Cze 122021
 

Wszyscy wiemy, jak trudno jest utrzymać przez dłuższy czas uwagę dużej grupy osób. Nawet jeśli produkuje się interesujące komunikaty i są one podawane w sposób atrakcyjny, nie ma szans, że publiczność będzie ich słuchać stale, bez ziewania i znudzenia. W końcu bowiem z samej tylko przekory powie – dość – i pójdzie gdzie indziej, do cyrku na przykład, albo włączy sobie Kabaret Moralnego Niepokoju. Ta okoliczność daje bezwzględną przewagę propagandzie dużych organizacji, które mogą produkować dowolne komunikaty i nie przejmować się znudzeniem publiczności. Tak działa państwowa i prywatna telewizja, która zawsze konstruuje przekaz polityczny, nawet jeśli zarzeka się, że tak nie czyni i zawsze wzmacnia go przekazem rozrywkowym, z przeznaczeniem dla mas. Czy masy chcą tego przekazu? W mojej ocenie nie, bo sądzę, że mas w ogóle nie ma. No, ale jest pewien miraż, który wymusza na ludziach realizujących politykę wykonywanie pewnych czynności, które w istocie mają charakter rytualny. Do takich posunięć zaliczam emisje z imprez piłkarskich, a także festiwale w Sopocie, Opolu, Kołobrzegu i Zielonej Górze. A także tego faceta, którego już tu kiedyś ktoś linkował.

https://www.youtube.com/watch?v=MvZ0nCed5Kw

Ja go sobie zapamiętałem i długi czas zastanawiałem się kto może przychodzić na te imprezy, które uświetnia on swoimi występami. Doszedłem do wniosku, że to są wyłącznie funkcjonariusze służb, którzy obserwując ruchy Diego, sprawdzają, czy wykonuje on wszystko tak, jak to zostało zapisane w scenariuszu przeznaczonym do realizacji imprez masowych o charakterze rytualnym, które stanowią główną treść przekazu mediów elektronicznych. Ludzie ci, dla niepoznaki udają bogatych biznesmenów i osoby zainteresowane tą niby muzyką, w rzeczywistości zaś są w pracy. I proszę się tu nie śmiać, albowiem te obowiązki nie należą do lekkich. No, ale jak ktoś wybrał pewien rodzaj kariery, za dużego wyboru nie ma.

Imprezy o charakterze rytualnym nie mogą być modyfikowane i rozwijane tak, by zaistniało ryzyko znudzenia publiczności. Takie próby są podejmowane, ale jak coś się posypie, lecą głowy dyrektorów w mediach elektronicznych i wszystko wraca do normy. Kłopot powstaje w chwili, kiedy ktoś umiera, na przykład Krzysztof Krawczyk, a telewizja puszcza jego występy z dawnych lat, zatytułowane „Parostatkiem w piękny rejs”, gdzie jedyną choreografię stanowi ta dziwnie unosząca się i opadająca noga pana Krzysztofa, świeć Panie nad jego duszą. W takich sytuacjach, po śmierci kogoś formatu Krawczyka, trzeba zwoływać jakieś przypadkowe osoby i coś aranżować. Ryzyko jest duże i ktoś musi je ponieść. To zawsze jest zarząd telewizji. Bo nawet jak się zwali winę na tego czy innego wykonawcę, to co z tego? Nie rozwiązuje to sytuacji. A o zwolnieniu go nie ma mowy. Skądś wziąć innego, który będzie rozumiał co to jest masowy przekaz rytualny? A jeszcze jak koncerny zaangażowały takiego do reklam, które mają latać przez cały sezon, to katastrofa. Zarząd musi ponieść ofiarę i, w najlepszym wypadku, poświęcić jednego ze swoich członków.

No, ale z przekazem rytualnym jest ten kłopot, że w miarę, jak on się stabilizuje ubywa z widowni autentycznej publiczności, która szuka sobie innych rozrywek, a wiemy dobrze, że sprawy dochodzą do takiego punktu momentami, że zwykłe struganie patyka jest lepsze niż oglądanie Euro 2021. Przybywa natomiast funkcjonariuszy. Rola reżysera przedstawienia polega pilnowaniu, by ich ilość nie przekroczyła masy krytycznej. Dlatego potrzebne są, prócz masowych, rytualnych inne rodzaje przekazu, takie, które podnoszą znaczenie publiczności we własnych oczach i stanowią pewne wtajemniczenie. Nie wiem czy pamiętacie, ale kiedyś, dawno temu, w początkach istnienia Samoobrony, media lansowały Tymochowicza, jako tego człowieka, który przejeżdżał samochodem przez chłopskie blokady uwodząc stojących tam rolników swoim czarem i szamańskimi umiejętnościami. I to dlatego wódz chłopskiej rebelii zaangażował go na stanowisko swojego szefa PR. Są ludzie, co mnie poważnie zaskoczyło, którzy wierzą w to do dzisiaj. No dobrze, nie wierzą, ale tylko tak opowiadają, bo mają wieczorem iść na opłacony już koncert Diego i obowiązki służbowe mylą im się z życiem towarzyskim.

Nie wiem co się dziś dzieje z panem Tymochowiczem, ale chcę wskazać, że w stosunkowo prosty sposób, za pomocą nieszczególnych modyfikacji w wizualnym przekazie, odpowiedniego zachowania, modulacji głosu itp., można przekonać ludzi, że istnieje jakaś szczególna metoda komunikowania się, właściwa ludziom wtajemniczonym, która w dodatku może być atrakcyjna dla tak zwanych „ludzi zwykłych”. To jest rzeczywiście prawda, ale wśród środowisk takich jak złodzieje kieszonkowi, albo zawodowi stręczyciele. To znaczy tam gdzie istnieje nieprzekraczalna dla zwykłego człowieka bariera. Jeśli ktoś mówi, że w obszarze komunikacji dostępnej wszystkim coś takiego jest możliwe, to kłamie. Jego zaś sukces oparty jest o, niedyskretny bynajmniej, ale nachalny, udział mediów w przedsięwzięciu, które firmuje. David Copperfield nie spowodował w istocie zniknięcia Statuy Wolności, nie wierzcie w to, a iluzjonista Dynamo, nie potrafi chodzić po wodzie.

Kiedy ktoś się zorientuje, że tak właśnie, jest poszukuje jakichś obszarów dystrybucji treści, który by rzeczywiście go dostymulowały, bo umówmy się – struganie patyka, też się może kiedyś znudzić. I tak trafia na treści produkowane przez profesorów uniwersytetu i ludzi, którzy ich przekaz kawałkują i spłaszczają, starając się go uatrakcyjnić i w ten sposób przeznaczyć dla publiczności, która ma niewiele lat i stanęła akurat przed dylematem – występy Diego czy serial o wikingach? Walka o to co wybierze młody człowiek jest ciężka i jeńców się tam nie bierze. Każdy kto ogląda popularyzacje historyczne na YT dobrze o tym wie. I każdy się orientuje, że przesadne ich uatrakcyjnianie, połączone ze stylizacją prowadzącego, który i bez niej wygląda jak Krzysztof Krawczyk w programie „Parostatkiem w piękny rejs”, jest błędem. Dlatego Diego, który jest poważnym projektem, kontrolowanym przez poważnych ludzi, zwykle zwycięża i pokonuje wszystkich wikingów.

