Mar 192014
 

Jest taki odcinek serialu „Czterej pancerni i pies”, w którym Gustlik ściga po cmentarzu folskdojcza. Takiego starszego pana granego przez nie wiem już kogo, ale był to aktor dość charakterystyczny, z charakterystycznym głosem i twarzą. No i kiedy go już dopada, chce mu na miejscu rozwalić łeb. Folksdojcz jest bowiem dla Gustlika czymś obrzydliwym i nie można mieć dla niego litości. No i wtedy do akcji wkracza Olgierd Jarosz, który szarpie się z Gustlikiem i tłumaczy mu, że nie wolno zabijać jeńców, że Niemcy owszem, zabijają, ale im nie wolno, bo oni są inni. W tej scenie Olgierd Jarosz reprezentuje postawę typową dla renesansowego humanisty, w całej upiornej istocie tego projektu. – Nam nie wolno zabijać jeńców – mówi nam Olgierd – a po cichu za kadrem dodaje – od zabijania jeńców są inni, ci co idą za nami, ale o nich z kolei nie wolno nam mówić głośno. Tak więc zamknij się Gustlik i przekaż folksdojcza na tyły.
Myśmy się już trochę oddalili od czasów, w których młodzi i piękni pancerni spacerowali po świecie i pewne rzeczy nam umykają. Nie widzimy na przykład, że z postawą Olgierda Jarosza mamy do czynienia na co dzień prawie, wystarczy, że włączymy telewizor, albo zajrzymy do jakiejś gazety. On tam jest, jego duch i postawa położyły się cieniem na przekaziorach i z każdej właściwie strony i z każdego ekranu, niczym Kaszpirowski w dawnych czasach, przemawia do nas Olgierd Jarosz i mówi głosem grobowym – a nam nie wolno zabijać jeńców….pamiętajcie…a nam nie wolno zabijać jeńców…przebacz mi Brunhildo….tam tadam, tam tadam, tamtadamtam ta tada tada dam….
I nam się to może nawet wydawać zabawne, ale zabawne wcale nie jest bo pan Olgierd to żołnierz frontowy, który ma do powiedzenia swoją kwestię, niezbyt, jak wiemy długą i musi pędzić do szturmu, a potem zginąć. Za nim jednak idą inni, którzy mają znacznie więcej czasu na tłumaczenie nam jak się rzeczy mają i oni nie dość, że nie mają nic do stracenia, to jeszcze bez przerwy myślą o sukcesie, czyli o tym, że my się w końcu do tego niezabijania jeńców przekonamy. Jeśli zaś coś by z nami było nie tak, zawsze można nas przekazać na jeszcze dalsze tyły.
Ja sobie całą tę opisaną wyżej figurę wymyśliłem wczoraj kiedy przeglądałem artykuły naukowe w różnych mądrych książkach, które kupiłem w księgarni „Semper”. I kiedy tak czytałem te przypisy informujące o pieniądzach zainwestowanych w ten czy inny tekst, w tomy całe i zbiory tomów, przypomniał mi się ten Jarosz i ten folksdojcz z cmentarza. Autorzy tych pism mówią to samo – nam nie wolno zabijać jeńców, nie wolno ich nawet skalpować. Trzeba grzecznie czekać, aż nieoznakowana ciężarówka podjedzie pod rampę i zabierze ich na tyły. A autorzy, którzy biorą pieniądze za swoje publikacje muszą się wtedy zachęcająco uśmiechać i machać. Do tego bowiem zostali powołani.
