymi podziałami. Aż żal, że poseł Urbańczyk się utopił i nie dożył tych czasów, a poseł Szmajdziński, który przestrzegał Macierewicza przed likwidacją WSI zginął w Smoleńsku. Dziś mogliby cieszyć się razem ze wszystkimi patriotami. I pani Sierakowska też nie dożyła tych szczęsnych czasów, a tak niewiele jej zabrakło.

Nie ma co narzekać w sumie. Chodzi przecież o to, by PiS jak najdłużej utrzymał się u władzy, gwarantując nam stabilizację, za którą zapłacą przyszłe pokolenia. Tylko czym? Skoro majątek już wyprzedany? Trzeba coś na nowo znacjonalizować, podzielić raz jeszcze, zadłużyć, a potem oddać za bezdurno. W zamian za to, siły ciemności nie wywołają na naszym terenie wojny światowej, nie zbudują tu obozów koncentracyjnych i nie wymordują połowy narodu. Bo o to, jak się zdaje chodzi. Zadłużanie przyszłych pokoleń w zamian za iluzoryczny bardzo święty spokój. To jest jedyna metoda, którą rozumieją politycy PiS z Mateuszem Morawieckim na czele, bo o Jarosławie Kaczyńskim nie ma już nawet co mówić.

No, ale….my jesteśmy dość daleko od rozdzielni idei, którą obsługują ludzie nam nieznani. Nie wiemy też dokładnie jak wygląda scenariusz zdarzeń, który jest rozpisany z podziałem na rolę. To co napisałem wyżej, jest jedynie intuicją, która ma duże szanse na spełnienie, ale pewności co do tego, że się spełni nie ma żadnej. Nie ma, albowiem polskie elity, choćby nie wiem jak się napinały, nigdy nie znajdą się nawet w przedsionku owej rozdzielni, wspomnianej przeze mnie wyżej. Jedyne więc w czym mogą się realizować to załatwianie posad w radach nadzorczych dla zasłużonych działaczy i rodziny. No i komunikacja z wyborcami oparta na fałszywych lub wręcz nieistniejących nigdy poza propagandą, symbolach i rzekomych sukcesach. No i na współczesnych memach. To wszystko, na nic więcej ich nie stać, a że z tego są jakieś pieniądze, nawet spore, to ludzie ci są przekonani o swojej powadze i znaczeniu. Są takimi samymi paprochami jak my, a może nawet drobniejszymi, ale o tym dowiedzą się później.

Polecam Wam ten wywiad Mazurka, tylko wyłączcie wizję, będzie łatwiej.

Maj 012021
 

Nie wiem jak Wy, ale ja bym sobie tego życzył. Zasiadłbym wówczas wygodnie przed telewizorem, który mam wreszcie, bo przywiozła go babcia i tuż po orędziu pana prezydenta, posłuchałbym talk show w wykonaniu prezesa i naczelnego NIE. Tak, jak to drzewiej bywało kiedy Urban w telewizji Jaruzelskiego prowadził inteligentne rozmowy z Zygmuntem Kałużyńskim. Przyznacie, że tego brakuje – inteligentnych rozmów ludzi, którzy się na czymś znają i wiedzą o co chodzi. Prezesem radiokomitetu byłaby wtedy Monika Jaruzelska, która serwowałaby nam bardzo dynamiczną ofertę programów, gdzie byłby w zasadzie sam pluralizm. Orędzia bowiem przeplatane byłby doniesieniami z ulicznych kryteriów, które organizowaliby prawicowi działacze, wrzeszcząc ile sił w płucach do kamer – Oszuści! Oszuści! W studio zaś u Pospieszalskiego, którego przecież nikt by z telewizji nie wyrzucił, Roman Giertych z ironicznym uśmiechem opowiadałby o zdolności koalicyjnej poszczególnych partii politycznych. Ja zaś siedziałbym sobie ze szklaneczką piwa i patrzył na to wszystko rozanielony. Za oknem rozkwitałby Nowy Ład, który każdemu gwarantowałby, jak to się poetycznie wyraził premier Morawiecki, miskę ryżu. Wszyscy to słyszeli i nie ma powodu udawać, że było inaczej. Sam premier zaś nie potrafi wskazać momentu, w którym jego pogląd na kwestie dokarmiania Polaków zmienił się i wizja miski ryżu ustąpiła w jego wyobraźni innej – kociołkowi ryżu, który każdy z nas dostanie, kiedy już Nowy Ład zostanie zaprowadzony. Na razie wszystko się kotłuje i waha, nie wiadomo – miska czy kociołek…kociołek czy miska…która opcja przeważy? Premier sugeruje dziś, że jednak kociołek, ale każdy wie jak to jest z politykami. Dziś z samego rana przeczytałem, że rzecznik PiS pan Fogiel dementuje rewelacje Sośnierza na temat inwigilacji rodziny Gowina i Banasia. Naprawdę, nigdy nie przypuszczałem, że napiszę jakieś słowo w obronie Gowina, ale – kwestia pierwsza – oto sławny bon mot księcia Gorczakowa: nie wierzę w wiadomości nie zdementowane. Kwestia druga – ciągle nie potrafię zrozumieć na czym polegają negocjacje polityczne z Jarosławem Kaczyńskim, który nie może porozumieć się z koalicjantami w kwestiach raczej, z naszego punktu widzenia, drobnych, a łatwo porozumiewa się w ideologicznym i politycznym wrogiem w kwestiach istotnych i ciężkich. To jest dla mnie, szeregowego konsumenta treści politycznych, niepojęte. No, ale powtórzyło się już dwa razy, to znaczy, że jest to metoda, a jeśli nie metoda, to jakaś, pardon, skaza, która nie pozwala prezesowi na ustalenie granic kompromisu. Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński w ogóle nie rozumie wyrazu kompromis, nie pojmuje go w takich zakresach, jak my tutaj, czyli, że czasem po prostu trzeba ustąpić.

