październik 012021
 

Jedną z najlepszych, ale też chyba najbardziej niedocenianych definicji jakie wymyśliłem jest ta, która opisuje sztukę. Otóż sztuka to technologia plus propaganda. O ile współczesne czasy z technologią radzą sobie bardzo dobrze, o tyle z przekonującą propagandą jest słabo. Tym słabiej, że do niektórych pustych łbów dociera wreszcie fakt iż skuteczna propaganda bez siły, oparta tylko na doskonaleniu technologii, musi ponieść klęskę. I to jest łatwe do udowodnienia, wystarczy spojrzeć co się stało ze sztuką sakralną, nawet tą bardzo wysokiej jakości. Przestała w najlepszym razie pełnić swoją funkcję i stała się zabawką dla dziwnych organizacji lansujących kulturę muzealną, czyli coś z istoty absurdalnego. W najgorszym zaś razie trafiła na śmietnik. Na razie ludzie zajmujący się sztuką nie rozumieją, albo nie mają odwagi, by zastosować wobec wytypowanych na ofiary grup, siłę, ale niebawem się do niej przekonają.

W sieci można czasem trafić na radzieckie filmy z lat pięćdziesiątych, gdzie widać, jak źli faszyści, w środku zimy torturują na mrozie radziecką łączniczkę, która nie chce zdradzić, gdzie znajduje się jej oddział. Biją ją, a potem prowadzą na szubienicę i przed powieszeniem jeszcze fotografują. Ona zaś woła do zgromadzonych wieśniaków stojących wokół ze smutnymi minami – nie lękajcie się, z nami jest Stalin! Faszyści wykopują jej krzesełko spod nóg dopiero wtedy kiedy wszystkie ważne kwestie zostaną przez grającą łączniczkę aktorkę wyartykułowane z odpowiednim dramatyzmem. Można płakać. Ta propaganda, była skuteczna nie ze względu na to, że film był dobrze zrobiony, a był. Nie ze względu na umiejętności aktorskie kobiety grającej główną rolę i nie ze względu na budżet jaki pochłonął, a musiał pochłonąć naprawdę wiele. Ten rodzaj propagandy był skuteczny, albowiem wszyscy się bali Stalina i jego ludzi.

Współczesna propaganda stosuje na razie tylko jakieś emocjonalne szantaże, a jej rozpowszechnianie zależy od tego czy pieniądze na to przeznaczy państwo nasze, w które ona jest wymierzona. I państwo takie pieniądze daje. Dlaczego? Być może dlatego iż podejrzewa, że następnym etapem działania, jaki zastosują propagandyści, będzie próba przejęcia władzy, a być może dlatego, że urzędnicy w randze ministrów przekonani są, że lepiej dać te parę groszy i mieć spokój niż użerać się z wariatami. Ja nie oceniam tej postawy, albowiem nie ma to sensu. Podejmowano takie próby wielokrotnie i niczego sensownego nie wymyślono. O co chodzi konkretnie? O festiwal filmowy w Gdyni. Oto w tym roku nagrodę główną zdobył film opowiadający, a jakże, o życiu gejów i lesbijek w małym miasteczku. Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem, ale chodzi o to, że dwie dziewczyny z powodu prześladować przez rozjuszoną tłuszczę popełniają samobójstwo. Wszystko oparte jest na faktach, a raczej na faktoidach, bo takie pojęcie kiedyś zostało na tym blogu wymyślone i wprowadzone do obiegu. W 2015 roku dwie nastolatki popełniły samobójstwo koło Jasła. Jedna pochodziła z Krosna, a druga z Opolszczyzny. Poznały się w sieci i jedna drugą odwiedziła. Potem postanowiły zakończyć swoje życie. Tyle. Nikt, nawet gazownia, nie podaje żadnych szczegółów. Ponad to, że jedna z nich już wcześniej uciekała z domu i miała jakieś problemy. Teraz zrobiono o tym film, ale nie film jest ważny, a to co się dzieje poza filmem. Oto organizatorzy po wręczeniu nagród odczytali głośno prośbę młodej lesbijki, nie wiadomo dlaczego osobiście nie dopuszczonej do głosu na tym festiwalu, która poprosiła, by dystrybutor pokazał film jak największej ilości osób. Do tego jeszcze cała ceremonia wzbogacona była przez pewien artefakt – krzyż ozdobiony motywami ruty, symbolizującej niewinność. Wykonał go artysta nazwiskiem Rycharski, który – jak sądzę bez pozwolenia i zgody organizacji ekologicznych – wyciął drzewo, na którym powiesiły się w 2015 roku dwie dziewczyny i wykonał ten krzyż. Stał z nim pod pałacem prezydenckim i miał nawet brać udział w jakiejś drodze krzyżowej, która się nie odbyła.

Impreza ta, przypomnę, jest dotowana przez PISF. Litera P zaś w skrócie nazwy organizacji oznacza słowo „państwowy”.

Całe to zdarzenie pełne jest nadinterpretacji i oskarżeń nie popartych dowodami, ale rzucanych lekko i bez zrozumienia sytuacji. Rycharski mówi nawet wprost, że Kościół prześladuje osoby LGBT i zachęca do przemocy wobec nich. Powiem tak, jeśli ktoś w Kościele rzeczywiście takie osoby prześladuje, to są to wyłącznie księża geje. Tylko ich bowiem interesuje życie innych osób tej samej orientacji. Całej reszcie jest ono dokładnie obojętne. Podobnie jest z innymi przypadkami prześladowań. Pozostaje jeszcze kwestia młodej lesbijki, której słowa zacytowano. Nie pojmuję dlaczego nie wpuszczono jej po prostu na scenę, by coś powiedziała? Może dlatego, że zwróciłaby na siebie uwagę mediów, a wtedy nie dość wyraźnie byłoby widać Agnieszkę Holland wygłaszającą swoje insynuacje o ludobójstwie? Tu macie link do całego newsa i do pogadanki Rycharskiego, której nie wysłuchałem do końca, albowiem moja odporność na idiotyzmy słabnie z wiekiem.

https://www.onet.pl/film/onetfilm/wszystkie-nasze-strachy-wszystko-co-trzeba-wiedziec-o-filmie/6rcxx6m,681c1dfa

Jak widzimy na razie propagandyści dewastujący relacje pomiędzy ludźmi za państwowe pieniądze nie sięgają po argument siły. Na razie tylko bezpodstawnie oskarżają i robią prowokacje, których elementem jest kultura ludowa. Żadna z tych dziewczyn, które zdecydowały się na tak dramatyczny krok nie pochodziła ze wsi, a na pewno nie z takiej, jaką widzą w wyobraźni swojej organizatorzy festiwalu w Gdyni. Nie wiadomo czy chodziły one do kościoła czy nie i czy rozumiały czego symbolem są liście ruty. No, ale wszystkie te elementy połączone ze sobą, dają nam pewien obraz strategii. Krzyż ozdobiony motywami ludowymi miał być wyrazem autentyczności przeżyć zarówno tych nieszczęśliwych dziewczyn, jak i organizatorów festiwalu w Gdyni. Tymczasem jest tylko bardzo nieautentycznym gadżetem, którego za chwilę wszyscy będą się wstydzić. Nie ma jednak póki co, a mam na myśli środowisko filmowców i w ogóle artystów prowokatorów, lepszego pomysłu na podniesienie poziomu autentyczności kłamstw, które kolportują. Czy oni w ogóle rozumieją, że robią z tej śmierci wodewil, w którym główną rolę gra stara i bardzo cyniczna kobieta? Mam na myśli panią Holland. Pewnie nie, ale wierzą, że inni są na tyle głupi iż w wierzyć będą w młodą lesbijkę, krzyż z liśćmi ruty i wizje, którą przedstawia nagrodzony film. Kiedy okaże się, że podjęte działania nie są skuteczne i film zrobi klapę, powrócą do zwyczajowego ujadania i warczenia. Minister Gliński zaś będzie te działania finansował.

W tym roku, na Podkarpaciu, w dwóch miejscach, dwie inne dziewczyny popełniły samobójstwo rzucając się pod pociąg. Nie wiadomo czy były lesbijkami, nie znały się, a motywy ich decyzji nie zostały ujawnione. Żaden filmowiec się tym nie zajął, nie zbadał żadnej z tych spraw. Tragedie te bowiem nie nadają się do tego, by zrobić z nich film ku czci Stalina. To jest chciałem powiedzieć, Agnieszki Holland, ale to przecież jedno i to samo.

Promocja się skończyła, ale zbieramy pieniądze na projekt inny. Oto link do Patronite

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

wrz. 302021
 

Jak ogłosił wczoraj pan Sumliński, jego książka o Jedwabnem trafi do sprzedaży w sieci Empik. Mnie to w ogóle nie dziwi, albowiem poprzednie książki tego autora dostępne były nie tylko w Empiku, ale także w Biedronce. Leżały tam pomiędzy przypadkowo upuszczonymi do metalowych koszty brzoskwiniami i ogórkami. Dziwi mnie jedno – ilość obłąkanych komentarzy, jakie pod tą informacją pojawiły się na twitterze.

https://twitter.com/w_sumlinski/status/1442523925569695751?s=19

To jest jeszcze lepsze niż zestawienie newsów na temat covida puszczanych codziennie pomiędzy 19 a 20. Nie wiadomo właściwie co powiedzieć. Mamy autora, który z automatu w zasadzie trafia do wielkich sieci, tam robi klapę, albowiem nikt tej jego produkcji nie chce, a ludzie wierzą, że jest on uciskanym przez reżim i pilnowanym przez Mosad buntownikiem, odkrywcą prawdy, której poza nim nie dostrzega nikt. On zaś, za parę złotych, podzieli się swoimi spostrzeżeniami z publicznością. O ile, rzecz jasna, Mosad nie wyłączy prądu w sali gdzie odbywa się wieczór autorski. No, ale nawet wtedy pan Wojciech gotów jest do poświęcenia swojego czasu i przeniesie swoją prelekcję po prostu na chodnik.

Przedmiotem zaś dyskusji jest kwestia kto był rzeczywistą ofiarą II wojny światowej i czasów, które po niej przyszły – Polacy czy Żydzi? Od rozstrzygnięcia tej kwestii, czego podjął się ostatecznie Sumliński, zależy jak będą wyglądały święta Bożego Narodzenia w wielu polskich domach. Czy uda się przegadać szwagra czy nie. O nic innego bowiem nie chodzi. Tak sądzę, choć mogę się mylić, może się bowiem okazać, że Wojciech Sumliński wzorem Grzegorza Brauna także wybiera się do polityki, by tam zostawić za sobą ten swój ślad węglowy, który śledzić będą później różni tropiciele w rodzaju posłanki Spurek.

Skąd to się bierze? Mam na myśli tę postawę widoczną w komentarzach. Myślę, że to jest uboczny efekt oglądania kanałów takich jak Eurosport i wszystkich wspominkowych fragmentów meczów piłki nożnej, gdzie widać, jak Lato, Szarmach i Boniek strzelają gole. Ludzie chcą mieć po prostu swoją drużynę, która pnie się w górę w niełatwej, ale bardzo popularnej i generującej zyski lidze i chcą oglądać jak jej zawodnicy strzelają gole. Taki jest, mniemam, mechanizm tego niby sukcesu Sumlińskiego. Wszyscy wiedzą, że działa przedsiębiorstwo Holocaust, że generuje ono duże zyski i nikt poza osobami naprawdę wtajemniczonymi nie może w tej lidze zagrać. No, ale właśnie dlatego trzeba próbować i starać się strzelić możliwie dużo goli. I tą właśnie czynnością zajmuje się, w mniemaniu swoich czytelników, pan Wojciech. Nie ma doprawdy najmniejszego sensu tłumaczenie tym ludziom, że sport w którym aktywny jest Sumliński nie ma nic wspólnego z piłką nożną, a wiele wspólnego z rybołówstwem dalekomorskim. Chodzi o to, by wypłynąć możliwie daleko od brzegu i za pomocą sieci zwanej włokiem, przyciągnąć do tego brzegu jak najwięcej ryb. Ludzie komentujący wyczyny pana Wojciecha na twitterze nie rozumieją, że są tymi rybami, a nie spokojnie siedzącymi na trybunach kibicami, którym ktoś zaproponował komfortowe widowisko z elementami kontrolowanego ryzyka. Widowisko całkowicie bezpieczne w dodatku, które gwarantuje jednak sporą dozę ekscytacji. Tym większą, im więcej zawodników pochodzenia żydowskiego pojawi się na murawie. Tyle, że nie jest to mecz piłkarski. To jest połów śledzia. Przeznaczeniem zaś śledzia nie jest uczestnictwo w imprezach masowych, no chyba, że za takową uznamy pobyt w chłodni, a następnie pakowanie do puszek z napisem „polski, zezwierzęcony antysemita”.

Niestety nikomu tego wyjaśnić nie można, bo ludzie deprawowani przez dekady fragmentami ustawionych meczów sprzed lat, są silnie i głęboko przekonani o swojej podmiotowości. Nie rozumieją, że ta nie manifestuje się poprzez pochwały, których im i ich bohaterom udzielają inni, ale przez coś innego zgoła. Najczęściej poprzez bezsilną wściekłość i całkowity brak akceptacji. No, ale braku akceptacji śledzie pousadzane na trybunach nie zniosłyby na pewno, chyba, że byłby on firmowany przez posłankę Spurek, która traktowana jest dziś – całkiem niesłusznie – jak niegroźna wariatka. To błąd, być może gorszy od entuzjazmu towarzyszącego, umieszczeniu książki Sumlińskiego w Empiku. W polityce bowiem jest podobnie jak w wojsku, miarą sukcesu drużyny są wyniki ostatniej ofermy. W polityce miarą skuteczności, a także wróżbą na przyszłość, jest zainteresowanie, jakim cieszy się największa idiotka w całym zgromadzeniu. Często bowiem ona jest tą osobą, którą się wystawia, by mówiła prawdę o przyszłości i deprecjonowała ją swoimi niekonwencjonalnym zachowaniem usypiając w ten sposób przyszłe ofiary. Po to, by nikt jej nie wierzył, by wszyscy z niej szydzili i klepali się z radości po udach, kiedy tylko pani owa otwiera usta. Proroctwa Spurek są niepoważne, a sukces Sumlińskiego jak najbardziej. I tego właśnie trzyma się publiczność polska, ciągnięta we włoku ku nieznanym jej jeszcze brzegom.

Na koniec wrócę jeszcze raz do wątku, który był tu poruszany po wielokroć. Ani wizualizacja w postaci filmu, ani publikacja w postaci książki nie zmieniają trwale niczyich poglądów i zapatrywań i nie mają wpływu na to, jak postrzegają nas inni. Przesadna zaś wiara, że takie rzeczy zachodzą, wywołuje jedynie politowanie i szyderstwo na twarzach. Jedyną aktywnością, która naprawdę może podnieść ciśnienie ludzi kreujących globalne hagady jest zawłaszczenie lub stworzenie nowych kanałów dystrybucji, będących samą w sobie atrakcją. No, a żaden z naszych demaskujących żydowskie podstępy autorów tego nie czyni. Przeciwnie z ochotą korzysta z tych kanałów, które są dostępne i kontrolowane przez wszystkie ciemne siły tego świata. To sukces – powie ktoś – albowiem treści te znajdą się wtedy obok innych ważkich i masowo kolportowanych treści. Okay, podam przykład co się sprzedaje w Empiku i co się tam eksponuje. Już po wyrzuceniu Brzęczka przez Bońka i zatrudnieniu pana Sousy, na półkach znalazła się książka Małgorzaty Domagalik pod tytułem W grze. Była to biografia Brzęczka czy też może wywiad z nim. I nikt nawet nie mrugnął, choć przecież Brzęczek właśnie z gry wypadł. No, ale kto by się tym przejął. Empik nie jest zwykłym kanałem dystrybucji, to sieć do łowienia śledzi. Tak, jak wszystkie sieci ma on problem z selekcją tego co jest doń wrzucane na przynętę. I to jest dla nas wszystkich szansa. Każda bowiem sieć ma za zadanie zagarnąć jak najwięcej śledzi. Problem w tym, że nie wszystkie się do niej garną, szczególnie, że prócz zysków z połowów ma ona jeszcze do spełnienia inne zadania. Chodzi mi o zadania propagandowe. Pogodzenie tych dwóch funkcji jest trudne i śledzi napływa coraz mniej. Dlatego stosuje się nowe przynęty, takie jak Sumliński. Mam nadzieję, że nie przesadziłem z ilością metafor na jeden akapit.

Dziś ostatni dzień promocji

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

 

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

wrz. 292021
 

Zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko jeszcze o inicjatywie odbudowy, bo tak chyba trzeba to nazwać, pomnika Hipolita Milewskiego. Profesor Eugeniusz Matejko napisał do mnie wczoraj, że do powstania projektu przyczynił się także Pan Michał Kolanowski, przez co można uznać, że obaj Panowie są jego autorami. Dodał też, że z chwilą kiedy konserwator wyda decyzję o możliwości odbudowy, obaj panowie wyruszą do Strzegomia, żeby znaleźć odpowiedni kamień na ten pomnik.

Teraz możemy zacząć mówić o jedności. A w zasadzie nie, na razie powiem słowo o telewizji. Oto o 19.00 rozpoczynają się na kanale TVN Fakty. W tych Faktach, rząd oskarżany jest o to, że chce wymordować Polaków, albowiem dopuszcza do tego, że osoby niezaszczepione mogą chodzić po ulicach i nawet normalnie rozpocząć studia, a należałoby je przecież pozamykać. Pół godziny później, w Wiadomościach, tenże rząd przez 10 minut emituje komunikaty, które mają przymusić wszystkich do zaszczepienia się pod groźbą śmierci i ruiny finansowej kraju. A wczoraj na dodatek pokazywali jakiegoś Araba gwałcącego krowę. Było naprawdę super. Jak się oderwiemy od telewizora i włączymy sobie fejsbuk, zobaczymy tam posła Brauna, który w tym samym tonie co TVN, mówi o planach rządu, które zmierzają do wymordowania Polaków poprzez ich szczepienie nieprzebadanymi preparatami. Poseł Braun żadnych kreskówek z krowami nie puszcza. Na razie. Co będzie później nie wiadomo. Lewica, która zdążyła się już zmęczyć płaczem nad nędzną dolą polskiego chłopa wykorzystywanego na różne sposoby przez polskich panów, zaczyna całkowicie zmieniać ton. Współczesny wieśniak nie jest już istotą godną litości i zainteresowania, ale kimś innym zgoła. Proszę bardzo, tak oto pisze o nim pisarka Frołow.

https://twitter.com/sylwiafrolow/status/1442535932822007810?s=19

Zważywszy, że pisarka Frołow wydaje swoje książki u Stasiuka, ten zaś mieszka na wsi, w Wołowcu, położonym na malowniczych stokach Beskidu Niskiego, mogła się ona rzeczywiście napatrzeć na różne rzeczy. Nie wiem tylko dlaczego przeniosła miejsce akcji pod Rabkę, zamiast wprost napisać, co i jak.

Jakby tego było mało, sfosylizowana już całkiem Sharon, która po coś przyjechała do Zurychu, emituje komunikaty oskarżające rząd polski o ludobójstwo. I co? Myślicie, że ktoś się zastanowił przez chwilę choć nad rzeczywistym znaczeniem słowa ludobójstwo? Oczywiście, że nie, albowiem w głowach wszystkich tych osób tkwi inne całkiem pojęcie, a imię jego eskalacja. Poprzez eskalację zaś chcą oni uzyskać efekt najbardziej pożądany, czyli wywołać w tłumie przekonanie, że mają moc sprawczą, że ich słowa powodują jakąś lawinę. Otóż nie mają i niczego nie powodują. TVN nie może skłonić uczelni, by przestała przyjmować niezaszczepionych studentów, rząd nie może zmusić nikogo do tego, by się zaszczepił, Braun nie może powiesić Niedzielskiego, a Frołow nie może wskazać palcem obory, gdzie odbywały się opisane przez nią ekscesy. O tym co może, a czego nie może skamieniała Sharon, wypowiadał się nie będę.

Na ten schemat operacyjny, bo tak chyba trzeba te histerie nazwać, nakładają się opinie i życzenia wielu ludzi, w tym wielu czytelników SN, domagające się jedności. Ludzie bowiem wierzą, że jedność daje siłę. To jest nieprawda, siła bierze się zupełnie skądinąd. Jedność może tylko i wyłącznie tą siłę osłabić.

Postulaty dotyczące jednoczenia prawicy i wspólnego działania pojawiały się w sieci wcześniej i one zawsze były emitowane przez środowiska, które uzurpowały sobie prawo do zajmowania na tej prawicy miejsc najważniejszych. Istotą owej jedności, która miała dać wszystkim siłę, było uciszenie i podporządkowanie kilku wybranym całej reszty. Tyle, że ci wybrani, przeznaczeni byli tylko do wydawania dźwięków paszczą i do niczego więcej. Tak jak Sharon jest przeznaczona do kolportowania wulgarnych wyrazów kontrastujących z jej nienagannym lookiem. Jedność była i jest nadal wytrychem, który służy do zrealizowania najważniejszego postulatu, jaki został kiedykolwiek w Polsce sformułowany – żeby nie było niczego.

Głosi się ją po to, by żadna autentyczna inicjatywa nie mogła dość do skutku, a jeśli jednak by doszła, ma zostać całkowicie zamilczana. Po to, żeby Jacek Bartosiak, adwokat z zawodu, mógł swobodnie wypowiadać się o armii nowego wzoru, czyli o kwestiach leżących całkowicie poza jego kompetencjami.

