sty 222023
 

Wielu z nas pamięta książkę Edmunda Niziurskiego pod tytułem Sposób na Alcybiadesa. Ja ją pamiętam średnio, więc jeśli coś pokręcę to mnie poprawcie. Chodzi o to, że w szkole funkcjonuje metodologiczne podziemie, które – negując dokonania państwowych metodyków nauczania – kreuje całkiem inną, bardziej zindywidualizowaną formułę nauczania. Nie ma zasad ogólnych, są tylko szczegółowe. Te zaś nie przypisane są poszczególnym dziedzinom wiedzy, ale indywidualnościom prowadzących. I to jest zasadne, ale od twórców tego systemu wymagało, o czym musimy pamiętać, bardzo gruntownych studiów, które zapewne nie odbywały się w jednym cyklu kształcenia młodzieży – a klas było wtedy jedenaście – tylko tworzyły pewną tradycję. Żeby tradycja przetrwała, muszą istnieć strażnicy tradycji, czyli kapłani. Oni jednak nie mogą pozostawać w szkole dłużej niż przewiduje to regulamin i obowiązujące prawo. Tajemnica musi być więc przekazywana w drodze inicjacji. I tak, o ile pamiętam, właśnie jest. Wejście w jej posiadanie, a nie ma jednej tajemnicy, jest ich tyle ilu pedagogów zatrudnionych w tej placówce, sporo kosztuje. Jest cennik i hierarchia. To wskazanie – tajemnica i metoda muszą kosztować – zadaje kłam niektórym twierdzeniom, ujawnionym tutaj wczoraj, jakoby filozofowie jeździli do Delf po pieniądze. Otóż nie, Niziurski pisze wyraźnie, że po tajemnice i metodę przychodzi się z pieniędzmi. Jakie są kłopoty z ich zdobyciem pamięta każdy, kto przeczytał tę książkę. O ile dobrze pamiętam, główni bohaterowie chcieli posunąć się nawet do kradzieży. Co w opresyjnym systemie szkolnym i politycznym nie skończyłoby się dla nich dobrze.

Z czego wynika sens istnienia podziemia metodologicznego? Z całkowitego pogubienia i braku płaszczyzny, na której nauczający i nauczany mogliby się porozumieć. Poszczególne przedmioty są jak ciemne korytarze, w które ma wkroczyć adept nauki, nie zaopatrzony w zasadzie w nic, w żadne praktycznie potrzebne narzędzie. Ma tylko podręcznik i zeszyt, w którym usiłuje – mieszcząc się w przepisanym regulaminem czasie – notować treść dyktowaną przez nauczyciela. Każdy kto czytał książkę Niziurskiego rozumie, że było to i jest nadal całkowicie wadliwe. Ten system nie działał i nie działa nadal. Konsekwencje jednak jego zastosowania ponosi każdy uczeń indywidualnie. Dlatego właśnie istniało podziemie, żeby podobnemu systemowi indywidualizacji poddać kadrę nauczycielską i zastosować wobec niej sposoby, które posłużyłby – niczym latarnia czarnoksięska – do oświetlenia ciemnych korytarzy wiedzy. Żeby jednak wejść do metodologicznego podziemia trzeba przede wszystkim chcieć, a to znaczy rozpoznać własne deficyty. Te zaś także bywają zindywidualizowane, bo jeden nie umie matematyki, a inny geografii. Potem odnaleźć kapłanów, a następnie zdobyć dla nich pieniądze. Kwota, którą należy zapłacić za metodę – gwarantowaną i skuteczną – była wysoka. Kapłani zaś, tacy jak Wątłusz, nie negocjowali.

W trwającym jedenaście lat systemie edukacji trzeba było dobrze rozważyć jak zagospodarować swój czas i środki przeznaczone na przetrwanie, bo do tego sprowadzał się wybór pomiędzy pozostaniem na powierzchni zjawisk edukacyjnych, a wejściem do tajemniczego świata strzeżonego przez kapłanów metodologicznego podziemia. Główni bohaterowie zdecydowali się w końcu, że podejmą wyzwanie i zakupili sposób, który miał im ułatwić przebrnięcie przez ciemny korytarz nauk historycznych. Dodam jeszcze tylko, że wszyscy pracujący w tej placówce nauczyciele opisywani są przez Niziurskiego, jak demony posiadające nadludzkie moce. I to zapewne była prawda, o czym wiemy także my, choć tylko nieliczni z nas musieli chodzić do szkoły, gdzie nauka trwała jedenaście lat. Podziemie więc było naturalną konsekwencją ich – mam na myśli demony –  obecności w systemie.