Ktoś może powiedzieć, że jestem człowiekiem naiwnym i to pewnie będzie prawda. No, ale nie stać mnie na inne jakieś wnioski, albowiem nie wiemy w istocie o co chodzi, nie wiemy co takiego przeszkadza prezesowi w Gowinie i w Ziobrze, że woli on Czarzastego od nich. Tak samo jak nie mogliśmy zrozumieć co takiego przeszkadzało mu w Beacie Szydło.

Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się, jakbyśmy cofnęli się nagle do epoki kamienia gładzonego. I przypomina mi się rok, w którym prezes „musiał” oddać władzę, bo inaczej się nie dało. Wszyscy wtedy czekali na wielkie jutro, ale ono nie nadeszło. Przyszli za to Tusk z Palikotem i zaczęli swoje występy. Te zaś miały swój znaczący interwał 10 kwietnia 2010 roku. Były to lata gorące, lata wielkiej aktywności politycznej blogosfery, mogę śmiało rzec, że były to lata, w których ukształtowała się pewna forma komunikacji. Ta właśnie, którą cały czas eksploatujemy. Być może nie byłoby jej, gdyby prezes poszedł na kompromis. Być może nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu gdzie jesteśmy i nie w ogóle nie byłoby Szkoły nawigatorów. Nie wiem. Chcę tylko przypomnieć nadzieje z tamtych czasów, która kazała wielu Polakom głosować na PiS mimo wszystko. Przypomnę też ile razy komunikacja pomiędzy partią a wyborcami zawodziła i wyborcy ci czuli się wystawieni. Tak było, na przykład, przy każdej kretyńskiej kampanii wyborczej projektowanej przez jakichś durniów, którzy sformatowali przeciętnego wyborcę PiS jako płaczliwego nieudacznika, nie potrafiącego o siebie zadbać. Tak było też w innych wypadkach.

Nie mam zamiaru zastanawiać się co by się stało, gdyby sprawy potoczyłby się inaczej. Myślę jednak, że warto byłoby rozważyć taki scenariusz, w którym prezes wreszcie komuś ustępuje. Bo tego jeszcze nie grali. Leppera już nie ma, Giertych zajął się swoimi sprawami, a więc mamy pole do popisu. To znaczy prezes ma. A jeśli nie mamy, my jako wyborcy, chętnie dowiedzielibyśmy się dlaczego go nie mamy. No chyba, że nadchodzący Nowy Ład, zmieni nasz status i z wyborców zamienimy się w inną jakąś grupę, określaną innymi wyrazami.

Jedno jest wszakże pewne. Sytuacja z roku 2005 i lat późniejszych, kiedy idiotyczna decyzja prezesa, została przykryta inicjatywą określaną jako polityczne blogi, nie powtórzy się już na pewno. Bo chyba mogę tak napisać, co? Kaczyński oddał władzę Tuskowi, bo „musiał”, a blogerzy prawicowi zrobili z tego wydarzenie na miarę obrony Jasnej Góry opisanej przez Sienkiewicza. Charakter tego wydarzenia ujawnił się po latach, w chwili kiedy zaistniało coś podobnego. No i trzeba rzecz nazwać po imieniu. No, ale co z polityczną blogosferą? Nie ma jej, albowiem w tym, jakże wymownym i wyrazistym momencie, jej najważniejszy symbol, czyli salon24, stał się własnością Sławomira Jastrzębowskiego. I teraz nowy właściciel podejmie próbę, którą z takim sukcesem przeprowadzono w latach 2005-2015 – złagodzenia wymowy tragicznego gestu wykonanego przez Jarosława Kaczyńskiego oraz dalszej polityki PiS, która stanie się po prostu gierkowską propagandą sukcesu, potrzebującą asekuracji na wszystkich obszarach porozumień i komunikacji. Tyle, że już bez tych głupich blogerów, którzy wypisują nie wiadomo co. Salon24 będzie normalną platformą informacyjną z jakąś tam domieszką blogów. Pan Sławomir Jastrzębowski już był u Moniki Jaruzelskiej, już otrzymał wszystkie uwierzytelnienia i może śmiało wkraczać w nową rzeczywistość. My zaś zostaniemy w starej, a pisać tu będziemy o samych nieważnych i nieistotnych sprawach.

