Maj 092020
 

Ci, którzy nie kupili pierwszego i drugiego tomu Baśni socjalistycznej, mogą nie uwierzyć w to, iż najważniejszym członkiem partii znanej jako Wielki Proletariat nie był bynajmniej Ludwik Waryński. To się tak mówi, a prace rzekomo naukowe, podkreślające wartość postaci i misji pana Ludwika, ściemę tę utrzymują, ale prawda była inna. Najważniejszym członkiem Wielkiego Proletariatu był hrabia Włodzimierz Zubow, ożeniony z Zofią Billewiczówną ciotką Józefa Piłsudskiego. Mnie zawsze do łez radości doprowadzają różni demaskatorzy Ziuka, którzy wskazują na jego niepiękne czyny, na rzekome zlecenia skrytobójstw, przy czym w kwestii tej starannie omija się zlecenie na Narutowicza, za to podkreśla „zlecenie na Zagórskiego”, na rozrywkowy sposób prowadzenia się i lekki stosunek do obyczajów. Ludzie ci, jak to powiedział dawno temu Mikołaj Kopernik, doszukują się błędów w cyfrach na trzecim i piątym miejscu po przecinku, a nie widzą błędów w jednościach. Nie rozumieją i nie chcą zrozumieć z jakiej tradycji wyszedł Józef Piłsudski i w jakiej, niejawnej organizacji się wychował. Tak to trzeba nazwać, choć poza mną nikt tego nie czyni. Przypomnę najpierw może kwestię eksperymentów dokonywanych w olbrzymim majątku, który ojciec Piłsudskiego objął po ślubie z Billewiczówną – ponad 10 tysięcy hektarów. W tym czasie magnaci kresowi, tacy których Piłsudski później tępił, na przykład Edward Woyniłłowicz dysponowali areałem o wiele mniejszym, ok 500 ha. No, ale to oni byli wskazywani, jako ci, którzy muszą ugiąć się pod presją nadchodzących czasów. Piłsudski nie musiał, bo jego ojciec, eksperymentując w tym wielkim majątku, wszystko zaprzepaścił, a swoją żonę doprowadził do śmierci. Rodzina Zubowych, wywodząca się, a jakże, od Płatona Zubowa, co było w czasach Piłsudskiego już tylko powodem do żartów, rozciągnęła parasol ochronny nad rodziną Piłsudskich i nie dała im zginąć. Zubow należał do Proletariatu, potem się z niego wypisał, miał majątek i wielkie stosunki u dworu. Tak wielkie, że nie było wywrotowca, którego by nie mógł wyciągnąć z tiurmy. No chyba, że nie chciał.

Opisane tu ramy działalności socjalistycznej, niepodległościowej i przestępczej, nie mieszczą się w głowach krytyków Ziuka, bo oni by koniecznie chcieli zniszczyć Piłsudskiego i ocalić Dmowskiego. Jeden mit przeciwko drugiemu, to jest cała dyskusja. Żadna postać, ani żadna sytuacja, która wyłania się gdzieś tam, z tyłu, nie może zaburzyć tej prostackiej wizji, utrzymywanej nie wiadomo właściwie po co. Po to, żeby paru kolegów mogło zrobić jakieś rzekome kariery w mediach i na uczelniach. Poza tym kwestie istotne, o których tu piszemy są trudne do przekazania publiczności. Tę zaś łatwo znudzić i stracić jej poparcie oraz zainteresowanie. No, a odzyskanie tego, to już wyższa szkoła jazdy. Ja się nie boję ryzyka, dlatego napisałem trzy tomu Baśni socjalistycznej.

Teraz pora zdradzić czego tam nie umieściłem. Otóż Ludwik Krzywicki, na którego się wielokrotnie powoływałem, opisuje swoje zatrudnienia letnie na Żmudzi w latach 1901 – 1913. I robi to z wdziękiem zawodowego kłamcy. Oto, przypadkiem kiedyś trafił na informacje o tak zwanych pilkalniach, czyli o starych wałach ziemnych, kryjących średniowieczne, a może i wcześniejsze grodziska. Potem pan Ludwik zajął się gromadzeniem dokumentacji dotyczących tychże pilkalni, a następnie, korzystając z gościny hrabiego Zubowa, rok w rok przyjeżdżał na Żmudź, dokonywał pomiarów i prowadził prace archeologiczne, rozgrzebując te pilkalnie i płacąc chłopom wykonującym tę robotę, po kilka kopiejek za jeden znaleziony artefakt. Oczywiście pan Ludwik nie mógł płacić ze swoich pieniędzy, albowiem był aspirującym intelektualistą, a wykopki archeologiczne, prowadzone rok w rok, przez dwanaście lat muszą kosztować. Szczególnie jeśli są prowadzone niejako w opozycji do państwowego, rosyjskiego programu wykopalisk, prowadzonego w tym samym czasie, który został przez Krzywickiego skompromitowany. Urzędnicy bowiem, poinstruowani przez centralę o konieczności wskazywania owych pilkalni, wypisywali w raportach bzdury, chcąc się zasłużyć i podnieść swoje znaczenie. Krzywicki tego nie robił. On prowadził solidne wykopaliska. I to jest zaskakujące oraz dziwne, albowiem jestem przekonany, choć mogę się mylić, że studentom archeologii nie wspomina się dziś ani pół słowem o działalności Ludwika Krzywickiego, znanego jako socjolog, politolog, pisarz i działacz polityczny. O tym, żeby był on pionierem archeologii nikt nie wspomina.

