Cze 132021
 

Cały wczorajszy dzień pisałem, zostało jeszcze dwa i pół rozdziału, ale ostatni rozdział jest już napisany. To naprawdę niewiele, ale muszę jeszcze kilka stron przeczytać. Nie wiem co się dzieje, ale mam wrażenie, że prowadzi mnie ręka. Wiem, wiem, tak nie wolno mówić, bo jeszcze coś się stanie i okaże się, że to nie ta ręka. Chcę tylko powiedzieć, że po przyjęciu pewnej optyki, elementy składające się na tę historię zaczynają do siebie pasować. Wszystkie po kolei. I nie trzeba się zastanawiać co z czego wynika. Sprawy są po prostu jasne. Ich zaciemnienie zaś wynika z faktu, że historia akademicka jest narzędziem ideologicznym i propagandowym. I mowy nie ma by to się zmieniło. Szczególnie dzisiaj. Do tego zaciemnienia przyczyniają się rozmaite tajne szyfry, które ukryte są w książkach popularnych, najwyraźniej nie służących do tego, co deklarują ich autorzy. No i przemożna chęć nadania niezwykłego charakteru zjawiskom dającym się opisać stosunkowo łatwo, ale mającym charakter niesłychanie groźny. Jest więc historia propagandą polityczną i propagandą organizacji tajnych, także służących polityce, ale uprawiających przy tym folklor, którego celem jest wyłącznie odwrócenie naszej uwagi od prawdy.

Wczoraj, na przykład sięgnąłem raz jeszcze po starą, ale niedawno wznowioną trylogię zatytułowaną „Turnieje Boże”. To jest typowa, francuska literatura kokieteryjna, opisująca średniowiecze w sposób uwodzicielski i emocjonalny i przedstawiająca herezję jako ucieczkę dla ludzi wrażliwych, którzy gdzieś muszą się schronić przed złem tego świata. Główny bohater nazywa się Wilem d’Encausse. Nic mi to nazwisko nie mówiło, choć przecież znałem człowieka, który je nosił i pisaliśmy tu o nim nie raz. To Gerard Anaklet Vincent Encausse, czyli sławny Papus, założyciel zakonu Martynistów. Zbieżność nazwisk nie jest zapewne przypadkowa, jeśli weźmiemy pod uwagę kim był jeden z autorów tej książki. Także już od tym pisaliśmy, nosił on nazwisko Pierre Barret i należał do gangu Mitteranda. Jakie jeszcze szyfry znajdują się w tych powieściach, nie wiem i wiedzieć nie chcę. One bowiem są tym mechanizmem, który ma zadowolić dociekliwych i zaspokoić ich potrzebę niezwykłości, a także odwrócić uwagę od spraw naprawdę istotnych.

No, ale dziś nie będzie o tych powieściach, a o innej książce. Kupiłem ją niedawno, zacząłem czytać i po kilku stronach zamknąłem. Nie dało się. No, ale będę musiał do tego wrócić i to niebawem. Rzecz nazywa się Wino, kobiety i śpiew w pałacach arabskich, a jej autorem jest pracujący na UW Libańczyk Georges Kass. Ten tytuł jest mylący, idiotyczny w istocie i obliczony na uwiedzenie czytelnika, którego autor i wydawca nie szanują. To być może jest pewna prawidłowość, mam na myśli ów brak szacunku mieszkańców Bliskiego Wschodu dla Europejczyków, którzy są w ich ocenie po prostu głupi, a najlepszym razie bardzo naiwni.

O czym więc jest ta książka? O zepsuciu. O zjawiskach w życiu wszystkich warstw społeczeństwa kalifatu abbasydzkiego, wynikających z ogromnego i nie dającego się skonsumować sukcesu politycznego. Jest to też praca o wolności jednostki, której w świecie arabskim i w świecie muzułmańskim w ogóle, po prostu nigdy nie było. Jeśli więc ktoś pisze o tym książkę, a nazywa ją Wino, kobiety i śpiew, ten ma albo słaby charakter i nie potrafi postawić się wydawcy, albo uważa czytelnika za durnia.