kwiecień 172021
 

Otrzymałem wczoraj taką oto informację:

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/slawomir-jastrzebowski-odchodzi-r4s-dlaczego-kupuje-platforma-salon24?fbclid=IwAR2aX1MFrlilLUmC9P-m9tF1wqkXIT0bDhRw5UsOUipycyPK0OjKbu86y_Q

Co mnie w niej zdumiewa najbardziej? To mianowicie, że mamy tu opisanych ludzi zajmujących się tak zwanym PR-em, którzy w wszyscy jak jeden, tworzą hermetyczne środowisko będące zaprzeczeniem skutecznej i interesującej komunikacji. W dodatku jeden z nich, mniejsza o to czy to prawda, czy jakiś fejk wypuszczony dla odwrócenia uwagi, zamierza zamknąć platformę przez piętnaście lat służącą rozwijaniu atrakcyjnych form komunikacji właśnie, które powstawały spontanicznie, bez udziału certyfikowanych specjalistów. Platformę, która wychowała i ukształtowała wielu bardzo autorów. Zamierza też uczynić z niej tak zwany profesjonalny serwis informacyjny. Co to takiego? W największym skrócie można nieładnie odpowiedzieć tak – serwis informacyjny to gówno. I to będzie najszczersza prawda potwierdzona w tysiącznych przykładach.

Nie ma dziś żadnych serwisów informacyjnych, są tylko serwisy propagandowe i serwisy pułapki, no może jeszcze serwisy synekury, gdzie mogą się zatrzymać ludzie mający kłopoty na podstawowym poziomie komunikacji i nie wzbudzający – z przyczyn od nich niezależnych, ale to niczego nie zmienia – niczyjego zaufania, ani nawet zainteresowania.

Salon24 jest w zasadzie legendą i należałoby umieścić jego historię, jako część programu studiów dziennikarskich, a może także wprowadzić na tych studiach jakiś wykład monograficzny o tej platformie. Dobrze jednak wszyscy wiemy, że to jest niemożliwe. Powód jest prosty – bo pisało tam zbyt wielu dobrych i naprawdę niezależnych autorów, których trzeba by wymienić z nazwiska. Do tego zaś dojść nie może.

Ludzie, którzy stworzyli tę platformę, od pewnego momentu myśleli już tylko o tym, jak się jej pozbyć i już o niej nie myśleć. Po załatwieniu wszystkich spraw, do których salon się nadawał, ich charakteru nie będę tu wspominał, wszyscy mniej więcej orientują się o co chodzi, platforma przestała być potrzebny. No, ale on ciągle jest potrzebny blogerom! – zawoła ktoś. To nie ma znaczenia, tak jak nie mają w Polsce znaczenia żadne autentyczne i wykonywane przez niecertyfikowane zrzeszenia i osoby akcje. Wszystko bowiem, o czym będzie się opowiadać młodym Polakom za 10 czy 20 lat, musi być odpowiednio sformatowane i odpowiednio nazwane. I tak ludzie nie komunikujący się z nikim, z powodu przyrodzonych deficytów, albo pychy, nazywani będą specjalistami od komunikacji. Osobnik, który nie jest w stanie napisać akapitu bez błędu, to wybitny dziennikarz, twórca Instytutu Wolności (czy tam współtwórca) itp., itd…do tego dołączyć możemy metodę, która stosowana jest u nas ciągle – jeśli coś dobrze działa należy to natychmiast zepsuć.

Powtórzę – w salonie było wielu zdolnych autorów, było też wielu niezdolnych, ale to nie ma znaczenia, chodzi o to, że z tych zdolnych można było – mając takie możliwości jak Państwo Janke – zrobić ekipę, która nadałaby naprawdę nowy kształt komunikacji politycznej w Polsce. Trochę żartuję, albowiem nikt tego nie chciał i nikt nie zakładał salonu z taką myślą. To nam się tylko tak zdawało. No, ale do powstania takiej jakości i tak doszło. Większość z nas w tym uczestniczyła.

No dobrze, przyjmijmy, że jesteśmy frajerami, jak zwykle. Czy wobec tego tamci odnieśli jakiś sukces? W ich ocenie pewnie tak, ale w mojej wcale nie. Morawiecki, którego wypromowano w salonie jako bohatera jeżdżącego na żniwa do rodziny księdza Jerzego Popiełuszki, za dwa lata najpóźniej przestanie być premierem, wszystko co się wiąże z jego osobą będzie trefne, a widać to już dziś, bo wymieniony w zaliknowanym tekście pan, już był u Moniki Jaruzelskiej, by odebrać nowe charyzmaty, które obowiązywać będą w najbliższej dekadzie. I nie są to te same charyzmaty, w które wyposażono obecnego premiera.