Dla osób naprawdę poważnych pozostaje więc tylko przekaz produkowany przez akademików. No, ale już po jednym sezonie jego emisji połowa publiczności orientuje się, że coś za bardzo przypomina on festiwal w Kołobrzegu. A ilość niedomówień w tym przekazie przekracza znacznie ilość dziur w serze Masdamer produkowanym przez „Mleczarnię Ryki”. Charakter tego przekazu i sposób jego podania wyklucza polemikę. Nie można na przykład zakwestionować faktu, że skąpa ilość źródeł powinna raczej skłaniać do spekulacji i analizy obszarów wiedzy dalekich od historii pisanej. To jest sugestia, która zwykle wywołuje panikę wśród moderatorów komunikatów historycznych. Oni wolą zdecydowanie analizować krój pisma w tekstach pochodzących z tej samej epoki, ale z różnych bardzo obszarów i doszukiwać się w tym podobieństw, z których następnie wysnuwają różne wnioski. Takie, na przykład, że ludzie wykonujący jakieś zlecone roboty gdzieś nad Loarą, pojechali później do Skandynawii i tam wykuli gdzieś nad drzwiami kościoła, coś podobnego. Nie wchodzę w szczegóły, każdy rozumie o co chodzi. Każdy też rozumie, ze polemika z tą metodą, nie jest możliwa, albowiem owa metoda, to nie sposób przekazywania informacji, czy wręcz edukacja. O tym zapomnijcie. To jest przekaz rytualny, dokładnie taki sam, jak występy Diego i polskiej kadry piłkarskiej, która nie potrafiąc niczego wygrać, jest, bo być musi, królową masowej wyobraźni ludzi konsumujących komunikaty. W niektórych przypadkach można by to nazwać nawet wielobóstwem. Są ludzie wierzący w nadludzkie umiejętności 11 biegających po boisku nieudaczników.

W pewnym momencie dochodzimy do punktu, w którym samo sugerowanie, że może by oni strzelili jakiegoś gola w reprezentacji, jest już dla nich i dla ich powagi, boskiej niemal, obraźliwe. Podobnie jak sugerowanie, że ten czy inny twórca koncepcji rozwoju form rzeźby wczesnoromańskiej opartej na istniejących obiektach i źródłach pisanych, może po prostu chrzanić idiotyzmy. To nie ma znaczenia, albowiem chodzi o to, by z istniejących artefaktów stworzyć – uwaga – maksymalnie nieatrakcyjny przekaz o charakterze rytualnym. Jak to – zapyta ktoś – maksymalnie nieatrakcyjny? Chyba na odwrót? Właśnie nie. Atrakcyjny przekaz poznaje się bowiem po reakcji publiczności. Po tym czy jest ona wymuszona czy spontaniczna. I jest on atrakcyjny nie ze względu na to, iż znajdują się w nim jakieś niesamowite ale wyjęte z buta informacje, ale dlatego, że publiczność akceptuje go od razu umysłem i sercem. Podejrzewając intuicyjnie, że może być w nim jakiś kawałek prawdy. No, ale nawet konsumpcja takich komunikatów może się znudzić. Pamiętajmy, żeby wtedy, zamiast marnować czas na oglądanie meczów reprezentacji, powrócić do strugania patyka. To uspokaja i nie porządkuje myśli. Naprawdę.

Cze 112021
 

Gadałem wczoraj ponad dwie godziny, a potem jeszcze miałem jeszcze jakieś spotkania zakulisowe, tak więc nie mam dziś za bardzo głowy ani siły, żeby napisać porządną notkę. No, ale otworzyłem rano skrzynkę pocztową, zajrzałem do środka, a tam fragment jakiegoś artykułu z australijskiego Guardiana.

Brzmi on:

 

Australijczycy są bardzo sceptyczni co do ochrony prawnej, która chroniłaby organizacje religijne i ich członków kosztem respektowania ludzkiej godności i podstawowych praw innych ludzi.

Tu macie całość:

 

https://www.theguardian.com/world/2021/jun/11/australians-are-very-skeptical-michael-kirby-warns-against-excessive-protection-of-religious-freedoms

Cóż to może znaczyć – są bardzo sceptyczni wobec ochrony prawnej? Tyle chyba, że nie chcą by prawo chroniło organizacje religijne i ludzi w coś wierzących? Kolega, który mi to przysłał, napisał, że jest to wstęp do prześladowania chrześcijan. No, bo raczej należy wątpić w to, że Australijczycy są sceptyczni wobec potrzeby ochrony Żydów czy buddystów. Będą ich chronić z zapałem i entuzjazmem, a przed muzułmanami z Indonezji to wręcz sami będą próbowali się ochronić, barykadując się w domach, albo wzywając siły porządkowe.

W tej palącej kwestii wypowiada się były sędzia sądu najwyższego pan Kirby. Jest na zdjęciu, cały uśmiechnięty. Twierdzi on, iż badania wykazały, że społeczeństwo australijskie składa się z ateistów, którzy są wobec religii obojętni. To możliwe, ale przecież organizacje religijne nie domagają się od tych ateistów niczego poza akceptowaniem swojego istnienia. Nikt nie zamyka w Boże ciało, głównej ulicy Sydney, po to, by mogła tamtędy przejść procesja z bielankami sypiącymi kwiaty. Być może więc pan Kirby, ma jakieś roboty zlecone do wykonania i sonduje możliwość odebrania w majestacie prawa poczucia bezpieczeństwa ludziom wierzącym. Jak sądzę głównie katolikom. Ktoś inny zaś już, wykonuje pospieszne wyceny nieruchomego majątku tych organizacji. Zostawiam Was z tą kwestią i ruszam w drogę. Będę jechał powoli i ostrożnie.

Cze 102021
 

Wygląda na to, że tak. Podobnie jak wszyscy autorzy opisujący tak zwane dylematy moralne lub sytuacje z których nie ma żadnego dobrego wyjścia. Powołując się przy tym jeszcze na literaturę antyczną. Tam rzeczywiście nie było dobrego wyjścia, a świat pogański oferował ludziom wykazującym się jakimś jeszcze przymiotami, poza możliwością wykonywania codziennych obowiązków, dwa rodzaje kluczy do kariery, czyli dwa rodzaje wtajemniczeń, homoseksualny i agenturalny. Nowoczesne pogaństwo styl ten nie bardzo twórczo zmodyfikowało wprowadzając trzecie wtajemniczenie – homoseksualno-agenturalne.

