Lut 052020
 

Chciałem dziś napisać o dość niezwykłej książce, z którą zapoznałem się niedawno, a zobaczyłem pierwszy raz na targach w Łodzi, kiedy to jej wydawca podarował mi egzemplarz. Książka nosi tytuł „Recepta na miliony” i jest fabularyzowaną biografią Oskara Kona. Napisał ją zaś Bolesław Lesman, łódzki dziennikarz, który wyjechał z Polski na stałe w roku 1968. Dlaczego ja się zdecydowałem na sprzedaż tej książki i dlaczego uporczywie krążę wokół tematyki łódzkiej, choć żadne sentymenty mnie z Łodzią nie łączą? Otóż dlatego, że Łódź i sprawy łódzkie są szalenie ważna dla zrozumienia wszystkiego, a polityki i jej połączeń z wielkim przemysłem w szczególności. Do tego jeszcze bez Łodzi i dokładnego zagłębienia się w niejawne łódzkie struktury przemysłowo- rodzinne, nie da się zrozumieć jakie były istotne przyczyny istnienia i prosperity ZSRR. Ktoś powie, że przesadzam, tak jak z tą całą herezją w Langwedocji i najazdem mongolskim na Europę, co podobno ma się łączyć ze sobą w jakiś tajemniczy sposób, ale nikt nie wie w jaki. Ja też jeszcze nie wiem, ale szukam różnych tropów. Zostawmy to jednak na boku i skupmy się na naszej książce. Kim był Oskar Kon wszyscy mniej więcej wiedzą, dlatego ja dziś skupię się bardziej na autorze – Bolesławie Lesmanie. Oto pan Bolesław był znanym w środowisku łódzkim dziennikarzem, który miał kolegów w UB i dobrze funkcjonował na mieście. Traktował też serio swój zawód, a to oznacza, że bywał w lokalach, pił z kim trzeba i zawierał różne przypadkowe znajomości z płcią przeciwną. Pan Bolesław miał także ambicje autorskie i stąd wziął się w jego głowie pomysł na napisanie biografii Oskara Kona. Materiały gromadził pracowicie, a że był z przekonań socjalistą, chciał napisać biografie prawdziwą, to znaczy historię o krwiopijcy i aferzyście, który niszczy życie robotników i wdaje się w międzynarodowe afery. Zanim doszło do napisania biografii, Lesman podzielił się swoimi wrażeniami z przeglądania materiałów, do których dotarł sam lub które zdobyli dla niego koledzy z resortu, z panem Chylińskim, dziennikarzem łódzkiego ośrodka telewizyjnego. Ten zaś, nie mówiąc nic Lesmanowi przekazał te materiały Jerzemu Urbanowi. On z kolei był wtedy na indeksie, co w praktyce oznaczało, że nie może pisać pod własnym nazwiskiem. Pisał więc pod innymi nazwiskami i normalnie funkcjonował. Urban, używając nazwiska Andrzej Izerski, napisał na podstawie materiałów zgromadzonych przez Lesmana, bardzo nędzną książczynę zatytułowaną „Widzewski królik”. Chcę zwrócić uwagę na jedno – żyd żydowi ukradł książkę o żydzie. Ponieważ Lesman był idealistą praktykiem, a kim był i jest Jerzy Urban wszyscy dobrze wiemy, sprawa poszła do sądu. Lesman oskarżył Urbana o kradzież pomysłu. Był bowiem bardzo przywiązany do swojej książki i postaci, która się z niej wyłaniała. To zaś co zrobił Urban, czyli nazwanie Oskara Kona „widzewskim królikiem” odpowiada mniej więcej temu, w jaki sposób dzisiaj, taki, dla przykładu Terlikowski, rozumie pisanie książek. Urban chciał zarobić parę złotych i napisał historię dętą. Lesman zaś poszedł na ostro i sprawa trafiła do sądu. W sądzie powołano biegłych, profesorów polonistyki, którzy jasno i autorytatywnie stwierdzili, że Urban niczego nie ukradł, że książka napisana po pseudonimem Andrzej Izerski, jest jego pomysłem autorskim. Lesman sprawę przegrał, ale napisał i wydał swoją książkę, tę którą mamy „Recepta na miliony”. Jeśli miałbym wyrazić się jednym zdaniem na jej temat powiedziałbym, że jest to książka nowoczesna. To znaczy, w uprawianych i słyszalnych tutaj przez nas rejestrach, jest to książka o skuteczności. Czyli o tym samym, o czym są wojny Czyngis Chana. Scena zaś, kiedy prezes Kon zostaje zmuszony do zamiatania liści przy swojej willi, a pewnego dnia, przyjeżdża do niego czarna limuzyna pełna oficerów i przemysłowców niemieckich, która zabiera go do Genewy (a jest rok 1940) bije na głowę wszystkie pointy wszystkich gangsterskich i politycznych demaskacji amerykańskich, jakie powstały kiedykolwiek. I jeszcze deklasuje połowę obrazów o holokauście.