Jak głupi jest postulat jedności, mogę wskazać na przykładzie bardzo konkretnym. Oto kilka dni temu pokłóciłem się mailowo z Panem Michałem Kolanowskim o paczkę, którą do niego wysłałem, a ta wróciła. Czasem tak się zdarza. Jak wiecie nie mam zwyczaju ustępować, a do tego nie skojarzyłem nazwiska z osobą. Co często mi się zdarza. I co? Okazało się, że pomnik Hipolita Milewskiego jest już zaprojektowany i cały plan działań będzie wdrażany w życie. Czy do tego potrzebna jest jakaś jedność? Oczywiście, że nie. Potrzebna jest wola, przekonanie o słuszności takiej inicjatywy i decyzja.

Jedność zaś i tak zwana zgoda narodowa to są środki nasenne dla paralityków. Nagminnie korzysta z nich Konfederacja, demonstrując jakie to też środowiska popierają partie i jak zdeterminowani ludzie są gotowi poświęcać swój czas, na to, by walczyć ze straszliwym reżimem planującym ludobójstwo.

Można rzecz ustawić tak, żeby za przeciwieństwo jedności uznać ostracyzm. Jak ktoś nie chce się jednoczyć, należy poddać go ostracyzmowi. No, ale ten jest skuteczny tylko wtedy kiedy stosujący go ludzie mają na coś wpływ. Czy ci nasi mają? Jak to wykazałem wyżej, nie mają, a jedynie bardzo chcą mieć. Dlatego jedność potrzebna jest im także do praktyk wampirycznych, czyli wysysania sił z tych frajerów, którzy w jedność i zgodę wierzą. Czymś przecież trzeba się żywić. Ktoś tu wczoraj zauważył, że należałoby poddać ostracyzmowi Olszańskiego. Jestem całkowicie spokojny o to, że do niczego takiego nie dojdzie, a jeśli pan ten mądrze rozegra swoją grę i przekona kilka osób do tego, że dysponuje jakiś rzeczywistym potencjałem, trafi wreszcie do polityki. Nasze środowisko zaś będzie poddane ostracyzmowi, albowiem kogoś jednak trzeba izolować, jakiś wróg być musi. Ja się tym nie przejmę i Wam też to odradzam, bo cóż to za ostracyzm stosowany przez ludzi, którzy nic nie mogą? To zupełnie jak w opowiadaniach o Mikołajku i innych chłopakach, kiedy klasa próbowała poddać ostracyzmowi Gotfryda, chłopca posiadającego najlepsze zabawki. Taki ostracyzm jest nieskuteczny. Bo wszyscy chcą się bawić dobrymi i ciekawymi zabawkami, a uciekają od tych zepsutych, poklejonych taśmą samoprzylepną.

Nie będziemy co prawda występować w obronie demokracji w Australii, ale wspólnie odbudujemy pomnik Hipolita Milewskiego. I on będzie tam stał przez wiele, wiele lat. I to jest fajne.

Przypominam, że jutro kończy się promocja.

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

 

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 282021
 

Proszę Państwa, prócz tego co widać na blogu, wespół z różnymi współpracownikami prowadzę jeszcze inne projekty. One nie są widoczne, ale wkrótce mam nadzieję będą. Ewa Rembikowska, jeszcze na wiosnę, zdobyła zgodę konserwatora zabytków na renowację nagrobka Hipolita Milewskiego na cmentarzu w poznańskiej cytadeli. Ja zaś zwróciłem się z prośbą do profesora Eugeniusza Matejko z poznańskiej ASP o zaprojektowanie tego nagrobka, a pana Michała Kolankowskiego, jeszcze w czasie ostatnich targów w Poznaniu zapytałem o możliwość realizacji tego projektu. Obaj Panowie się zgodzili i dziś właśnie dostałem projekt. Przesłałem go Ewie Rembikowskiej, która tę sprawę będzie pilotować dalej. Jest bowiem na miejscu i może to czynić z ramienia stowarzyszenia, którego jest członkiem. Ja zaś jestem tylko prywatną osobą. Będziemy musieli zorganizować na ten cel zbiórkę, ale tak jak się z Panią Ewą umówiliśmy, zrobi to stowarzyszenie, a ja będę ją jedynie reklamował. Nie wiemy jakie będą koszta. Projekt na pewno wykonany został za darmo. Kosztował będzie jedynie materiał, wykonawstwo i nadzór. Mogą jeszcze dojść jakieś koszta administracyjne, albowiem trzeba teraz uzyskać akceptację konserwatora. Plan gry w punktach przedstawiła Ewa Rembikowska i wygląda on następująco

 

1/ projekt nagrobka – profesor Eugeniusz Matejko

2/ kosztorys

3/ ogłoszenie zbiórki

4/ pozwolenie od konserwatora po zatwierdzeniu projektu

5/ wykonanie nagrobka w zakładzie kamieniarskim

6/ montaż na cmentarzu

7/ uroczyste odsłonięcie

Uprzedzam o tym wszystkim zawczasu. Nie wiem ile potrwa cała operacja, ale miejmy nadzieję, że nie dłużej niż pół roku.

Na patronite umieściłem nowy tekst, bo trzeba popierniczać robotę do przodu i nie myśleć o tym, czy w Australii testują nowy światowy porządek. Nie mamy bowiem wpływu na Australię. Dzięki Ewie Rembikowskiej uzyskaliśmy za to wpływ na konserwatora zabytków. To też jest jakiś sukces.

https://patronite.pl/post/26731/podroze-patriarchow

wrz. 282021
 

Chciałem dziś powrócić do filmu Negocjator, o którym tu wspomniałem niedawno. Jego bohaterem jest ojciec Józef Maria Bocheński, człowiek legenda, który budzi ciepłe uczucia w sercach wielu Polaków. Na przykładzie tego filmu, chciałbym pokazać, jak prosto zawłaszcza się takie postaci i jak trudno potem mówić o nich bez dręczącego przekonania, że nie należą one do wszystkich, ale do wybranych, którzy roszczą sobie prawo do dziedzictwa duchowego tych osób. Przepraszam za ten górnolotny to, bo muszę też uprzedzić, że tekst będzie tak naprawdę o poczuciu humoru.

Scenarzystą tego widowiska, czy też współscenarzystą jest Jan Parys, minister obrony w rządzie Jana Olszewskiego. Jan Parys ożeniony był z byłą żoną brata (mam nadzieje, że nic nie pokręciłem) Józefa Marii Bocheńskiego, Małgorzatą. Pani ta już dziś nie żyje, ale prowadziła swego czasu sławny w Warszawie salon, gdzie ponoć kreowano życie polityczne i artystyczne stolicy. Myślę, że jest to kłamstwo, które zostało wymyślone, jak wiele rzeczy w Polsce, po to, by środowisko, z którego wywodzili się politycy prawicy lat dziwięćdziesiątych zyskało na malowniczości. Ideowej i duchowej podbudowy dostarczył temu środowisku ojciec Bocheński właśnie, który ze znanym wszystkim entuzjazmem udzielił Parysowi wielce pretensjonalnego wywiadu zatytułowanego Między logiką a wiarą. W ten sposób Jan Parys stał się politykiem pełnowymiarowym, a przynajmniej tak mu się zdawało. W filmie Negocjator widzimy scenę taką oto: przed umierającym Bocheńskim staje jakiś młody człowiek, którego tytułują ministrem. Bocheński zaś wręcza mu dyskietkę z tekstem, zawierającym dowody logiczne na istnienie Boga. Ów minister zaś chowa ją z przejęciem w kieszeni marynarki. Zgaduję, że jest to sam Jan Parys, który stał się w owej scenie depozytariuszem myśli ojca Bocheńskiego i powiernikiem jego największych tajemnic. W ostatniej scenie w pokoju nieżyjącego już Bocheńskiego zjawia się ekipa telewizyjna z Polski, która jest w istocie gromadą jakichś szpionów. Jeden z nich siada do komputera i kasuje wszystkie pliki, jakie po Bocheńskim w tym komputerze zostały. Jest zadowolony, jak nie wiem co i mówi, że cała spuścizna umarła i poszła do nieba wraz z jej autorem. Nie wie, biedny głupek, że w Polsce jest Jan Parys, który ma dyskietkę z dowodami na istnienie Boga. Wszystko to jest pokazane serio, bez grama humoru, choć scenarzyści – a jednym z nich jest Jan Parys – bardzo się starali, by pokazać ojca Bocheńskiego, jako człowieka przepełnionego pobłażliwą wesołością. To się nie udało, albowiem istotnym momentem tego widowiska jest podniesienie znaczenia krajowej hierarchii. Namaszczenie prawicy przez starego zakonnika, który chodził dokładnie w takim samym berecie, w jakim pokazywał się publicznie Jan Parys. Być może chodziło o to, żeby ludzie zauważyli także fizyczne podobieństwo ministra obrony do Bocheńskiego? Nie wiem.

Ktoś może zechcieć odeprzeć moje zarzuty w prosty sposób – Jan Parys nie zrobił kariery politycznej, nie ma na nic wpływu, a jego myślami i pismami nikt się nie interesuje. To prawda, ale jak niesie wieść gminna, w salonie Małgorzaty Bocheńskiej wykreowano jeszcze jednego polityka, który miał za sobą przeszłość, rzec można kozacką. Był w Afganistanie, walczył z najazdem sowieckim, miał brytyjski paszport, a do tego jeszcze mówił biegle po angielsku. Tym politykiem był, rzecz jasna Radosław Sikorski. Jego legendę polska prawica budowała ładnych parę lat, a doniesienia o tym, jak odnawia dwór w Chobielinie, ekscytowały i inspirowały wielu ludzi. Mamy więc taki oto ogródek, w którym na podglebiu przygotowanym ze spreparowanych pism Bocheńskiego i jego legendy, rosły różne kwiatki.

No, ale czy to komu dziś przeszkadza zajmować się Bocheńskim i docenić jego myśl? Moim zdaniem to całkowicie uniemożliwia zajmowanie się Bocheńskim i jego myślą, albowiem rynek jest tak sformatowany, że nikogo żadne ekscytacje dotyczące tego wybitnego filozofa dziś nie obejdą. Pisał o nim bowiem minister obrony Parys i tylko to się liczy. Nie można tego leżącego na drodze kamienia ominąć, a w filmie – w którym nie ma grama dowcipu – widzimy wprost, kto jest depozytariuszem tajemnic starego dominikanina. – Ale to przecież tylko film – zawoła ktoś zniecierpliwiony – prawda była inna! Jasne, że była inna. Opiszcie ją więc, rozkolportujcie i obrońcie. To jest niemożliwe. I na tym polega ten cały zwód. Filmy i seriale kręci się bowiem po to, by prawdę nie tylko ukryć, ale także zawłaszczyć. Stąd też słabi i wtórni autorzy zawsze będą mieli na rynku większe wzięcie niż autorzy oryginalni i bardzo sprawni warsztatowo. Każdy wie, że praca policji wygląda inaczej niż to pokazują amerykańskie seriale o gliniarzach, ale po to właśnie się je kręci, żeby nikt nie komentował i nie podważał zasad rzeczywiście rządzących ową pracą. Ktoś tu wczoraj wspomniał o spotkaniu Parysa z jakimiś czytelnikami czy wielbicielami Bocheńskiego oraz o tym, że na zakończenie wstał jakiś człowiek i zapytał go o Karonia. To byłaby może dobra pointa dla tych rozważań, ale lepsza jest w tym filmie. Oto przed celą umierającego Bocheńskiego siedzi ten cały Wysocki z Podziemnej Armii Krajowej, który z przejęciem powtarza sobie słowa, jakie wypowie, kiedy już dopuszczą go przed oblicze umierającego. Niestety, Bocheński umiera wcześniej, a opiekujący się nim zakonnik mówi Wysockiemu, że wcale nie uważał go za terrorystę, ale także za zakładnika. Scenę tę w scenariuszu umieścił Jan Parys, były minister obrony w rządzie Jana Olszewskiego. Nie wiadomo co powiedzieć.

Chcę teraz jeszcze raz zwrócić uwagę na to, że wszystkie te, pardon, numerasy, odstawiane są na poważnie. Ma być jasno pokazane, kto dziedziczy po Bocheńskim i na kogo po ewentualnym zejściu Parysa przechodzą te jego charyzmaty. Może na Karonia? Chodzi bowiem o to, by była ciągłość i ludzie nie musieli się zastanawiać, gdzie jest prawda. No, a ona jest przecież na tej dyskietce.

Podobnie jest ze wszystkimi współczesnymi histeriami na temat Jedwabnego. Choć te, co dla niektórych może mieć wymiar paradoksalny, zaczynają zalatywać pure nonsensem i grozą. Pojawił się tu wczoraj link, a po kliknięciu weź mogliśmy obejrzeć panów Porębę, Szenicera i Olszańskiego, jak rozprawiają na ławce w parku o tym, czy Auschwitz był przeznaczony dla Polaków czy Żydów? Od ustalenia tego bowiem zależy, kto będzie się czuł ważniejszy i kto będzie mógł spijać kolejne płynące z ust wymienionych mądrości, dotyczące historii najnowszej. Ja zaś mam dla tych rozważań taką oto pointę. Czekam kiedy pan Szenicer podniesie hasło takie oto – skoro Auschwitz był przeznaczony dla Polaków, może warto, by oni się znów tam znaleźli? Jesteśmy blisko tej konstatacji, ale publiczność tego nie widzi. Bo wszystko idzie na serio i każdy wierzy, że teraz sprawy zostają poustawiane jak trzeba i żaden Żyd nie będzie nam podskakiwał. Publiczność jest zachwycona. Brakuje tylko jakiejś dyskietki przekazywanej w tajemnicy z jednej kieszeni do drugiej.

Co w takim wypadku z Ewą Kurek? Czy można ona pisać o Jedwabnem czy nie może? Oczywiście, że może, ale kogo to obejdzie, kiedy jesteśmy tak blisko ostatecznego wyjaśnienia spraw i właściwego ich ustawienia. No i jak niby Ewa Kurek ma kolportować swoje treści, które nie mogą się nawet równać z tym co mówią wymienieni panowie? Kto ją poprze i jak ona ma się ustawić wobec tej ławeczki, na której urzędują trzej mędrcy? Ewa Kurek może się, w tej sytuacji, którą mamy, co najwyżej do nich przyłączyć. O ile jej na to pozwolą. To samo może zrobić Janek Pospieszalski walczący z covidem, może co najwyżej grzecznie poprosić o ciszę. A wynika to z prostego faktu, że ludzie zawłaszczający emocje tłumu, mają do nich pełne prawo, do tego momentu, kiedy ktoś, przypadkiem lub celowo nie zrzuci im beretu z głowy. Na to jednak na razie się nie zanosi.

Przed nami zaś nowa odsłona walki o wolność, bez której nasz naród żyć nie może. Powstaje ruch Polska jest jedna, którego podporą będzie dawno nie widziany w telewizorze Jan Łopuszański. Jeśli ktoś wierzy, że ów ruch odetnie się od panów siedzących na ławeczce, a także od Sumlińskiego, po to, by zyskać w oczach publiczności, gorzko się rozczaruje.

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

 

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 272021
 

Wyjaśnienie ludziom, że działalność Sumlińskiego to w rzeczywistości walenie kijem po kratach klatki, w której siedzą, przekracza możliwości wszystkich, także wielkich, dobrze zorganizowanych biur promocji treści. A gdzie tu w ogóle wspominać o moich skromnych możliwościach. No, ale spróbuję, albowiem komentarze pod wczorajszym tekstem zdumiały mnie mocno. Pomyślałem wręcz, że trzeba się chyba zacząć przyzwyczajać do myśli, że cały projekt, znany jako coryllus i Szkoła nawigatorów, zawinie się albo obkurczy tak, jak za najgorszych czasów w salonie24.

Proszę Państwa, jeśli wobec dużej grupy ludzi dokonuje się bardzo przemyślnej prowokacji, którą popierać, z niezrozumiałych przyczyn, muszą lokalni politycy, jedyne co można zrobić, to odsunąć się od tego tematu jak najdalej. Unieważnić go, na zasadzie, którą już tu kiedyś opisałem, streszczającej się w słowach – potrzebujemy czytać co jakieś kłamcy napisały?

Niestety prowokacja jest tak zbudowana, że najpierw każdy lub prawie każdy chce być ekspertem i stwierdzić naocznie, czy rzeczywiście mogło dość do zbrodni popełnionej przez Polaków, bez inspiracji, rozkazu i pomocy niemieckiej. Potem każdy musi się wyjęzyczyć na ten temat, pomijając całkowicie rzecz najważniejszą, o której dziś już nie wspomina nawet redaktor Sommer. Chodzi o to, że sprawcy zostali osądzeni i ukarani tuż po wojnie, a odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje w nowoczesnym prawodawstwie. To jest moment lekceważony całkowicie, albowiem tak zwane grzanie tematu jest ważniejsze. Powstają tony dokumentacji, nagrań, opinii, ekscytacji, które służą tylko temu, by zasiewać wątpliwości w sercach i umysłach. Finałem tego są występy redaktora Sumlińskiego, który używa koronnego argumentu w tym niby sporze, czyli pana Szenicera i mówi nam tak – proszę, nawet Żydzi nas popierają. No więc, żeby polemizować ze stroną izraelską, z diasporą, czy z kim tam, bo nie wiemy przecież nawet dokładnie, kto jest naszym adwersarzem i o co dokładnie toczy się spór, potrzebujemy swojego Żyda. Nasz głos jest, pardon, gówno wart. I to właśnie jest esencja komunikatu, jaki skierował do nas Wojciech Sumliński. Ponoć spór ten toczy się o ekshumację, której rzecz jasna nie będzie, bo nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go.

Najważniejsze w tej całej sprawie jest to, że sprawcy zbrodni w Jedwabnem, którzy brali udział w zorganizowanym przez Niemców ludobójstwie, zostali osądzeni po wojnie. Nie można ich jeszcze raz osądzać, bo nie żyją. To co dzieje się zaś dziś i o czym wszyscy gadają jest, en masse, próbą przeniesienie odpowiedzialności z konkretnych osób na cały naród, a następnie wyciągania z tego faktu różnych konsekwencji. Wiara w to, że ekshumacja coś zmieni, albowiem pojawią się dowody naukowe jest wiarą idioty w to, że księżyc zrobiony jest z sera. Potwierdza to, moim zdaniem obecność w tym całym zamieszaniu różnych „uczciwych Żydów, którzy popierają polską stronę”. To jest obłąkanie. Po co nam Żydzi popierający ekshumację? Po to chyba, żeby dyskusja o Jedwabnem toczyła się w końcu pomiędzy samymi tylko Żydami, którzy po różnych zakulisowych dogoworach, szarpaniu się za klapy marynarek i innych czynnościach wskazujących na autentyczność sporu, ustalą wreszcie między sobą wersję oficjalną.

Wie, wiem, nikt mi nie uwierzy, bo każdy chce wypłynąć na tej fali obłąkania i zaistnieć choć przez pięć minut w sieci, podejmując różne rozważania na temat sytuacji w Jedwabnem.

Co ja proponuję? Jak zwykle to samo – odsunięcie się jak najdalej od tej problematyki. Mój syn jest teraz w Pradze, poprosiłem go, by poszedł na stary, żydowski cmentarz i zrobił kilka zdjęć nagrobków. Poszedł, ale na teren cmentarza się nie dostał, albowiem bilety kosztują w przeliczeniu około 100 złotych. Dla przykładu, te same bilety na Hradczany, kosztują już tylko 20 zł.

Myślę, że dobrze by było, gdyby bilety do Jedwabnego kosztowały tyle samo, płacili by za nie tylko ci mieszkańcy Izraela, którzy byliby silnie przekonani do lansowanej przez tamtejsze ośrodki wersji. W końcu jednak przestaliby płacić, albowiem wersja wersją, a stówa stówą. I tak realia pokonałby mity. Nie dojdzie do tego niestety, albowiem ilość polskich aktywistów lansujących się na Jedwabnem i próbujących zbudować kapitał polityczny na ekshumacji rośnie szybko, a cały plan jest przecież wymyślony przez fachowców od promocji i to nie byle jakich. Podstawowym jego założeniem jest przerzucania kosztów tej promocji na przeciwnika. No i właśnie to oglądamy.