Jeśli się głębiej na tym zastanowimy okaże się, że cały spór jaki ludzkość wiedzie w swym łonie dotyczy tych właśnie kwestii. Wolność zaś, którą chrześcijaństwo ofiarowało człowiekowi polega na tym, że został on uwolniony od takich wyborów i może realizować się twórczo bez obawy, iż zostanie zwerbowany do jednej z wymienionych grup, a stanie się to w sytuacji, kiedy jego rozwój intelektualny, warsztatowy, w zasadzie każdy zostanie zablokowany. Ruchy ikonoklastyczne więc, miały na celu nie tylko dewastację rynku przedmiotów służących sacrum, ale także niewolę i unieważnienie wszystkich, którzy te przedmioty wytwarzali, no i rzecz jasna ukrycie wszystkich widocznych jakości, które prezentowane były w świątyniach chrześcijańskich, w tym złota. Pisaliśmy o tym nie raz. Co się stanie z hierarchicznym społeczeństwem, kiedy złoto zostanie ukryte albo zdelegalizowane, nie muszę nikomu tłumaczyć, każdy wie to aż nadto dobrze.

Twórczość w kulturze chrześcijańskiej jest służbą Bogu. No, ale obszar kontrolowany przez organizacje chrześcijańskie nie jest zbyt wielki, są inne obszary, a na nich także coś się buduje, struga i pisze. To ostatnie jest szczególnie istotne. Jeśli pisanie nie służy Bogu, to służy czemuś innemu. Nie twierdzę, że od razu diabłu, bo ten jak wiemy działa poprzez pośredników i między takim Iwaszkiewiczem, a diabłem było jeszcze kilku oficerów SB i Milicji Obywatelskiej. Pisanie może więc służyć jakieś organizacji pochodnej od Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Na przykład takiej, która w świecie zdelegalizowanego obrotu złotem, jednak nim obraca nie troszcząc się o nic, albowiem ma wykupione jakieś niejawne abonamenty i certyfikaty na to zezwalające. Kolejną bowiem ważną kwestią jest coś, co zdolniejsi ode mnie autorzy opisują jako przenikanie się światów. Wielu ludzi żyło złudzeniem, że żelazna kurtyna jest czymś rzeczywistym. I tak, dla wielu osób, rzeczywiście miała taki charakter. Były jednak grupy, niekoniecznie związane silnie z władzą, dla których bariera ta nie istniała w ogóle. Czy one potrzebowały pisarzy? Albo w ogóle ludzi zajmujących się sztuką? Myślę, że tak, ale ten obszar badań czeka jeszcze na swojego historyka. Czy się doczeka? Wątpię.

Przenikanie światów, pogranicza kultury i inne tego rodzaju fantasmagorie zapełniały głowy studentów kierunków humanistycznych, kiedy byłem jeszcze na studiach. Czy ci ludzie w ogóle rozumieli, co to jest przenikanie kultur? Oczywiście, że nie. Im się wydawało, że będą mieszkać na Podlasiu i spisywać miejscowe piosenki, które potem wyda im ktoś drukiem. Czy myśleli przy tym, że trzeba będzie przejść jakąś inicjację, na przykład agenturalną, żeby taką pierdołę wypuścić, nie na rynek nawet, ale gdzieś, do jakiegoś domu kultury w Sejnach? Pewnie nie. Nie mieli bowiem pojęcia, co to jest przenikanie się kultur. Tym eufemizmem określa się paraliż i dewastację kultury tworzonej wokół wiejskiego kościoła katolickiego i wprowadzanie w jej miejsce jakiejś innej kultury. Albo nawet nie to, tylko samą dewastację. Ów moment przenikania zaś, tak ważny w owej konstrukcji, to po prostu wypłata i podpisanie umowy o dzieło. Nic tam się więcej nie przenika. I nie może przenikać, albowiem nie ma stosownej publiczności, która by była tymi produkcjami zafascynowana. Przenikanie kultur, jest odległe od rynku kultury, albowiem tam działają gracze poważni, którzy nie oddadzą ani kawałka z obszaru, jaki im przypadł w udziale, poprzez podpisanie kwitu czyniącego z nich człowieka wtajemniczonego.

Sprawy te dotyczą także emitentów treści umownie nazywanych katolickimi. Oni są w zasadzie najłatwiejsi do przerobienia, albowiem ich postawa jest odpowiedzią na przeniesiony do współczesności antyczny motyw charakterystyczny dla tragedii, wyrażający się w braku wyboru. Entuzjaści promujący treści katolickie od razu wołają wtedy – hej! To nieprawda, że nie ma wyboru! Tym wyborem jest Jezus! On was kocha! Po czym wyciągają swoje umowy i przystępują do negocjacji kolejnych punktów, na koniec zaś trzeba się podpisać, koniecznie czerwonym atramentem. I już, gotowe, mamy wolność, w dodatku potwierdzoną na papierze, przez czołowego entuzjastę nauki Kościoła. On co prawda, nie jest księdzem, ale kiedyś o mało nim nie został, więc tak naprawdę, prawie jakby był.

Kanony soborów, ustanawiane przez tysiące lat, służyły temu, by człowieka uwolnić od pokus a także dać mu swobodę. By nie musiał on troszczyć się o wybory samodzielnie i nie umierał z niepokoju czy postąpił dobrze czy źle. Nikt dziś nie próbuje nawet wracać od tych ustaleń, albowiem cała sfera emocji zagospodarowana została przez literaturę. Tę zaś produkują ludzie wtajemniczeni, opierający się na dobrych i sprawdzonych wzorcach, a także świadomi tego, jak przenikają się kultury i ile elementów charakterystycznych dla pogańskiego antyku zostało zaadaptowanych przez chrześcijaństwo. Tak naprawdę – mówią – to całe chrześcijaństwo jest jedną wielką ściemą. I nie ma w nim nic autentycznego ani prawdziwego. Czy ono daje wam jakiś wybór? Oczywiście, że nie!

Świat współczesny, wzorując się nie na antycznej cywilizacji śródziemnomorskiej bynajmniej, ale na średniowiecznej kulturze islamu, gdzie deprawacja jednostki przekroczyła wszelkie dopuszczalne normy, a zwiększała się stale i wprost proporcjonalnie do ilości świętych mężów tłumaczących zawiłości prawa koranicznego, dokonał jeszcze jednej ważnej modyfikacji. Oderwał wtajemniczenie od umiejętności, albo nawet jej pozoru. To znaczy samo homoseksualne albo agenturalne wtajemniczenie uczynił celem. Wyłączył jakiekolwiek ambicje poza odruchowymi fizjologicznymi. To istotne, albowiem według tej mechaniki werbowano duchownych i przeznaczano ich do karier. Dziś, Kościół ma się z tym uporać. Ciekawe jak? Poprzez oddanie władzy sądowniczej w ręce świeckich. Super pomysł. Przez kogo wykreowanych i zatwierdzonych, a najważniejsze – w co i na jakich zasadach wtajemniczonych?