Mam tu obok mnóstwo książek popularnonaukowych napisanych przez autorów z kręgu kultury anglosaskiej, w ani jednej nie znalazłem informacji o tym z jakich środków została ona sfinansowana. Owszem są tam podziękowania dla Boba i Marty za trud włożony w zbieranie materiałów. Jest też jakieś ciepłe słowo o Margaret, która pożyczyła autorowi samochód terenowy kiedy jego Landrover wpadł do rowu. I inne podobne rzeczy. O tym, kto dał pieniądze na publikacje nie ma nie nic. Co innego u nas, tutaj branie pieniędzy za darmo, to jest powód do dumy, a może tylko smutna konieczność, ja się do końca nie mogę zorientować. Może to jest po prostu przymus, może naprawdę ten Jarosz chciałby też kropnąć folskdojcza, ale wiedział, że potem może być różnie i się powstrzymał. To są rzeczy do ustalenia. Jedno jest pewne ten kto daje pieniądze decyduje o losie jeńców. I już. Nie ci, którzy publikują, a wcześniej mozolnie badają różne zagadnienia, ale ten kto dał forsę. I nie ma odwołania. A skoro tak jest, to znaczy, że nas, ludzi, którzy w tych pieniądzach nie partycypują, ludzi, którzy branie pieniędzy na publikacje uważają za hańbę nie do zmycia, narracje te nie obowiązują. I to jest jasne jak słońce. My będziemy zabijać jeńców, a do tego jeszcze każdego który wpadnie nam w ręce przed zabiciem oskalpujemy. Nam wolno, bo my się nie uzależniliśmy od dotacji płynących nie wiadomo skąd, a przez to nie staliśmy się przedmiotami rozgrywek propagandowych. Traktujemy siebie i naszych jeńców poważnie, wiemy, że gdyby się nam wyrwali, mogliby nas pozarzynać, nie ma więc żartów. Co innego tam, wśród tego rozwarstwionego i podzielonego pod względem budżetów plemienia zamieszkującego tereny uniwersytetów. Tam w świetle kamer jeńca się ocali, a nawet pogłaszcze się go po głowie, piwnic gdzie go zamordują nikt nigdy nie pokaże, podobnie jak jego mózgu wsadzonego do spirytusu i obwożonego po salach wykładowych ku uciesze gawiedzi i sponsorów.
Nie wiem czy zauważyliście, ale ja tu właśnie, ogródkami trochę podałem, definicję wolności i niewoli, a także nakreśliłem dość dokładnie możliwości ludzi wolnych i niewolników. Ja doskonale wiem, dlaczego w anglosaskich książkach nie ma informacji o sponsoringu, ponieważ książki te to jeden z elementów dzikiej i skrajnie agresywnej ekspansji. Ja wiem dlaczego w naszych książkach te informacje są – bo to także jest element dzikiej i skrajnie agresywnej ekspansji, skierowanej wprost w nas, to jest strzykawka z pavulonem, która wielu przyprawi o przedśmiertne drgawki, ale nikt ich nie potraktuje serio, bo ludziom się powie, że to taka dyskoteka i luz…
Pamiętam, jak wieki temu, czyli jakieś trzy lata wstecz koło młodych wydawców z KUL, zaprosiło mnie na taką pogadankę. To się bardzo podobało, ale ja nie miałem wtedy w głowie nawet 1/10 tych , jakże potrzebnych młodym wydawcom informacji, która mam dziś. No i nie miałem tych efektów, które mam dziś. Jak się możecie domyślić, dziś nikt nie zaprosi mnie na żadne spotkanie z młodymi wydawcami, z obawy, że mogę ich oskalpować, a przecież oni muszą być odstawieni na tyły, tak jest w instrukcji, tak jest w przepisach i to jest prawda wrośnięta w serca wszystkich ludzi, którzy młodych wydawców wychowują. Trzeba ich odstawić na tyły, koniecznie…tu nie wolno….