Nie inaczej jest z covidem. Proszę Państwa, mam złą wiadomość, wszyscy umrzemy. Czy to się stanie w wyniku takich czy innych działań rządu, nie ma najmniejszego znaczenia. Można oczywiście podniecać się tym, że wraca komuna, która chce dokonać depopulacji, że mamy tyle i tyle nadmiarowych zgonów. Tylko po co? Nie znamy dnia ani godziny. Istotne jest to, kto na tej psychozie wjedzie do polityki. Kto zaszczepił się, a publicznie opowiada, że tego nie uczynił, albo milczy wymownie. Kto łączy sprawę covida ze sprawą Jedwabnego. To są ważne kwestie. Nie zaś to, że człowiek jest śmiertelny. Fakt ten był znany od dawna, a covid tylko nam o nim przypomniał. Nie mogę niestety spokojnie słuchać, że obywatelski sprzeciw jest ważny, albowiem uchroni nas przed powrotem komuny, widzę bowiem kto się ustawia na czele tego obywatelskiego sprzeciwu. Obywatelski sprzeciw ma wyciągnąć ludzi na ulicę, a ludzie ci, stojąc tam i nic nie robiąc, mają mieć poczucie uczestnictwa w czymś wielkim i ważnym. Już nie raz ćwiczyliśmy ten wariant gry i on zawsze się kończy tak samo. Oszukaniem tych tłumów, które potem przez dekady całe będą wałkować w dyskusjach kwestię – co takiego zrobiliśmy źle, że się nie udało. No i rzecz jasna wzywać będą do jedności, która ma – według wszystkich – jakieś niezwykłe właściwości i sama z siebie poprzez manifestację siły powoduje osiąganie samych sukcesów. Jedność jest mitem, w dodatku szkodliwym. Wiem to na pewno, bo przez ostatnie lata wielokrotnie proponowano mi bym się z kimś zjednoczył i połączył siły. To zawsze jest oszustwem. Po co mam z kimkolwiek łączyć siły? Po to chyba, żeby ten ktoś mnie tych sił pozbawił. Tak bowiem działa ów mechanizm, nazywany jednością. W plastycznym opisie wygląda to tak, że koniecznie trzeba wyłączyć wszystkie światła w budynku, żeby cała populacja jego mieszkańców mogła zgromadzić się przy jednej, gołej żarówce wiszącej w piwnicy. To jest owa jedność w wymiarze realnym. I ja w tym uczestniczył nie będę. Całe życie bowiem się separowałem, albo mnie separowano. Już się przyzwyczaiłem i nie mam zamiaru tego zmieniać. Zrozumiem jednak, jeśli ktoś zechce opuścić pokład i zjednoczyć się z jakąś inną, bardziej dynamiczną grupą. Nie zrozumiem jednak uporczywego namawiania mnie, albo wręcz szantażowania czy też namolnego przymuszania do zajęcia się najważniejszymi sprawami współczesnego świata i Polski – covidem i Jedwabnem. To jest droga na zatracenie. I jeszcze jedno na koniec. Ani Janek Pospieszalki, ani minister Niedzielski, ani poseł Braun, ani w ogóle nikt, nie uwolnią Was od lęku przed śmiercią. Mogą tylko sprawić, że będziecie bardziej wierzyć w śmierć innych niż w swoją własną. Nie mają oni też wpływu na rozwój tej całej pandemii czy też jak chcą niektórzy plandemii. Tylko tak udają. Ja zaś, jeśli tylko Pan Bóg pozwoli mi żyć i obdarzy zdrowiem, na pewno napiszę te książki, które napisać obiecałem.

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

wrz. 262021
 

Na Netflixie pokazują film, którego bohaterem jest Mark Hoffman. To jest żyjący ciągle oszust, który ma znamiona geniuszu. Siedzi w więzieniu, bo zabił dwie osoby za pomocą bomby. Zasłynął jednak najbardziej z tego, że fałszował mormońskie dokumenty, w tym te najważniejsze, które Smith przepisał ze złotych tablic wskazanych mu przez anioła Moroni. Ktoś powie, że to jest żadna sztuka, albowiem Mormoni to oszuści, nie było żadnego anioła Moroni, a Smitha inspirował nie wiadomo kto, jakaś organizacja, która chciała mieć w USA zdyscyplinowane zaplecze. No tak, ale jednak Hoffman, który sam był mormonem, musiał do swoich fałszywek przekonać ten cały episkopat złożony z kutych na cztery nogi cwaniaków. Oni zaś w jego spreparowane dokumenty uwierzyli i dali mu gwarancje. Kłopot polegał na tym, że chciał on zarobić na fałszywych papierach wielkie pieniądze i wyznał, że posiada pewną unikalną kolekcję dokumentów, którą dopiero zamierzał wyprodukować. Kontrahenci się pośpieszyli, chcieli ją obejrzeć a Hoffman jeszcze jej nie wyprodukował. Musiał więc ich usunąć. Oczywiście, łatwiej się robi fałszywki, kiedy cała struktura, dysponująca doktryną i pieniędzmi opiera się na fałszywych założeniach, nie zmienia to jednak niczego w ocenie geniuszu Hoffmana. Zrobił on bowiem jeszcze jedną fantastyczną rzecz, wyprodukował domowym sposobem coś w rodzaju wykrywacza kłamstw i od 14 roku życia ćwiczył na tym, będąc świadomym, jak dalej potoczy się jego życie. Nie przewidział tylko, że będzie odpowiadał za podwójne morderstwo.

Najlepsza w tej historii jest wiara to, że istniały złote tablice i anioł Moroni, której Hoffman, świadom tego, że wszystko dookoła jest dęte, a jego współwyznawcy to w najlepszym razie gromada głupków, nie zmienił ani na jotę.

Po tym wstępie przechodzimy do istoty dzisiejszych rozważań. Oto przypadkiem obejrzałem sobie film czy też spektakl pod tytułem Negocjator. To jest jeszcze lepsze niż historia Hoffmana. Opowiada ów film o ataku terrorystycznym na polską ambasadę w Bernie, którego dokonała organizacja o nazwie Powstańcza Armia Krajowa, a jej dowódca używał pseudonimu Piotr Wysocki. Jak się okazało, a rozumiem, że to prawda, negocjatorem który rozmawiał z terrorystami był nie kto inny, jak ojciec Bocheński, sławny filozof i logik, który mawiał, że poza logiką jest tylko nonsens. Myślałem, że śnię. To jednak była prawda. Bocheńskiego grał taki gruby facet, którego nazwiska nie pamiętam. Historię ataku na ambasadę wszyscy znamy, była jeszcze bardziej dęta niż historia anioła Moroni i złotych tablic odnalezionych w lesie. Twórcy jednak tego filmu uznali, że należy rzecz całą postawić na gruncie logiki i moralności. Pokazać w retrospekcjach życiorys Bocheńskiego i powiedzieć – zobaczcie jak mędrzec razi sobie ze złem i jak je obłaskawia. Patrząc na to dowiedziałem się dokładnie, kim są ludzie produkujący dziś w Polsce tak zwane patriotyczne treści. To jest pułk, albo nawet dwa pułki Marków Hoffmanów. Oni szczerze wierzą, że my wierzymy iż anioł Moroni pokazał Smithowi złote tablice. Ojcem duchowym tych ludzi jest prezes Kurski.

Ten napad na ambasadę zorganizowany został przez Kiszczaka, a facet, który go prowadził był zaangażowany w aferę Żelazo i to wynika z logiki wywodu, jaki tam jest przedstawiony. Nie mogło być inaczej. Ludziom, którzy to wyprodukowali chodziło jednak o coś innego, myślę, że głównie o to, by pokazać jak świetnie Redbad Klynstra gra Jerzego Urbana. Zamiast logiki mamy bełkot w wykonaniu aktora udającego Bocheńskiego. Można się oczywiście zastanawiać, jak to się stało, że rektor uniwersytetu we Fryburgu zgodził się negocjować z terrorystami, co do których – jako wybitny logik – musiał mieć ciężkie podejrzenia. No, ale takich wątków w filmie nie ma. I to jest zdumiewające. Są za to inne wątki, które zwalają z nóg. Oto mamy retrospekcję w której Bocheński rozmawia z Andersem pod Monte Cassino i tam rozważają różne polityczno-logiczne pułapki. Jak to – mówi Bocheński – jest – jeśli wszyscy ludzie są śmiertelni, a Sokrates jest człowiekiem, to także jest on śmiertelny. No i Anders się z nim zgadza. A Kurski, jak sądzę musiał chyba bić brawo w tym momencie, jak oglądał film, bo on też zrozumiał, że Sokrates musi umrzeć. Bocheński jednak ciągnie dalej – no a Polska, panie generale – pyta ironicznie i dramatycznie jednocześnie – No, a Polska? Jest przecież w obozie zwycięzców, a jednak wojnę przegra! Anders nic na to nie odpowiada, a ja widzę oczami duszy, jak prezes Kurski bije się dłońmi po kolanach i z radością oraz niedowierzaniem powtarza w obecności żony i dzieci – świetne, no po prostu świetne!

Ojciec Bocheński już nie żyje i nie ma się co nad nim znęcać, jeśli zaś idzie o jego próbę opisania sytuacji Polski w roku 1944, to próbował on zmierzyć się z aniołem Moroni, to znaczy opisać nonsens i nielogiczną pułapkę, zastawioną na takich jak on. Pułapkę, której mechanizmu nie rozumiał, albowiem pycha podpowiadała mu, że zna już wszystkie zmienne układu, może więc wyciągać wnioski. Tymczasem nie znał ponad połowy tych danych i nie mógł logicznie orzekać o niczym. Jeśli dał się rzeczywiście wciągnąć w te negocjacje w ambasadzie, w roku 1982, to znaczy, że nie ma sensu zawracać sobie nim głowy.

Pułapka nadal działa. Jeśli nie wierzycie, proszę bardzo, oto dowód.

https://wpolityce.pl/polityka/567680-dlaczego-sumlinski-korzysta-z-zaplecza-leszka-bubla

Najsławniejszy już autor Karnowskich, noszący to samo co ja nazwisko, zastanawia się, dlaczego Sumliński podpiera się doradcami Leszka Bubla? Szczególnie niejakim Szenicerem, który był wcześniej dozorcą żydowskiego cmentarza przy Okopowej, a teraz zamienił się w zajadłego antysemitę. Nie wiem doprawdy, co powiedzieć panu Jakubowi. Może tyle, że lepiej by zrobił zajmując się historią mormonów, niż historią Polski. Po co w ogóle zastanawiać się nad Sumlińskim? Od lat wiadomo kto to jest, ale nie, ludziom się wydaje, że on miał i ma szczere intencje, tylko błądzi. No i oni, dzięki logice, za którą przecież jest już tylko nonsens, zawrócą go na właściwą drogę i znów będzie pięknie i można będzie poważnie dyskutować.

Anioł Moroni objawił się już też Jankowi Pospieszalskiemu i Witoldowi Gadowskiemu, albowiem wystąpili oni na imprezie firmowanej przez Olszańskiego. Uczynili to, albowiem nie chcą byśmy żyli w niewoli, którą szykuje dla nas rząd.

https://twitter.com/PawelKuki/status/1441699470601768960?s=19

Czekam kiedy poseł Braun wyjawi nam, co jemu powiedział anioł Moroni i jakie to fragmenty zaginionych złotych tablic przekazał mu potajemnie człowiek, który ma dostęp do najtajniejszych dokumentów, oczywiście w stu procentach autentycznych.

Idą ciężkie czasy powiem Wam, albowiem ludzie, którzy wchodzą dziś w życie nie przyswajają już żadnych komunikatów poza najbardziej spłaszczonymi, ich uwagę zaś na dłużej zatrzymać może tylko anioł Moroni. Durnie domagający się dialogu pójdą mieszkać na pawlaczu. Nikt z nikim rozmawiał nie będzie albowiem nadchodzi czas demonstracji siły, jedynej dającej się natychmiast zweryfikować jakości, która natychmiast też zamienia się w obowiązującą prawdę.

Nie zamierzam w tym brać udziału, ale ciekaw jestem kto też opiekuje się tym cmentarzem przy Okopowej, jak Szenicer poszedł w antysemity?

Oczywiście prowadzę dalej swoją zbiórkę na cel, którego żadna z wymienionych w tym tekście osób nie może zrozumieć. Wszak przed nimi teraz dni największej chwały, być może nawet sukcesu politycznego. Kto by się tam przejmował jakimiś głupstwami.

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 252021
 

Jak to już wielokrotnie wspominałem polska historiografia składa się z wytrychów i fetyszy czyli zdań i formuł bezmyślnie powtarzanych przez kolejne pokolenia autorów. Do najbardziej hołubionych należą dwie formuły: zwiększenie roli miast i wzmocnienie władzy królewskiej. Zaraz za nimi plasuje się korzystne położenie na szlakach handlowych. W zestawie bredni te trzy formuły zajmują podium i służą temu, by uniemożliwić jakąkolwiek dyskusję o przeszłości, a także by klęski jakie były naszym udziałem wytłumaczyć psychologią, dewiacjami, pijaństwem szlachty i podobnymi histeriami. Jak Polska miała się utrzymać, kiedy nie zwiększyła roli miast, nie wzmocniła władzy królewskiej i nie wykorzystała korzystnego położenia na szlakach handlowych? No jak? Tak myślą idioci, którzy nie rozumieją, że zwiększenie roli miast automatycznie oznacza osłabienie władzy królewskiej i całkowitą dominację patrycjatów i banków. Nie potrafią oni także pojąć, że kraje takie jak Wielka Brytania i Japonia nie leżą na żadnych szlakach handlowych, ale całkiem na uboczu i dzięki temu mogą te szlaki kontrolować, a także wyznaczać miejsca gdzie spotykać się będą kupcy, z całych wielkich obszarów świata. Takie, jak na przykład Bergen w Norwegii, gdzie przez stulecia całe odbywały się najważniejsze dla całej północnej Europy targi, kontrolowane przez Londyn.

Kraj taki jak Francja, który położony był na skrzyżowaniu najważniejszych szlaków handlowych, toczył przez całą swoją historię uporczywe wojny na wyniszczenie, a utrzymał się tylko dlatego, że kierownicy jego polityki zmienili paradygmat swoich poczynań, czyniąc Francję obojętną, na wszystkie zagraniczne histerie. Drugim ważnym elementem polityki francuskiej był trwały, okupiony wieloma wyrzeczeniami i upokorzeniami sojusz z sułtanem. Dzięki pojęciu racji stanu, wyłączającemu wszelką moralność w polityce, a także dzięki przechwyceniu wszystkich możliwych nici handlowych łączących Europę z imperium tureckim Francja mogła przeżyć i jakoś wytrzymać to swoje korzystne położenie na szlakach wymiany.

No, ale porzućmy rozważania o dawnych czasach. Ktoś tu parę tygodni temu wspomniał o tym, że PiS nie potrafi zagospodarować potencjału miast. Oczywiście, że nie potrafi, albowiem nikt chyba nie rozumie w partii co to są miasta i do czego służą. Wzmocnienie roli miast, to wyjęcie ich spod kontroli władcy lokalnego i podporządkowanie tych miast innym władcom, którzy obiecują coś patrycjatom największych ośrodków. Takie rzeczy mogły być akceptowane dawno temu, w Italii, która była podzielona, wroga Niemcom i wzmocnienie roli miast służyło oporowi przeciwko najezdniczej w istocie władzy cesarza. W takiej Langwedocji, wzmocnienie roli miast w XIII wieku oznaczało po prostu podporządkowanie tych miast kalifowi. Nie bezpośrednio rzecz jasna, ale poprzez sieci faktorów, którzy kontrolowali wymianę w zachodniej części wielkiego morza. Liczne przykłady wskazują, że wzmocnienie roli miast może odbywać się jawnie i w ukryciu. To znaczy, że władcom wydaje się iż miasto należy do nich, kiedy w rzeczywistości należy już do kogoś innego. Czy tak jest w Polsce obecnie? Wielu ludzi twierdzi, że tak wskazując na Gdańsk i Wrocław jako na dwa ośrodki, które realizują politykę obcych mocarstw. Niemiec po prostu, albowiem ich władze uważają, że historia i tradycja łączy je z Niemcami. Tak oczywiście jest, ale nie po to zapadły polityczne decyzje po II wojnie światowej, żeby teraz powracać w stare koleiny. Nikt bowiem nie zaproponował nam nigdy wskrzeszenia Polski przedrozbiorowej w jej granicach z roku 1772. Dlaczego więc mamy się przejmować niemieckością miast w zachodniej i północnej Polsce? Dlaczego mamy wskazywać i promować lokalną tożsamość regionów, które czerpią z tradycji rozumianej bardzo powierzchownie i mechanicznie wręcz. Co mieszkańcy miast Śląska i Pomorza wiedzą o roli i funkcji ośrodków miejskich w średniowieczu? Nic. Oni uważają jednak, że w Niemczech miasta się rozwijały i przez to, jak Wrocław z Gdańskiem zaczną aspirować do niemieckiej przeszłości, też będą się rozwijać. Miasto było, jest i będzie generatorem konfliktów na linii patrycjat – władza. Władza w tej konfrontacji jest zawsze słabsza. Ja wiem, że dawne przykłady nie robią na nikim wrażenia, pamiętajmy jednak, że langwedockie miasta, uruchamiając produkcję na rynki arabskie szukały jednocześnie protekcji cesarza. Były tak potężne, że król Francji nie mógł otwarcie poprzeć wyprawy, która miała je podporządkować Paryżowi. Ponowne podporządkowanie Tuluzy Paryżowi kosztowało region i Francję wiele ofiar, wojna był straszna i tak naprawdę nierozstrzygnięta, a ja wręcz twierdzę, że herezja Południa zwyciężyła. Można powiedzieć, że dziś sprawy te, jakże odległe, nie mają żadnego znaczenia. Aha, żebyście się nie zdziwili. Postulat, by PiS opracował jakąś skuteczną politykę wobec wielkich ośrodków miejskich jest jak najbardziej słuszny. Tylko kto ma to zrobić? Dworczyk? W jaki sposób władza postępowała z miastami, a w jaki sposób miasta z władzą? Wszyscy pamiętamy historię księcia Mikołaja z Niemodlina, który został ścięty na rynku w Nysie, po ekspresowym i pokazowym procesie zorganizowanym przez patrycjat. Miasto pokazało swoją siłę, a było to nie byle jakie miasto. Nysa to ośrodek werbunku żołnierzy, którzy maszerowali do wszystkich krajów Europy, by tam walczyć za pieniądze z kim akurat popadło. Żeby okiełznać miasto trzeba człowieka naprawdę brutalnego. Filip IV kazał powywieszać rajców Tuluzy, ale niewiele mu to pomogło. Jego kanclerz, Wilhelm de Nogaret, był synem katara, pochodzącym z Saint Felix, wychowankiem Montpelier, ośrodka przemysłowego, uniwersyteckiego, skomunikowanego ze wszystkimi ciemnymi siłami ówczesnej Europy. Opisy relacji pomiędzy królem a kanclerzem, znane nam z literatury, są jak sądzę wielce nieadekwatne.

Czy PiS ma jakiś pomysł na politykę wobec miast? Na razie nie. Przede wszystkim partia nie może pozbyć się opinii partii prowincjuszy, choć prowincja wcale tak ochoczo PiS nie popiera. PiS nie może wygrać wyborów w Warszawie, gdzie jest mnóstwo zwolenników tej partii, albowiem zawsze coś w tym przeszkodzi. Najczęściej jest to kandydat na prezydenta wystawiony przez Jarosława Kaczyńskiego. To samo jest w innych miastach. Tak więc ośrodki mogą spokojnie prowadzić swoją politykę, a PiS może robić tylko to, co wszyscy władcy czynili wobec miast przez całe stulecia – ustępować i obiecywać więcej i więcej. Nic ponadto nie da się zrobić, póki nie znajdzie się w partii ktoś, kto skonstruuje prawną machinę oblężniczą do przejmowania władzy legalnej w wielkich ośrodkach miejskich. No, ale póki co nikogo takiego nie widać na horyzoncie.

 

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

wrz. 242021
 

Piosenkę zaczynającą się od słów w Ołomuńcu na Schiesspaltzu znają wszyscy, ale na wszelki wypadek przypomnę, dwie najpopularniejsze zwrotki.

W Ołomuńcu na Schiessplatzu,

jakem raz na warcie stał

Wszyscy mi się, Herr Gott, dziwowali,

jakom, Herr Gott, szablę miał

I kolejna zwrotka:

Jak poszliśmy do ataku,

Wiał przed nami, Herr Gott, wróg,

Teraz, Herr Gott, złote mam medale

Ale Herr Gott nie mam nóg.

Można to śpiewać oczywiście z wymową gwarową i wtedy, moim zdaniem, jest jeszcze śmieszniej.

O co chodzi w tej piosence wszyscy mniej więcej wiedzą. O to mianowicie, że powołany do wojska poborowy, któremu przyszło odbywać służbę w Ołomuńcu, po początkowej fascynacji życiem żołnierskim, przeżywa serię gorzkich rozczarowań. Ich finałem jest szarża na bagnety, w której uczestniczył, zakończona trwałym inwalidztwem. Mimo tragicznej wymowy, pieśń zawiera sporą dawkę bojowego ducha i jest w zasadzie optymistyczna. Moment rozczarowania życiem żołnierskim pozostaje jednak jej najważniejszą częścią. Wszyscy wiemy, że jej tekst powstał w dawnych czasach, kiedy powoływani w Galicji poborowi przysięgali na wierność cesarzowi i walczyli pod jego sztandarami. Czasy były inne i demonstrowanie rozczarowania nie było jeszcze tak wstydliwe, jak dzisiaj. Dziś, w Polsce, w zasadzie nie można nawet myśleć o tym, by napisać podobny w wymowie tekst i zaśpiewać go publicznie, albowiem inne emocje dominują w życiu publicznym. Takie bardziej zbliżone do partyzanckiej pieśni, w której odnaleźć można słowa – my ze spalonych wsi, my z głodujących miast…Ja, przyznam uczciwie wolę tę pierwszą piosenkę. No, ale mamy to co mamy. Wczoraj obejrzałem konferencję prasową posłów Konfederacji, w tym Grzegorza Brauna, tę, na której ogłoszono program Norymberga 2.0. Połączone to było ze wskazaniem miejsca zbiórki funduszy na przyszłe procesy wytaczane politykom odpowiedzialnym za ludobójstwo Polaków, w czasie rzekomej pandemii covid 19. Odzew był oczywiście szalony, prawie tak samo duży, jak przy zbiórce na japońską wersję Wiedźmina. Nie ukrywam, trochę im zazdroszczę. Ludziska bowiem wierzą w Konfederację szczerze i mowy nie ma by w związku z jej działalnością przeżywali jakieś rozczarowania. Poza tym, mają przecież pewność, że po zbudowaniu w każdym powiecie strzelnicy, na której szkolą się przyszli partyzanci ze spalonych wsi i głodujących miast, a także szkoły i kościoła, wytoczenie procesów Niedzielskiemu, a może nawet samemu Kaczyńskiemu to jest betka. One się niebawem zaczną i będą się toczyć tak długo, aż Konfederacja nie wytarguje czegoś poważniejszego niż te 7 procent, które ma teraz. Skuteczność jest najważniejsza. No, a któż jest bardziej skuteczny w Polsce niż poseł Braun? Nie ma takiego drugiego. Poseł Braun potrafi kreować pisarzy, sam jeden robi im promocję, zaraża ludzi swoim entuzjazmem, który – paradoksalnie nieco – zabarwiony jest pesymizmem i determinacją. Nie składa obietnic bez pokrycia, a jeśli zdarzy mu się to czasem, zawsze potrafi się elegancko wytłumaczyć. Norymberga 2.0 zaś to jest projekt, który inspiruje umysły i serca wszystkich znacznie bardziej niż służba w koszarach położonych przy ołomunieckiej strzelnicy, w dawnych, dobrych czasach, kiedy panował Franciszek Józef I. Nie ma człowieka, który nie poczułby się doceniony przez takie postawienie kwestii. To jest lepsze niż szabla przy żołnierskim pasie, kiedy stoi się na warcie w upalny dzień, a obok przechodzą uśmiechnięte dziewczęta, zmierzające na targ warzywny.