Po raz kolejny mogliśmy więc obserwować próbę, skuteczną moim zdaniem, zdegradowania wyborców i uprzedmiotowienia ich. A za chwilę obejrzymy inną, będzie to próba ponownego ich upodmiotowienia, ale w innych kontekstach. Czyli ci sami ludzie, którzy w ostatniej dekadzie wszystko spieprzyli, będą kokietować nas, tłumacząc, że tamto było przypadkiem, ale teraz będzie już dobrze. Żeby stworzyć nowe okoliczności do idei dokooptuje się Hołownię i paru innych. Proszę bardzo, jeszcze taki news mi wczoraj przysłano

https://wpolityce.pl/polityka/547367-nasz-news-w-maju-moze-powstac-nowe-kolo-w-sejmie?fbclid=IwAR3gbHLzzONLbKBEOFbF_iB6K3IelBHFlyYlYu2j3uOMK-L8LHBo9_mA4rY

Widzimy, że to jest dokładnie ten sam bełkot, co zawsze, o profesjonalnym spojrzeniu na gospodarkę, a za chwilę zaczną mówić o nowoczesnym państwie. I nigdy ponad ten poziom się nie wzniesiemy, a to z tego względu, że jedyne poważne dyskusje jakie toczyły się w Polsce, dotyczące polityki, odbywały się na blogach. Tych dyskusji, nie rozumieli samozwańczy eksperci od komunikacji publicznej, albowiem niemożliwe jest by kołek w płocie zrozumiał siedzącego na nim szpaka. To są rzeczy nie do wyobrażenia. Kłopot tych ludzi polega na tym, że im się pomyliła komunikacja z wpływami politycznymi. Między tymi obszarami nie można zainstalować prostej przekładni, jak w rowerze, bo wszystko się rozpieprzy. Taka przekładnia oczywiście jest możliwa do zastosowania, ale jej umocowanie daleko wykracza poza kompetencje naszych „specjalistów od komunikacji”.

Zdawało im się, jak mniemam, że poprzez mniej lub bardziej moderowane histerie, nagłaśniane w zaprzyjaźnionych mediach, wejdą do prawdziwej polityki, albo uzyskają na nią wpływ. Tak się nie stało. I teraz tną liny, próbując zatopić cała swoją przeszłość, której sami nie potrafili zniszczyć mimo wielu bardzo starań. No i przygotowują grunt pod nowe rozdanie, w którym będzie już inaczej. Nikt nie będzie mógł wypowiadać się na każdy temat, nieodpowiedzialnie i samowolnie, kradnąc tym samym show i popularność ludziom zasłużonym i godnym, takim, jak ten cały Jastrzębowski. Oto nadchodzi nowa era. Do gry wchodzą poważni ludzie, którzy będą zarządzać poważnymi serwisami informacyjnymi, współpracując z innymi ludźmi, tymi co poważnie myślą o państwie i stawiają na nowoczesne rozwiązania. Wszystkim zaś patronować będą Monika Jaruzelska i Magda Ogórek.

Ktoś spostrzegawczy, dajmy na to Witold Gadowski zawoła – ale przecież to jest to samo! Niesamowite prawda? I żeby to odkryć trzeba osobnego eksperta….od komunikacji rzecz jasna.

Cóż można tu powiedzieć? Dziękuję postoję. Mogę jeszcze dodać, że jeśli ten salon będą zatapiać, ci, którzy uważają, że w Szkole Nawigatorów jest dla nich miejsce, mogą sobie tu założyć blogi. Nie będzie tak super, jak w salonie, albowiem ja mam zwyczaj zarządzać ręcznie publikowanymi tu treściami. Nie czynię tego za często, ale w pewnych przypadkach czynię. Uczestnicy jednak sami przyznają, że jest to mało dolegliwe i zawsze wcześniej ostrzegam, nie blokuję nikomu konta znienacka. Tyle tytułem zachęty.

Ho, ho, tak, tak….przypominają się czasy dawne kiedy to najgodniejsi synowie największych i najbardziej wpływowych rodów kupowali sobie patenty oficerskie w husarii. Teraz mamy to samo z publicystyką. W dawnych czasach okazywało się potem nie było komu walczyć. Dziś jest tak samo, nie ma komu mówić prawdy. No, ale kogo to w sumie obchodzi? Frajerów jakichś chyba tylko….