Nie słyszałem też, żeby jakiś tropiciel masonerii, zajął się tą kwestią, albowiem oni mogą bez ustanku stukać dziobem w jedno i to samo miejsce, wskazując przeniewierstwa organizacji niejawnych i ich niecne plany, które doprowadzą wkrótce do zniewolenia nas wszystkich za pomocą podskórnych czipów. Kto by się, wobec takiego zagrożenia, przejmował jakimiś wykopaliskami na Żmudzi? Głupek chyba jakiś tylko. Kogo to zresztą obchodzi.

No, ale żarty na bok, wracajmy do Krzywickiego. Pan Ludwik, przygotowywał się do swoich badań terenowych, wykonywanych niemałym nakładem pracy i środków bardzo starannie. Najpierw studiował źródła, a potem dokonywał pomiarów w terenie i robił rozpoznanie. Pomagali mu w tym wszyscy, miejscowi ziemianie o niemieckich nazwiskach, litwomańscy duchowni katoliccy, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z Polską, no i rzecz jasna hrabia Włodzimierz Zubow, który gościł pana Ludwika u siebie, a jeśli go akurat nie było, to pan Ludwik spał u jego zarządcy Janowicza, kolejnego po Zubowie i Waryńskim, członka Wielkiego Proletariatu. On też miał areał, też gospodarzył, ale zajmował się również administracją majątku Zubowych. I teraz mała dygresja – mając to wszystko przed oczami, ta kretynka Orzeszkowa, pisze książkę tak idiotyczną jak „Nad Niemnem”. To jest w mojej ocenie po prostu niezwykłe. Mam na myśli skalę kłamstwa i manipulacji, które musimy przeżuwać do dziś. To tak, jakbyśmy byli bydłem rogatym, a ktoś karmił nas pomalowanymi na zielono torbami foliowymi, my zaś musielibyśmy udawać, że to trawa. I jeszcze ten plastik przerabiać w brzuchu, nie wytwarzając przy tym gazów. No dobra, miałem nie żartować. Pan Ludwik w swoich wspomnieniach, wymienia takie oto, dla przykładu źródła, cytuję cały fragment

W piśmiennictwie litewskim i nielicznych wzmiankach na stronicach dzieł polskich znajdowałem jedynie luźne wzmianki, co umożliwiły stworzenie kartoteki pilkalnianej, ale podawały nic ani o ich budowie wewnętrznej, ani o ustroju obronnym dawnej Żmudzi, którego były rozsianymi ogniwami, ani w końcu o ich liczbie. Zaciekawiony zajrzałem do kronik krzyżackich, do układanych przez Zakon przewodników, którędy najłatwiej byłoby zbrojnym wyprawom dostać się na Litwę. Tam właśnie zetknąłem się z pilkalniami w ich roli obronnej, jako strażnicami bezpieczeństwa publicznego. Aż w końcu rok 1900 zwrócił mnie całkowicie na drogę badań nad tymi pomnikami.

Kiedy to przeczytałem, myślałem, że śnię. Przebrnąłem swego czasu przez kilka książek o historii zakonu krzyżackiego, ale w żadnej nie znalazłem wzmianki o przewodnikach dla rycerzy wyprawiających się w celach rabunkowych na Litwę. Być może czegoś nie zauważyłem, nie doczytałem, albo zapomniałem, ale jeśli ktoś zetknął się z takimi tekstami, albo opracowaniami na ich temat, bardzo proszę coś o tym napisać. Zagadką pozostaje kto owych dokumentów Ludwikowi Krzywickiemu dostarczył i w jakiej formie to zrobił. Przyniósł mu gotowe pergaminy? Broszury może? Jak to wyglądało i gdzie jest dziś? Wyznaje nam Ludwik Krzywicki, że nie mógł jeździć do Berlina w czasie prac nad pilkalniami, nie mógł korzystać z tamtejszej biblioteki, bo mu źli urzędnicy odmówili paszportu. No, ale skądś to wszystko przecież wziął.