Grzegorz Braun nie jest jedyną znaną ze skuteczności personą w życiu publicznym. Niestety nie każdy jednak ma tyle szczęścia co on. Konfederacja bowiem, jeśli rzecz ująć w emocjonalne ramy, zapożyczone z wspomnianej na początku pieśni, stoi na razie na warcie w Ołomuńcu i nuci pod nosem – my ze spalonych wsi.

Ale oto Wojciech Sumliński, który ostatnimi laty toczył zacięty bój z wrogami Polski jest już w innym miejscu. On wie, że okres chwały jest już za nim, teraz zaś przychodzi czas gorzkich refleksji, zupełnie jak w tej zacytowanej na początku zwrotce: teraz Herr Gott złote mam medale, ale Herr Gott nie mam nóg…

https://twitter.com/w_sumlinski/status/1440942333260963841?s=19

Wrogowie nie śpią, czuwają i pilnują naszego bohaterskiego autora, tak, by nie mógł on wygłosić prawdy publicznie i by nie można było docenić jego poświęcenia. Nie wiem czy zauważyliście, ale tam pod spodem wpisał się jakiś komentator o nicku Adam Szangala. Jeśli ktoś nie pamięta o kogo chodzi, przypomnę. Adam Szangala był bohaterem czeskiego serialu emitowanego w latach siedemdziesiątych. Był to czeski heretyk, ścigany przez inkwizycję i cesarskich. Niewiele rozumiałem z jego przygód, albowiem była to propaganda skrojona dla dojrzalszego niż ja wówczas odbiorcy. W każdym razie Adam Szangala zakończył swój żywot tragicznie, został ścięty. To jest znacznie gorsze niż trwałe inwalidztwo, którego można się nabawić w czasie szarży na bagnety, ale też wskazuje, że wielbiciele twórczości Wojciecha Sumlińskiego nie żartują i gotowi są go poświęceń ostatecznych. W dodatku zawsze gotowi są do sporów o Polskę i wskazywania, która z wersji Polski jest lepsza. Czy Polska 39, czy może Polska 2.0, czy też jakaś inna, dajmy na to Polska. 79, kiedy to po raz ostatni puszczono serial o Adamie Szangali.

Cóż my możemy zrobić patrząc na to wszystko, na tych walczących o lepszą Polskę tytanów, którzy gotowi są wyrwać sobie serce, byle tylko szczęście i prosperity zagościły na trwałe na polskiej ziemi? Myślę, że powinniśmy przede wszystkim odczytywać znaki. Oto, bez żadnego właściwie powodu, Onet opublikował wczoraj taki oto tekst.

https://www.onet.pl/informacje/histmag/jedna-z-najbardziej-dotkliwych-klesk-w-historii-oreza-polskiego-w-czasie-powstania/6ddw756,30bc1058

Jasno wskazuje on, że ogłoszona przeze mnie zbiórka na Patronite ma jednak sens. Może nie jest on tak głęboki, jak sens projektu Norymberga 2.0, ale jednak jest. Jeśli ktoś nie wierzy, niech dobrze rozważy w swoim sercu to co teraz napiszę. Oto ze wszystkich projektów, do których przyłożył rękę poseł Braun, ja jestem tym najtrwalszym. Patlewicz zamilkł, Gryguć nie zrobił dwóch filmów dokumentalnych, wszyscy dobrze wiemy, że nie zbudowano żadnych strzelnic, nie ma też szkół i mennic. Teraz zabieramy się za Norymbergę, której los będzie – jestem tego pewien – identyczny. No, a ja, co by o mnie nie mówić, funkcjonuję dalej. W dodatku bez wspomagania. To chyba powinno dać wszystkim do myślenia? Czy nie? Myślicie, że wszyscy już szykują się do szarży na bagnety i nie będą mnie słuchać? Lepiej dla nich, żeby się zastanowili…Teraz Herr Gott złote mam medale…

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

wrz. 232021
 

Ogłoszono niedawno, że powstanie seria filmów o przygodach znanego nam wszystkim bohatera. Ludzie bowiem nieustannie fascynują się zagadkami historycznymi, różnymi ciekawostkami i chcą przez nie poznawać przeszłość. A także, jak to deklarują, niektórzy wybitni publicyści, zrozumieć co się dzieje dookoła i co się działo kiedyś. Ja tu celowo szydzę, albowiem wszyscy wiemy, do czego służą zagadki historyczne. Do odwracania uwagi od spraw istotnych, ciekawych i póki co jeszcze dostępnych legalnie, w wolnym obiegu. Istnieją oczywiście prawdziwe zagadki w historii, łatwo nawet dostępne, ale ich nikt nie rozwiązuje, albo czyni to tak, by odpowiedź na postawioną kwestię była możliwie absurdalna i idiotyczna. Weźmy taki przykład. Każdy wie, jak brzmi po angielsku nazwa gatunkowa świerka – spruce. Czyta się sprus. Każdy wie dlaczego i nikomu niczego tłumaczyć nie trzeba. Do portów wschodniej Anglii sprowadzano mnóstwo drewna z Prus, nie tylko świerka, ale także sosny i dębu, a wszystko to służyło potrzebom floty, tak handlowej, jak i wojennej. Gdzie zagadka, spytacie? Na samym wierzchu. Jak to jest możliwe, że kompanie, małe i wielkie ściągały hurtowo dłużycę z tak dużej odległości, by rozbudowywać flotę, a w pobliskim porcie, w Gdańsku i w drugim – Władysławowie, nie można było zbudować floty z miejscowego surowca? Nie można jej było zbudować w ogóle. Kiedy Zygmunt August rozpoczął swoje eksperymenty z przemysłem okrętowym cały materiał na galeon, który miał blokować Zatokę Gdańską ściągał z Italii. Stamtąd też przyjechali majstrowie, którzy wykonywali poszczególne prace przy okręcie. Jak wyjaśnić taką zagadkę historyczną? Wierni uczniowie Tomasza NN, a także naśladowcy Jacka Komudy i redaktora Janickiego, znają odpowiedź. To wszystko przez tę rozpijaczoną polską szlachtę, która była zapatrzona na Ukrainę, zamiast myśleć o handlu morskim i flocie wojennej. To przez nich nie można było wyrąbać lasu, przygotować desek na poszycie i zbudować pływających jednostek. Tak było! No, ale Anglikom opłacało się ciągnąć surowiec przez duńskie cieśniny, w wielkich bardzo ilościach, a my musieliśmy tylko stoczyć go do Wisły gdzieś pod Tczewem i poczekać aż dopłynie do Gdańska, tam już byli ludzie gotowi do obróbki i budowy okrętu. Może za tym stała jakaś polityczna decyzja? Może istniały w kraju jakieś organizacje i lobby, które nie dopuszczały do budowy tej floty? Może było tak, jak z przekopem mierzei? To niemożliwe, to wszystko przez zatabaczoną psychikę szlachty, nie rozumiejącej racji stanu.

Tak to właśnie wygląda, a jeśli czegoś nie można wyjaśnić w sposób zachowujący zasady elementarnej logiki, bo mózg wyjaśniającego dawno się z tymi zasadami rozstał, wtedy włącza się psychologię. Wczoraj oglądałem fragmenty filmu dokumentalnego o Iwanie Groźnym. Słowo kompania nie padło ani razu. Za to jakiś szwajcarski historyk udowadniał, że Iwan był groźny tylko w paszkwilach i ulotkach, które na jego temat kolportowano. Był srogi to prawda, ale także miał polityczny geniusz. Mówił to wszystko jakiś staruszek, który siedział sobie w Szwajcarii i historii Europy Wschodniej nie rozumiał absolutnie nic. Zamiast kwestii dotyczących handlu z Anglią przez Morze Białe w filmie umieszczono serię idiotycznych porównać Iwana ze Stalinem. Wystąpił tam także biegły sądowy, który na podstawie paszkwili z epoki usiłował zdiagnozować rodzaj obłędu, jakim dotknięty był car. I to jest naprawdę niezwykłe. Poza tym zakwestionowano autentyczność największego zbioru listów cara, który przetrwał do dzisiejszych czasów, a który ma być ponoć falszywką. Podejrzewam, że jest autentyczny. Jeśli badacze ciekawostek historycznych mówią, że coś jest fałszywką, możemy przypuszczać, że jest to autentyczne.

Jak wiecie uruchomiłem wczoraj profil na Patronite, żeby rozwiązać choć jedną z prawdziwych zagadek historycznych. Taką, której rozwiązania nikt w Polsce nie spróbuje, albowiem narracja na temat tych wypadków została zabetonowana przez Sienkiewicza i autorów, którzy w sposób całkowicie idiotyczny go naśladują. Oto link do profilu

https://patronite.pl/Coryllus?podglad-autora

Każde działanie musi mieć jakiś początek, a ja muszę Was informować o wszystkich poczynaniach, które podejmę, by zapisany tam cel zrealizować. Oczywiście w dążeniu do tego celu prosił będę o wsparcie i pomoc ludzi, którzy z pewnymi kwestiami radzą sobie lepiej ode mnie. I tak jeden z kolegów, na razie nie ujawnię jego nazwiska, wskazał mi taki oto zbiór listów i dokumentów. Link ten opatrzył listem, który zacytuję.

Najpierw link http://www.sequiturbooks.com/a-collection-of-the-state-papers-of-john-thurloe-esq-secretary-first-to-the-council-of-state-and-afterwards.html

Teraz list

Przedkładam profil Johna Turloe – bliski współpracownik Olivera Cromwella, który w 1652 r. został mianowany sekretarzem stanu. Rok później został szefem służby wywiadowczej, rozwijając rozległą siatkę szpiegów w służbie Korony na kontynencie. Należeli do nich holenderski dyplomata Lieuwe van Aitzem, matematyk John Wallis, który był odpowiedzialny za utworzenie wydziału łamania szyfrów.

Jego obszerna korespondencja stanowi jedno z głównych źródeł historycznych dla okresu rządów Cromwella. Liczy 7 obszernych  tomów.

Cytuję ten list in extenso, albowiem idę dziś do dentysty i nie mam czasu na opisywanie wszystkiego własnymi słowami. Stosunkowo niewiele listów dotyczy lat poprzedzających wojnę na Ukrainie, ale jak powiedziałem, od czegoś należy zacząć. Poprosiłem już Rafała, który zajmuje się tekstami francuskimi, żeby przejrzał opracowania korespondencji dyplomatycznej zebrane i wydane we Francji, w XIX i XVIII wieku. Łatwo nie będzie, bo wszyscy są zajęci i pewnie zajmie nam to trochę czasu, ale chyba warto.

Na koniec umieszczam jeszcze jeden list kolegi, który zajął się Johnem Turloe, długi i wyjaśniający wiele kwestii. Można go potraktować jako kamień węgielny rozważań na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce i na Litwie w I połowie XVII wieku.

Londyńskie gazety dostarczały prawie codziennie relacje z postępów armii króla Karola X Gustawa w wojnie z Rzeczpospolitą. Owe raporty z roku 1655 nie aprobowały expressis verbis konfliktu, ale ich format i wymowa ewidentnie faworyzowały stronę szwedzką.. Nie można ustalić narodowości, ale można dostrzec, że szwedzcy korespondenci znacznie przewyższali liczebnie Polaków. Ponadto obszar propagandowy zmonopolizowany był przez szwedzką narrację wydarzeń, w oparciu o listy nadsyłane przez Szwedów. Niewątpliwie Szwedzi zdominowali kanały komunikacji. Nawet bezstronne komunikaty donosiły o „kolejnym wielkim zwycięstwie”, a Polaków określano jako „wrogów” i „buntowników”, których należy doprowadzić do „prawdziwego posłuszeństwa”.

Nic dziwnego, albowiem kontrolowane przez rząd brytyjski gazety informowały o konflikcie w wersji lansowanej przez Olivera Cromwella, który to namawiał króla szwedzkiego aby wojnę z Rzeczpospolitą prowadzić pod pretekstem wojny religijnej. Aprobata dla agresji Karola X Gustawa połączona z negatywną postawą Cromwella wobec Polski, wychwalającego tym samym bunt Chmielnickiego jako „niszczyciela błędów papistowskich”. Ponadto lordowi protektorowi zależało aby nakłonić do zbrojnej agresji na Rzeczpospolitą również Portę.

Wspomniana jest również sylwetka Hieronima Radziejowskiego, który został gorąco polecony przez królową szwedzką Krystynę, co skutkowało jego ekspedycją do Anglii. Radziejowski składał propozycję na ręce angielskiej Komisji Spraw Zagranicznych odwrócenia konfliktu między Wenecją a Portą i tym samym przekierowanie sił osmańskich przeciwko Rzeczypospolitej, zaś Cromwell zostałby wówczas wykreowany na mediatora i orędownika sprawy protestanckiej.

Autorka przywołuje również strukturę wywiadowczą niejakiego Hartliba, która jednak była znikoma w porównaniu z rozległą siecią informatorów w służbie rządu Anglii. Rozwinięta przez sekretarza stanu Johna Turloe, składała się z kilkudziesięciu informatorów od Archangielska po Lizbonę, w tym wielu nieświadomych wywiadowców, których korespondencja była kontrolowana i przechwytywana. Większość meldunków pochodziła albo bezpośrednio z Polski i Litwy, albo z Rzeszy. Wiedeń określano jako ośrodek, który dostarczał obfitych informacji o Rzeczypospolitej. Generalnie miasta niemieckie stanowiły główne źródło informacji o Polsce i Litwie.

Jednak niemieckie miasta były zaledwie częścią złożonego systemu wywiadowczego Thurloe, który był zasilany nie tylko przez intelektualistów z kręgu Hartliba (m.in Jan Amos Komensky) i Oldenburga. Informacje o Polsce i Litwie spływały do Londynu od dyplomatów, kupców i żołnierzy z całej Europy, zaś raporty ambasadorów takich jak Prideaux w Moskwie, majora Rolta w Polsce (co znamienne to jego misja w 1655 r. do króla Karola X Gustawa, a nie króla Jana Kazimierza), Meadow w Kopenhadze, Bendysze w Konstantynopolu i szpiegów takich jak Stouppe z siedzibą w Paryżu.

Jedną z głównych trosk informatorów Thurloe’a była dokładność pozyskiwanych informacji. Według anonimowego nadawcy piszącego w 1655 r.

„wiadomości z Polski są tak niepewne i różne, że prawdziwy pisarz niechętnie wysyła je do przyjaciela”, a jednak dostarczał albowiem pochodziły one „z dobrych rąk do cesarskiego dworu”.

Wysoką pozycję w hierarchii źródeł informacji uznawano taki, które potwierdzały ich autentyczność jak te, które pochodziły od królowej Polski. Ponadto informatorzy Thurloe dokładali starań aby dostarczać tylko zweryfikowane informacje. Co interesujące to, że również uzupełniali poszczególne raporty, ale i kontrolowali się nawzajem, co można wywnioskować z korespondencji rezydującego w Hamburgu szpiega Bradshawa, który doniół Thurloe’owi o jego kontaktach z majorem Roltem.

Na razie to tyle. Są oczywiście historycy, którzy się tymi kwestiami zajmują, ale piszą oni po angielsku i teksty ich nie są w zasadzie dostępne polskiemu czytelnikowi. Ten bowiem uważany jest, w najlepszym razie, za sympatycznego podludzia, który niewiele rozumie. Na dziś to tyle. Jeszcze reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

 

wrz. 222021
 

Kryzys pojawia się niestety nagle i nic go nie zapowiada. Jego przyczyny zwykle są fizyczne, to znaczy ja tak sądzę, i wiążę wystąpienie kryzysu z przemęczeniem. Choć przecież odpocząłem w tym roku trochę i powinienem być w formie. Nie jestem. Skończyłem nawigatora, który poszedł do druku, ale nie wyszedł taki, jak chciałem. Poświęcony jest Oksytanii. Być może kryzys jest spowodowany jakimiś wewnętrznymi napięciami, których nie zauważam, albo je lekceważę. Nie będę tego roztrząsał. Niestety jesteście jedynym audytorium jakie mam, a człowiek musi czasem pogadać do kogoś, w ramach terapii, żeby nie przenosić traum zawodowych do domu. Chcecie czy nie, będziecie musieli to przeczytać. No, ale sami wiecie, że nigdy nie narzekam i jak mi się zdarzy raz na dziesięć lat powiedzieć lub napisać coś takiego, to chyba będzie mi to wybaczone. Zacznę od końca. Rozmawiałem wczoraj z panem Januszem, który jest tak zwaną złotą rączką i czasem robił u nas różne naprawy. Rzucił to jednak, bo dostał fantastyczną posadę akwizytora dachów. Zacząłem się zastanawiać, czy aby nie pójść w jego ślady i z głupiego pisarza nie zamienić się w mądrego akwizytora dachów. Różnicy w zarobkach nie będzie. Skąd w ogóle takie myśli?

Obserwuję co się dzieje dookoła i zajrzałem, całkiem niechcący, na stronę Igora Janke zatytułowaną Układ otwarty. Przeczytałem tam zdania – Polska doliną kwantową? Dlaczego nie chcemy się szczepić? Dostrzegłem także informację, że Igor Janke zbiera pieniądze na patronite, by jeszcze bardziej udoskonalić swoje przedsięwzięcie. Co to jest, do ciężkiej cholery, dolina kwantowa?! Ktoś może mi to wyjaśnić? O tym dlaczego nie chcemy się szczepić trąbią wszyscy od rana do nocy. Gdzie tu jest jakaś myśl oryginalna i ciekawa, albo choćby cień polemiki z dominującym przekazem? Próbowałem nawet włączyć sobie nagranie, które tam jest, z jakimś gościem, co przyjechał ze Stanów do Polski, bo tu jest lepszy klimat do robienia interesów. Nie dałem rady, wyłączyłem.

Od dłuższego czasu prześladuje mnie myśl, że przez trzynaście lat swojej działalności publicystycznej, która przecież nie jest byle jaka i wymaga wielkiej sprawności warsztatowej, piszę przecież codziennie i to nie są teksty o dolinie kwantowej, doczekałem się dwóch pozytywnych recenzji. Jedną napisała dawno temu blogerka Elig, a drugą też dawno, ale nie tak znowu, Janek Bodakowski. To wszystko. Wszystkie inne recenzje były krytyczne. Każdy kto chce się zapoznać z moimi książkami trafia na Ebenezera Rojta, albo na Napierałę, albo na jakieś noł nejmy, szczekające od prawa do lewa, bez zrozumienia powodu szczekania. I to wszystko dzieje się mimo bezspornego faktu, jakim jest seria udanych realizacji edytorskich. Nikt nigdy pozytywnie nie zrecenzował ani wspomnień Hipolita Milewskiego wydanych przez Klinikę Języka, ani wspomnień Edwarda Woyniłłowicza, choć wszyscy chętnie z tych treści korzystają, by podnieść sobie pozycję towarzyską. O tym, by ktoś pozytywnie zrecenzował kwartalnik Szkoła Nawigatorów, albo portal Szkoła Nawigatorów, nie może być nawet mowy. W najlepszym razie zasługujemy na jakieś lekceważące uwagi. Nic więcej. Oczywiście wszyscy wiemy, że bez zaangażowania czytelników i autorów z SN nie byłoby tego sukcesu. Tyle, że ja nie mogę już więcej zrobić nic, by ten sukces jakoś podnieść wyżej. Próbowałem, ale się nie udało.

Wymyśliłem projekt na Patronite, który składa się z trzech elementów. Oto one:

Zgromadzenie dokumentacji historycznej, opisującej lata poprzedzające wojnę z Chmielnickim na Ukrainie, która wybuchła w roku 1648. Celem jest zapoznanie się z niepublikowaną do tej pory w języku polskim dokumentacją, która znajduje się w archiwach innych państw: Rosji, Turcji, Ukrainy, Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Grecji. Trudno oszacować koszt wydobycia tych dokumentów, tak więc kwota przeznaczona na realizację celu ma charakter orientacyjny.

Publikacja dokumentów historycznych, które nie były nigdy publikowane po polsku, dotyczących wojny kozackiej roku 1648 na łamach kwartalnika „Szkoła Nawigatorów”, a także nagranie serii podcastów, które omawiać będą zawartość tych dokumentów.

Czy możliwe jest napisanie powieści historycznej inaczej niż to zrobił Henryk Sienkiewicz? Wierzę, że tak. Autor pominął bowiem wiele ciekawych, dynamicznych i całkiem zapomnianych wątków, koncentrując się na rozterkach i przygodach grupy młodych bohaterów. Ten sposób pisania, choć ma dziś wielu naśladowców, jest bardzo archaiczny i nie odpowiada oczekiwaniom współczesnych czytelników. Należy go zmienić, rzucając wyzwanie Henrykowi Sienkiewiczowi, Taki jest mój trzeci cel

Nie chciałem, by profil czymś się szczególnie wyróżniał, albowiem chciałem dokonać tej zbiórki możliwie dyskretnie. Nie chodzi bowiem o to, by reklamować swoją działalność na Patronite, ale by ją reklamować na rynku książki i na rynku treści. To ważne, albowiem wszyscy – dowodem jest Igor Janke – porzucają produkt najważniejszy czyli książkę i usiłują sprzedać półprodukt, czyli siebie samych w jakichś nagraniach, z zaproszonymi gośćmi jako tłem. To jest obłąkanie prowadzące do unicestwienia, czego na razie nikt nie widzi. A jak zobaczy będzie już za późno.