Legaci papiescy wysyłani w teren ze specjalnymi uprawnieniami dotyczącymi sądów nad herezją mieli swoje lepsze i gorsze momenty. I podejmowali nie byle jakie ryzyko, także w zakresie sprzeniewierzenia się nauce i poleceniom Kościoła, albowiem miejscowi feudałowie usiłowali za ich pomocą załatwiać jakieś swoje porachunki. I nie każdy legat potrafił sprostać takiej pokusie. Ci którym się to udało byli mordowani jak Piotr z Castelnau, albo znikali, jak towarzyszący mu mistrz Raul. A ci współcześni sędziowie? Czym oni ryzykują? I jakie mają legitymacje uprawniające ich do przeprowadzania takich sądów? Do tego przeprowadzania ich publicznie. I dlaczego to czynią? Miast usunąć jednego z drugim szalonego starca w purpurze, możliwie dyskretnie i nieodwołanie, ciągłe musimy słuchać o tej grozie? Czy aby nie po to, by ktoś tam wreszcie wytłumaczył, że nie mamy dobrego wyjścia i pozostaje nam likwidacja tej straszliwej organizacji przejętej przez zdeprawowanych mężczyzn, albo życie w kłamstwie i zgoda na dalszą deprawację dzieci, bo przecież wiadomo, że oni się nie powstrzymają? Nie ma dobrego wyjścia, a człowiek został przez Boga opuszczony, albowiem jego sługi same sprzeniewierzyły się swojej misji. Cóż robić? Trzeba się do kogoś przyłączyć, żeby przełamać alienację i grozę w jakiej żyje jednostka. Co by tu wybrać…? Jak to wybrać towarzysze? Przecież sami powiedzieliście, że nie ma żadnego wyboru…!

Cze 092021
 

Napisałem przez weekend 5 rozdziałów, co jest chyba absolutnym rekordem świata, ale miałem taką moc i tak dobrze przygotowaną pracę, że trudno byłoby wręcz napisać mniej. Wczoraj się trochę pogapiłem w ścianę, albowiem takie rzeczy zostawiają jednak jakiś ślad w psychice. Zostało jeszcze trzy rozdziały i wstęp. Potem korekta, poprawki, skład i druk, który pewnie zakończy się w połowie lipca. Wcześniej się nie da. Przykro mi. No, ale wcześniej będą inne książki.

Wczoraj wieczorem jeden z komentatorów, konkretnie wierzący, postawił tu pewną ważną kwestię. – Ile tu osób przychodzi i czy to gadanie na temat XI wieku ma jakikolwiek sens? W mojej ocenie ono miałoby sens nawet wtedy jeśli nie przychodziłby tu nikt.

Tak, jak wspomniałem wczoraj, pierwszy tom Kredytu i wojny, był najszybciej sprzedającą się książką w historii wydawnictwa Klinika Języka. Nic tak nie śmignęło, nawet II tom Baśni. Dlaczego tak się dzieje? Często, zwłaszcza kiedy ludzie wejdą tu i zobaczą magazyn z tymi wszystkimi paletami i stosami książek, które nie nadają się do sprzedaży, takie oto pytanie – a czy ty/pan robisz jakieś badania rynku zanim zdecydujesz się na wydanie tego czy innego tytułu? – Nie – odpowiadam – nie robię żadnych badań, bo nie mam na to pieniędzy, a nawet gdybym je zrobił to co by mi to dało? Miałbym dostroić do nich ofertę? To by się skończyło katastrofą. Badania rynku, może są gdzieś potrzebne, ale na pewno nie w wydawnictwie. To tak, jakby wszyscy wiejscy podrywacze, uznali nagle, że najlepszym sposobem na randkę, jest przebrać się za Elvisa, bo on miał spore wzięcie i w tym stroju, co sobotę wkraczać do dyskoteki w remizie. Efekt byłby cokolwiek niezadowalający, a i w mordę można by było dostać. Nie robię badań, a powód jest jeden. Badania takie zrobiło za mnie, dawno temu państwo znane jako PRL. Od dziecka kupowałem bardzo dużo książek, a o ich wyborze nie decydowały recenzje czy reklama, albowiem takich rzeczy nie było. Trzeba było obejrzeć tytuł i przeczytać co jest na skrzydełkach, a potem zdecydować, czy wydać pieniądze. Mi to przychodziło łatwo, albowiem do pewnego momentu, nie kupowałem niczego poza książkami, nawet jedzenia. Czytałem sporo, ale bez przesady, znałem ludzi, którzy pochłaniali naprawdę masę tekstu, ale bez żadnych konsekwencji dla swojego późniejszego życia. W PRL, na księgarskich półkach istotne miejsce zajmowały książki historyczne dotyczące średniowiecza, tłumaczone z francuskiego. Przeczytałem część z nich, ale nie wszystkie, bo mnie zwyczajnie znudziły i trochę zraziły. Nie wiedziałem dokładnie czym, ale dziś już wiem. Dlatego wydaję takie rzeczy jak Kredyt i wojna. Tych średniowiecznych popularyzacji było naprawdę dużo, w zasadzie co pięć lat wlewał się na rynek strumień prozy historycznej z zagranicy, a była jeszcze przecież proza rodzima. Cały ten segment miał funkcję wychowawczą i mnóstwo ludzi kształtowało sobie, podczas tej lektury, wyobraźnię i wrażliwość. Większość tych ludzi żyje do dziś, a średniowiecze ciągle jest towarem, który bardzo dobrze się sprzedaje. Po co mi więc badania rynku? Oczywiście treści zwane umownie średniowiecznymi są powielane według kilku przewidywalnych schematów, które mają jedną dominującą cechę – są antykościelne. Każdy kto ma choć trochę wrażliwości, po przeczytaniu jednej czy drugiej takiej książki zorientuje się, że jest to proza raczej nieszczera, a do tego wiele ukrywająca. Nie zawsze przez głupotę autora, często przez złą wolę, a także przez fakt, że autor wykonuje jakieś zlecenia i działa w takiej intencji, by format utrzymał się na rynku i wpływał na wyobraźnię i wrażliwość czytelników. No więc na moją wyobraźnię formaty te wpłynęły w ten sposób, że zacząłem pisać książki o średniowieczu inaczej. I będę to kontynuował. Poza tym zorientowałem się, że są w językach obcych inne narracje, które idą w poprzek tych lansowanych w Polsce od czasów środkowego PRL. Takie jak na przykład książka Gabriela Ronaya, Anglik tatarskiego chana. Można więc kupić prawa autorskie do takiego tytułu i wydać go w Polsce. – Ale panie to się nie sprzeda – taka opinia dominuje. Nie wiem co powiedzieć w takich chwili. Czy naprawdę uważacie, że powinienem startować do wyścigu o klienta i pieniądze w takich segmentach, gdzie królują dotowane przez państwo oficyny, które wydają książki autorów, pokazujących się codziennie w mediach, albo mających swoje, bardzo popularne kanały na YT? Bo oni obrabiają tematy, które się sprzedają? Przecież to jest pomieszanie z poplątaniem. Oni nie obrabiają tematów, które się sprzedają, bo na rynku książki można sprzedać wszystko, oni zajmują się dystrybucją propagandy, w której promocję ktoś włożył masę pieniędzy. Obserwator zaś ulega złudzeniu, że temat sam się nakręcił i ciągnie jakąś koniunkturę. I wielu autorów wpada w tę pułapkę, piszą coś na temat, który – na pewno się panie sprzeda. Pisałem o tym sto razy, ale widzę, że za mało. Ci pomniejsi autorzy, swoją pracą, żeby nie powiedzieć krwawicą nakręcają koniunkturę, na której być może trochę zarobią, a być może nie zarobią nic. Staną się tylko tłem i uzasadnieniem dla dalszego pompowania w rynek treści propagandowych. Tytuły i tematyka znane pod szyldem „to się panie na pewno sprzeda” to segmenty doinwestowane, albowiem pełnią funkcję propagandową, destrukcyjną w istocie. Tak, jak PRL dotował antykościelne treści średniowieczne, pisane przez naprawdę sprawnych i dynamicznych autorów. Dziś sprawnych autorów w zasadzie nie ma. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Można się śmiać. Guzik mnie to obchodzi, bo mam swoje sprawy do zrealizowania i zrealizuję je choćby na ten blog nie przychodził nikt. Formaty jednak zostały, ale ich dystrybucja się zmieniła. Pisałem o tym wczoraj i przedwczoraj, ale chyba niezbyt dobrze zostało to zrozumiane. Podejmiemy więc pewne ryzyko, które związane jest z cytowaniem fragmentów prac naukowych. Oto jeszcze raz cytuję dwa razy już wspomnianą klauzulę poufności:

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy

Zastrzeżenie to zostało umieszczone na początku książki Piotra Czarneckiego zatytułowanej Geneza i doktrynalny charakter kataryzmu francuskiego XII – XIV wiek. Rzecz wydana została w roku 2017, a więc całkiem niedawno.

Licząc na to, że mam prawo do cytowania, jak każdy publicysta i recenzent książek, bo póki co nie utworzono żadnej Zakonu Prawomyślnych Recenzentów Prac Naukowych (ZPRPN), umieszczam tu bez zgody wydawcy, ani ustnej, ani pisemnej, fragment wstępu:

Kwestie genezy i doktrynalnego charakteru kataryzmu wywołują w ostatnich latach w nauce coraz większe kontrowersje. Ustalenia dotychczasowej historiografi i są podważane przez zwolenników nurtu dekonstrukcjonistycznego, który zdobywa coraz większą popularność, zwłaszcza za sprawą autorów francuskich czy też francuskojęzycznych. Jego zwolennicy negują wszelkie związki kataryzmu z wcześniejszymi herezjami dualistycznymi, w tym przede wszystkim z bogomilizmem i paulicjanizmem, a także umniejszają lub całkowicie negują znaczenie dualizmu w katarskiej doktrynie. Jesteśmy więc dzisiaj w badaniach nad kataryzmem świadkami ogromnego przewrotu zarówno interpretacyjnego, jak i metodologicznego, który może niebawem całkowicie zmienić postrzeganie tej herezji. W myśl koncepcji badaczy nurtu dekonstrukcjonistycznego bowiem kataryzm był oryginalnym dziełem mieszkańców Europy Zachodniej, powstałym bez udziału jakichkolwiek wpływów zewnętrznych, na fali rozpoczętej w XI wieku reformy Kościoła. Katarzy według tej interpretacji byli dysydentami pragnącymi powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa na podstawie Ewangelii, a dualizm i manichejski charakter został im przypisany przez autorów kościelnych, którzy chcieli ich zdyskredytować. Utożsamienie ich z manichejczykami miało bowiem na celu wyrzucenie poza nawias chrześcijaństwa i przedstawienie ich jako element obcy w stosunku do panującej religii. Radykalni dekonstrukcjoniści są zdania, że kataryzm jako zorganizowana herezja nie istniał w ogóle, lecz był jedynie inwencją czynników kościelnych mającą na celu uzasadnienie prześladowań. Wobec tak rewolucyjnej reinterpretacji kataryzmu, zarówno w kwestii jego genezy, jak i charakteru doktrynalnego, żaden badacz nie może pozostać obojętny. Rozpoczynając badania, musi mieć już przecież ustaloną metodologię i określony stosunek do źródeł, a więc musi opowiedzieć się po jednej ze stron sporu.

Przypomnę teraz to, co napisał w swojej także całkiem nowej pracy, dotyczącej historii hrabstwa Trypolisu, Kevin James Lewis – jeśli chodzi o historie Południa, zostały nam tylko pieśni trubadurów.

Rodzi się więc pytanie – na jakiej podstawie dekonstrukcjoniści francuscy dokonują swoich dekonstrukcji? Zapewne chodzi o nową interpretację starych źródeł. No, ale tego dokładnie nie wiemy. Wiemy za to, że toczy się spór, w którym całe rzesze ogłupiałych czytelników wezmą wkrótce udział, bez świadomości w czym uczestniczą. W sporze tym istotną sprawą będzie kogo nazywać będziemy dziś prawdziwymi chrześcijanami. Czy tych, którzy odtwarzają dziś tradycję herezji Południa na podstawie niezachowanych źródeł i pieśni trubadurów, czy tych, którzy stoją po stronie hierarchii, papieża, bulli i kanonów publikowanych w Rzymie przez tysiąc ostatnich lat. Bo zanegowanie z pozycji akademickich takiej kwestii jak dualizm herezji katarskiej, to jest sprawa najwyższego kalibru. I żartów nie będzie. Katarzy, jako owoc reformy gregoriańskiej! Nawet się nie spodziewacie jakie to będzie miało konsekwencje. O części z nich opowiem jutro we Wrocławiu, o godzinie 18.45. Tych, którzy się czegoś domyślają, bardzo proszę o dyskrecję, do chwili aż nie ukaże się książka. Potem sobie podyskutujemy. I zobaczcie teraz, jak wobec takiej kwestii wyglądają występy Terlikowskiego, Szustaka, Górnego i Lisickiego. Jeśli się nie domyślacie jak to Wam wyjaśnię, oni wyglądają jak Elvis w remizie, w sobotni wieczór. I to się już niestety nie zmieni. Do spraw poważnych powoła się specjalnych zawodników, którzy toczyć będą pojedynki w ciemnych piwnicach uniwersytetu.

Cze 082021
 

Dowiedziałem się wczoraj, co to znaczy ruch body positive. Oto jedna pani z serialu wypowiedziała się publicznie na temat lansowania brzydoty. To znaczy wyjaśniła takim ciemniakom jak ja, że istnieje moda na tak zwane naturalne ciało. To znaczy, że ludzie pokazują się bez upiększeń i to jest właśnie piękne. Pani ta, która gra kogoś w jakimś serialu, uznała to za trend fatalny. Od razu obskoczyły ją jakieś wariatki wołając, że usiłuje odebrać sens wieloletniej pracy jakichś edukatorów, czy kogoś podobnego. Ja oczywiście wiem, że to jest element lansu jednych i drugich, a poznaję to po tym, że w sprawę zaangażowała się Karolina Korwin Piotrowska, która straciła w życiu wszystkie możliwe okazje, żeby siedzieć cicho.