Jedną ze składowych owego odstawiania na tyły, jest także, choć wielu może się wydawać, że nie, dyskusja o zarobkach pisarzy i artystów w ogóle. Nie tyle może nawet o zarobkach, ale o ubóstwie. Pojawiają się tu głosy, w związku z wystąpieniem Malanowskiej, że przecież pisarze żyli w ubóstwie, nie zrobili majątku, nie mogli sobie pozwolić na wszystko, czegóż więc Malanowska chce?
No jak to czego? Malanowska chce pieniędzy, które się jej należą. Tak jak innym ludziom pracującym. Dlaczego spotyka się z taką, a nie inną reakcją, dlaczego z niej szydzą i mówią, że pisarz żyje misją? Otóż dlatego, cze wszyscy ci szydercy są po lekturze artykułów sponsorowanych przez nie wiadomo. To tam właśnie, oraz w mądrych książkach przeczytać możemy o ubóstwie malarzy, rzeźbiarzy, architektów i pisarzy. To stamtąd płynie ta struga obłędu, która zalewa ludziom mózgi. Mili Państwo, ani malarze, ani rzeźbiarze, ani tym bardziej architekci czy pisarze nigdy nie byli biedni, a jeśli któryś był wynikało to wprost z jego przykrych nawyków, takich jak pijaństwo, narkomania, albo skłonność do nieodpowiednich kobiet. W innych przypadkach sprawni warsztatowo twórcy radzili sobie nieźle i żyli na jakim takim poziomie. Zważywszy na fakt, że istotą ich zatrudnienia jest kompulsywna obsesja, nie byli milionerami, ale też nie o to im w życiu szło. Jeśli zaś jakiś twórca zostawał milionerem, jak Salvador Dali, na przykład, znaczyło to tyle tylko, że zaprzyjaźnił się z gangsterką, która rozstawia pionki na rynku sztuki i do tego wszedł w różne układy z koncernami produkującymi jakieś drogie i nikomu niepotrzebne przedmioty. Jeśli zaś mówimy o milionerze nazwiskiem Picasso, to trudno doprawdy nie zauważyć członków partii komunistycznych, którzy wychylają się zza jego pleców. W dyskusjach ludzi mających mózgi zalane trucizną, Dali występuje zwykle jako hochsztapler, a przeciwstawia mu się ludzi takich jak Modigliani, albo Utrillo, czyli dwóch pijaków, którzy zarobili trochę na kręcących się po Paryżu Amerykanach, ale w końcu umarli z nadmiaru wódki. A także trochę dlatego, że żadna poważna organizacja się nimi nie zainteresowała. O tym jednak, o organizacjach i ich roli w życiu twórców, żaden mędrzec uniwersytecki się nie zająknie. Będą pieprzyć o trudnym dzieciństwie, dukcie pędzla, płaskich planach u Maneta, ale o tym z kim się jeden czy drugi kolegował, u kogo bywał na obiedzie to już nie. Czy dlatego, że uważają te sprawy za nieważne? Nie, dlatego, że za ich podnoszenie nikt nie płaci,a skoro nikt nie płaci to znaczy, że są one nieciekawe. No, a dlaczego nie płaci? Otóż dlatego, że umieszczenie tego czy innego twórcy w kontekście politycznym, na przykład, mogłoby zburzyć kilka mozolnie budowanych piramid, który rosną sobie na uniwersytetach, ale za nim by to nastąpiło mogłoby zdemaskować sponsora. Jemu zaś nie zależy na tym, by ktoś się dowiedział prawdy, ale na tym, byśmy w nieskończoność mogli czytać o nastrojach, które w swoich obrazach próbował przekazać Monet. Akurat mam przy sobie jego biografię. Jest bardzo słaba i pełna dziennikarskiej pretensjonalności. Gorsze