Nie mogę w tym miejscu opowiedzieć żadnego dowcipu, bo a nuż to wszystko prawda. Na jedno tylko chciałem zwrócić uwagę, choć pewnie wszyscy już to zauważyli. Badania terenowe i kwerendy Krzywickiego służyły podkreśleniu znaczenia i siły litewskiej organizacji państwowej w średniowieczu. I z całą pewnością były przez kogoś finansowane. Miał bowiem przy sobie Ludwik Krzywicki, jak sam pisze – …duży aparat Groetza (klisza 9 na 12 cm). Chodzi o aparat fotograficzny, przedmiot nie tani i z pewnością rzadko oglądany wśród żmudzkich pagórków. A jednak pan Ludwik i Wincenty Janowicz, konkretnie zaś ten ostatni, dźwigali go skacząc przez miedzę w drodze do kolejnego, zagadkowego obiektu ziemnego stojącego gdzieś na polu Zubowych, Piłsudskich lub Skirmuntów.

Na dziś to tyle. Nie mam dobrej pointy do tego tekstu. Będę jeszcze ten wątek kontynuował, bo to jest niezwykłe. Myślałem nawet o wznowieniu wspomnień Krzywickiego, ale myślę, że nikt ich nie kupi. Nie da się bowiem wytłumaczyć ludziom ile ważnych treści one kryją. Nauczeni bowiem jesteśmy, a winę za to ponoszą demaskatorzy tropiący masonów, czytać tylko te rewelacje, które zostaną nam wskazane palcem, przez uprzednio wykreowany autorytet w dziedzinie demaskacji. Krzywicki zaś to socjalista, więc na pewno kłamie i nie ma sensu się w jego prozę zagłębiać. O, żeby ci wszyscy ludzie, o których tu wspominam potrafili tak pisać prawdę jak Krzywicki kłamie, to byśmy dopiero mieli się czym podniecać.

Dzisiaj polecam książkę Szymona, co oczywiste oraz trzy tomy socjalizmu.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wieki-brazu-i-zelaza-tom-i-nowa-ksiazka-szymona-modzelewskiego/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-iii/

  13 komentarzy do “Archeologia i socjalizm”

  1. Jak patrzę z jakim uporem pracownicy Centrum Nowych Technologii UW, dzień w dzień, prognozują nowe zakażenia C-19 z błędem 100%, to żadne promile nie robią na mnie wrażenia ☺

  2. a tak się zastanawiam, czy do tej opisanej powyżej „atmosfery” nie pasuje też z tego czasu „Litwos” czyli Sienkiewicz, znajdę zaraz książkę o działaniu „Litwosa” na Litwie i  … zobaczymy czy zwykłe towarzyskie goszczenie po dworach, czy coś jeszcze …

  3. pilkalnia – ten wyraz przeczytałam dziś po raz pierwszy w życiu, jakkolwiek po niedawnym zwiedzaniu zamku Krzyżackiego jestem w stanie powiedzieć, że absolutnie Krzyżacy to byli inżynierowie: budowniczowie zamku, umocnień, ogrzewania zamczyska itd., byli to agronomowie,  medycy, geodeci, geolodzy, topografowie  idąc na „rejze” dokładnie wiedzieli po jakim terenie iść będą, bo choćby z bombardami nie można było iść po nieznanym terenie, wiedzieli po co idą … może ich trochę Książe Witold przytrzymał militarnie … może, ale już Jagiełło na pewno.

  4. Bo polski odpowiednik to grodzisko.

  5. W książce  „Litwa Sienkiewicza, Piłsudskiego i Miłosza” poszukiwałam jakichś info także o archeologii w tamtych rejonach ziemi żmudzkiej, litewskiej , niestety opisane towarzystwo buszowało wyłącznie po strychach i księgach genealogicznych, poszukiwanie artefaktów w ziemi nie przyszło im do głowy.

    A tak w ogóle Krzywicki jako archeolog to… duże odkrycie,

  6. Żoną Ludwika Krzywickiego była Rachela Feldberg.  Jak mówią Anglicy jesteś tym z jakiego łóżka wyjdziesz albo do jakiego łóżka wejdziesz ☺

  7. No właśnie to mnie też czasem niepokoi

  8. Nikt póki co nie wskazał gdzie owe przewodniki się znajdują i czy jeden choć był kiedykolwiek opublikowany

  9. Bo tych wspomnień, jakże ważnych nikt nie czyta

  10. A matka Zubowa była powiernicą carycy

  11. I już wszyscy myślą, że on to dla Polski robił, bo litewska gazeta go zaatakowała.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.