Po co ja w ogóle o tym piszę? Po to, żeby pokazać, jak się wykorzystuje zadufanie wariatek. Jasne jest dla każdego, że żaden trend body positive nie istnieje, bo kończy się on tam, gdzie zaczyna się utożsamianie z płcią. Jeśli dziewczyna czuje się dziewczyną i chce być kobieca, to musi być body positive, czyli ma chodzić w worku i pokazywać się z tłustymi włosami. Nikt wytatuowanej lesbijce nie powie, żeby usunęła tatuaże, bo to nie jest body positive i kłóci się z naturą. Dostałby ktoś taki od niej w ryja i dopiero by się przekonał co to znaczy body i positive w jednym. Korwin Piotrowska nie powie transwestytom i pederastom, żeby przestali nosić obcisłe, czerwone portki na swoich chudych dupach i żeby się nie malowali i nie przyklejali sztucznych rzęs. Nie powie, bo ją wyśmieją i wyślą do diabła. No, ale robienie wody z mózgu nastolatkom jest jak najbardziej body positive. To jest jeden poziom zjawiska. Ma ono jednak sensy głębsze i poważniejsze. Dewastowanie kobiecości, nie żadnego upiększania się czy temu podobnych bredni, ale kobiecości po prostu ma sens polityczny i rytualny. Piotrowska tego nie rozumie, bo ona rozumie tylko jeden komunikat – jest kasa, nie ma kasy. I to wszystko. Wykolejenie kobiecości jest projektem służącym do tego, by nie było rodziny, to po pierwsze, a po drugie chodzi o odebranie naturalnego charyzmatu i zrobienie z niego protezy, którą wzmacniać będą swoją pozycję, bynajmniej nie towarzyską, ludzie nie uznający tradycyjnego podziału na płcie. To się dziś wydaje śmieszne, ale śmieszne nie jest. Ów trend ma stać się obyczajową normą i o to toczy się gra. Jakie będą tego konsekwencje obejrzymy niedługo. Mam nadzieję, że nie zza krat.

Podobny mechanizm działa nie tylko w segmencie atrakcji wizualnych, ale także w segmencie atrakcji intelektualnych. Oto pisarka i scenarzystka, całkowicie body positive, czyli Ilona Łepkowska, wypowiadała się niedawno na temat opłaty reprograficznej, czy mechanizmu, który zmusi nas wszystkich do płacenia haraczu dla tak zwanych artystów. Kim będą ci artyści? Będą nimi te wszystkie wariatki, które dziś udzielają wywiadu na ściankach celebryckich, a po wprowadzeniu tej opłaty zapragną zostać pisarkami, piosenkarkami, artystkami estradowymi, to znaczy kimś, komu trzeba będzie płacić za powielanie jego, dawno temu wyprodukowanych i po części już nieważnych, komunikatów. O tym ci wszyscy ludzie marzą, bo taka jest dziś definicja artysty, którą lansuje Łepkowska.

Dla człowieka, który postrzega sprawy trochę głębiej i widzi także te, które rozgrywają się za celebryckimi ściankami, Łepkowska niczym się nie różni od tych, co lansują body positive i chcą wyglądać ładniej niż nastolatki, które skłoniły wcześniej do nie mycia się i chodzenia w workach po superfosfacie pylistym. Tyle, że jej nie chodzi o urodę, a o informację.

Rozmawiałem wczoraj z kolegą, który pracuje w pewnym bardzo poważnym wydawnictwie. Uświadomił mnie na okoliczność nowego prawa autorskiego, które obowiązuje chyba od trzech lat. Obawiam się, że owe napisy, jakie umieszczane są na początku publikacji naukowych, to jednak groźba prawdziwa, a nie udawana. Próbował ten mój kolega pozyskać zdjęcia do publikacji z różnych państwowych instytucji. Normalnie, tak jak się zawsze pozyskiwało zdjęcia do książek. Trzeba było zapłacić i przychodził plik. Wszyscy pracownicy placówek naukowych, do których on się zwracał z taką prośbą, natychmiast usztywniali swoje stanowisko. To prawda, że chodziło o fotki, które nie były podpisane, albowiem autor był fotografem UB, robiącym zdjęcia strajkującym robotnikom. No, ale należały one do placówki muzealnej, a nie do tego ubeka, który wykonywał je w ramach obowiązków służbowych i wziął za to pieniądze. Niestety, jeśli nie ma nazwiska autora pod zdjęciem, nie można go publikować. Myślę wobec tego, że zakaz korzystania z publikacji naukowych w swobodnej dyskusji zostanie utrzymany. Zamiast tego, czyli możliwości cytowania fragmentów bez zgody wydawcy, będziemy mieli możliwość wysłuchiwania opinii i wnurzeń Łepkowskiej oraz Korwin Piotrowskiej. To będzie ten zakres fal, który zostanie nam udostępniony. Reszta będzie utajniona i przeznaczona dla wybranych. Zwróćcie uwagę, że autora nikt już nawet nie bierze pod uwagę. Kto obchodzi autor? O zgodę na wykorzystanie fragmentu tekstu, zdjęcia czy nawet zgodę na przechowywanie pliku we własnych zasobach wyraża wydawca. No to jak wobec tego będzie wyglądał nabór kolejnych roczników pracowników naukowych, którzy pogłębiać będą wiedzę na temat historii? Będzie to nabór według klucza. Ktoś powie, że tak jest i dzisiaj, ale niestety myli się ten ktoś. Dziś mamy jeszcze swobodę dyskusji i ja mogę zaprosić na konferencję kogo chcę, wolnych ludzi, decydujących o sobie. Nawet jeśli nie zgadzam się z wymową ich tekstów. To się zmieni, albowiem gremia, które decydują o kontroli informacji istotnych zechcą mieć także wpływ na to, co autorzy opowiadają innym ludziom w czasie wolnym. Sprawę zaś pustki po treściach interesujących wypełnią artyści tacy jak Łepkowska, Staszewski, który ponoć na szczęście głuchnie, Staszczyk i cała reszta. Powtórzę – jeśli wydaje Wam się, że teraz jest dramat, bo nie można włączyć radia, żeby się to szambo nie wylało wprost do samochodu, to poczekajcie jeszcze lat parę, jak koncepcje Łepkowskiej zwyciężą. Czy ta osoba body positive w ogóle cokolwiek rozumie i czy dociera do niej, że jest tylko narzędziem w bardzo poważnej rozgrywce, której stawką jest wolność jednostki i jej – podkreślam – rytualne uzależnienie od organizacji niejawnych? Oczywiście, że nie, tak jak Korwin Piotrowska nie rozumie, że dziewczyny jak chcą się malować i ładnie ubierać to mogą to czynić ze spokojem. Ich naturalny charyzmat zaś nie jest do tego, by go przerabiali na swoje kopyto zarośnięci transwestyci i geje udający licealistki. To są sprawy poza horyzontem wymienionych osób body positive. I one nie zrozumieją tego nigdy. To wynika z fizjologii po prostu. Nie zrozumieją też, że przemożne pragnienie wydawania dźwięków, pozornie tylko sensownych, może prowadzić do tragedii także w ich osobistym życiu.