od niej są tylko książki na temat impresjonizmu pisane przez zawodowych historyków sztuki. W tej biografii jednym z najczęściej powtarzających się nazwisk jest nazwisko Georges’a Clemenceau. Pan ów wymieniany jest jako wielki przyjaciel Claude’a Moneta. Mamy więc biednego malarza, którzy głodował, jak piszą niektórzy i prosił o datki, a przyjaźni się on z Tygrysem, ministrem spraw wewnętrznych III Republiki, a potem premierem. Przyjaźni się od lat najwcześniejszych, bo przecież kiedy Monet maluje portret Clemenceau ten jest jeszcze młody, a kiedy został premierem był już starcem. O kulisach tej przyjaźni, o funkcji jaką malarstwo impresjonistów pełniło w misji politycznej rządu republikańskiego, a wcześniej cesarskiego nie ma słowa. Ot, po prostu politycy lubią malarzy, a malarze polityków.
W znacznie lepiej i ciekawiej napisanej biografii Renoira mamy z kolei taką scenę; nad wodą w jakimś lasku Renoir maluje pejzaż, w Paryżu jest akurat rewolucja i na ulicach jest dość niebezpiecznie, nagle ktoś wyłania się z krzaków. Jakiś obdartus idzie wprost na malarza, mówi, że jest głodny i biedny i potrzebuje wsparcia. No i Renoir daje mu dwa franki, bo akurat tyle miał przy sobie. Panowie się zakolegowali, a potem okazało się, że ten obdartus nazywał się Leon Gambetta i został premierem republiki. To jest ten pan, o którym ja często wspominam cytują jego powiedzenie dotyczące Alzacji i Lotaryngii – myślcie o tym zawsze, ale nigdy o tym nie mówcie.
I jakoś tam te relacje pomiędzy malarzem a politykiem trwały, póki Gambetta nie umarł. A kiedy umarł, pokój, gdzie dokonał żywota, rozgrzebane łóżko i bałagan, zostały także uwiecznione przez jakiegoś aspirującego malarza, ale ja nie pamiętam jego nazwiska.
Nie tylko politycy interesowali się sztuką i nie tylko malarza byli w orbicie tych zainteresowań. U malarzy jednak najłatwiej te związki prześledzić, bo widać kogo i co malowali. Z pisarzami jest gorzej. Ich związków z polityka czy gangami nikt nie śledzi. Nie ma na to budżetów. Pieniądze są tylko na ciągłe powtarzanie, że Joyce był biedny i miał obsesję, o tym czy znał jakiegoś komunistę nie ma nigdzie słowa. A przynajmniej ja takiego nie znalazłem.
Można oczywiście demaskować twórców współpracujących z faszyzmem, na to forsa jest, ale z komunizmem jest już gorzej. Przez chwilę było wolno, ale teraz już jakby mniej, teraz się znowu szuka dla nich usprawiedliwień, tłumaczeń i wielką w tym poszukiwaniu rolę odgrywa ubóstwo. Bo był panie, biedny….Bo nie było rynku… bo miał misję….i przez to właśnie musiał się tak strasznie kurwić…
Nie to co taki Monet, malarz prawdziwy, który kochał Francję i jego znajomość z szefem tamecznego MSW nie rzuca na jego twórczość żadnego cienia. Tak jak wampir, one też podobno nie rzucają cienia, a więc relacja pomiędzy politykiem, a twórcą, a także pomiędzy organizacją a twórcą ma charaktery wampiryczny. Ale się porobiło….a niech to….
Na stronie www.coryllus.pl pokaże się dziś po południu nowa książka Toyaha pod tytułem „Kto się boi angielskiego listonosza”. Zapraszam.