Dostałem wczoraj taką odpowiedź:

Dzień dobry,

dzięki za zgłoszenie profilu do akceptacji. 

Na samym początku prosimy Cię o umieszczenie słowa „Patronite” w dowolnym miejscu, na jednym z Twoich mediów społecznościowych.

Ważne – nie powinien być to post, ale raczej mniej widoczne miejsce: np. sekcja Informacje na Twoim Facebooku, opis starego filmu na YouTube czy treść dawnego artykułu na blogu.

Ten proces pozwala nam wstępnie zweryfikować Twoje konto i przejść do kolejnych kroków procesu akceptacji. Po dodaniu hasła „Patronite”, prześlij nam link do miejsca, w którym je znajdziemy! 🙂 

Co dalej? Jeszcze kilka modyfikacji, zanim konto znajdzie się na stronie głównej. 

PROGI – to bardzo ważna sekcja. Każdy próg musi zawierać wynagrodzenie adekwatne do kwoty (pamiętaj, że subskrypcja trwa min. 3 miesiące, nie jest to jednorazowe wsparcie). Zaczęłabym od progów 5, 10, 20zł.  Zajrzyj do poradnika, by dowiedzieć się więcej na temat idealnych progów:  https://patronite.pl/post/320/progi-poradnik-dla-autorow

 

 CELE – nie są obowiązkowe, ale świetnie motywują Patronów do działania. Ważne! Aby spełniały swoje założenia muszą przynosić obustronne korzyści Każdy cel powinien zawierać trzy elementy, szczegółowo zostały opisane w tym poradniku: https://patronite.pl/post/283/cele-nadaj-kierunek-swojemu-profilowi-poradnik-dla-autorow

 

 OPIS – napisz proszę coś więcej o sobie! Pamiętaj, że możesz wstawiać zdjęcia, ale i osadzać YouTubowe filmy (wystarczy skorzystać z narzędzia, dostępnego na pasku – ikona YouTube). Opisz tutaj swoją pracę, dokonania i plany na przyszłość. Na koniec wyjustuj tekst.

https://patronite.pl/post/2453/autorze-zadbaj-o-swoja-wizytowke

 

W razie potrzeby, służę pomocą!  Wycofałam profil z kolejki oczekujących, żeby można było wprowadzić zmiany. Gdy uzupełnisz już wszystkie elementy, ponownie zgłoś profil do akceptacji. 


Umieściłem więc na fejsie taką informację: Próbowałem zalogować się na Patronite, ale bez powodzenia. Wiedzą lepiej ode mnie czego chcę. To jest nie do zniesienia

 

Nie mam już do tego siły. Ludzie wierzą bowiem, że jak Monika Jaruzelska napisze, że chce zmienić poziom dyskusji i podnieść kulturę debaty politycznej w Polsce, to ludziska się zlecą i jej zapłacą masę forsy. To samo ma być w przypadku pana Igora, który napisze, że Polska będzie doliną kwantową. Bo to są nośne hasła. Mój zaś profil wymaga dopracowania. Jakiego do ciężkiej cholery dopracowania?!!!!!! Zbieramy kasę, wyciągamy z bibliotek i archiwów nigdy nie publikowane dokumenty w językach takich, jak turecki, tłumaczymy je i wydajemy!!! Wszyscy mają fun i jest zabawa, nikt się nie nudzi. Ludzie czytają, ekscytują się, powstają nowe numery kwartalnika, a na koniec Michał Radoryski pisze powieść pod tytułem Wojna z Fanarionem, całkiem nowatorską zarówno w formie jak i w treści!!! Dlaczego nie można tego po prostu zaakceptować skoro można tam umieścić dolinę kwantową i Grygucia?!!! W przeciwieństwie do zamierzeń wymienionych osób mój projekt na pewno zostanie zrealizowany, książki na pewno zostaną napisane i na pewno zostaną wydane. Co do tego nikt chyba nie ma żadnych wątpliwości!!!

Nie, kurwa, musi być dolina kwantowa i podniesienie kultury denaty politycznej w Polsce…

wrz. 212021
 

Trochę się wahałem wczoraj czy umieścić tu taki tytuł, ale ostatecznie się przekonałem, że jednak warto. Skoro Piotr Niemczyk, były szef UOP ma na patronite profil, na którym zbiera pieniądze, by wydawać za nie książki o nauce szpiegostwa, to chyba tytuł ten nikogo nie zbulwersuje. Zacznę jednak od teatru. Rozdawali wczoraj w Zamościu jakieś nagrody za reżyserię spektakli teatralnych. Rozdawała je żona Cezarego Gmyza, a całą imprezę firmował Jacek Kurski. Przemożne pragnienie prezesa TVP, by uchodzić za intelektualistę, wywołuje we mnie dreszcze i kiedy to widzę, jak on się tam męczy na tej scenie usiłując wydusić z siebie jakieś mądre zdania, zaczynam odruchowo dłubać w nosie, a mam też ochotę jeść gołymi rękami bez sztućców. Wszystko po to, by jakoś ten kulturalny stres odreagować. Wręczyli wczoraj główną nagrodę reżyserowi spektaklu, którego tytułu już nie pamiętam. Opowiadał on jednak o tym, jak to ojcowie Paulini ratują Żyda w czasie wojny. Żyd zaś prowadzi z przeorem długie rozmowy o tym, kto jest odpowiedzialny za holocaust – osobiście pan Jezus, czy też chrześcijanie, którzy nie zrozumieli jego przesłania. Takie tam dialogi lecą, sami sprawdźcie. Wskazanie Niemców jako winnych, nie wchodzi już oczywiście w grę, podobnie jak wymówienie nazwiska Hitler. Kontekst cierpienia musi być możliwie szeroki, a to oznacza, że trzeba koniecznie zaangażować w to samego Pana Jezusa. O tym, by wspomnieć słowem, że większość Niemców to protestanci, nie może być mowy, bo nagrody wręcza żona Gmyza, który jest protestantem i mógłby poczuć dyskomfort. Kiedy zaś winą za holocaust obarczy się Zbawiciela i jego wyznawców, nikt się nie obrazi, a Kurski to zrozumie i będzie myślał o sobie, że jest człowiekiem głębokim. Nie wiem, jak kończy się ta sztuka i nie chcę wiedzieć. Jej reżyserem jest – co stanowi drugi, równie istotny element anegdoty – Jacek Raginis Królikiewicz. To jest syn zmarłego przed kilku laty reżysera Grzegorza Królikiewicza, a nazwisko Raginis dodał sobie, po kapitan Raginis był jego pradziadkiem. Wszystkie te okoliczności powodują, że nadałem dzisiejszej notce taki oto tytuł. Mamy tu bowiem, w tym całym zestawie gadżetów, wyraźny rys wróżbiarski. Chodzi o to, że wróż lub wróżka, zanim zacznie wykonywać swoje czynności zawodowe musi się najpierw uwiarygodnić. Można to zrobić na kilka sposobów, ale w opisywanych przypadkach szklana kula i wypchana sowa nic nie pomogą. Potrzebne są inne rekwizyty. No i mamy je tam po kolei – sławnego bohatera, sławnego reżysera, głęboki metafizyczny i religijny kontekst. Pozostaje tylko wyjaśnić czemu służy wróżba. Mniemam iż chodzi o to czym będziemy żyli przez najbliższe dekady i jak kształtowane będą – poprzez kulturę i sztukę – nasze myśli. Każdy widzi jak – Pan Jezus jest odpowiedzialny za holocaust, a chrześcijanie mogą tę informację jedynie zaakceptować. Mam na myśli polskich chrześcijan, bo przecież nie niemieckich, którzy są dobrzy, albowiem oprzytomnieli w porę i porzucili tego zbrodniarza papieża. Każdy kto pamięta spektakle teatru telewizji emitowane za komuny, zauważył, że małymi wyjątkami były to przedstawienia o wymowie optymistycznej, a jeśli nawet nie, to grane na najwyższym poziomie i w zasadzie nie mające nic wspólnego z polityką. Tak, jakby komuna chciała powiedzieć widzom – bawcie się, wszystko będzie dobrze. I rzeczywiście było. To znaczy nie wybuchła żadna wojna.

Teraz mamy coś, na co patrzeć się nie da. Coś, co zostało obudowane gadżetami mającymi patriotyczną wymowę i przez to bezwzględnie wiarygodnymi. Nie wierzysz człowieku w dobre intencje reżysera Raginisa Królilkiewicza? Nie jesteś dobrym patriotą, nie rozumiesz sztuki, nie chcesz dobra Polski. No cóż, ja nie wierzę. Sprawdziłem sobie od razu co tam, dawnymi laty, reżyserował Grzegorz Królikiewicz, postać dość kontrowersyjna i uchodząca za buntownika. Przypomniał mi się też wywiad z tym panem, w którym poruszał on wszystkie możliwe tematy, byle tylko nie mówić o tym, co akurat robi. Wygłaszał też dość dziwaczne tezy dotyczące renesansowej rzeźby w Polsce. Dlaczego to czynił? Prawdopodobnie też chciał coś wywróżyć. Nie mogę tego jednak z całą pewnością stwierdzić po latach. Grzegorz Królikiewicz wyreżyserował też w roku 1981 film pod tytułem Klejnot wolnego sumienia. Opis tego filmu jest cokolwiek zdumiewający. Oto ów Klejnot, to po prostu Konfederacja Warszawska, która dała protestantom swobodę wyznania. Naprawdę jednak zainstalowała w kraju obce agentury i robiła jedność narodu. W filmie protestanci, jak wynika z opisu zabijają katolickie dziecko, a jego ojciec jedzie w związku z tym ze skargą do króla. Nie trafia jednak w dobry moment, bo Zygmunt August umiera, a Zamoyski popiera konfederację. Tak to opisują. Należałoby jednak ten film obejrzeć, albowiem jego rzeczywista wymowa może być inna. Królikiewicz bowiem został pochowany na cmentarzu ewangelicko augsburskim. Filmu nie sposób namierzyć i pewnie nigdy nie dowiemy się o co chodziło w nim naprawdę.

Dlaczego ja włączyłem do tego wszystkiego Mateusza Morawieckiego? Powodów jest kilka. Po pierwsze sytuacja na granicy i zachowanie Łukaszenki, który z całą pewnością ma niemieckie gwarancje i tylko dzięki nim uruchomił ruch bezwizowy z Pakistanem, Afganistanem i Irakiem. Niemcy bowiem wywierają wpływ na politykę amerykańską. Po drugie zachowanie Unii, która nie wypłaca nam pieniędzy, wykręcając się idiotycznymi wymówkami, po trzecie drakońskie kary za elektrownię Turów. Wszystko to, dokładnie tak samo, jak spektakl nagrodzony przez Kurskiego, ma charakter wróżby. Morawiecki nie chce ustąpić i czuje się bezpiecznie, chce pokazać, szczególnie przed wyborami w Niemczech, że Polska jest stabilna i dobrze rządzona. Taka Polska nie jest Niemcom do niczego potrzebna to jasne i zrobią oni wszystko, by wskazać, że są jedynym stabilizatorem sytuacji w środkowej Europie. Tusk zaś na dokładkę, zaczął kokietować wieś. To wygląda śmiesznie, ale moim zdaniem śmieszne nie jest. Ludzie bowiem na wsi chcieliby, żeby ktoś ich docenił i przestał traktować jak istoty z innej planety. To się Tuskowi nie uda, ale jego próby mogą zostać docenione. Wszystkie możliwe granice przekracza OKO Press, które puszcza na fejsie, jakieś sfingowane modlitewne śpiewy, w wykonaniu poprzebieranych za wiejskie kobiety aktorek. Są to niby modlitwy za tych, co umarli w bagnach Supraśli, albowiem zbrodniczy polski rząd nie udzielił im pomocy. I tu dochodzimy do metafizycznego zbioru znaczeń wspólnych z tym, co dzieje się za oknem i spektaklem Raginisa Królikiewicza. Czy te śpiewające kobiety wykonują jakiś, znany z obrzędów pogrzebowych w Kościele Katolickim utwór? Oczywiście, że nie. Nie wiadomo co to za piosenka. Przynajmniej ja nie wiem. Przebrane są, jak to na Podlasiu, za niewiasty miejscowe, w domyśle prawosławne. Czy jest z nimi jakiś prawosławny ksiądz? Rzecz jasna nie. Czym wobec tego jest ta uroczystość? – Wróżebnym teatrem.

W Polsce żywy jest całkiem spory obszar naśladownictw kultury ludowej, a celem tych aranżacji jest oderwanie tej kultury od Kościoła. Taka uwaga na marginesie.

Jeśli mamy więc takie okoliczności, a wybory w Niemczech tuż, tuż, należałoby to wszystko jakoś domknąć. Zaaranżować coś, co jasno pokaże jakie będą priorytety w myśleniu i działaniu politycznym Polaków przez najbliższe lata. I stąd właśnie taki tytuł. Dziwię się, że to nie Piotr Niemczyk napisał taki tekst, ale ja, człowiek nie mający przecież dostępu do istotnych narzędzi poznania w zakresie operacji tajnych, opisujący tylko to jedynie, co sam widzi.

Co w tym czasie dzieje się w kulturze niemieckiej? Opowiem dwie znane już anegdoty, które świadczą, że Niemcy są już na innym poziomie percepcji i tam, na tej wyżynie, za pomocą mrugnięć i uśmiechów, bez jednego słowa, porozumiewają się z Aleksandrem Łukaszenką. Nie wiem czy wszyscy pamiętają scenę z filmu Nasze matki, nasi ojcowie, w której widać spalony czołg T-34 z numerem 102. To było nawet zabawne.

Drugą anegdotę, ktoś tu ostatnio przypomniał. Oto powstał film o Czerwonym Baronie, Manfredzie von Richthoffenie, a jedną z występujących z nim postaci, jest żydowski kolega Manfreda, lotnik, syn bankiera, który bardzo się troszczy o swoje zdrowie i lata w futrze. Zestrzeliwują go oczywiście. Na koniec, w liście płac, pojawia się informacja, że jednak żaden Żyd z Richthoffenem nie latał. Obydwie te anegdoty powinny być przedmiotem głębokich studiów na wszystkich wydziałach reżyserii w Polsce. Można by na ich podstawie kręcić etiudy, a nawet seriale. No, ale żadna z nich nie uruchamia twórczych procesów w głowie prezesa Kurskiego, dlatego właśnie musi on szukać inspiracji gdzie indziej.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 202021
 

Zacznę nietypowo, od linku, upamiętniającego Jerzego Targalskiego, który zmarł wczoraj https://wpolityce.pl/polityka/566856-targalski-tajne-sluzby-czytal-rownie-latwo-jak-pismo-klinowe?fbclid=IwAR3bAbZ-9eH5qVlraTP_R3A7e8ZSV95SEZaAdhdHtBRJv84YaMzGV_rGA5U

Z Jerzym Targalskim wdałem się w kilka widowiskowych bardzo awantur, a jedna z nich zakończyła się wyrzuceniem mnie z blogów na niezalezna.pl. Wcześniejsza dotyczyła zaś III tomu Baśni, który Jerzy Targalski uznał za coś niezwykle kompromitującego. Powiedział nawet – o ile dobrze pamiętam – że teraz to już się tak skompromitowałem, że nie ma żadnych szans, bym się z tego upadku podniósł. Był jednak czas, kiedy Jerzy Targalski myślał nawet o tym, by mnie zatrudnić, jako współpracownika Gazety Polskiej. Poszedłem nawet na spotkanie z nim, ale w ostatniej chwili się wycofał i zamiast niego przyjął mnie jakiś jego młodociany współpracownik, który potem zrobił w tej gazecie jakąś tam karierę. Próbował ów człowiek sprawdzić moje umiejętności, jako autora, a było to już po tym, jak pobiłem w salonie24 wszystkie rekordy klikalności.

W czasach kiedy panowała powszechna równość, a ludziom z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego i w ogóle ludziom z PiS zależało na tym, by blogerzy pisali o nich cokolwiek, Jerzy Targalski zniżał się nawet do polemik z niektórymi, czynił to oczywiście z pozycji swojego niekwestionowanego autorytetu. Dla mnie, rzecz oczywista, Jerzy Targalski nigdy nie był żadnym autorytetem. Wdałem się nawet kiedyś w polemikę z jego zwolennikami i zadałem im pytanie – oczywiste w mojej ocenie – jak ktoś, określający się jako specjalista od Mezopotamii, mógł nie odwiedzić nigdy Iraku? Odpowiedziano mi, że jestem głupi, bo nie trzeba tam wcale jeździć, by być specjalistą. Wystarczy przestudiować teksty znajdujące się w londyńskich bibliotekach. Przyjąłem to do wiadomości.

Ktoś może powiedzieć, że to co piszę jest okropne, albowiem nie można mówić źle o zmarłym. No, ale można chyba wspominać fakty z jego życia i wspólnych jakichś interakcji? Tym bardziej moim zdaniem można im silniej laurka zalinkowana na początku przypomina opowieści o przygodach Sat Okha, polskiego Indianina, który walczył z Niemcami w Górach Świętokrzyskich.

Jedną z osób wspomnianą w tej laurce jest Jan Malicki, redaktor naczelny Przeglądu Wschodniego. Dawno, dawno temu miałem okazję poznać Jana Malickiego, a nie tak dawno temu usłyszałem na jego temat mnóstwo ciepłych słów, między innymi i te, że nie bierze on i periodyk, którym kieruje, udziału w szaleństwie zwanym punktozą. To wielki plus, bo oznacza to, że jest nas już dwóch. O ile Jan Malicki jest jeszcze tym naczelnym.

Tym dziwniej się czuję czytając, jak Malicki opowiada historię o tym, jak syn członka KC PZPR wciągnął go do opozycji, ostrzegając go jednocześnie, że zaraz po tym wciągnięciu zostanie aresztowany. Nie wiem w ogóle skąd się bierze w ludziach przymus opowiadania takich historii na trzeźwo? Może wy to jakoś wyjaśnicie, bo ja nie potrafię.

Poznałem w życiu kilku poliglotów, ludzi, którym łatwo przychodziła nauka języków obcych. Myślę, że to są sprawy głęboko intuicyjne i odbywające się poza świadomością. Jeden to ma, a inny nie ma. Wszyscy ci ludzie byli nie do zniesienia. Po prostu i zwyczajnie nie nadawali się do funkcjonowania w grupie. Profesorów zaś popisujących się tekstami typu – do przyszłego tygodnia nauczy się pan włoskiego – jest na uniwersytecie mnóstwo. Współpraca z nimi jest niemożliwa, w zasadzie fikcyjna. Pomijam już fakt, czy ludzie ci autentycznie potrafią czytać w tylu językach, czy jedynie markują znajomość studiowanych treści. To ostatnie bowiem wcale nie jest wykluczone.

Po tym jakże niestosownym i kompromitującym mnie w oczach poważnych ludzi wstępie, możemy przejść do rozważań dalszych. Żeby uzyskać jakiś efekt potrzebne są nakłady – środków i energii. Nie zawsze jednak, bo niektórzy ludzie poprzez fakt posiadania ustosunkowanych rodziców, mogą działać efektywnie przy minimalnych nakładach, albo wręcz bez nich i bez specjalnego wydatkowania energii. Na zasadzie – wystarczy być. Niestety struktury w jakich funkcjonują często ulegają gwałtownej erozji. Na szczęście w naszym społeczeństwie działają pewne mechanizmy zabezpieczające. One nie są łatwe do opisania, ale można próbować. Ponieważ w Polsce nie istnieją żadne realnie państwowotwórcze struktury, a jedynie takie, które korzystając z parawanu z takim napisem, robią jakieś prywatne interesy, niemożliwe jest przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji firmowanej przez państwo, która zakończy się sukcesem. Niemożliwe, bo buty wszystkich ułanów szykujących się do wielkiej szarży są powiązane sznurówkami i przy pierwszym gwałtownym ruchu wszyscy oni walą się na ziemię. Tworzy się plątanina ciał końskich i ludzkich, z której ktoś tam usiłuje się wygrzebać. Świadomi tego dowódcy preferują więc działania zakulisowe. One polegają zawsze na tym samym – na znalezieniu ludzi, którzy szczerze i bez żadnych zobowiązań, zmarnują swoją energię na ustawianie z powrotem w szeregu tych poprzewracanych i na nawoływanie ich do kolejnej, tym razem już na pewno udanej szarży. Odejdźmy jednak o tych metafor a la Wałęsa i pogadajmy o konkretach.

Pamiętam swoją wizytę w redakcji Gazety Polskiej, a było to niedługo po Smoleńsku. Ludzie, którzy tam siedzieli patrzyli na mnie wilkiem, jak na kogoś, kto przyszedł im odebrać chleb. Oczywiście, tacy jak ja mogli wspierać słuszną sprawę, gdzieś hen, w szerokich przestrzeniach internetu, ale od miejsc pracy i budżetów powinni się trzymać z daleka. Ja nie miałem zamiaru tam pracować, to jasne, ale jeden z kolegów, uparł się, bym jednak tam poszedł. Nie miałem bowiem w tym czasie innego zajęcia, a miałem małe dzieci. Na szczęście nic z tego nie wyszło.