Na jeszcze jedno chciałbym zwrócić uwagę, na opis hederu pozostawiony przez Salomona Majmona, ten wiecie, z nauczycielem w brudnej koszuli – body positive – ucierającym w moździerzu tabakę i okradającym uczniów z jedzenia. Tak będzie wkrótce wyglądał uniwersytet. Niektóre z uczelni już tak wyglądają. Poznajemy ten trend po tym, w jaki sposób opisano autobiografie Majmona w książce poświęconej polskiej Haskali. Ktoś ją tu linkował. Oto autor jest może nie oburzony, ale szczerze zawiedziony tym, że Salomon Majmon, człowiek, który wyrwał się z piekła i obłędu, tak krytycznie opisuje życie w sztetlu, a szczególnie ten heder. Przecież należałoby to zrobić trochę bardziej obiektywnie, nie wszystko tam było złe, doprawdy…Jasne, a czy coś jest złego w tym, że gość bez cycków przykleja sobie sztuczne? I do tego jeszcze rzęsy wielkości chrabąszczy majowych w kolorze spleśniałego sera? Nic. Nie ma w tym nic złego. Bo najważniejszej jest to, by myśleć i czuć pozytywnie, jak Karolina Korwin Piotrowska.

Cze 072021
 

Na swoje nieszczęście nigdy nie czytałem książek naukowych. Takich wiecie z zadęciem, aparatem i wnioskami. Na studiach przebrnąłem tylko przez lektury lżejsze, mające charakter prac popularyzatorskich. Z nich też niewiele zrozumiałem, ale uznałem to w pewnym momencie życia za atut. Za te cięższe lektury, w większości stare i zdezaktualizowane zabrałem się teraz. Być może niepotrzebnie. Dowiedziałem się też dokładnie, co to znaczy książka naukowa. Otóż to jest taka książka, która odrzuca wszystkie hipotezy nie poparte źródłami. Od razu w zasadzie, jako wydawca, mogę zgłosić postulat, by powstał cały, nowy dział publikacji historycznych zatytułowany „dzieje źródeł i historie ich zaginięcia”. Można go nazwać znacznie krócej i bardziej atrakcyjnie, żeby rzecz marketingowo ustała na nogach. – Było. Nie ma – taki tytuł proponuję na początek. Sam fakt, że było a nie ma jest w zasadzie miażdżący i powinien odbierać głos wielu ludziom, używającym tego głosu naprawdę ponad miarę. W ten sam sposób powinno się postępować z tymi, którzy badając historię XIX wieku omijają artykuły w prasie codziennej, bo za dużo czytania, a skupiają się na tak zwanych „poważnych” publikacjach. No więc było i nie ma. To jest temat przewodni w całej humanistycznej metodologii. A skoro nie ma, to nie ma i z faktu, że było nie można wyciągać żadnych wniosków, albowiem są one nieuprawnione i nieprofesjonalne. Bo nie ma. Tak więc należy unikać wszelkich wizji, panoram, sztukowania i hipotez, a skupić się trzeba na tym co jest. Zostało niewiele, ale są przecież ślady po tym co było? We wcześniejszych publikacjach, które dziś są dostępne. Dziś są, a jutro może ich nie być. W czym problem? Mało to rzeczy wyrzuca się z bibliotek? Trafiają w moje ręce nowe publikacje wydawnictw naukowych. Mają one charakter cenzorski, a na samym początku każdej z nich możemy przeczytać następującą klauzulę:

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

Jak się każdy domyśla uzyskanie pisemnej zgody wydawcy, szczególnie jeśli wydawcą jest na przykład tak zwany WUJ, czyli Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, jest silnie utrudnione i zapewne nie może być skorelowane z planami i terminami wydawniczymi tego wydawnictwa, które chce fragment pracy WUJ-a wykorzystać. Nie będę nawet próbował, albowiem już wcześniej miałem różne przygody z WUJ-em i nie mam zamiaru ich powtarzać. Całe szczęście to i owo można opisać własnymi słowami. Nie przejmując się wcale ograniczeniami WUJ-a. Nie wiadomo tylko co ze starym dziennikarskim prawem do wolności słowa, które streszcza się w zdaniu – publikacja fragmentu jest dozwolona za podaniem źródła. Rozumiem, że niepostrzeżenie znaleźliśmy się w strefie twardej cenzury, której media nie zauważyły, albowiem tak były skupione na kolportażu mądrości produkowanych przez Terlikowskiego, Lisickiego i całą resztę? Umknęło im coś i teraz jest już za późno na odwrócenie tego. Wielcy komentatorzy rzeczywistości i ich wielbiciele, sprzedali wolność słowa za puszkę sardynek i kluczyk do jej otwierania.

Treści zaś istotne produkuje się poza zasięgiem wzroku, bo na razie ich produkcja jest do czegoś komuś potrzebna. Do tego mianowicie, by zmienić paradygmaty ustalone przez historyków XIX i XX wieku, odwrócić je i zamienić w twardą i bezwzględną bardzo propagandę wymierzoną w Kościół. To jest numer bardzo złożony, którego durnie tacy jak nasi mistrzowie od teologii nie pojmą za nic na świecie. Oni bowiem cieszą się z tego, że nadchodzi odnowa Kościoła, a wstawieni do hierarchii przez UB geje w purpurze wreszcie zostaną ukarani. I to będzie ten sukces. Jakim trzeba być bałwanem, żeby się z tego cieszyć rozumie niewielu. Szkoda.

Dlaczego ja nadałem temu tekstowi taki dziwny tytuł? Już wyjaśniam. Klauzula poufności, którą zacytowałem pochodzi z pracy, za którą żaden goniący za popularnością medialny teolog nawet by się nie obejrzał. Klauzla taka nigdy nie znajdzie przed tekstem jednego z nich, albowiem oni mogą pieprzyć te swoje dyrdymały ile wlezie. To jest wyraźny sygnał jak jest formatowany przekaz i do czego służą ludzie wypowiadający się o historii i Kościele w mediach. I jeśli ktoś go nie dostrzega sam jest sobie winien.

Kwestia druga: spędziłem dwa dni nad zapomnianą książką Benedykta Zientary, którą wszystkim polecam, choć jest nudna jak flaki z olejem. Nosi ona tytuł „Henryk Brodaty i jego czasy”. Znajduje się w niej informacja, że płaszcz św. Jadwigi, przerobiony na ornat po jej śmierci, przetrwał do XX wieku (być może istnieje do dzisiaj, nie wiem tego), a wykonany został z całą pewnością w Chinach z materiału, który Zientara określa jako „brokat chiński”. Nie wiem, czy coś mnie mocniej strzeliło w łeb ostatnio. Niestety cały obszar spekulacji z tym związanych, które można podjąć z całym spokojem, ze względu na ilość tekstów na temat tekstyliów w średniowieczu dostępnych po angielsku i w innych językach, jest wyłączony. Dlaczego? No jest artefakt (albo był), ale nie ma źródeł pisanych. Wot szutka…co robić? Może by ich poszukać? Nie ma grantów towarzyszu, WUJ się nie zgodzi. To może napisać o tym, jakąś powieść w typie „Historia żółtej ciżemki”, żeby rozbudzić zainteresowanie historią u wchodzących w życie roczników? No gdzie?! Komu to potrzebne, to są przecież poważne sprawy. Nie można do tego mieszać dzieci. Nie ma źródeł pisanych, a wobec tego chiński płaszcz księżnej Jadwigi nie istnieje. Tak to działa.