kwiecień 152021
 

Doszło tu wczoraj do rzeczy kuriozalnej, która nie powinna mieć miejsca. Zostaliśmy potraktowani, przez człowieka używającego nicku Krzysiek, tak mniej więcej, jak swoich blogerów traktował zawsze Targalski. Krzysiek więc z miejsca wyleciał. Przychodził on tu co jakiś czas, żeby wyjaśnić nam, jak bardzo się mylimy krytykując rząd. Biorąc pod uwagę fakt, że większość z nas popiera rząd, ale zastrzega sobie prawo do wyrażania krytycznych opinii, jego zachowanie było trudne do zniesienia. Wczoraj prócz bardzo chamskich sugestii, rodem z periodyków Sakiewicza, ujawnił jeszcze, że do odwołania generalnego dyrektora LP doszło, albowiem ten nie zgodził się na wycięcie 70 ha lasów pod Chrzanowem, na miejscu których miała powstać fabryka Izery. To ciekawe, albowiem sądziłem, że takie projekty, jak strategiczna fabryka omawia się z dyrektorami strategicznych branż. Okazało się, że nie. Ktoś po prostu wskazuje miejsce, a gospodarz tego miejsca musi się usunąć. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że gospodarzem są Lasy Państwowe, które bez przerwy oskarżane są o to, że wycinają jakieś bezcenne krzaki, sprawa przybiera inny zupełnie wymiar. Ja na przykład, będąc człowiekiem bardzo podejrzliwym, łatwo mogę sobie wyobrazić taką oto sytuację – pan Konieczny godzi się na wycinkę 70 ha lasów, a to wywołuje natychmiastową reakcję wszystkich antyrządowych mediów i szereg demonstracji pod siedzibą LP przy Grójeckiej. No i w samym Chrzanowie czy gdzie ta Izera ma być produkowana. Pan premier, udając zaskoczonego, mówi – proszę Państwa, ja nic nie wiedziałem, nie miałem pojęcia, że te zakrzaczenia poprzemysłowe, co to je bloger Krzysiek pokazał palcem, są dla Państwa aż tak ważne. Przepraszam, w tej chwili wywalam generalnego LP ze stanowiska. I już – wilk jest syty i wilk jest syty. Może pan Konieczny wybrał po prostu lepszą opcję i pozwolił na to, by pan Kubica, będąc p.o. generalnego podjął niepopularną decyzję, a potem przeszedł na emeryturę? Być może też wszystko było dogadane wcześniej. Bloger Krzysiek zaś niech nie robi z nas durniów, bo w takie pułapki, jakie próbuje zastawiać łatwo wpada się samemu. Imputowanie nam tutaj, że produkcja Izery postawi na nogi polską gospodarkę jest porównywalna do wielu sympatycznych przygód Tytusa, Romka i A’tomka, kiedy to chłopcy próbują do czegoś przekonać swojego kolegę szympansa, roztaczając przed nim niesamowite wizje, a on rozumiejąc więcej niż im się zdaje, przerywa ramkę obrazka i biegnie w nieznane. Oni zaś wołają za nim – Tytus, nie uciekaj, to nie tak, jak myślisz…No więc, mu bierzemy przykład z Tytusa. Jesteśmy jednak w o tyle gorszej sytuacji, że nie mamy gdzie uciekać. Wyrażamy więc krytykę. Chyba nam wolno, do ku…y nędzy, czy już nie?!!!!!

W Polsce jest wystarczająco dużo nieużytków, na których można postawić fabrykę samochodów, procedura jednak, która ten akt poprzedza nie może być wykonywana ponad prawem, ani poza prawem. Jeśli więc pan Konieczny nie chciał się na coś zgodzić, to widocznie miał po temu słuszne powodu. Leśnicy są raczej konformistami i, jak napisałem wczoraj, nie przesadnie eksponując wewnętrzną solidarność resortową. Fakt zaś, że ktoś się pofatygował tu do nas, by nam wyjaśnić, że nie odróżniamy fabryki samochodów od burdelu też jest znamienny. No, ale nikt tutaj takich dialogów prowadził nie będzie, póki żyję. I niech każdy to dobrze zapamięta.

Miałem mówić o odnawialnych surowcach strategicznych, ale niestety ciśnienie mi się podniosło. Postaram się bardziej panować nad sobą. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kurioza, które tu omawiamy, jasno wskazują, że las, czyli powierzchnia porośnięta drzewami, nawet jeśli nie brać pod uwagę przydatności drewna dla przemysłu, jest surowcem strategicznym. I to nam wyjaśnił w swoim komentarzu bloger Krzysiek. Nie mamy już co do tego cienia wątpliwości. Jeśli do tego dodamy zalinkowane tu wczoraj oświadczenie leśników dotyczące unijnego ładu w lasach, sprawa stanie się już całkowicie jasna. Ja zaś będę miał tę satysfakcję, że jednak ci leśnicy coś widzą i niektórzy z nich potrafią nawet wyartykułować swoje wątpliwości. Choć oczywiście większość chce schować się pod kamieniem i przeczekać. Obawiam się, że o żadnym przeczekiwaniu nie może być mowy. Zanim rzecz skomentuję, wrzucę raz jeszcze ten link

http://zlpwrp.pl/blog/2021/03/31/posluchajcie-nas-zanim-zapadna-decyzje-o-unijnej-strategii-lesnej-unijnej-strategii-na-rzecz-bioroznorodnosci-i-europejskim-zielonym-ladzie/