Wiele jednak osób zaangażowało się szczerze w różne inicjatywy lansowane przez ten periodyk, a niektóre z nich nawet potrafią się przyznać, że szczerze tego żałują. Chodzi o to, że każda struktura w Polsce ma charakter wampiryczny i przetrwalnikowy. Potrafi bardzo długo zachować swoje funkcje leżąc bez ruchu przykryta mułem, a ożywia się dopiero wtedy kiedy jakiś frajer na nią nadepnie. Wtedy macki tego dziwnego organizmu zaczynają wysysać jego energię. On zaś, jak istota ukąszona przez jadowitego stwora z innej planety, będzie odczuwał wyłącznie euforię, która nie pozwoli mu zrozumieć, że jest w pułapce. Wszystko to za sprawą związków chemicznych wpompowanych do jego organizmu przez to ukryte pod mułem coś. Kiedy ofiara zorientuje się, że dzieje się coś złego, potrafi się wyzwolić i uciec, ale trauma po tej przygodzie jest nie do zaleczenia. Myślę, że coś takiego było udziałem Grzegorza Brauna. Nagle zorientował się on, że jego energia i pomysły idą, jak to się mówi, niczym krew w piach. Pod warstwą piachu zaś znajduje się coś, co żywi się tą energią. Kiedy uświadomił sobie co się dzieje zmienił nieco przekaz, by wyzwolić się z pułapki. Takich przypadków, tyle, że mniej widowiskowych i mniej spektakularnych, jest całe mnóstwo.

Omówmy teraz rodzaje przynęt jakie kosmiczny stwór stosuje, by przywabić swoje ofiary. Jedną z nich jest opowiadanie o niezwykłych umiejętnościach ludzi, takich jak Jerzy Targalski, o czytaniu pisma klinowego i węzełkowego, o tym, że można się nauczyć rumuńskiego podczas dwóch wizyt w Mołdawii i poznać historię tego kraju czytając teksty w oryginale. Tak, jakby nie można było ich poznać czytając je po angielsku. Mam nadzieje, że mnie rozumiecie. Pułapką jest pewien rodzaj intelektualnego wyrafinowania, wręcz smakoszostwa. Ono w ludziach przytomnych wzbudza jedynie drwinę i politowanie, ale mówimy o strukturze, która szuka źródeł energii, by się utrzymać przy życiu, a nie o tak zwanych zwykłych ludziach.

Pułapką są też wszystkie próby lansowania projektów wydawniczych, publicystycznych i filmowych w tak zwanych atrakcyjnych formatach. Można to nazwać tworzeniem legend. Mamy z tym do czynienia na co dzień i wiemy, jak to jest męczące, nieskuteczne i słabe. Nikt jednak z tych pomysłów nie rezygnuje, mają one bowiem charakter pułapki. I ciągle trafiają się biedacy, którzy w nie wpadają. Zakładanie takich pułapek jest koniecznością, by ukryta struktura mogła przetrwać. Jej istnienie, a zarazem słabość, manifestuje się w tym, że nie można ona wprost założyć nam kagańca na twarz, albowiem znikną źródła energii, którą się żywi. Może jednak zawłaszczać cudze pomysły i formaty oraz cały ten wielki obszar, na którym zdecydowaliśmy się funkcjonować. Cały obszar treści dotyczących polityki i historii naszego państwa. Rości sobie też ona prawo do decydowania kto jest, a kto nie jest dobrym Polakiem. To także jest pułapka i jej zastosowanie wynika wprost z tego, co opisałem wyżej – do organizmu musi być dostarczona energia w odpowiednich dawkach i stężeniu. Inaczej koniec. Czy to znaczy, że nie można sobie z tym poradzić? Można, ale trzeba zrezygnować z oczywistości, a także tych preparatów zawierających atrakcyjną treść, których zastosowanie narzuca się nam niejako samo. Nie pojedziemy na tym daleko. Dlatego właśnie, między innymi, wydawnictwo Klinika Języka wydaje takie książki jak Czerwiec polski i Handel wołami w Polsce. Tym ludzie opisywanego tu pokroju nie pożywią się nigdy, albowiem dla nich jest to intelektualna trucizna, coś, czego nie da się przekuć w komunikat typu – nauczy się pan rumuńskiego na jutro, a na pojutrze portugalskiego – bo ja już umiem.

Struktura, którą opisuję, zmierza, jak sądzę, od jakiegoś czasu, w tym kierunku, by w ogóle zlikwidować nośniki treści inne niż nagrania na YT i krótkie wypowiedzi w mediach elektronicznych. Mam na myśli głównie książki. Nie może mieć ona bowiem żadnego wpływu na relację pomiędzy czytelnikiem a książką i jej autorem. Nagrania zaś można formatować jak się chce i upraszczać w nieskończoność, tak by każdy już wiedział, co ma mówić i robić, by swoją energią nakarmić ukrytego w mule kosmicznego stwora.

Wszystko co napisałem jest oczywiście okropne, ale zrobiłem to na zimno, z premedytacją. Wśród powodów jest także i ten, że autor laurki na cześć Jerzego Targalskiego nosi takie samo, jak ja nazwisko. Mogłoby się zdarzyć, że ktoś by – nie daj Boże – nie odróżnił jednego z nas od drugiego. A tak już każdy będzie wiedział czym Gabriel Maciejewski różni się od Jakuba Maciejewskiego.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 192021
 

Siedziałem sobie wczoraj przed telewizorem i z nudów przełączałem kanały. Trafiłem w końcu na serial, który nazywa się Kuchnia. W obsadzie są tam ci co zwykle, a najważniejsze miejsce zajmuje Karolak, który niebawem zamieni Beskid Niski w obszar podporządkowany oddziałowi żołnierzy wyklętych, którego będzie dowódcą. Wcale nie żartuję, posłuchajcie, co Karolak mówi prywatnie, o sprawach poważnych. No, ale dziś nie o tym. Obejrzałem kawałek tego serialu i okazało się, że najśmieszniejszym momentem, jest tam sytuacja, kiedy ktoś rezerwuje stolik dla swojego kolegi na nazwisko sławnego pisarza Zygmunta Miłoszewskiego. Powiem tak, nigdy nie mówię o sobie – pisarz. To znaczy nigdy nie mówiłem, dopóki się nie nawaliłem na ostatnim weselu. Bo to jest niedopuszczalne, no ale natura ludzka jest ułomna. Więcej tego nie zrobię. W serialu dla ludzi kochających seriale, zrobionym – słowo w słowo – na ruskiej licencji, ktoś wstawił Miłoszewskiego. Kto z widzów wciągających to przedstawienie, wie kim jest Miłoszewski? I gdzie tam jest coś śmiesznego? Drugim komediowym momentem w obejrzanym fragmencie był ten, ściągnięty z jakiegoś starego filmu z Michnikowskim, który wzięty zostaje w lokalu za inspektora sanitarnego, albowiem urządzeniem do mierzenia stężenia alkoholu, które posiadł przypadkiem, miesza wódkę w kieliszku. To samo było w serialu z Karolakiem. Oni myślą bowiem, wskazuję na scenarzystów i producentów, że ludzie nie pamiętają tych starych filmów, albo, że będą się śmiali jeszcze raz z tego samego. Nie to jednak jest przedmiotem dzisiejszej krytyki.

Wielokrotnie podkreślałem, że najważniejszą sprawą jest pozyskanie, utrzymanie i kontrolowanie kanałów dystrybucji. Jest to istotne w skali makro i w skali mikro. Kiedy na rynek polski wchodzi jakiś koncern, ma gwarantowaną dystrybucję, a jego produkty automatycznie znajdują się w sklepach i to wynika z umów o charakterze politycznym. Obecność bowiem Coca coli i Pepsi w Polsce to element polityki. Zawsze tak było. Problemem menedżerów jest tylko to, jak zwiększać sprzedaż kosztem innych produktów.

Treść dystrybuowana przez media, także jest elementem polityki, ale polityki środowisk, nie zorganizowanej polityki państwa. Mówimy o tym ciągle. To znaczy, chodzi o to, by wszystkie topowe tematy, topowe licencje i najważniejsze kanały dystrybucji obsiedli ludzie, którzy uważają, że dziedziczą do tego prawo. Nie dziedziczą, wszyscy o tym wiemy. Karolak nie jest żołnierzem wyklętym, to jasne. Nie jest istotne co dystrybuujemy i jaką to ma jakość, ważne, byśmy to czynili za pomocą najważniejszych kanałów, czyli telewizji. I ważne, by wypełnić wszystkie kluczowe miejsca w hierarchiach. Cóż to za hierarchie? Można by je nazwać wyobrażonymi. Bo co to jest za stanowisko – pisarz? Realnie to jest nikt, ktoś kto zarabia na pisaniu i sprzedawaniu książek, a to nie jest ani specjalna frajda, ani za duży zysk. No, ale żyjemy w takim systemie, który pisarza wyniósł wysoko i nie można tej funkcji tak po prostu zostawić. Można ją tylko przejąć, albo zdegradować. Kiedyś, dawno temu, napisałem, że kiedy postkomuna w Polsce zorientuje się, że ludzie nie chcą czytać produkowanych przez nią książek, zamknie rynek i ogłosi, że już czytania nie będzie. Moment ten właśnie się zbliża, a poznajemy to po tym, że nikomu nieznany pisarz Miłoszewski znalazł się w serialu, gdzie główną rolę gra Karolak. A stało się tak dlatego, by ludzie nie zapomnieli o Miłoszewskim, którego i tak mają w nosie.

To co napisałem jest elementem właściwej klasyfikacji zjawisk. Ale unieważnienie rynku książki widać także gdzie indziej. Oto Sumliński Wojciech, człowiek, który nie powinien nigdy w życiu napisać ani jednego zdania, został autorem serii książek niby to sensacyjnych. Nie mam zamiaru opisywać znanych wszystkim perypetii tego pana. Chodzi o to, że po początkowym sukcesie, który przyniosły tym produktom tytuły, bardzo sensacyjne w wymowie i całkowicie nie pokrywające się z treścią, całe przedsięwzięcie oklapło. Wynika to z faktu, że organizacja, która wystawiła Sumlińskiego, nie miała zamiaru kreować rynku, ale wycisnąć zeń ile się da, bez planu na to, co będzie dalej. No i teraz właśnie nadeszło owo „dalej”, a pan Wojtek porzucił pisanie i zabrał się za coś, co nazywa filmami dokumentalnymi, a co jest zwyczajną yutubową pogadanką dla ludożerki. Lepiej bowiem zlikwidować cały segment rynku, unieważnić autora, którego się wykreowało i zostawić tylko gołe komunikaty na nietrwałym nośniku, który dewaluuje się szybciej niż waluta w Zimbabwe niż zrobić coś naprawdę. Czy wyobrażacie sobie, że taką politykę wobec produktu prowadzi na polskim rynku na przykład PEPSI. CO?

No nie, to jasne. Wszystkie te inicjatywy, Karolak, Sumliński, licencje kupowane od Rosjan, polityka IPN inwestującego w gry nie będące grami, o czymś świadczy. My wiemy o czym – o beznadziejnej słabości polskiej polityki wewnętrznej. W zasadzie o braku tej polityki. To są wszystko komunikaty degradujące widza. On raz się przed nimi obroni, a raz nie. Jeśli nie ma nic innego, wciągnie i tę Kuchnię. Złudzeniem jednak jest wiara, że będzie zajadał pierniki zrobione z gówna. Przed tym frykasem ręka widza i czytelnika się cofnie. O czym przekonał się Sumliński.

Polityka propagandowa to szalenie ważna rzecz, ludziom zaś, których poczynania opisuje zdaje się, że skoro cały ciężar poczynań w obszarze soft power i w ogóle wychowania i wykształcenia Polaków, wzięły na siebie przedsiębiorstwa takie jak Netflix, to ludzie, którzy opanowali media państwowe i prywatne, muszą już tylko dbać, by wszystko było tak, jak dawniej. Przypomnijcie sobie Staszka Supłatowicza, który pod koniec życia, żeby utrzymać swoją pozycję jedynego polskiego Indianina, zaczął opowiadać, jak skalpował Niemców Górach Świętokrzyskich. Do tego zmierza cała ta machina, ale się tym nie przejmuje. Bo wszystko przecież zależy od sił, znacznie poważniejszych i nie ma się czym przejmować. Taki serial czy inny, taka książka czy śmaka, kogo to obejdzie?

Popatrzcie teraz co zrobił Łukaszenka, który ani nie czyta książek, ani nie ogląda seriali, nawet rosyjskich. Ogłosił 17 września dniem jedności narodowej i wygłaszając przemówienie do narodu, zrobił minę taką, która zastąpiła nie tysiąc, ale milion słów. Powiedział on nam wszystkim, że może już zrobić co chce, albowiem dostał wszelkie możliwe uwierzytelnienia. Od kogo? To nie jest pytanie do mnie, zapytajcie gwiazdy mediów głównego nurtu: Karolaka, Sumlińskiego, Bartosiaka. Dla prawdziwych geopolityków i wybitnych aktorów piszących prace magisterskie o Świętym Stanisławie, odpowiedź na to pytanie powinna być banalna. Łukaszenka od razu także wskazał na kierunek swojej polityki, to znaczy na Białystok i Wilno, które – według niego – są miastami rdzennie białoruskimi.

Co to jest Białoruś, trzeba zapytać w takim razie? Dla Łukaszenki jest to część Rosji, niesprawiedliwie zagarnięta przez Polaków. A dla Polaków? Znów powtórzę – zapytajcie Karolaka, Sumlińskiego i Bartosiaka, co to jest Białoruś dla Polaków? Niech skończą pieprzyć o wyklętych, o spisku żydowskim, o Rimmlandach i powiedzą wprost – co to jest Białoruś?

Większość z nas wie, co to jest Białoruś. To jest pomysł Edwarda Woyniłłowicza i rodziny Skirmuntów na ocalenie polskiej własności nieruchomej w ramach porządku, który ustalono po I wojnie światowej. Ramy te, dla terenów wschodniej Polski, wymyślił Piłsudski, i uporczywie się ich trzymał. Mam na myśli koncepcję federalistyczną. To był błąd bardzo poważny, bo stworzona przez Polaków Białoruś, została w wymiarze propagandowym przejęta przez komunistów i dziś jest wykorzystywana przeciwko nam. I będzie utrzymywana naszym kosztem, co dwa dni temu powiedział wyraźnie Łukaszenka, a czego nie skomentował żaden polski polityk. Dlaczego nie skomentował? Bo polscy politycy komentują tylko te wydarzenia, które rozumieją, które mogą im podnieść słupki oglądalności i które wskażą im politycy mocarstw sojuszniczych. Oni z kolei zaś ni cholery nie kumają z tej Białorusi i myślą o niej tak, jak o każdym normalnym państwie. Czy Polska ma jakieś narzędzia, by wskazać Łukaszence skąd się wzięła Białoruś? Oczywiście, mamy wydane przez Klinikę Języka dwa tomy wspomnień Edwarda Woyniłłowicza. Dlaczego się o nich nie dyskutuje? Albowiem wydawnictwo Klinika Języka nie ma nic wspólnego z ludźmi roszczącymi sobie prawda do kontroli głównych kanałów dystrybucji. A skoro nie ma, nie może mieć pretensji, że nikt nie mówi o tym Woyniłłowiczu. Po co? Wszystko i tak załatwią Amerykanie i telewizja Biełsat. Popatrzcie raz jeszcze jak uśmiecha się Łukaszenka i jaki jest zadowolony, kiedy mówi – dlaczego nie obroniliście Brześcia i Grodna w 1939 roku? Co może mu odpowiedzieć na takie pytanie Agnieszka Romaszewska Guzy?

Bardzo proszę, by nikt nie bronił w komentarzach Łukaszenki i nie pisał, że ma on jakieś propolskie ciągoty, bo systemu obrony przeciwrakietowej na Białorusi nazywają się Polonez. A także o tym jakie świetne drogi są na Białorusi, bo wystawia sam sobie świadectwo. Ja zaś nie będę tu takich wpisów tolerował.

Postawmy teraz rzecz całą na gruncie polityki regionalnej? Co ma większą wartość w tej polityce – deklaracje Łukaszenki dotyczące 17 września i roszczeń terytorialnych wobec Polski czy patriotyczne produkty IPN? Co ma większą wartość wychowawczą i edukacyjną dla Polaków, Białorusinów, Litwinów, mieszkających na ziemiach byłej już niestety Rzeczpospolitej – deklaracje Łukaszenki czy wystąpienia Sumlińskiego i działania IPN? Ludziom kontrolującym w Polsce dystrybucję treści wydaje się, że najważniejsze jest, żeby widzowie oglądali serial Kuchnia. I nic poza tym, albowiem i tak nic nie rozumieją. No popatrzcie, a Łukaszenka nie zakupił licencji tego serialu, za to ma inne, ciekawsze pomysły na jednoczenie ludzi wokół emisji treści promujących białroruskość. Obojętnie co wyraz ten by dla niego nie oznaczał. Człowiek ten bowiem pokłada głęboką wiarę w swój lud, który uwierzy raczej jemu niż wszystkim programom w telewizji Biełsat.

Czy stan ten można zmienić? Czy można odsunąć tę czeredę małp od kanałów dystrybucji treści? Myślę, że w niewielkim stopniu tak. I ja na pewno spróbuję to zrobić. Być może już niebawem. Nie mam bowiem wyjścia. Jeśli czegoś nie wymyślę, pozostanie mi tylko picie i tłumaczenie ludziom, że jestem pisarzem. To zaś jest gorsze niż występy Sumlińskiego. Czekajmy więc spokojnie i z nadzieją w sercu na dwa planowane od jakiegoś czasu przedsięwzięcia. Nawet jeśli się nie spełnią, posiądziemy dzięki nim bezcenną wiedzę na temat otaczającego nas świata.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 182021
 

Wczoraj przez cały dzień różne osoby podsyłały mi nagrania, gdzie biskup Ryś zamienia koncert, na którym bawi się trochę znudzonej młodzieży w mszę świętą. Nie pisałbym o tym, ale podsyłano mi także nagranie, które można było obejrzeć także w telewizji, gdzie widać człowieka profanującego krzyż i bijącego księdza na schodach kościoła. Człowiek ten miał wypikslowaną twarz. Zastanawiam się dlaczego? Dlaczego ktoś chroni tego śmiecia i nie pozwala na to, by mieszkańcy miejscowości, w której on żyje mogli poddać go ostracyzmowi?

Ktoś oczywiście powie, że takie jest prawo, nie można ujawniać bez zgody czyichś danych i wyglądu. No, ale ten facet łamie prawo, zachowuje się skandalicznie, a ujawnienie jego twarzy to jest czyn zwany o znikomej szkodliwości społecznej, jak to się zwykło mawiać. Ludzie zaś, którzy powiedzieliby mu kilka słów od serca spotykając go na ulicy, mieliby trochę satysfakcji i poczucia sprawiedliwości. Nazwisko pobitego księdza znają wszyscy miejscowi, a jak ktoś chce je poznać, łatwo odnajdzie je w sieci. Nazwisko profana i jego twarz pozostają tajemnicą. Wydarzenie to, a także postawa biskupa Rysia skłoniły mnie do takiego oto wyjaśnienia sytuacji, w jakiej znajdują się wierni Kościoła Powszechnego dzisiaj: ich kapłani są towarem. Tym towarem handluje się w mediach, a sprzedawcami są co sprytniejsi i bezwzględniejsi biskupi, intuicyjnie wyczuwający skąd wiatr wieje. Bo przecież żaden z nich nie wyciągnie z okoliczności, które go otaczają wniosku takiego, jak ten mój. Sprzedawcami księży są też dziennikarze mediów katolickich, a także nierzadko sami księża, którzy proponują swoje usługi różnym siłom wygłaszając jakieś kwestie przed kamerą. Nie zamierzam tu załamywać rąk, wieszczyć końca Kościoła i martwić się o to, co się stanie z nami. Chcę opisać ten dziwny stan, w jakim się znaleźliśmy w miarę precyzyjnie, tak by opis pokrywał się z faktami. Księża są na sprzedaż. To jest założenie podstawowe. Media i oświeceni biskupi spędzają ich na plac, gdzie odbywa się handel i wykrzykując różne hasła domagają się, od kapłanów odzewu. Ten musi mieć odpowiednią moc i natężenie, a także przenosić treści, które pozwolą księdzu na znalezienie się w grupie tych, którzy nie zostaną sprzedani i przeznaczeni na medialną rozwałkę. Do emitowania właściwych komunikatów zachęcają księży biskupi, tacy jak biskup Ryś, który – co było do okazania wczoraj – kazał się nazywać ziomkiem od słowa. Nie wiadomo co w takim wypadku powiedzieć. Jak ocenić zagranie tak prymitywne? Może opowiem taką historię. Jedna z moich kuzynek jest zakonnicą, jest starsza ode mnie i uczy religii małe dzieci, w niewielkim miasteczku. Dawno, dawno temu, kiedy ja byłem zbuntowaną młodzieżą, a ona była zwykłą, pochodzącą ze wsi zakonnicą, podróżującą po świecie, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Między innymi o tym, jak powinno się formułować komunikaty płynące z ust osób duchownych lub prowadzących życie konsekrowane do młodzieży. Rozmawialiśmy o tym w latach osiemdziesiątych, ale ja tę rozmowę dokładnie pamiętam. Zgodziliśmy się, że najgorsze co może zrobić ksiądz, albo zakonnica, to zniżać się do poziomu młodych ludzi. To nie jest jakiś szczególnie głęboki wniosek, ale ja miałem wtedy ze trzynaście lat i wydawał mi się on niezwykle odkrywczy. Minęło prawie pół wieku i mamy występy biskupa Rysia, który zachowuje się tak, jakby się objadł blekotu. W niezgodzie z zasadami, które rozumieją i czytają wszyscy. Moim zdaniem jest to efektem jakiegoś przymusu. Biskup Ryś i inni biskupi, być może także papież są w sytuacji przymusowej, z której nie widzą wyjścia. Dlatego zachowują się w taki sposób, który wywołuje u myślącej części wiernych jakaś niewesołą refleksję, a u myślącej młodzieży wywołuje przemożne pragnienie ucieczki z Kościoła. To jest element tresury stanu kapłańskiego. Biskup Ryś podsuwa marchewkę, która jest z plastiku niestety, ale tego jeszcze nikt nie wie i każe mówić do siebie – hej ziom. Terlikowski zaś wywija drucianą nahajką i szykuje się, wraz z Hołownią, do naprawdę poważnych czystek w Kościele i objęcia tam, w czyimś imieniu, rzeczywistej władzy. Jest mi trudno, jako człowiekowi ułomnemu duchowo, kłótliwemu, konfliktowemu i wielokrotnie gubiącemu właściwą drogę pisać takie słowa, ale z drugiej strony myślę, że nikt inny ich nie napisze. Na fejsie znów włączyły mi się religijne pogadanki. Jakaś młoda pani opowiada o tym, że serce człowieka może się stopić w zetknięciu z cierpieniem innych, dlatego ważnym doświadczeniem jest wolontariat. Zapewne. Mnie już wiele lat temu, pewna koleżanka tłumaczyła jak pięknym doświadczeniem jest wolontariat i pomoc osobom niepełnosprawnym i głęboko upośledzonym. I ja sobie tę rozmowę zapamiętałem tak samo, jak tę wcześniejszą, z moją kuzynką zakonnicą. Spotkałem bowiem tę koleżankę dużo później, kiedy była już żoną i matką. Powiedziała mi, że nie ma zamiaru rodzić więcej niż jednego dziecka, bo ten porób i wszystko z nim związane jest tak okropne, że brak słów. Tego, które urodziła nie karmiła piersią, albowiem wywoływało to u niej obrzydzenie. Można by tu jeszcze dorzucić kilka historii o ludziach, którzy współczują psom ze schronisk i traktują bliźnich gorzej niż pracownicy schroniska te psy. No, ale dajmy już spokój. Konkluzja tego wywodu jest taka, że właściwą drogę trudno jest rozpoznać. Naprawdę trudno jest rozpoznać, a nie na niby, jak to się wydaje osobom wygłaszającym te pełne współczucia pogadanki. Pułapki bowiem są wszędzie, w ich rozpoznaniu nie pomaga już nawet przypowieść o uchu igielnym i wielbłądzie. Ilość bodźców i komunikatów, jakie kieruje ku nam świat zwiększyła się bowiem o jakieś pięć tysięcy procent w porównaniu z czasami opisywanymi w Ewangeliach. Trudno jest także znaleźć przewodnika, który wskaże drogę właściwą, przyczyna zaś tego stanu jest taka, jak wskazałem w tytule – wszyscy przewodnicy stali się towarem. Ich myśli zaś i postawy są kształtowane przez popyt i podaż, te zaś z kolei kreują media we współpracy z niektórymi hierarchami. Dla pogubionego człowieka nie ma w tym miejsca. No chyba, że jakaś konkurencyjna organizacja poda mu rękę i doceni jego postawę. To się często zdarza. Tym częściej i głośniej słuchać komunikat, że księża są zajęci, zapracowani i jest ich za mało. Jakoś tych protestantów zawsze jest tylu ilu trzeba. Myślę, że księży nie jest za mało, ale gospodarują oni swoim czasem w sposób, który zniechęca do Kościoła ludzi młodych. Przykładem na to jest właśnie biskup Ryś. Kogo dziś stać, na stracenie tylu cennych minut, by przemawiać do gromadki znudzonej młodzieży?