Rozwój akcji przekonuje nas, że było ono także konieczne ze względu na merytoryczną zawartość każdego bloku programowego. To z czym nas zapoznaje Niziurski dotyczy akurat historii, gdzie jest zawsze najwięcej niedomówień i najwięcej przestrzeni do dyskusji i ustaleń indywidualnych, ale możemy sobie wyobrazić, co by było gdyby bohaterowie kupili sobie sposób na matematyka, albo geografa. Odsłoniłby się przed nami inny zupełnie świat, w którym obowiązywałby zasady, o jakich wcześniej nawet nie pomyśleliśmy. W grę bowiem nie wchodziłoby na pewno zakuwanie wzorów, ani uczenie się mapy, ale obserwacja i wchłanianie całkiem innych zależności. Tamte sposoby jednak miały swoją cenę i też, zapewne, obnażały absurd systemu i jego nieskuteczność. Ujawnienie ich jednak byłoby niezrozumiałe dla czytelnika. Na obszarze nauk humanistycznych najłatwiej było Niziurskiemu wytłumaczyć, jak powinni działać metodologiczne podziemie.

Wskazuje on wyraźnie, jakim absurdem była szkoła, albowiem nauczyciel historii, którego postępowanie i postawa jest przedmiotem badań nową, zakupioną właśnie metodą, nosi przezwisko Alcybiades. O ile dobrze pamiętam, przez to, iż uważa on, że Alcybiades, uczeń Sokratesa, był wybitną postacią w historii Aten. To jest nieprawda, co łatwo stwierdzić, no chyba, że ktoś przeszedł wadliwy, całkowicie oszukany kurs historii, a do tego jeszcze zamiast bezmyślnie powtarzać zawarte w nim formułki, co bywa ratunkiem czasami,  rozwinął go w oparciu o własne jakieś fascynacje i emocje. Nie dość, że rozwinął, to jeszcze próbował swoją wizję narzucić młodocianym. Czyli co robił? Psuł młodzież, to chyba oczywiste. Młodzież ta, intuicyjnie i odruchowo udała się wprost do kapłanów zarządzających metodologicznym podziemiem, po to, by się ratować przed fałszem i obłędem kreowanym przez tego całego Misiaka. Tam zaś wytłumaczono im, nie za darmo oczywiście, że o ratunku nie ma w ogóle mowy, trzeba po prostu wciągnąć Alcybiadesa w pułapkę. To zaś oznacza, że trzeba przyjąć wyzwanie. Na tym bowiem polegała istota metod wypracowanych przez kapłanów podziemia i na tym polegała tajemnica tej tradycji – fałszywe afirmację zastępowano prawdziwą. Nauczyciel – zwany w książce gogiem – nie narzucał swojej wizji przedmiotu lub wizji zadekretowane przez system polityczny, albowiem mu to skutecznie uniemożliwiano. Sam był wciągany w pewien rodzaj fascynacji młodzieżą i jej zachowaniami, które prowadziły go do uzależnień od wykonywanej pracy. Czy miało to coś wspólnego z zepsuciem w rozumieniu antycznym? W przypadkach omawianych w książce akurat nie, ale dobrze wiemy, że życie niosło i niesie nadal różne niespodzianki.

Alcybiades – ten prawdziwy – był świnią i intrygantem. Był jednak także uczniem Sokratesa, co paraliżowało i nadal paraliżuje metodyków zajmujących się przekazywaniem wiedzy. Uważają oni ponadto, że jego metoda (Sokratesa) – zadawania podchwytliwych pytań – prowadziła do ukształtowania charakterów. Do niczego nie prowadziła i są na to liczne dowody. Nie po to ją bowiem stosowano. Tak, jak nie po to pisze się programy nauczania dzieci i młodzieży, żeby czegoś uczyć. Pisze się je po to, by system mógł absorbować nowe ofiary, ma on bowiem wszelkie cechy pogańskiego systemu religijnego, gdzie konieczne jest składanie ofiar, a także wykonywanie długotrwałych i ściśle określonych co do czasu i sposobu rytuałów. To jest istota systemu, a nie nauczanie czegokolwiek. I dotyczy to zarówno szkół powszechnych, szkół średniego szczebla, jak również akademii. Czy wobec tego istnieje dziś jakieś metodologiczne podziemie? Nie wiem. Jeśli tak, nie jest ono już jednak tak zindywidualizowane jak w książce Niziurskiego, albowiem wydłużył się dystans pomiędzy wykładowcą a uczniem. I wypadałoby się zastanowić jak ta sytuacja wpływa na ucznia. Moim zdaniem fatalnie, to znaczy nie ma on już, indywidualnie i w grupie, na wciągnięcie nauczyciela w żadną pułapkę. Nie ma ucieczki od obłędu, który narzuca szkoła i nie ma ucieczki od zinstytucjonalizowanych błędów metodologicznych i merytorycznych, jakie ona szerzy. Jedyną pociechą jest to, że nauka nie trwa już jedenaście lat, tylko osiem. No i świat się nieco zmienił, to znaczy, informacje można weryfikować poza szkołą. Te jednak, które uda się zweryfikować, nie mają znaczenia w systemie. To zaś z kolei oznacza, ze Słowacki wielkim poetą był, a Alcybiades uczeń Sokratesa był wybitnym Ateńczykiem. I nic ponad to się nie liczy.