Chodzi o to, że wyłączenie z eksploatacji 30 procenty lasów, to znaczy ponad ¼ areału, w perspektywie bardzo krótkiej spowoduje serie klęsk naturalnych, podobnych to tych, znanych z lat osiemdziesiątych i oglądanych ze zgrozą w Górach Izerskich. To jest jasne dla każdego człowieka, którzy, inaczej niż bloger Krzysiek, potrafi skojarzyć jedno z drugim i wie, że jak ktoś dużo pije, to potem będzie daleko sikał. Niestety zmasowana propaganda, której realizatorzy czują się całkowicie bezpieczni i bezkarni, opowiada głośno, nie zamierzając brać za to odpowiedzialności, że będzie odwrotnie. To znaczy, że dodatkowe wyłączenie z użytkowania jeszcze większego areału lasów spowoduje iż Polska stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą. Podkreślam – ludzie ci, w przeciwieństwie do leśników nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Leśnicy zaś ponoszą i kiedy dojdzie za 10 – 15 lat do gradacji zwójki, brudnicy i czynnego jakiegoś stwora, to oni zostaną obarczeni tą odpowiedzialnością. Dlaczego? Otóż dlatego, że w porę nie zadbali, jako resort, o właściwą komunikację ze społeczeństwem. Tej komunikacji w zasadzie nie ma, albowiem to co jest nazwać można co najwyżej plumkaniem. Prawdziwa komunikacja zaś odbywa się za kulisami i dokonuje się poprzez różne wtajemniczenia. I teraz uwaga – zdradzam wszystkim najtajniejszą tajemnicę wszystkich tajemnic – jeśli ktoś wierzy w to, że jakieś wtajemniczenia zdejmą zeń odpowiedzialność, ten chyba zwariował. Jeśli montuje się prowokację, a to jest prowokacja na niespotykaną skalę, czyni się to właśnie z zastosowaniem benefitów zwanych wtajemniczeniami. I zawsze ofiarami tych zagrywek są ci, którym się zdaje, że zostali już we wszystko wtajemniczeni i są nie do ruszenia. Proszę Państwa, komunikacja musi być jawna. Jeśli ktoś w jawnych strukturach proponuje komuś przystąpienie do jakichś tajemnych sprzysiężeń, ten szykuje go na ofiarę po prostu. Tak jest zawsze i niech każdy dyrektor w Lasach Państwowych wbije to sobie do łba. Projekt unijny służy to tego, by zdewastować lasy, przejąć je następnie i stworzyć na bazie tego areału jakąś nową organizację, która powstanie kosztem Lasów Państwowych, oskarżonych o dewastacje i zaniedbania. Ja wiem, że wielu leśników sądzi iż tego nie doczeka, albo, że co ich to obchodzi, oni mają swoje sprawy. Żebyście się nie zdziwili. Las bowiem jest zasobem strategicznym, jest nim także technologia zwiększania produkcji surowca, którą w Polsce leśnicy opanowali bardzo dobrze i stale doskonalą.

Pora teraz rzecz zilustrować przykładem, oczywiście z czasów dawniejszych i z innej nieco branży. No i z kraju, który zawsze traktował się serio, a przez swoją bezwzględną i egoistyczną politykę ocalał, choć nie w takim kształcie, jak wielu jego mieszkańców by sobie życzyło. Przed Państwem Olivier de Serres, francuski agronom, protestant, człowiek, który zakładał eksperymentalne plantacje strategicznych dla gospodarki i krajowego przemysłu upraw. Wymienię jedną – drzewa morwowe, która stanowiły zaplecze przemysły jedwabniczego, będącego pod szczególną opieką króla i państwa. Serres był zaufanym człowiekiem króla Henryka IV, ale już nie jego następców. W historii opisany został jako postać bezwzględnie pozytywna i nie podlegająca krytyce. Jego uprawy zostały jednak zniszczone, a ci którzy je dewastowali nie zwracali uwagi na zasługi de Serresa dla korony. Opis najprostszy wskazuje, że zdewastowano je w wyniku działań wojennych, w czasie kolejnej odsłony walk pomiędzy katolikami a protestantami. Ze wskazaniem na to, że zło reprezentują katolicy, którym nie zależy na rozkwicie kraju, na podnoszeniu kultury rolnej, a zajmują się wyłącznie obłąkaną obroną swoje chorej doktryny religijnej, która stoi w poprzek racjonalnym doświadczeniom naukowym i praktyce agronomicznej. To oczywiście nie jest prawda, a ludzie tacy jak Serres, byli w coś wtajemniczeni i w przeciwieństwie do dyrektorów regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych, mieli gwarancje prawdziwe. Richelieu, wydał polecenie zniszczenia upraw Serresa, dopiero po jego śmierci. I z całą pewnością nie uczynił tego z głupoty, nienawiści lub innych jakichś niepięknych pobudek. Uczynił to po głębokim namyśle.