Tytułem podsumowania powtórzę to, o czym wspomniałem wczoraj – nie chodzi o to, by rozmieniać się na drobne i poświęcać swój czas każdej pogubionej owcy z osobna. Chodzi o metodę. Tak którą stosuje biskup Ryś jest zła i prowadzi do katastrofy. Przypomnijcie sobie tych niemieckich wytwórców zabawek z Turyngii, który toczyli obręcz, nie kojarzącą się nikomu z niczym, a kiedy pokroili ją na kawałki okazywało się, że zamieniła się ona w dwadzieścia miniaturowych lwów.

Gdzieś na drodze pomiędzy tą obręczą, a lwami znajdują się pycha i lenistwo. Czyli pani „Moje serce stopi się w zetknięciu z cierpieniem” i pan „Nie mam czasu, muszę sprawdzać zeszyty od religii IV b”. Wytoczenie obręczy zajmowało tym ludziom naprawdę niewiele czasu.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 172021
 

Dalej choruję, niestety. To chyba wariant delta jednak. Całe szczęście ogłosili, że niebawem będzie nowa szczepionka, która wykosi wszystkie mutacje wirusa. Wiadomość ta jednak nie ukazała się na hot spocie, ale gdzieś poniżej, w okolicach komunikatów o ciążach piosenkarek. Może więc nie należy się do niej za bardzo przywiązywać? Sam nie wiem.

Jakiś czas temu dostałem list od asystenta dyrektora TVP Kultura, Mateusza Matyszkowicza, w którym zawarta była prośba o dwa egzemplarze recenzenckie książki o Stanisławie Poniatowskim. To jest doprawdy niezwykłe, kiedy państwowa instytucja, która ma wspierać kulturę i wskazywać na wartościowe w niej zjawiska, prosi o darmowe egzemplarze małego wydawcę, nie pobierającego żadnych dotacji od państwa. Niby co miałbym zyskać na wysłaniu im tych egzemplarzy? Sławę? Pieniądze? Prestiż? Odpisałem dziś, że nie wysyłamy egzemplarzy recenzenckich, albowiem recenzje nie mają wpływu na sprzedaż. To jest prawda, a fakt ów powiązany jest ściśle z dotowaniem wydawnictw. Nie widzę więc żadnego powodu, by komukolwiek dawać coś za darmo, szczególnie zaś dyrektorowi TVP Kultura prowadzącemu program Chuligan literacki. Poza tym, jasne jest, że jako wydawca, którego nie ma w żadnym rozdzielniku i kluczu, narażony jestem na recenzje nieprzychylne. A te choć, nie będą miały wpływu na sprzedaż, sprawią mi przykrość. Czego, na przykład, nigdy nie doświadczy Cherezińska. Ona bowiem jest tą osobą, która została wytypowana do rozmiękczania tematów historycznych i ma wszelkie możliwe certyfikaty gwarantujące jej bezpieczeństwo i spokój.

Jeśli więc ktoś chce ode mnie jakąś książkę i ma zamiar ją recenzować, musi za to zapłacić. TVP Kultura ma pieniądze, zatrudnione tam osoby zarabiają dobrze, więc nic się nie stanie, jak wydadzą parę złotych na tego Poniatowskiego. Jeśli im oczywiście zależy, bo jeśli nie, to przymusu przecież nie ma.

Tyle o skuteczności. Teraz o tym drugim. Nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy włączam emitowane na fejsie filmy, wyświetlają mi się od jakiegoś czasu pogadanki na tematy religijne. A to siostra Michaela Pawlik, a to ksiądz Mieczysław Piotrowski, a to wreszcie ten profesor, który coś tam opowiadał o współżyciu i zrobiła się z tego afera nakręcona przez feministki. Zacząłem słuchać tych wystąpień, a nigdy wcześniej tego nie czyniłem, i trochę się zdziwiłem. Oto ksiądz Piotrowski powiedział, że Pan Jezus ukazując się Rozalii Celakównie, wskazał iż największym grzechem, jaki popełnia człowiek, gorszym niż morderstwo, nawet niewinnego dziecka w łonie matki, jest nieczystość. Ja rozumiem, że to jest pojęcie bardzo szerokie, rozumiem też, że wystąpienie księdza, a także wspomnianego wyżej profesora, który opowiada wyłącznie o takich sprawach, mają aspekt wychowawczy. Mam też jednak świadomość, że jeśli chodzi o tę całą nieczystość, spora część wspólnoty katolickiej niestety upadła bardzo nisko, zanim zdążyła wstąpić w związek małżeński. Ta część będzie duża, także wtedy, kiedy odejmiemy od niej małżeństwa żyjące bez sakramentu i tak zwane wolne związki. Zastanawiam się więc, niech mi obecni tu kapłani wybaczą, jaki jest sens emitowania tych pogadanek akurat na fejsie, pomiędzy półpornograficznymi filmami, walką ruskich piechurów z niemieckimi czołgami, Chińczykami co zabijają potwory i kosmitami atakującymi ziemię? Nie kwestionuję ich wychowawczej roli, bo to nie jest moja sprawa. Mogę co najwyżej stwierdzić, że wobec tak twardego stanowiska, łatwość z jaką uzyskuje się rozgrzeszenie z postępki gorsze niż zabicie nienarodzonego dziecka w łonie matki, nieco dziwi.

No, ale zakładam też, że mogę czegoś nie rozumieć, albowiem wielu rzeczy po prostu nie pojmuję. Nie działają na mnie też opisywane tu wystąpienia, ani ich klimat, ani ich treść, ani wsakzywane tam przykłady Bożej interwencji, nie robią na mnie wrażenia. Przepraszam jeśli kogoś uraziłem. Przypominają mi one bowiem literaturę protestancką, dawno, dawno temu wysyłaną w grubych pakietach, bardzo pogubionej młodzieży. Nie pisałbym o tym, bo i po co, ale umieszczenie tych wystąpień w takim środowisku jak fejsbuk, otwiera, jak mniemam, drogę do dyskusji i krytyki. Zmniejsza też dramatycznie skuteczność tych wystąpień. Choć zapewne ludziom, którzy zdecydowali o ich emisji wydaje się, że jest odwrotnie, albowiem mają wrażenie, że oto owce weszły między wilki. To nieprawda. Taka sama, jak to, że Terlikowski jest prześladowanym chrześcijaninem.

Wyłączam z tego siostrę Michaelę Pawlik, bo ona mówi akurat ciekawie, przekonująco i opiera się na własnych, bardzo ciężkich, ale niezwykle przy tym inspirujących doświadczeniach. To akurat do mnie przemawia. Nie będę pisał i tłumaczył duchownym, co mają robić, bo oni to wiedzą lepiej ode mnie. Ktoś jednak zwrócił tu wczoraj uwagę na to w jaki sposób rozmiękczany jest Kościół. To są sprawy poważne, a ich mechanika zasługuje na poważny opis. Ja go tu nie przedstawię, bo nie mam kompetencji. Chcę zwrócić uwagę tylko na pewne aspekty. Wychowawcy, szczególnie wychowawcy młodzieży, wpadają w pewną prostą pułapkę. Zaczynają wierzyć w swój charyzmat. To jest ciężki błąd i łatwizna. Wynika ona zaś z tego, że młodzież potrafi bardzo wiarygodnie udawać, że słucha i że jej na czymś zależy. A także wynika ten fakt z przekonania, że temat i sposób jego poruszania, czyli demonstrowane głosem i gestem przejęcie, podnosi znaczenie przemawiającego. Moim zdaniem nie podnosi, a znacznie obniża. Jeśli cały w zasadzie przekaz jaki emituje Kościół w sieci dotyczy młodzieży i zachowania przez nią czystości przed ślubem, co ważniejsze jest nawet niż kwestie aborcyjne, to jest to moim zdaniem wyraz ograniczenia wpływów Kościoła, a nie ich poszerzenia. Może się mylę, ale tak właśnie myślę. Jeśli dodatkowo emisja tych komunikatów sprzęgnięta jest z jakąś niewyszukaną rozrywką, czysto mechanicznie w dodatku, to trzeba się zastanowić, czy nie jest to działanie celowe, podkreślające walor tej niewyszukanej rozrywki. Moim zdaniem tak właśnie jest, a im głębszym głosem przemawia wspomniany wyżej profesor, domagając się, by młodzi mężczyźni nie oglądali się za dziewczynami na ulicy, tym ów efekt się powiększa.

Do tego dochodzi coraz głębsze przekonanie wielu ludzi, że żaden duchowny, nie posiada innych kompetencji niż te dotyczące życia w czystości i grzechów nieczystości. Tylko o tym bowiem ciągle słyszymy. Może jestem po prostu stary i coraz mniej rozumiem, ale będę wdzięczny jeśli ktoś mi to wytłumaczy. A także rozważy, jaki sens wobec nachalnej i coraz mniej skutecznej, coraz bardziej wulgarnej przy tym, obecnej wszędzie pornografii, nużącej i zniechęcającej, mają wykłady, podkreślające jej znaczenie w rozwoju duchowym człowieka? Znaczenie rozumiane negatywnie, ale jednak znaczenie.

Czy ja chcę powiedzieć, że nie ma w ogóle osób żyjących w czystości? Oczywiście, że są. Ja mam jednak z niektórymi z nich bardzo marne doświadczenia, a także wiem, jak zwodnicza i uwodzicielska potrafi być ich postawa. Oto jakiś czas temu kolega Valser, który myśli poważnie o podejmowanych przez siebie inicjatywach, zaprotegował nam swojego znajomego, który był przykładem pobożnego i chrześcijańskiego życia. Miał ów człowiek, wspomóc nas w projektowaniu logo, na którąś edycję targów bytomskich. Zagłębiony był on w treści religijne i studiował jakieś poważne bardzo rzeczy. Takie, do których my, ciężcy grzesznicy, nie moglibyśmy się nawet zbliżyć. Valser był bardzo do niego przekonany, a uskrzydlała go wiara. Ja byłem trochę mniej przekonany, ale nic nie mówiłem, albowiem wiem, że przekonać może jedynie przykładem, nigdy słowem. O mało nie doszło do katastrofy i pamiętam jak dziś, że siedzieliśmy z Valserem w lokalu, tu w Grodzisku, usiłując wymyślić to logo. Z opresji wybawił nas Tomek Bereźnicki, który zbiór luźnych sugestii, będących owocem naszych przemyśleń, zamienił w piękny bardzo obrazek. Nie wiem, jak tam było z Tomkiem i jego czystością przedmałżeńską i nie będę tego dociekał, potrafił on jednak zrozumieć o co chodzi i nadać właściwy kształt myślom. Czego w żaden sposób nie mógł uczynić ów wspomniany wcześniej pan. Mimo tego iż żył przykładnie, studiował pisma ojców Kościoła i wiedział o sprawach, które nam się nie śniły nawet. Ktoś powie, że niepotrzebnie mieszam te rzeczy. Otóż potrzebnie, bo należy się zastanowić – tak sądzę – jaką treścią wypełni się życie ludzkie, kiedy sprawy płci zejdą na plan nieco dalszy. I co w tej kwestii ma dziś do powiedzenia Kościół. Mam wrażenie, być może mylne, że nic.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 162021
 

Wszyscy dobrze wiemy, co to znaczy, kiedy jakaś organizacja zapowiada potrzebę zmian na świecie w celu uszczęśliwienia ludzkości. Jeśli ktoś nie pamięta, przypominam. Oznacza to masowe mordy, budowę obozów koncentracyjnych, cywilizacyjną zapaść, brak papieru toaletowego i pracę ponad siły bez wynagrodzenia.

Oto właśnie, całkiem niedawno zakończyła się impreza o nazwie Igrzyska wolności, gdzie różni mędrcy zastanawiali się, jak tu jeszcze bardziej uszczęśliwić ludzkość. Ponieważ tak zwani nasi, czyli wszyscy zdeklarowani i bojowi miłośnicy wolności, zajęci byli zwalczaniem ministra zdrowia i jego pupila covida, nikt o tym nie wspomniał. Ja też bym nie wspomniał, gdybym wczoraj nie dostał kilku linków, które – sami popatrzcie – robią wielkie wrażenie.

Oto link reklamujący samo wydarzenie.

https://igrzyskawolnosci.pl/

Proszę zwrócić uwagę na to ilu słuchaczy zgromadziły te igrzyska. Nawet jeśli byłoby ich tylko połowę, należałoby włączyć wszystkie alarmowe dzwonki i zawołać, jak niegdyś Kwaśniewski – wszystkie ręce na pokład. Nic takiego nie nastąpiło, albowiem prawica, zajęta była polemikami z ministrem, a także nagrywaniem konferencji prasowych adresowanych do nikogo i popisywaniem się umiejętnością procedowania nic nie znaczących postanowień, na jakichś wewnątrzorganizacyjnych zebraniach. A tam było prawie tyle osób co w czasie pielgrzymek papieskich. I co? Nikt nie zaczął się zastanawiać, jak tu zorganizować podobną imprezę, ale z odwróconym wektorem? A to przecież nie są pierwsze, ani nie ostatnie Igrzyska wolności.

Teraz link do strony prezentującej główną gwiazdę tegorocznej edycji

https://www.weforum.org/people/yuval-noah-harari

Jak widzimy, pan ten zajmuje się odgrzewaniem kotletów. Tak to trzeba nazwać, ale młodzież zgromadzona wokół tych całych igrzysk tego nie wie, albowiem nie pamięta takich nazwisk jak Alvin Toffler. Można wymieniać także inne, ale ja pamiętam akurat to. Zajmuje się nasz bohater udowadnianiem, że wszyscy jesteśmy zwierzętami, a w historii nie ma sprawiedliwości. Najlepiej więc będzie – do tego prowadzi jego rozumowanie – by każdy pogodził się ze swoim losem i nie podskakiwał. A jaki to będzie los? To już się ustali w trakcie obrad na kolejnych, niejawnych panelach, w czasie następnych igrzysk wolności. Widzimy, że to jest nędza, w dodatku powtarzalna, ale mająca wielkie wsparcie. Stoi za tym gównem Soros, ale także wielkie uniwersytety, a pan Harari, odwiedza w różnych porach takich polityków jak Macron i Makrela. To oczywiście nie musi być prawda, ale nie ma to znaczenia, bo chodzi wszak o to, by zrobić wrażenie na młodzieży.

Pan Harari, a za nim wszyscy inni uczestnicy tej hucpy, czyli Kwaśniewski, Trzaskowski, Gretkowska i Hołownia, domagają się zmiany paradygmatu w myśleniu o historii. To jest interesujące, a ja postaram się teraz wyłożyć na czym polega mechanizm tej pułapki. Ponieważ, wobec gwałtownego rozwoju technologii, a także ujawnienia się w związku z jej rozprzestrzenieniem, wielu indywidualnych, a wcześniej nie bardzo widocznych talentów, ludzie z organizacji, które finansują Igrzyska Wolności, zaczęli tracić wpływy w wielu obszarach. Nie mówię, że akurat w Polsce, bo tu ich pozycja, o czym za chwilę opowiem, wydaje się niezagrożona. No, ale powszechny dostęp do informacji, łatwość pozyskiwania nowych technologii i wrodzone – a tam wrodzone, dane od Boga talenty – niwelują sztuczne, plemienne i organizacyjne podziały, które firmują autorytety z Igrzysk Wolności. Ich pozycja słabnie, a uwaga nowych pokoleń skierowana jest w jakieś inne miejsca. Należy ją więc skoncentrować, na problemach, które lansuje pan Harari. To bowiem, w dłuższej perspektywie doprowadzi do degradacji tych pokoleń i całkowitego ich uzależnienia od takich cwaniaków, jak ci, co płacą panu Harari. Z faktu, że w tym przedsięwzięciu biorą udział, na naszym gruncie, alkoholik, nimfomanka i przygłup, płyną bardzo jasne wnioski. Niestety nie ma komu przypominać, że to są właśnie tacy ludzie, a przez to, że oni tacy są, cała impreza traci na znaczeniu i staje się lokalnym występem objazdowego cyrku, gdzie faceci przebrani za małpy tłumaczą dzieciom iż nie mają one duszy.

Czy ja lekceważę tę imprezę i stojące za nią organizacje? Oczywiście, że nie. Ja traktuję to bardzo serio, ale sam nic nie mogę zrobić. Mogę się tylko pośmiać, co też czynię. Mając pod nosem taki wykwit, wszystkie siły prawicy, powinny walić w to jak w bęben. Niestety one są zajęte wołaniem – keczup, keczup i udawaniem, że mają władzę, od której coś zależy. Grzegorz Braun zaś odbiera telefony w sposób tak profesjonalny i tak dojrzale przemawia do słuchawki, że co niektóre jego wielbicielki pewnie mdleją za każdym razem, jak puszczają sobie to nagranie. Janek Pospieszalski zawoła za chwilę – Hej kto Polak na bagnety. Terlikowski zaś rozpoczął właśnie swoją krucjatę przeciwko pedofilii w Kościele, co czyni – jak mniemam – za pieniądze tych samych organizacji, które będą udowadniać iśmy są zwierzęta i nie mamy co liczyć na sprawiedliwość, szczególnie historyczną. Patrząc na to wszystko zrobiłem wczoraj rzecz, której nie czyniłem do wielu, wielu lat. Włączyłem sobie pogadankę Witolda Gadowskiego. To niezwykłe, jak bardzo może być naiwny człowiek lansujący się na starego wyjadacza, takiego w dodatku, co to był w samym piekle i wykłócał się z diabłem o swoją duszę. Powiedział mianowicie pan Witold, że w Polsce jest mnóstwo organizacji wolnościowych, tworzonych oddolnie, które mają ogromny potencjał, niestety są one podzielone, każda ma swojego lidera, a do tego jeszcze jest masa liderów-indywidualistów, którzy na własną rękę domagają się wolności. I jakby to wszystko tak skupić w jednym ręku, nadać temu pęd i siłę, to by dopiero była w Polszcze wolność, że hej. Nie wiem doprawdy co powiedzieć, bo wielu ludzi patrzy w tego Witolda jak w obrazek i uważa, że emituje ona same ważne i poważne komunikaty. Może więc rzeknę tak – organizacje oddolne propagujące wolność, ekonomiczną, duchową i intelektualną, tworzone są z inspiracji tych samych istot, które filmują igrzyska wolności. One są tanie w utrzymaniu albo wręcz darmowe. Wystarczy wmówić jednemu czy drugiemu durniowi, że jest liderem i że przez działania oddolne trafi do wielkiej polityki. Jeśli on się połapie, że coś jest nie tak, dokłada mu się drugiego lidera, który robi frondę i mamy już dwie organizacje wolnościowe w Pcimiu. Jeśli zaś próbują się one ze sobą porozumieć, na rynku staje trzeci lider-indywidualista, który ma program tak radykalny, że tamtych dwóch wyrywa on po prostu z butów. To jest mechanizm ćwiczony w Polsce od czasów Pomarańczowej alternatywy. Nie wiem więc czy Witold Gadowski demonstruje naiwność czy przeskalowane cwaniactwo, wypowiadając takie kwestie. Celem wszystkich organizacji wolnościowych w Polsce, a także wolnościowców-indywidualistów, jest demonstrowanie, że potrafią oni rozprawiać poważnie na poważne tematy. No i mają wpojoną tę wizję polityki, która każe im cytować ustawy i polemizować z władzą na ich temat. Tamci nie cytują ustaw, mówią, że wszyscy jesteśmy zwierzętami, a sprawiedliwości nie ma. W dodatku na ich działalność przeznaczane są prawdziwe pieniądze, a wolnościowcy odliczają groszaki, żeby im starczyło na bilet z Pcimia do Krakowa, bo muszą jechać busikiem.

