Lis 202013
 

Muszę lecieć dziś do miasta i nie mam czasu na pisanie. Salon się nie otwiera, tak więc umieszczam tu dziś fragment nowej Baśni jak niedźwiedź. Baśni amerykańskiej, która będzie w sprzedaży już za tydzień.

Złota Wirginia i złota Praga

Kiedy porównujemy Kompanię Moskiewską z inną kompanią, której działalność zainicjowana została na początku XVII wieku przez Króla Jakuba, widać wyraźnie ile wniosków wyciągnięto z działalności tej pierwszej spółki. Oto kolejny twór gospodarczy, który ma wchłonąć wszystko co znajduje się na odległych i nie rozpoznanych rynkach – Kompania Wirginii. Kapitał zakładowy tej spółki wynosi 12 tysięcy funtów, jest więc dwa razy większy niż kapitał Kompanii Moskiewskiej. Udziałowców także jest więcej i mają oni nadzieje na zyski większe niż te płynące z kontaktów moskiewskich, które doprawdy trudno nazwać handlem.
Król Jakub nadał kartę nowej kompanii w roku 1606. Była to pierwsza karta tej kompanii, później pojawiły się następne. Jak pisze Stanisław Grzybowski w pracy „Polityka kolonialna Tudorów i wczesnych Stuartów” nigdy wcześniej i nigdy później korona brytyjska nie wydała już takiego dokumentu.
Składa się ów dokument z dwóch dokumentów, pierwszy z nich porządkuje stosunki ekonomiczne na kolonizowanych terenach, a drugi wyznacza radę nadzorczą, która miała pilnować wszystkich spraw kolonii. Spośród członków tej rady dokument wymienia tylko czterech. Są to Thomas Gates, pirat, najemnik, rabuś, człowiek dowodzący oddziałami angielskimi w Niderlandach, w czasie powstania anty habsburskiego, George Somers z Dorset, człowiek obdarzony podobnymi zainteresowaniami i mający za sobą identyczne co Gates przygody, Richard Hakluyt, duchowny anglikański, pisarz i ponoć geograf, a także Edward Maria Wingfield, nie znany wtedy prawie nikomu szlachcic z Huntingdonhshire. Sam Gates zainwestował w Kompanię Wirginii aż 2 tysiące funtów, najwięcej ze wszystkich udziałowców. Przypomnijmy, że roczna pensja parobka w koloniach, tyrającego na polu w pocie czoła od rana do nocy wynosiła 2 funty.
Wszyscy ci ludzie mieli za sobą walkę z Hiszpanami lub służbę w wojsku na terenie Niderlandów za wyjątkiem Haklyuta, który jeszcze za królowej Elżbiety był szpiegiem zainstalowanym przy ambasadzie angielskiej w Paryżu.
Terenem ich działań miała być Wirginia właściwa, co nie wyczerpywało możliwości spółki, bo dostała ona do dyspozycji także inne obszary kolonizacji. Drugim po Wirginii był teren późniejszej Nowej Anglii, a trzecim Nowa Funlandia skąd Anglicy przepędzili Francuzów. Ten ostatni obszar został inkorporowany z dużym opóźnieniem, a to ze względu na to, że mający tam inwestować kupcy z Bristolu podejrzewali lordów udziałowców o pewną nieszczerość.
W Wirginii wylądowali najpierw ludzie, którzy głęboko w serca i mózgi mieli wrośnięte dwa wielkie złudzenia. Spodziewali się, że zastaną tam sytuację podobną do tej jaką odnaleźli w Meksyku Hiszpanie, to znaczy wielu dzikich i jeszcze więcej złota, które zdobędą posługując się swoimi nabytymi w Holandii, Irlandii i na morzach umiejętnościami posługiwania się bronią palną i białą – to po pierwsze. Po drugie zaś wierzyli święcie i Bóg jeden raczy wiedzieć skąd im się ta wiara brała, że kontynent który mieli kolonizować ma zaledwie kilkaset mil szerokości. Jeśli zaś będzie się uporczywie płynąć w górę wielkich rzek ku zachodowi, dopłynie się w końcu do Pacyfiku, a stamtąd już jest przecież blisko do Chin. Mamy rok 1606, globus Beheima ma już ponad sto lat, wszyscy właściwie już wszędzie byli, Drake opłynął świat, był w Kalifornii, Cabeza de Vaca dotarł w poprzek Ameryki Południowej do Asuncion w Paragwaju, a udziałowcy Kompanii Wirginii wierzą, że ląd na którym udało im się wylądować ma zaledwie kilkaset mil szerokości. To jest niepojęte. Tak niepojęte, że aż się ciśnie na usta pytanie: kto i w jakim celu utrzymywał w nich tę wiarę?
Tego nie wiemy, ale badacze tacy jak Grzybowski, historyk z Polski i Charles C. Mann historyk z USA są co do tej kwestii zgodni – ludzie przybywający do Wirginii chcieli podróżować po nowym lądzie tak samo jak czynili to kupcy Kompanii Moskiewskiej w Rosji. Chcieli to również czynić w tych samych celach. Tam były wielkie rzeki i w Ameryce były rzeki. Żadna z rzek wpadająca do oceanu na wschodnim wybrzeżu nie była tak duża jak Wołga, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Kupcy Kompanii Moskiewskiej chcieli dotrzeć rzekami do Persji i w końcu tam dotarli, a kupcy z Kompanii Wirginii marzyli o Chinach. Nie możemy prześledzić dokładnie skali tego obłędu, bo tak się składa, że protokoły zgromadzeń Kompanii z wczesnych lat jej działalności nie zachowały się do naszych czasów. Pierwszy na jaki natknęli się badacze pochodzi dopiero z 28 IV 1619 roku. Co moim zdaniem jest znamienne. Zanim wyjaśnię dlaczego prześledźmy wszystkie ważne wydarzenia, jakie miały miejsce przez dwanaście lat istnienia Kompanii Wirginii.
Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli od charakteru tej kolonii, takiego jakim go sobie wymarzył król Jakub. Oto monarcha chciał by Wirginia była kolonia podobną do osad hiszpańskich, to znaczy taką, która nie tylko eksploatuje i przekształca nieodwracalnie nową ziemię, ale także daje krajowcom coś czego wcześniej nie mieli. Hiszpanie dawali im naukę Chrystusa i bezpieczeństwo, które zapewniały misje, chroniące krajowców prze łowcami niewolników i żołnierzami, to samo marzyło się królowi Jakubowi. Dlatego właśnie wśród członków zarządu Kompanii znalazł się Richard Hakluyt, były szpieg, humanista i duchowny. Zadziwiające jest to w jaki sposób on sam rozumiał potrzebę utworzenia nowej kolonii. Otóż uważał ów człowiek, że Anglia jest przeludniona, a w dodatku znajduje się w niej spora liczba ludzi kłopotliwych i niepotrzebnych. Różnych wyrzutków, awanturników, ludzi skazanych za przestępstwa i prostytutek, które psują obraz starej, wesołej Anglii. To wszystko, cały ten element powinien znaleźć się według Haykluta w Wirginii. Lordowie udziałowcy mieli na ten temat nieco inne zdanie, ale praktyka je zmieniła. Nie wierzyli oni, by ludzie tej konsystencji wewnętrznej co wyżej wymienieni, mogli się przydać do czegoś pożytecznego w koloniach. Wkrótce okazało się jednak, że przymusowa wysyłka mętów za ocean jest koniecznością, bo nikt się dobrowolnie tam nie wybiera. Początkowo liczono się z tym, że w wielkich rzekach Wirginii, które zaprowadzą Anglików do Chin jest pełno złota. Oznaczało by to, że nie trzeba tam będzie pracować, wystarczy wyzbierać złoto z dna strumieni i już, sukces gotowy. Ustalono nawet ile złota, srebra i miedzi oddawać mają koronie nowe kolonie. Król miał otrzymywać 1/5 złota i srebra oraz 1/15 miedzi, z przyszłych wirginijskich kopalń.
Król narzucił ponadto nowym koloniom ciało nadzorcze, składające się z samych znamienitych osób, które sprawować miało nad osadami w Wirginii nadzór specjalnego rodzaju, przede wszystkim ekonomiczny, ale także etyczny i prawny. Tak to zostało zadeklarowane. W praktyce chodziło o to, by wszystkie sprawy kolonii były skrupulatnie zapisywane, by działał tam sąd i sprawiedliwość królewska. Nadzór ekonomiczny zaś przypominał wprost jakieś kołchozowe ekscesy spotykane w Rosji tuż po rewolucji. Oto ci, którzy pracowali na nowej ziemi, mieli wszystkie jej płody i bogactwa składać w jednym magazynie nadzorowanym przez lorda skarbnika. Żywność i inne dobra miał być im wydzielane stamtąd „w miarę potrzeb”, a po pięciu latach pracy w kolonii mogli dopiero dostać na własność ziemię. Stanisław Grzybowski pisze, że był to system feudalny, ale jego książka pochodzi z lat siedemdziesiątych i inaczej pisać chyba nie mógł. System organizacji życia w Wirginii przypominał raczej kibuc, albo kołchoz, a nie folwark feudalny. Tym mocniej narzucają się te analogie, jeśli przyjrzymy się członkom Królewskiej Rady Wirginii, która miała swą siedzibę w Londynie. Byli to ludzie ze sfer najwyższych, ale ich udział w radzie nie zależał wcale od wysokości finansowego udziału w Kompanii. Byli jednym słowem królewskim zaworem bezpieczeństwa, gdyby okazało się, że ci którzy rządzą Wirginią na miejscu, próbują przedsięwziąć coś, co wykracza poza plany i zamierzenia króla. W składzie rady, jako jeden z pierwszych znalazł się sir Olivier Cromwell, stryj późniejszego lorda protektora.
Wbrew temu co opowiadał Heyklut w Anglii nie było wystarczającej liczby społecznych wyrzutków, by zaspokoić plany i potrzeby Kompanii. Wielebny źle ocenił sytuację, ale decyzje były podjęte i coś należało zrobić. Ktoś musiał do Wirginii pojechać i w Londynie oraz innych miastach rozpoczęto bezwzględne łapanki na bogu ducha winnych łazików, żebraków, dzieci, a szczególnie na dziewczęta. Po te ostatnie wyprawiano się często na wieś. Kompania była poważnym zamierzeniem i wszystko musiało tam pasować do wizji wymyślonej na dworze króla Jakuba. Czy to była jedyna wizja i jedyny sens istnienia spółki? Co do tego mam poważne wątpliwości, ale o szczegółach opowiem niżej.
Kiedy już wysłano za ocean pierwsze gromady przerażonych i niczego nie rozumiejących nieszczęśników z miast Anglii, okazało się, że prócz miedzi, nie ma na miejscu żadnych kruszców. Koloniści muszą więc pracować na roli. Nie było to możliwe z przyczyn zasadniczych, żebrak bowiem, złodziej kieszonkowy i prostytutka prędzej pozwolą się zagłodzić niż podejmą prace przy orce, albo choćby tylko przy plewieniu ogródka. Co bardziej operatywni koloniści, oraz sami udziałowcy przebywający w pierwszej osadzie zwanej Jamestown, na cześć króla Jakuba, zajęli się handlem z Indianami. Był to dziwny handel, bo Indianie mieli w tych transakcjach bezwzględną przewagę, dysponowali bowiem żywnością i byli u siebie. Anglicy byli dla nich początkowo nie lada kłopotem, z którym nie wiadomo było co zrobić. Później rdzenni mieszkańcy Wirginii zorientowali się, że z kontaktów z obcymi płynąć mogą także korzyści.