Zanim spróbuję je omówić, przypomnę tylko, że król Ludwik XIV, pod koniec XVII wieku zniszczył do fundamentów heretyckie opactwo Port Royal, o czym pisaliśmy tu wielokrotnie. Oczywiście w wersji oficjalnej uczynił to z nienawiści do czystej doktryny Janseniusza, inne powody nie wchodziły w grę. Proszę Państwa, doświadczenia polityczne Francji królewskiej, ciężkie i pracowicie analizowane przez tajne kancelarie oraz ludzi obdarzonych mózgami prawdziwymi, a nie takimi, jaki jest w posiadaniu premiera Morawieckiego, doskonale rozumieli, że wyciągnięcie spod kontroli państwa jakiejkolwiek strategicznej branży, oznacza wyłącznie cholerną katastrofę. Do branż strategicznych we Francji zaś zaliczało się przede wszystkim rolnictwo i przede wszystkim przemysł tkacki. Każdy więc, kto wykonywał na tych polach jakieś ruchy, musiał się liczyć z poważną bardzo odpowiedzią. Jak pamiętamy, polityka francuska jest polityką wsobna, bezwzględną, bardzo egoistyczną i nie cofającą się przed niczym. Przynajmniej tak było kiedyś. Uprawy Serresa stanowiły zagrożenie dla gospodarki państwa, szczególnie zaś dla wielkich jedwabnych fabryk Lyonu, do których miały dostarczać oprzędy jedwabników. Czy dostarczały rzeczywiście? Tego nikt nie wyjaśnia do końca, koncentrując się na tym jedynie, że brutalni generałowie zepsuli dzieło życia pracowitego człowieka. Jeśli zaś idzie o Port Royal, to było to wielkie gospodarstwo rolne produkujące tanią żywność dla Paryża i szkoła dla szlachetnie urodzonych panien z najlepszych domów. To także był obszar strategicznie ważny.

My dziś znajdujemy się w sytuacji odwrotnej, ale pozwalamy, by nasze strategiczne zasoby, były zarządzane przez ludzi niekompetentnych i nieodpowiedzialnych, którzy ze słabym bardzo zaangażowaniem udają, że posiedli jakieś wtajemniczenia. I na to jest zgoda państwa, które jedynie udaje Francję królewską. Tak jak Komorowski udawał polskiego ministra obrony.

Kiedy zaś głośno wyrażamy swoje wątpliwości, urzędnicy próbują mrugać do nas okiem, licząc, że w ten sposób też nas w coś wtajemniczą. Niech nikt tu nawet nie myśli o tym, by coś takiego robić. To co napisałem, jeszcze raz wskazuje, jak beznadziejnie prymitywni i nieodpowiedzialni są ludzie, którzy w Polsce pragną uchodzić za politycznych strategów i jak wąski horyzont mają przed oczami. Nie wiem co będzie z tymi lasami, na koniec więc napiszę tylko – niech Bóg ma nas wszystkich w swojej opiece.

marzec 162021
 

Walka klas zaostrza się w miarę jej prowadzenia, jak powiedział towarzysz Stalin. To prawda, albowiem, ten kto ma większą determinację i większe parcie na sukces, dowiaduje się w końcu, że bez całkowitego uniećtorzenia przeciwnika, jego zwycięstwo nie będzie zwycięstwem. Nie będzie nawet kompromisem. To będzie klęska. Świadomość tego faktu dała zwycięstwo komunistom. I trzeba było czekać pół wieku, aż im owa świadomość z głów wywietrzeje, żeby można było znów coś przeciwko tej organizacji przedsięwziąć.

Obserwowałem dyskusję pod wczorajszym tekstem i mam w związku z nią kilka wniosków. W zasadzie należałoby przestać mówić o PiS, tak jak przez jakiś czas zabroniłem tu mówić o covid 19. Dyskusja bowiem na temat partii rządzącej zaczyna wykazywać wszelkie cechy walki klas. Zaostrza się w miarę jej prowadzenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że blokada takich treści, byłaby odebraniem ulubionych zabawek wielu autorom i komentatorom, dlatego tego nie zrobię. Chciałbym wskazać jedynie na kilka tkwiących w niej pułapek i błędów metodologicznych. Przede wszystkim koledzy popierający PiS bezwarunkowo, nie mogą się zdecydować kto w istocie obejmie władzę po upadku dobrej zmiany, czy będzie to Braun z Dziamborem czy może Czarzasty z Zanbergiem. Na czym polega błąd w rozumowaniu? On jest umieszczony na dwóch głębokościach i składa się z dwóch elementów. Pierwszy, osadzony płycej: nie ma istotnej różnicy pomiędzy prawdziwą prawicą, a lewicą. To znaczy, jestem pewien, że żadna prawicowa, prawica nie dojdzie do władzy, bo przed drzwiami z napisem władza, okaże się, że zapomnieli klucza, albo że Korwin wymienił go na kartę rabatową do agencji towarzyskiej z nieletnimi Tajkami. Kiedy fakt ten zostanie ujawniony do drzwi podejdzie Czarzasty i powie, że on ma akurat zapasowy klucz, a do tej agencji wpuszczają go zawsze za darmo, w uznaniu zasług. Po czym drzwi otworzy i wpuści tam swoich ludzi.