  18 komentarzy do “A nam nie wolno skalpować jeńców”

  1. „Take no prisoners” to zawołanie imperialnych sardaukarów i, w realu, zasada wojenna epoki Onin-no ran twórczo wpleciona w japońską tradycję wojskową przez Oda Nobunagę. Bardzo dobra zasada moim zdaniem.

  2. czy Vincenta van Gogha nikt poza bratem nie chciał sponsorować ?
    w końcu uciął sobie ucho , wylądował w psychiatryku ….
    no bo żył w biedzie

    Take no prisoners … bardzo praktyczne . Popieram

  3. Wcale nie żył w biedzie, a ucho ponoć obciął mu Gauguin, zrobił to szablą. Był w przeciwieństwa do Vincenta świrem prawdziwym.

  4. widziałam na żywo jego obraz ,, kawiarnia w Arles ‚/chyba tak się pisze / …. tam się chciało wejść do środka … z nocy do światła . 🙂

    Wczoraj w radiokrakow wieczorem mówiono o architekturze modernizmu …
    Kilka konkretnych informacji technicznych , że tak powiem … i cała reszta jak na blogu powyżej ….. te rozmowy o d… M…..
    i pouczanie , że to jest ten właściwy ton …Coryllus trafia w sedno .

    przepraszam ; zdecydowanie nie brać jeńców 🙂

  5. żyjemy w kręgu kultury judeochrześcijańskiej. Judeochrześcijaństwo to zespół zasad według których – zdaniem żydów – powinien żyć chrześcijanin. Nacisk w judeochrześcijaństwie kładzie się na kilka głównych „memów” – 1. branie na siebie krzyża 2. znoszenie ucisku w ciszy i pokorze 3. wybaczanie swoim wrogom i modlenie się za nich 4. nadstawianie drugiego policzka 5. oddawanie ostatniego płaszcza 6. pokora i ubóstwo 7. tolerancja dla wszystkiego i wszystkich 8. liczenie na sprawiedliwość po śmierci. Lista jest dłuższa, ale główne hasła programowane są milionami powtórzeń.

  6. Przede wszystkim nie dawać jeńców.

  7. Ten aktor grajacy volksdeutscha na cmentarzu to Zygmunt Zintel.

  8. W Polsce dwa podstawowe problem to brak wlasnosci (powiedzial to juz kiedys Grzegorz Braun) I powszechna, nasza kochana swojska DEPRAWACJA. Polacy, ci ktorzy przezyli wojne zostali ostatecznie przez komune ostrzyzeni do golej skory i zdemoralizowani. Komunizm w Polsce stworzyl ten klientelizm i feudalizm w ludzkich umyslach. Dlatego takich ludzi jak Krzysztof Varga jest w Polsce bez liku (Stasinska tu pelni tylko role kapo) a takich ludzi jak pan Maciejewski jak na lekarstwo.

  9. Ten bolszewicki humanizm jest tak gleboko zaszczepiony i ma tak dluga tradycje mniej wiecej jak „polska nietolerancja” – od renesansowego i humanistycznego na wskros XVI wieku. Ludzie sie boja cokolwiek powiedziec na temat gejow, transwestytow, Zydow, smolenskiej katastrofy, Kosciola, czegokolwiek co moze z nich zrobic dzikich, nietolerancyjnych, homofobicznych, bedacych zawsze kilka krokow za postepem niedojrzalych do standardow barbarzyncow, przypadkowo zamieszkalych tylko Europe.
    Zyl sobie kiedys taki swiatly Szwajcar, Fritz Platten i ta zgnila szwajcarska burzuazja mu smierdziala, tak jak to nudne szwajcarskie zycie. Platten postanowil wiec dzialac, zeby to zmienic. To on pomogl Leninowi przedostac sie z Zurichu do Piotrogradu, a w styczniu 1918 roku wlasna piersia zaslonil Lenina podczas zamachu na placu Manezowym. Mimo tych wszystkich zaslug zostal odeslany „na tyly”. Konkretnie do Niadomy, gdzie ostatecznie w 1942 roku po czterech latach wczasow w archangielskim klimacie, ktos laskawie odpalil mu kule w tyl glowy. Dokladnie w rocznice urodzin Lenina. How cool is that?

  10. Proponuję, aby tradycyjnie, społeczeństwo zrzuciło się i dla Masłowskiej zakupiło Oblęgorek.

  11. Szydzę, bo ciągle pracuję za darmo, ale w przeciwieństwie do Masłowskiej wiem już dlaczego. W naszej części świata zarabia się tylko na wegetację a majdan ukraiński narzeka że nawet na wegetację im brakuje. Masłowska jeszcze tego nie wie że zarobki zależą od kraju zamieszkania i jedne państwa są peryferyjne a drugie dominujace, ale niech czyta, dowie się.
    Gdyby Masłowska poczytała ile na swoim talencie zarobił Matejko, toby się dziewczyna zdziwiła.