 

  22 komentarze do “Afirmacja metody”

  1. A czy nauczyciel z książki nie został nazwany Alcybiadesem z przekory, bo właśnie niecierpial tej postaci?

  2. To wszystko co Pan pisze oczywiście być może, ale nie podejrzewałbym Niziuśkiego o tak subtelną i głęboką, historyczno-mistyczną metaforkę. Mam świadomość, że z kolei mogę cały temat spłycić, ale dla mnie takie książki to nic innego jak buntowanie dzieci i młodzieży przeciw „opresji” rodziców, przeciw „tyranii” nakazów i zakazów, w końcu przeciw temu co tradycyjne i zastane. Jest to przekonywanie ich że to nie tylko dobre i słuszne ale i piękne, zaś w dłuższej perspektywie do wykorzystywania ich de facto do walki politycznej „przeciw”- znaczy rewolucyjnej. Jednym słowem „dzieci wią lepiej”. Jako że na tym świecie każdy gmach potrzebuje solidnego i stałego fundamentu, takie podejście kształtuje umysły uwiedzione „heraklitowym” światem płynnych i zmiennych idei rozpowszechnianych na bieżąco z „wszystkowiedzącego” centrum. „Dzieci z Bullerbyn”,”Piotruś Pan”, „Rumcajs”, „Janosik” czy obecnie „Harry Potter” aż po chamski i nachalny gender wymieniać można bez końca.

  3. Buntowanie dzieci i młodzieży przeciw „opresji”?  Spójrz na to inaczej – to jest raczej o wciąganiu ich w system tylnymi drzwiami… W końcu zaczynają robić to, czego się od nich wymaga (= uczyć się). Podobny motyw jest zresztą w „Siódmym wtajemniczeniu” – okazuje się, że Wielka Kołomyja Elementarna i Wielki Wander to pic na wodę, a ostatecznym wtajemniczeniem jest zaakceptowanie faktu, że przed systemem (nauki) nie ma ucieczki.

  4. No właśnie nie jestem przekonany, czy komunistyczna szkoła jedenastoklasowa była takim fundamentem

  5. Opisał pan sektę Pitagorasa albo Akademię Platona. Co dy edukacji nie mam złudzeń, ale kojarzy mi się głównie z bezprawiem. A historia sztuki? To kurs kryptologii bez łamania szyfru.

  6. Książka Niziurskiego jeśli się nie mylę, miała neutralizować, „Szatana z siódmej klasy”.

  7. Po co czytać Makuszyńskiego skoro jest Niziurski?

  8. I jeszcze jedno. Mój profesor, którego ceniłam i cenię mawiał: ” Zanim się zacznie myśleć, trzeba mieć na czym siedzieć.”

  9. Dzięki. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku Królika.

  10. W sensie krzesło, , czy to drugie? Aha, piąta klepka to synonim stołka?

  11. chyba w VI klasie podstawówki, to była lektura, ale można było opędzić się filmem ,

    /nie dam sia zabić, ale chyba film pod takim tytułem oglądałam. zaraz sprawdze

  12. Krzesło – wiedza. Panie dowcipnisiu.

  13. W przeciwnym razie ma pan opinie i płynną rzeczywistość. To chyba jasne.

  14. Dziękuję za przywrócenie miar i wag.

  15. Dobrze, że nie „w czym siedzieć”…

  16. Ano tak.  Doksa i episteme. Chociaż doksa bardziej kojarzy się z dosiadem. Pani wybaczy hippiczne skojarzenia. Nowy rok, choćby i chiński nastraja humorystycznie.

  17. Aby myśleć, trzeba mieć jakąś materię do rozmyślań, bo inaczej o czym pan będziesz rozmyślał? Bez tego i chiński nowy rok panu nie pomoże.  A Platona zostawmy w spokoju.

  18. Reprymendę przyjmuję, choć nie zbyt gorliwie, bo mam o czym myśleć. Pozdrawiam

  19. tak, był serialik z młodą Foremniak

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)