  10 komentarzy do “Baśń amerykańska. Złota Wirginia i złota Praga”

  1. Ciity of London, Banki, ofiary kultu, mind control, problem-reaction-solution, Smoki i…gady, czyli David Icke sprzed paru lat o Imperium z jego własnej, angielskiej perspektywy.

    http://www.youtube.com/watch?v=eVkk1zKdkMo

  2. Swietny tekst panie Gabrielu. Jesli tylko zostalo cos na strychu, z pewnoscia przekonam sie co bylo dalej. Gratuluje i zycze milego dnia.

  3. No chyba jednak czymś to się różni, nie znasz końcówki to nie potrafisz tego dostrzec.

  4. Jasne że tak. To taka jego alternatywna licencja poetica. Reptalianie jako figura Szatana i sił wrogich Bogu….
    On opowiada swoja opowieść, swoją baśń… ten Icke to fruwak ewidentny. Kolorowy.

    Końcówka? Brzmi intrygująco!

  5. Dlaczego nazywa pan Hakluyta „ponoć geografem”? Przy okazji – w jego nazwisku jest literówka – „Wbrew temu co opowiadał Heyklut” – jeśli to celowe, to disregard:)

  6. Połowa populacji mieszkająca wówczas w nadmorskich miastach uważała się za geografów. Ja wiem, że to był geograf, ale miałem zeń ochotę trochę poszydzić. Chyba mi wolno? Jeśli zaś pan tu przyszedł wskazywać mi literówki, to radziłbym przestać.

  7. Przeczytałem pana dzisiejszy tekst i rozumiem wzburzenie – i nie, nie przyszedłem szukać literówek czy innych głupotek. Lubię gościa i tyle, stąd było pytanie:)
    Nie zawracam głowy i smacznego barszczu!

  8. przeczytalem i musze przyznac ze kolejna „Basn jak niedzwiedz” zapowiada sie nie mniej interesujaco jak poprzednie. dziekuje Panie Maciejewski, nie moge sie doczekac kiedy dorwe Historie amerykanskie w swoje lapy. zycze udanego tygodnia.
    z powazaniem
    ziuk_NYC

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.