Druga część błędu ukryta jest głębiej. Nie chodzi o to, kto przyjdzie po PiS, chodzi o to, kogo się obarczy za ten fakt odpowiedzialnością. Tego zdaje się nie rozumie nikt. Bo cały mechanizm dyskusji – za PiS czy przeciw, polega właśnie na tym, by antycypując fakty, zwalić na kogoś odpowiedzialność. Ponieważ wybory są tajne i nie wiadomo kto, jak głosuje, odpowiedzialność zwala się na tych, którzy werbalnie wyrażają jakieś wątpliwości. Nie wiadomo, jak ludzie ci będą głosować, ale dopuszczają się oni grzechu ciężkiego, to znaczy mówią, co im się nie podoba i jakie zagrożenia widzą w dalszej perspektywie. A tak nie wolno. W zasadzie dlaczego? Bo co się stanie? Duch w narodzie osłabnie? Dworczyk ma w dupie narodowego ducha, czego wielokrotnie dowodził swoimi wypowiedziami. Czym mamy się przejmować? Nie jesteśmy dziećmi i możemy mówić co nam się podoba. Jeśli zaś partia, albo jej sympatycy uważają, że jednak nie możemy, to jest to jawny i oczywisty dowód na to, że już zaczęło się szukanie winnych. Każdy kto w tym uczestnicy, jest co najmniej nierozsądny. Powtórzę – nie chodzi o to, kto przyjdzie po PiS, ale o to, kto zostanie za to obarczony odpowiedzialnością. I chcę tu jeszcze przypomnieć wszystkim kolegom, że to politycy są odpowiedzialni za sytuację w kraju. Dlatego właśnie zostają politykami, bo nie boją się, przynajmniej w założeniu, brać na siebie odpowiedzialności. Używanie więc argumentów – cicho, cicho, bo przyjdą tamci, jest trochę nie na miejscu. Tamci nie przyjdą i to jest jasne, PiS zaś rządzi mając w ręku także inne niż demokratyczna legitymacje i one są ważniejsze. Sytuacja zaś nigdy już nie wróci do stanu sprzed wyborów roku 2015. Zapomnijcie o tym. Nie będzie Tuska, nie będzie Grada, czy jak się ten gość nazywał i nie będzie Schetyny. Może być za to ideologiczny podział w dobrej zmianie i co wtedy zrobi, tak zwany twardy elektorat PiS? Za kim się opowie? I kim będzie straszył ludzi, którzy mieli już wcześniej różne wątpliwości?

Kolejna kwestia dotyczy przyszłości. Ja to chyba wczoraj niezbyt wyraźnie napisałem. Może więc trzeba zrobić to naprawdę dosadnie; każdy kto wyraża szczerą troskę o przyszłość dużych grup ludzi to oszust, albo złodziej. I nie ma znaczenia, skąd mu nogi wyrastają. Jego intencje są podejrzane, a metody przewidywalne. Moje argumenty przeciwko PiS dotyczą sposobu komunikowania się z wyborcami, który to sposób obserwować mogliśmy w ostatnim półwieczu z pięć albo sześć razy. Od partii, która deklaruje, że wywiodła nas z domu niewoli, oczekiwałby jednak czegoś więcej. Bo uważam, że na znacznie więcej zasługujemy. Kiedy więc widzę te same co zawsze cwaniackie ryje, które wylosowały lepsze miejsca na widowni, nie mam ochoty z nimi współpracować. Nie nie chce mi się też słuchać, że ich przeciwnicy są gorsi. Tamtych już nie ma, to jest fakt podstawowy. Dyskusja zaś jest tak profilowana, byśmy rozmawiali wyłącznie o tym czego już nie ma, albo o tym czego jeszcze nie ma. Starannie przy tym unikając tego co jest, albowiem rozmowy na ten temat mogą zaszkodzić przyszłości i zniweczyć te cudowne plany, które dla nas dobra zmiana przygotowała. Powtórzę więc – sposób w jaki reklamowane są te plany, to jest ten sam szwindel, który powtórzył się już pięć razy wcześniej. Nie chcemy o tym słuchać i nie chcemy brać udziału w tym przedstawieniu. Nie wierzymy w szczerość intencji ludzi używających takiego języka, bo jest to język skompromitowany. Oczekujemy, że politycy w Polsce zaczną się komunikować z wyborcami inaczej, poważniej i w sposób bardziej dojrzały. Bo na razie wszystkie produkowane przez nich komunikaty, przypominają regulamin półotwartego więzienia dla alimenciarzy – jak będziesz grzeczny, to pozwolimy ci wyjść do kiosku po gazetę i gumę do żucia.

Teraz pora na konteksty, albo raczej na jeden kontekst. Pojawił się tu wczoraj link do instrukcji obsługi nowego ładu. Zamarłem. Nowy ład to ma być polska wersja new deal Roosvelta. Nie wiem do kogo Morawiecki kieruje ten komunikat, ale na myśl przychodzą mi tylko wyborcy Czarzastego, a nie stały i twardy elektorat PiS. New Deal, czyli obarczenie ludzi odpowiedzialnością za politykę banków, zakończone klęską, którą próbowano ukryć przystępując do wojny. To jest coś niesamowitego. Potem zaś pozbawienie Amerykanów złota, o czym zdaje się trzeba przypominać co drugi dzień. I na to dziś powołuje się Morawiecki, a my mamy mu wierzyć, bo inaczej wróci PO?! Myślę, że sukces PiS polegał będzie na tym, iż po śmierci Kaczyńskiego Morawiecki dokooptuje Czarzastego i razem stworzą rząd zgody narodowej. Może nawet pojadą we dwóch na żniwa do rodziny Popiełuszków, żeby zrobić lepsze wrażenie na wierzących Polakach. Wszystko zaś po to, by ludzie uwierzyli w przyszłość.