Na koniec słów kilka o zmianie paradygmatu. Założyłem wczoraj konto na patronite, nie czuję się dobrze i zajęło mi to masę czasu, teraz czekam na akceptację. Ma być za trzy dni, ale zobaczymy, czy w ogóle będzie. Obejrzałem ten portal i nieco się zdziwiłem. Wszyscy, wliczając w to Orłosia i Jaruzelską, poszukują sponsorów. To jest niezwykłe. Na co im są ci sponsorzy? Żeby mogli nagrywać swoje pogadanki. To jest główny produkt wspierany przez patronite. Czy ten produkt zmienia jakiś paradygmat? Nie. On służy temu jedynie, by definiować przegranych. To jest ulubiony produkt całej prawicy, która uważa, że wystarczy wygłosić z odpowiednią intonacją jakieś kwestie i już – sprawa jest załatwiona. Wszak niczego więcej widz nie oczekuje. Dziś nie, ale nie wiadomo co będzie jutro. Bo jeśli program igrzysk wolności zostanie zrealizowany, to wszyscy staniemy się zwierzętami. I na co komu te pogadanki? Jeśli zaś zwycięży Pan Bóg w Trójcy jedyny, który ześle tu swoje zastępy i pogromi zło, wrócimy znów do studiowania starych, dobrych książek. I pogadanki także nie będą potrzebne.

Trochę żartuję, a trochę nie. Sam nie rozpocznę zbiórki na pogadanki, ale na zmianę jednego, małego paradygmatu. Żeby pokazać, jak to się robi. Nawet jeśli nikogo to nie obejdzie, bo wszyscy będą akurat oglądać nagranie, gdzie liderzy prawicy jadąc rowerami obok kolumny lewicowych czołgów, atakować je będą pompkami i zachęcać jeden drugiego do energiczniejszych działań okrzykami – aleś mu dopieprzył! No, no, teraz do dopiero najadł się wstydu! I podobnymi.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 152021
 

Zacznę od tego, że się na dobre rozchorowałem i straciłem głos. Nie odbieram więc telefonów, o czym uprzedzam.

Nie mogę przestać jednak myśleć o tym, co zostało tu opisane wczoraj, czyli o projekcie multimedialnym służącym edukacji patriotycznej młodzieży. Nie ma chyba na to lepszego określenia niż potwarz i upokorzenie. Ludzie dysponujący budżetami, upierający się przy tym, że mają jakieś pojęcie o rynku gier i produktów elektronicznych wypuszczają, nie na rynek nawet, ale do szkół i placówek kulturalnych, produkt, który nie jest ani filmem ani grą. Nie jest grą, albowiem z tego co mogliśmy zobaczyć, nie można tam niczego wygrać. Można tylko przegrać, albowiem główni bohaterowie, kiedy już zdobędą wszystkie sprawności, po prostu giną. Gdzie więc jest tu jakaś frajda z wygrywania? Jest to wyłącznie deprawowanie dzieci, w dodatku w bardzo podstępny sposób, połączony z wpędzaniem w poczucie winy. Każdy kto miał dysfunkcyjnych rodziców wie o co chodzi i jak działa taki mechanizm.

Napiszę teraz kilka słów o postaci, która została w tym głupim filmiku zilustrowana jako pierwsza czyli do Bogusława Szul-Skjöldkrona. Nikt, póki co, nie wyjaśnił skąd się wzięło jego szwedzkie nazwisko. Nikt też nie wyjaśnił, jak to było, że młody bardzo człowiek zebrał kolekcję 25 tysięcy owadów. Ja, w szkole średniej miałem zebrać ledwie 30 okazów jako pracę końcową z przedmiotu ochrona lasu. To jest poważne wyzwanie, nie da się tak po prostu znaleźć w bezpośrednim otoczeniu 30 gatunków owadów, które nie są pospolitymi muchami. A gdzie mówić o 25 tysiącach? Jeśli więc ta kolekcja istniała, musiała być jakimś poważnym projektem, zleconym przez placówkę naukową. Bogusław Szul zaś mógł być jednym jej twórców. Taki zbiór musi być odpowiednio przechowywany, musi być konserwowany, posiada sporą dokumentację. I co? Szul to wszystko trzymał w domu? Nikogo ten wątek nie zainteresował. Nikogo też nie zainteresował wątek piosenek pisanych przez Szula, które – o czym łatwo się przekonać – mają raczej charakter minireportaży niż utworów do śpiewania. Opisują jakieś zdarzenia, które są pointowane i komentowane. Dla twórców jednak aplikacji, której bohaterem jest Szul, najważniejsze jest, by pokazać, że zabili go bolszewicy, jak szedł po lesie w brytyjskim mundurze. To jest coś niesamowitego – wysłali szpiega w brytyjskim mundurze, by przedarł się przez linię czerwonych! To znaczy, że ktoś miał pewność iż nic złego mu się w tym mundurze stać nie może, prawda? Jakże mogłoby być inaczej? Jeśli więc słyszymy, że Szul został schwytany i przekonał bolszewików, że szpieguje dla nich w oddziałach brytyjskich, musimy dojść do wniosku, że ktoś z nas robi idiotów. Może konkretniej – IPN robi z nas idiotów. Doradzam ludziom, którzy w to wierzą, ponowną lekturę Józefa Mackiewicza, a szczególnie opisy traktowania jeńców podejrzanych o szpiegostwo, którzy dostali się do bolszewickiej niewoli. Szul musiał być jakoś kryty inaczej by się stamtąd nie wydostał.

Teraz krótka dygresja. Pobieżny nawet przegląd produkcji filmowych o niezwykłych ucieczkach z gułagu, czy też niewoli, pozwala nam dojść do wniosków jednoznacznych. Pamiętamy historię ucieczki grupy Polaków do Indii, która została opisana, a następnie zdemaskowano autora, jako złodzieja, który podkradł tę historię swojemu koledze. Ten kolega przez całe życie bał się pisnąć słowo, że to on był bohaterem tej ucieczki, albowiem nie był pewien, czy nie porwą go z powrotem do ZSRR. Niemcy w 2001 wyprodukowali film zatytułowany Jeniec. Tak daleko, jak nogi poniosą. Całkowicie wyssaną z palca brednię o tym, że z niemiecki jeniec ucieka w gułagu, który mieści się na najdalszym krańcu Azji. Dzięki pomocy Czukczów, psów, wilków, poszukiwaczy złota, polskich żydów i kogo tam jeszcze, udaje mu się mylić pogonie i dostaje się wreszcie do Iranu, gdzie biorą go za sowieckiego szpiega. Na szczęście w sąsiedniej Turcji, w ambasadzie pracuje jego wujek, który go rozpoznaje i wszystko kończy się dobrze. Ten film jest oczywiście demaskatorski. Demaskuje podwójną strukturę władzy w tak zwanych państwach demokratycznych, a także sposoby legendowania agentów, których ZSRR instalował na terenie Europy. Demaskuje też świecką martyrologię, która od bardzo dawna już jest elementem pop kultury i produktem sprzedawanym w coraz to ciekawszych opakowaniach.

W co opakowują martyrologię ludzie z IPN dobrze było widać wczoraj – w grafikę z lat dziewięćdziesiątych, z czasów kiedy na rynek wchodziła gra Age of Empires. Czyni z niej w dodatku produkt niedostosowany do rynku, albowiem – o czym wspomniałem na początku – nie zamierza go w ogóle na rynku umieszczać. Produkt ten jest bowiem niekonkurencyjny i niezrozumiały dla użytkowników produktów rynkowych. Co oni niby mieliby z tym zrobić? Bez przerwy przegrywać?

Czy IPN, nie mógłby wyprodukować gry, która konkurowałaby na rynku z takimi projektami jak Assasin’s Creed? Oczywiście, że jest to możliwe, ale wtedy trzeba by było podjąć wyzwanie i ryzyko prawdziwe. To znaczy nadepnąć na docisk wielkim koncernom. Nie można też mieć cienia wątpliwości, że produkt taki jak Assasin’s Creed to polityka. Ma on za zadanie utrzymać i wzmocnić obowiązującą wersję wydarzeń, ta zaś jest dla Polski i Polaków wyjątkowo niekorzystna. Z tego też właśnie powodu, tak zwana edukacja, popularyzacja i wizualizacja polskiej historii będzie mieć zawsze charakter objazdowego kina puszczanego w zapadłych górskich wioskach albo w obozach resocjalizacji dla pogubionej młodzieży. Niestety z miejsc tych nie można uciec, choć nie są ani za bardzo oddalone od cywilizacji, ani szczególnie dobrze pilnowane. Nie można z nich uciec, ale zawsze się z nich wyrasta, jak z ciasnego ubranka. Kiedy jednak już to nastąpi nikt nawet nie pomyśli o tym, by choć jednym słowem, czy życzliwą myślą wspomnieć czasy kiedy kazano mu oglądać patriotyczne produkcje puszczane przez objazdowe kino z napisem IPN na budzie samochodu. Zorientuje się bowiem, że całe to kino nie służy widzom, ale operatorom. Ci zaś mają jakichś dziwnych wujków w Ankarze, czy gdzieś i w żaden sposób nie można im ufać.

Prawdziwy produkt edukacyjny, czy to na rynku książki czy to na rynku multimediów musiał by mieć charakter bardzo demaskatorski i pokazać taką sytuację, w której Polacy i Polska odnoszą zwycięstwo i ono jest w dodatku niekwestionowane. Inną, poza zwycięstwem opcją, jest aranżacja tak uwodzicielska, tajemnicza i zagadkowa, że wszyscy użytkownicy programu czy aplikacji nie mogą się od niej oderwać. Reszta to śmieci i przekręty. Czy na coś takiego nas stać? Moim zdaniem tak. No, ale kto miałby w tej sprawie podjąć decyzje? Nawet jeśli dyrektor IPN by ją podjął, z miejsca poszłyby donosy we wszystkie możliwe miejsca, oskarżające go o wszelkie możliwe zbrodnie, ze zdradą stanu na czele. Wszyscy bowiem ludzie, zajmujący się edukacją historyczną, rozumieją doskonale, że ważne jest tylko to, kto będzie kierowcą budy, w której mieści się objazdowe kino. I nic więcej.

Nie można więc spokojnie słuchać bredni o tym, że badania wykazały iż rynek multimediów jest głębszy niż rynek książki. Liczby zaś nie kłamią i w związku z tym, IPN ma obowiązek produkować aplikacje i programy atrakcyjne dla młodzieży. IPN tylko udaje, że to czyni. Jeśli zaś idzie o liczby, to one kłamią przede wszystkim. Sukces na rynku książek, multimediów, na rynkach artystycznych, zależy przede wszystkim o wiary, intuicji, talentu i determinacji autora, autorów, i decydentów, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za dystrybucję, nie zaś od liczb, które są pretekstem do wydawania wielkich pieniędzy na coś, czego nie można sprzedać.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

wrz. 142021
 

Dziś dopiero dowiedziałem się, że nie żyje jeden z moich najwierniejszych i najstarszych czytelników, Pan Stanisław Koziński. Zmarł 20 maja tego roku z powodu powikłań pozawałowych oraz dlatego, że nie przyjęto go w porę na koronografię. Nie było miejsca.

Pan Stanisław przychodził na targi. Gadaliśmy bardzo długo. Był człowiekiem, którego można by nazwać okazem zdrowia, przyjeżdżał do Polski raz na jakiś czas, albowiem pracował w Kazachstanie. Kupował mnóstwo książek i rozdawał je tamtejszym Polakom. Był zawsze wesoły, żartował, przyjeżdżał na konferencje. Parę lat temu wrócił na stałe do kraju. Miał ponad siedemdziesiąt lat, a potrafił natchnąć optymizmem i wiarą w przyszłość każdego. Mimo ogromnego doświadczenia życiowego, wiedzy fachowej i inteligencji zawsze pozwalał mi się wygadać i uważanie słuchał. Był bardzo przejęty tym co piszemy na blogach i treścią książek. Liczyłem na to, że spotkamy się w Kazimierzu, albo na targach pod Zamkiem Królewskim w listopadzie.

Świeć Panie nad Jego duszą

wrz. 142021
 

W zasadzie tekst ten powinien nazywać się Bohaterowie naszych czasów II, bo chyba już taki tytuł kiedyś dałem. No, ale niech zostanie to co widać. Na różnych kanałach telewizyjnych reklamują teraz film pod tytułem Najmro, kocha, kradnie, szanuje. Jest to podana w sosie romantycznym historia wyszkolonego agenta, który pełnił jakieś misje, ale się urwał ze sznurka i zaczął kraść. Nazywał się Zdzisław Najmrodzki i już tu kiedyś o nim pisaliśmy. Przyznam, że wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie tego, że o Najmrodzkim powstanie film. A do tego jeszcze, że scenariusz do niego napisze Łukasz M. Maciejewski. No, ale mniejsza o scenarzystę. Mamy instytucje kultury, które wykładają ciężkie pieniądze na produkcje, których celem jest degradacja widza, bo inaczej tego nazwać nie można. Owa degradacja nosi nazwę rozrywki. Już lepiej gdyby PISF dofinansował jakieś produkcje o potworach, niż tego Najmrodzkiego, ale tego nikomu wytłumaczyć się nie da. Dlaczego? Otóż dlatego, że Najmrodzki to produkt rodzimy, który dodaje kolorytu okolicznościom w jakich przyszło nam żyć. I to usprawiedliwia jego istnienie w kulturze masowej. Faktem, że film o nim to jedna kpina z widza, nikt się nie przejmie, albowiem każdy wie, że widz kinowy w Polsce to młodociana ludożerka, która uwielbia takie klimaty.

Można rzec, że ja akurat nie powinienem się takimi kwestiami ekscytować, albowiem takich filmów powstaje masa. To prawda, ale większość z nich to fikcje, w stylu Patryka Vegi. Ten zaś oparty jest na życiorysie prawdziwym. Wypada więc się zastanowić, czy nie jesteśmy czasem w przeddzień ogłoszenia jakiejś kolejnej legendy miejskiej, która – tak, jak w przypadku Bagsika i Gąsiorowskiego – wykreuje nam nowego bohatera, całkiem w dodatku „autentycznego”. Nikt nie wie bowiem, na razie przynajmniej, co takiego jeszcze kryje w sobie życiorys Najmrodzkiego. Na razie mamy jakąś rzewną historię o romantycznym złodzieju, który ucieka z więzień, albowiem lubi się zabawić w towarzystwie pięknych kobiet. Jest co prawda przestępcą, ale jeśli idzie o uczucia, stałość w miłości, to jego drugie imię i nazwisko. Tak to chyba tam wygląda, choć przyznam, że nie chce mi sprawdzać.

Istotne jest to, że taki format bohatera: niegrzecznego, ale szlachetnego, tworzony jest z premedytacją i celowo kolportowany. Można się tym oczywiście nie przejmować, ale tylko do momentu, kiedy człowiek nie zorientuje się, że sposób ten, wzbogacony lub zubożony o jakieś elementy, dominuje w całym rozrywkowo edukacyjnym przekazie. To zaś pozwala nam zadać pytanie kluczowe, czy państwowe pieniądze mogą być wydawane na mieszaninę rozrywki i edukacji? A także inne – czy taka mieszanina jest komuś w ogóle potrzeba i do kogoś trafia? Twórcy zapewne myślą, że tak, ale pewność tę daje im jedynie wysokość własnych wynagrodzeń, a nie respons z rynku. Ten bowiem nikogo nie interesuje. Porzućmy teraz Najmrodzkiego i przejdźmy do spraw poważniejszych, ale tylko z pozoru. Jak wiemy jeden obraz wart jest tysiąca słów. I proszę bardzo oto obraz ilustrujący powstanie Biura Nowych Technologii w IPN i zainicjowanie projektu multimedialnego Bohaterowie niepodległej. Czy ten projekt i jego wymowa różnią się czymś istotnym od filmu ukazującego burzliwe dzieje Zdzisława Najmrodzkiego? Moim zdaniem ani na jotę. A jakby tego było mało przygody Najmrodzkiego i towarzyszące im emocje przenoszone są do rzeczywistości. Widzimy do dokładnie w obrazie mówiącym więcej niż tysiąc słów, na tym pierwszym zdjęciu. Ilustracja ta daje nam też wyjaśnienie, dlaczego dyrektor Szarek nie chciał kandydować na drugą kadencję w IPN. Zrozumiał, tak sądzę, że nadchodzą czasy, których on zrozumieć nie potrafi. To tylko z pozoru skomplikowane. No, a teraz macie już ten link

https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/150068,Powolanie-Biura-Nowych-Technologii-oraz-premiera-projektu-multimedialnego-Bohate.html?fbclid=IwAR39FEhKdOefVBPcKNdROcI7MFHPFrtum_EGpNK8AF1VGPJ5zK_0gfQGthY

Poniżej mamy pierwszy odcinek cyklu multimedialnego opowiadającego o bohaterach, którzy mają być wzorem dla młodzieży współczesnej. Ta zaś została w zalinkowanym tekście nazwana pokoleniem, którego nie dotyczą kwestie lustracyjne, a w dodatku takim, które czeka na skuteczny przekaz edukacyjny.

Powiem krótko: to się nie mieści w pale. Po raz kolejny oglądamy to samo, tylko, że zrobione po jeszcze większej taniości, a całą rzecz firmuje pani dyrektor, która wcześniej grała chyba w Słonecznym patrolu, albo występowała w programie Wyspa miłości. Wszystko zaś po to, by trafić z przekazem podprogowym wprost w męskie emocje, dorastających, przyszłych bohaterów. Nie wiem kto wymyśla te sztuki, ale powinien przestać. Pierwszym multimedialnym bohaterem naszych czasów jest, według IPN, Bogusław Szul-Skjöldkrona, którego sylwetka przedstawiona jest w sposób tak infantylny, że bardziej już nie można. Polska instytucja państwowa nie może bowiem konkurować w przekazie z wielkimi firmami produkującymi gry na zagraniczne rynki, albowiem zawsze w tej konkurencji przegra. Czyniąc to, jej zarząd daje, poza wszystkim, wyraźny sygnał, że nie wie czym jest twórczość, ani technologia i nie rozumie wyzwań, jakie stoją przed takimi instytucjami, a jedyne co może czynić to bardzo nieudolnie naśladować mega-produkcje. No i zadawać szyku na konferencjach prasowych. To jednak za mało, by uzyskać pożądany efekt. No, ale czy ten efekt jest rzeczywiście pożądany? Czy on jest tylko deklarowany? To jest kwestia do rozstrzygnięcia w czasie kadencji obecnego prezesa. Okaże się za cztery lata. Jeśli zaś idzie o bohatera pierwszej animacji, za Chiny ludowe nie możemy się dowiedzieć skąd się wzięło jego szwedzkie nazwisko. Ono zaś, jak mniemam, zdeterminowało jego karierę. Możemy za to dowiedzieć się z filmu, choć nie wprost, że został on na północy, w okolicach Murmańska, zwerbowany przez brytyjski wywiad, odznaczony jakimś brytyjskim medalem, a następnie wysłany z misją na tereny opanowane przez bolszewików. Mówi się o tym mimochodem, albowiem dla młodzieży jest to sprawa nieistotna. Ważne, że bohater był wytrzymały, szybko biegał, zbierał sprawności i nie bał się ryzyka. Oczywiście w pewnej chwili nadszedł kres jego życia, ale co się chłopina nalatał, to jego. No i zostawił fantastyczny zbiór piosenek legionowych, których uczył swoich żołnierzy. Mam w związku z tym jedno, podchwytliwe pytanie – czy IPN wyda ten zbiór ze stosownym komentarzem? Czy wojsko polskie zakupi nakład tego śpiewnika i czy pamięć o Bogusławie Szulu będzie żyła, w sercach współczesnych żołnierzy, którzy przecież muszą coś śpiewać po ćwiczeniach, bo w wojsku zawsze się śpiewało? Przypuszczam, że nic takiego nie nastąpi. To bowiem nikomu nie kojarzy się z sukcesem, wyklucza też obecność w projekcie istot, tak inspirujących wizualnie, jak ta pani na zdjęciu. Oglądalność zaś krótkich, imitujących gry, filmików będzie – idę o zakład – bardzo słaba. Zastanawiam się też kto będzie dla młodzieży ciekawszym wzorem do naśladowania: sfinansowany przez PISF Najmrodzki czy sfinansowany przez IPN Bogusław Szul-Skjöldkrona? A Wy jak myślicie?

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/