Lesman przez swoją książkę miał wyłącznie kłopoty. Bardzo chciał napisać książkę o złym kapitaliście, a napisał książkę o tworzeniu kapitałowego imperium, do czego użył języka współczesnego nam dzisiaj, choć naszych czasów przecież nie dożył. Napisał książkę tak, jakby był autorem amerykańskim, związanym z partią republikańską, a nie żydowskim dziennikarzem z Łodzi, który musi się szarpać po sądach z psami takimi jak Urban. Jego wyjazd w roku 1968 był wyjazdem naprawdę wymuszonym, to znaczy kiedy Lesman wyjechał z rodziną, okazało się, że w Izraelu nie ma dla niego pracy. Nie ma i już. Pojechał do Niemiec i próbował zatrudnić się w Radio Wolna Europa. Okazało się jednak, że tam także nie ma wolnych etatów, dla ludzi takich jak on. Został więc taksówkarzem i jeździł na tej taryfie, dopóki nie obstukał się z niemieckim na tyle, że mógł się zatrudnić w lokalnym radio.

Jego książka została w Polsce wydana raz jedynie – w roku 1967. Wydanie, które umieszczę w sklepie jest wydaniem drugim.

Teraz słów kilka o powiązaniach biznesu, polityki i herezji. Zostawiam na boku Oskara Kona, żeby nie psuć czytelnikom zabawy. Napiszę coś o największych wrogach prezesa Oskara, o rodzinie Eitingonów. Jest ona zawsze opisywana źle. To znaczy autorzy, którzy się za to biorą piszą o wielkim sukcesie Nauma i Borysa, którzy przybyli do Łodzi z Orła i tu zrobili wielki majątek. Po czym okazało się – co za przypadek – że w USA żyje inna gałąź tej rodziny, której przewodzi Motty Eitingon. No i on złożył braciom różne oferty. Oni zaś stali się przez to jeszcze bogatsi. Tuż przed wojną zaś, szczęśliwie, wyjechali do Ameryki i nie stali się ofiarami holocaustu. Kiedy jednak zaczniemy przyglądać się innym, dalszym członkom rodziny Eintingonów zrobi się naprawdę ciekawie. Szczególnie chodzi mi o tych pochodzących z Mohylewa. Oto Max był w Komitecie Freudowskim, a jego ojciec Chaim inwestował w medycynę i zbudował szpital w Lipsku. Najciekawszy był jednak inny Naum Eitingon, rodem ze Szkłowa. Przyjął imię Leonid i piął się po szczeblach kariery wojskowej, aż został generałem bezpieczeństwa państwowego ZSRR. Był czynny w Hiszpanii podczas wojny domowej, gdzie – jak głosi legenda – zbudował sobie krematorium, żeby szybciej i wydajniej likwidować wrogów ludu i republiki. Brał udział w porwaniach białych generałów w Paryżu i w likwidacji „band leśnych” na terenie Pribałtyki po II wojnie światowej. W końcu został aresztowany za syjonizm, a inne legenda głosi, że przez cały czas swojej służby ułatwiał swojemu kuzynowi z USA Motty’emu masowe upłynnianie tekstyliów na terenie ZSRR. Ten ostatni, Motty, stawał nawet przed komisją McCarthy’ego, podejrzany o działalność komunistyczną, ale niczego mu nie udowodniono. Jeśli zaś idzie o Leonida, to został w końcu aresztowany za syjonizm, ale też go wypuścili. Zrehabilitowano go jednak dopiero pośmiertnie, a my patrząc na tę historię możemy jedynie szyderczo dodać – w czyich oczach? W czyich oczach zrehabilitowano tego faceta?