  12. no , dalej zadziwia mnie pańska wiedza lub umiejętność szukania / lub obie / …..
    ale ten Szwajcar to chyba zasłużył ?

  13. Jak kazdy bolszewik. Emigrowal do sowietow i naiwnie usilowal robic tam kariere w Kominternie. Prof. Pawel Wieczorkiewicz kiedys powiedzial, ze zaluje ze nie wybuchla III wojna swiatowa i ze bolszewia nie pomaszerowala do Atlantyku i dalej, i ze nie okupowala kilka lat zachodniej Europy. Wtedy mieliby jakas wiedze z doswiadczenia i opinie na ten temat. To bylaby dobra lekcja. Platten ta lekcje otrzymal, ale jej dalej nie przekazal.
    To i tak sa okruchy. Archiwa w Moskwie sa tak samo niedostepne jak te w Waszyngtonie czy w Londynie. Pewne rzeczy mozna antycypowac post factum. Co jakis czas trafia sie jakis Bukowski czy Mitrochin i troche wyplywa na wierzch, ale i tak nie moze sie skutecznie przebic przez propagande. Czytam uwaznie Coryllusa, bo on widzi rzeczy, ktore dla wiekszosci pozostaja niewidoczne, a na dodatek potrafi ulozyc z kruchow mozajke, ktora staje sie obrazem. A ten obraz jest o naszym naklamanym zyciu, ktore nam zostalo jak scenariusz napisane i zaprogramowane. Mnie rola aktora nie odpowiada, nawet najlepiej oplacana, bo to oznacza tylko, ze musze odtworzyc i odegrac cos co mi inny ktos napisal. Ja widze, ze ten program napisania historii Polski na nowo zaczyna nabierac glebokiego sensu i byc moze stanie sie powazym projektem, ktory mial wyda owoce,

  14. rozumiem doskonale ten żal że soviety nie pookupowały trochę zachodu … zaraz by inaczej śpiewali ….

    O darze widzenia coryllusa już tu kiedyś pisałam
    jeśli ktoś myślał , ze prawię komplementy , to przepraszam , ale jest idiotą….

    niewiele umiem poza rozpoznawaniem takich cech u ludzi … to jest bardzo rzadki dar …… I niech Bóg chroni Gabriela ….

    mam duży kłopot ze wzrokiem , mało już czytam ….. właściwie głównie coryllusa i bieżące wiadomości …

  15. Coryllus sie w tym widzeniu nieustannie trenuje. Na dodatek serwuje wiele obserwacji i analiz, ktore maja bezposrednie i praktyczne przelozenie na codzienne zycie. I wyglada na to, ze to dziala.

  16. owszem , ja czytam jego bloga naprawdę dawno , jeszcze gdzie indziej … i widzę ten niesamowity postęp od pierwszego miśka jak się to nazywa …

    i to co robi się przydaje … w praktyce … daje do ręki argumenty ….

    dla mnie to bardzo przydatne , bo ja siedzę we współczesności w ekonomii itp ….. a ludzie się o to kłócą lub nie chcą rozmawoiać żeby się nie pokłócić ….. a taka dawniejsza historia jest stosunkowo neutralna … i ludzie mają satysfakcję gdy ja mówię o historii , że wyczytałam coś … i reakcja taka : no popatrz , to teraz też tak mamy .. rozmówca się ciesz że sam spostrzegł .. anie że ja kogos siła indoktrynuję ….

  17. Maslowskiej Oblegorek zakupia Niemcy jak tak dalej pojdzie. Maslowska uprawia mniej wiecej taki sam rodzaj „tworczosci” jak Stasiuk – kontestowanie postkomunistycznego pobojowiska jakim jest Polska.

  18. O ile Małowska będzie niemcom potrzebna, bo zdaje się że oni mają wystarczająco dużo swoich domorosłych kulturtregerów, co widać po ich propagandowych dziełach filmowych, które niezgodne z faktami mieszczą się w filozofii wujka Bronka, trzeba tylko dopowiedzieć: „tym gorzej dla faktów”.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.