Musiałem się oderwać od tej lektury, bo jest po prostu wstrząsająca. Społeczeństwo arabskie, a pewnie także tureckie, którego duszą był islam, składało się z jednostek na stałe i nieodwołalnie przyporządkowanych jakiejś organizacji. Jeśli zaś ktoś takiego umocowania nie posiadał, nie był na przykład niewolnikiem, albo kupcem, albo derwiszem ze znanej jakiejś świątyni czy klasztoru, musiał kogoś takiego udawać. Społeczeństwo arabskie było więc pełne oszustów, którzy nie mając wcale dobrych zamiarów wkradali się w życie dworów, miast, świątyń i zwykłych domów. Mnie w tych opisach najbardziej uderzyła formuła fałszywego ascety. Otóż była cała kasta fałszywych ascetów, którzy normalnie zajmowali się stręczycielstwem. Była kasta fałszywych proroków, a wszyscy ci ludzie parali się wynajdowaniem innych niż kontrolowane przez silne organizacje kanałów dystrybucji. Co sprzedawano? Zakazane rozrywki: seks, wino i narkotyki. Całe, podkreślam, całe społeczeństwo kalifatu żyło wyłącznie rozpustą. Od namiotów beduińskich począwszy do pałacu kalifa. Oczywiście całe społeczeństwo od jednego do drugiego ekstremum żyje interpretacją prawa. Doradców religijnych zajmujących się tą profesją jest prawie tyle samo ile stręczycieli. Ich zadaniem jest takie zinterpretowanie przepisów, by można było korzystać ze wszystkich rozrywek. Oczywiście ten trend i jego jawnie piekielny charakter przypisywany jest przez Arabów wpływom perskim. Rządy Abbasydów rozpoczęły się bowiem od porozumienia z Persami, w celu obalenia poprzedniej dynastii czyli Umajjadów. Persowie mieli być tymi, którzy przynieśli nowe, złe zwyczaje, łącznie z powszechnym homoseksualizmem i handlem młodymi chłopcami. W języku perskim bowiem nie ma rozróżnienia rodzajów na męski i żeński, a wobec tego poezja miłosna nie wskazuje, kto jest obiektem adoracji. To ciekawe spostrzeżenie, ale to nie jest książka o adoracji, nie jest to także książka o poezji, choć autor bardzo się stara stworzyć takie wrażenie. To jest książka o niemożności skonsumowania politycznego sukcesu przez społeczeństwo, które nakradło się tyle, że nie daje rady tego przejeść. Nie wie też co z tym dobrem zrobić i na jaki cel jej obrócić. Jedyne co może uczynić, świadome, że sukces zawdzięcza doktrynie Mahometa, bardzo surowej w sferze deklaratywnej, to urządzić maksymalnie głęboki rynek obroty dobrami pochodzącymi z grabieży, nadać mu charakter legalny i pół legalny, a następnie szukać możliwości do dalszych podbojów, udając, że doktryna jest tak samo restrykcyjna, jak była na początku. Świat arabski, na szczęście, nie może zdobyć się w VIII i IX wieku na jakieś bardziej skoordynowane akcje i kampanie o charakterze misyjnym. Jedyne co może to organizować jakieś wypady na wybrzeża europejskie i wyprawy handlowe w głąb kontynentu, poszukując tam kontrahentów dostarczających niewolników. Ci niewolnicy nie są potrzebni do pracy. Przeważnie służą do dystrybucji nierządu, który jest oficjalnie dozwolony. Na wielkich targach w Mekce i Medynie, stoją wielkie namioty, oznaczone specjalnymi flagami, gdzie niewolnice i niewolnicy zmuszani są przez swoich panów do prostytucji, za co panowie ci pobierają opłaty przy wejściu. Praktykom tym mogą oddawać się wszyscy z arystokracją włącznie. To są rzeczy nie do pomyślenia w świecie chrześcijańskim. Nierząd był wyborem, a nie przymusem fizycznym i nie był firmowany przez elity społeczeństwa. Te bowiem zdegradowałyby się w taki sposób.