Kiedy rozmawiałem z wydawcą książki Lesmana, panem Jackiem Kusińskim, padła taka kwestia – Łódź jest prowincjonalna i sprawy łódzkie są prowincjonale. Otóż nie, sprawy łódzkie są światowe, albowiem Łódź była emanacją potężnych sił, które grały w grę globalną. Bez tych sił nigdy by nie powstała, nie byłaby potrzebna po prostu. Dlatego właśnie Łódź jest miastem była miastem światowym, w przeciwieństwie do Warszawy.

Dziś po południu umieszczę tę książkę w sklepie.

  11 komentarzy do “Brakujące ogniwo”

  1. Holokaust – Żydzi żydom zgotowali ten los [*]
     
     

  2. 100/100    !!!    !!!     !!!

  3. Ach…
    … jaki  ten swiat  maly  !!!
     
    Familia  Eintingon’ow…  Natansonow… Toeplitz’ow…  ziec  Trump’a…  familia  Georgetty  ambasadorzycy…
    … mozna wymieniac  te „wielkie,  sFiatowe”  familie  z miasta Lodzi  i  nie tylko… ale rzeczywiscie wychodzi na to, ze  Lodz to „emanacja poteznych sil  globalnych”  w  dziadostwie,  zlodziejstwie  i  wszelkim  mozliwym  ZYDOWSKIM  SZWINDLU  !!!

  4. Drogi Coryllusie, jeśli prowadzi się biznes klasy Poznańskich, Scheiblerów, Grohmanów, Konów czy innych im podobnych i zatrudnia po 10 tys. pracowników to wełnę czy bawełnę kupuje się na statki bezpośrednio u producenta. Prawie 100% bawełny to USA i Egipt (protektorat Korony). Prawie 100% wełny to australijskie i argentyńskie merynosy. Dochodzi do tego logistyka (statki, koleje), węgiel do maszyn parowych i same maszyny, wiele, wiele wyspecjalizowanych maszyn no i, co najważniejsze, obsługa kanałów dystrybucji. Ten cały świat, to wszystko, obsługiwali miejscowi Lodzermensche: Niemcy, Żydzi, Polacy i inni tu, na miejscu. Nazywanie Łodzi miastem prowincjonalnym to co najmniej głupota.

  5. Kolega z jeszcze bardziej prowincjonalnego miasta wydał książkę z obrazkami aby ją sprzedać sentymentalnym Żydom. W celu promocji zaczął szukać kontaktów z Diasporą w Ameryce. Szło to niesporo, ale niespodziewanie jego własna babcia skierowała go do swojej przyjaciółki, sąsiadki z bloku, która obiecała pomóc. Trzy miesiące później siedział w samolocie do Nowego Jorku z plecakiem wypchanym książkami i karteczką z adresem jakiegoś biurowca na Manhattanie. Biurowiec okazał się jednym z największych w tym mieście, napis nad wejściem mącił w głowie a w holu wejściowym mógłby zmieścić się Pałac Kultury. Z ogromnej recepcji, gdy podał nazwisko, skierowano go do stolika w kącie za którym były drzwi do małej windy. Zawiozła go na najwyższe piętro budynku gdzie czekał  starszy mężczyzna w stroju ludowym , który przyjął go bardzo serdecznie i przez długie godziny kazał opowiadać o swoim kochanym rodzinnym mieście. Rozmawiali po polsku , po polsku również zwracał się gospodarz do swojej leciwej jakby sekretarki i wydawało się że był to ich język codzienny.
    Po powrocie do Polski udał się kolega do skromnego mieszkania miłej sąsiadki z podziękowaniami za możliwość spotkania z jej ciotecznym bratem z NY. Na koniec wizyty zapytał dlaczego nie wyjedzie do Ameryki, odpowiedziała mu że była ale jej się tam nie spodobało. Wielki świat jest tuż tuż.

  6. tekstylia, tekstylia, tekstylia
    wieczny rynek póki żyją ludzie, to te tekstylia, 7 mld ludzi musi coś na siebie nałożyć, nakłada na siebie tekstylia …
    tak dobrego rynku nie oddaje się w cudze ręce  

  7. Ha…
    … skad ja to znam  !!!
    No, coz… zeby nie moj przymusowy wyjazd do Francji i Paryza – to tez bym nie wiedziala, ze „wielki swiat”  jest tuz tuz. 

  8. Reserved przerobił w zeszłym roku 13 miliardów złotych.

  9. Zara – najbogatszy Hiszpan
    Jack&Jones – najbogatszy Duńczyk

  10. Ładnie. Jak będę chciał coś wartościowego sprzedać to poproszę o reklamę.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.