Cały ten niewolniczy system firmują poeci, którzy wynoszą na jakieś niemożliwe do ogarnięcia rozumem wyżyny, okoliczności w jakich uprawia się nierząd. Dotyczy to zarówno dworów, jak i tych namiotów, a także lokali z wyszynkiem.

Najbardziej wstrząsające jest to, że poezja w świecie arabskim towarzyszy deprawacji od zawsze. Istniało bowiem zjawisko poezji beduińskiej, uprawianej w namiotach na pustyni, gdzie dochodziło do różnych ekscesów związanych z nierządem. Głównie homoseksualnych, wobec braku kobiet. Faceci przebierali się za babki, ktoś przynosił bukłak wina, a ktoś inny śpiewał, udając, że chodzi o coś innego niż widać. I tak to się kręciło, aż w końcu zostało przeskalowane do niewyobrażalnych rozmiarów, wraz z podbojami Afryki i Europy. Dopiero po przeczytaniu tej książki możemy dokładnie zrozumieć co to znaczy „wpływy arabskie w dworskiej poezji europejskiej”. Nie to bynajmniej o czym piszą w swoich opracowaniach literaturoznawcy. Oni bowiem są w ocenie Arabów, całkiem świadomych tego czym był i czym jest ich świat, po prostu durniami, których się nie szanuje, ale których trzeba, póki co, tolerować.

Nie istniało i nie istnieje w świecie muzułmańskim coś takiego jak wolność jednostki. Taki wniosek nasuwa się po przeczytaniu kilku fragmentów książki Georgesa Kassa. Nie może istnieć, albowiem wszystko tam jest podporządkowane dystrybucji i konsumpcji, regulowanej przez restrykcyjne prawo, które teoretycznie wyklucza nadużycia, w rzeczywistości zaś je akceptuje i sankcjonuje. Być może wniosek ten jest błędny i wyciągnięty przedwcześnie, ale nie zmienia to faktu, że warto tę książkę przeczytać.

  9 komentarzy do “Bezwstyd czyli poezja arabska”

  1. ciekawe jak się plasują -Baśnie z tysiąca i jednej nocy- , też pewnie miały być jakąś podgotowką pod lansowanie tego co u nich było normą … ale  po zmroku

  2. Właśnie ta poezja dała początek trubadurom. Konkretnie andaluzyjska jej gałąź, księżniczka al- Wallada i jej adoratorzy.

  3. Myślę, że nie tylko andaluzyjska. No, ale poczekajmy na książkę. Nie uprzedzajmy niczego

  4. No to mnie pan zaciekawił. Co ciekawe, sam Chomeini pisał wiersze o winiarni. Ale myślę, że tradycja irańska nie ma bezpośredniego związku z tematem. Chyba że Rumi, który zdaje się założył bractwo tańczących derwiszów, wpływowe w państwie Osmanów.

  5. Nie sięgałem aż tak daleko wstecz, do księżniczki Wallady, ale myślę, że była facetem. Modus operandi – czyli degeneracja dworu i wprowadzenie nowej dynastii, jest ciągle to samo. Kto za tym stał? Egipt jak mniemam. Ktoś tych Berberów doinwestował.

  6. Wallada była facetem. Aż strach się bać. Od tego stwierdzenia tylko krok do zadania, że trubadurzy byli bractwem homoseksualnym. Kobity sobie przędą, a faceci rządzą, biby, darkroomy i kantory z kasą. Absolutne zwycięstwo korporacji nad rodziną. Ale pewnie poszedłem nie w tą stronę.

  7. Wspaniała recenzja książki, którą teraz usiłuję kupić.

    Od razu nasuwa się Glubb http://people.uncw.edu/kozloffm/glubb.pdf

    Albo aktualna sytuacja u naszego „Największego sojusznika”

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.