Co ma do tego feminizm? No właśnie. To jest najlepsze. W dawnych czasach każda kobieta reproduktorka, szczególnie w obrębie ważnych dynastii, kontrolujących, na przykład, fragmenty szlaków handlowych z Azji stawała przed poważnym dylematem. Daje się on streścić w słowach – śmierć, albo odosobnienie. Co oznacza odosobnienie, wszyscy mniej więcej wiedzą. Życie w klasztorze pełne wyrzeczeń. Co oznacza śmierć rozumie niewielu. Otóż śmiercią było to, co ludzie powierzchowni i słabo zorientowani w okolicznościach uważali za życie. Czyli niezalegalizowane związki, swoboda obyczajowa i możliwość decydowania o sobie. To były pułapki, które kończyły się zawsze w ten sam sposób – śmiercią. W dodatku rychłą i nieuchronną. Ratunkiem było odosobnienie. Kto owe pułapki przygotowywał? Oględnie rzecz ujmując można powiedzieć, że mężczyźni traktujący kobiety instrumentalnie. Osobnicy dość podstępni, ale nie na tyle, by zrozumieć, że sami są narzędziem w czyichś rękach. W czyich? Myślę, że w tych ludzi, którzy przywieźli z Chin tkaninę dla księżnej Jadwigi, żeby mogła zeń uszyć mnisi płaszcz. Ja może zacytuję stosowny fragment pracy Benedykta Zientary, albowiem nie ma w nim klauzuli poufności i nie trzeba pytać o zgodę wydawcy, a także czekać, aż wyda on ją na piśmie.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zachował się do dziś klasztorny płaszcz z chińskiego brokatu, który tenże biograf wiąże ze śląską księżną.

Ów biograf wspominany przez Zientarę to Joseph Gottschalk, ksiądz, autor ostatniej chyba biografii księżnej. Czy jakiś polski autor, może duchowny, zajął się jej przetłumaczeniem, albo napisał swoją? Proszę Państwa, gdyby do tego doszło, a z całą pewnością nie dojdzie, trzeba by było znacznie cięższego kalibru klauzule tam wstawić. Żeby nikomu nie przyszło do głowy powielanie jakichkolwiek fragmentów z tej książki.

Na koniec ważne pytanie – czy ów dylemat przed którym stawały w XIII wieku wysoko urodzone kobiety – śmierć albo odosobnienie – jest aktualny dzisiaj. Oczywiście, że tak, ale pułapka się jeszcze nie zatrzasnęła. O śmierci która je czeka, te biedne wariatki latające po ulicach dowiedzą się trochę później.

Cze 062021
 

Pułapka, w której tkwimy opiera się na tym, że w przestrzeni publicznej znajdują się cały czas fałszywe schematy tłumaczące w przekonujący sposób wszystkie najważniejsze zjawiska, tak polityczne, jak gospodarcze i religijne. Co to znaczy fałszywe schematy? Chodzi mi o takie egzegezy, które powstały poprzez ukrycie lub złą interpretację części istotnych informacji, które się ściśle z nimi łączą. To nie wszystko jednak, bo czasem krążące po sieci i w przestrzeni publicznej wyjaśnienia dotyczące spraw istotnych, przekładane są na ludzki języki w sposób niemożliwie infantylny. Czyni się to zaś po to, by produkująca je struktura – uniwersytet, telewizja Kurskiego, mogła utrzymać swoją pozycje i wszystkie etaty. Tkwiąc w permanentnym błędzie rzecz jasna, ale to nie ma przecież znaczenia. Zmienić to może jedynie wojna, ale i wtedy nie ma gwarancji, że sentyment za dawnymi, dobrymi czasami, nie opanuje dusz i umysłów, jak to się stało za wczesnej komuny, gdy wszyscy zaczęli tęsknić za sanacją.

Podawałem już kiedyś ten przykład, ale jeszcze raz o nim wspomnę. W dawnych czasach zmieniono nam w parafii księdza na katechetę. Chodzi mi o osobę prowadzącą lekcje religii. Ten nowy był to jakiś młodzieniec o nieskrywanych wcale ambicjach, pragnący dominować. Mój rocznik jakoś nie miał z nim problemów, ale koledzy o rok młodsi, a bardzo wyrośnięci i niesłychanie dynamiczni, a i owszem. Wszyscy oni już się golili i silnie ciągnęło ich do grzechu, co jest trudne do zwalczenia, a łatwe do wytłumaczenia. Ten katecheta jednak nie podjął ani jednego, ani drugiego wyzwania. Kazał im za to śpiewać wraz piosenkę zaczynającą się od słów – kto stworzył fruwające ptaszki i machać przy tym rękami. Kiedy parsknęli śmiechem, bardzo się zdenerwował i próbował stosować jakieś szantaże. Wywiesili go przez okno czy do czegoś przywiązali? Już nie pamiętam. My jako etnos, że się tak uczenie wyrażę, znajdujemy się w podobnej sytuacji, ale niestety nie mamy żadnej możliwości, by wyrazić swój sprzeciw wobec edukatorów stosujących infantylne metody. Możemy się tylko z nimi nie zgadzać. To zaś na prowadzącym lekcje nie robi wrażenia, albowiem on nie żyje z nas, a z tego, że ktoś mu płaci za emisję treści nam właśnie. Oto wczoraj rozpoczął się proces beatyfikacyjny księcia Henryka Pobożnego. Z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia wielu osób, które się tu gromadzą, wydarzenie bardzo poważne i obfite w konsekwencje. Można na temat tej postaci i jej panowania tworzyć i kolportować różne treści, redagowane w sposób dojrzały i traktowane serio. O ile wiem, żadne media, ani katolickie, ani państwowe, nie zająknęły się na ten temat nawet. Informację podała tylko Polonia Christiana. Mogę się mylić, ale w tym przykładzie dokładnie widać, gdzie się znajdujemy – w salce katechetycznej przy ulicy Wiślanej w Dęblinie, a przed nami stoi szajbus, macha rękami i każe nam śpiewać „kto stworzył fruwające ptaszki”. My nie chcemy tego słuchać, bo mamy ochotę dowiedzieć się czegoś o słudze bożym Henryku Piastowiczu, męczenniku za wiarę. No, ale nie jest nam to dane. Nie jest i nie będzie albowiem emitenci treści ewangelizacyjnych przyjęli inną, według nich słuszną metodę uwodzenia mas. Polega ona na tym, by przekonać widzów i słuchaczy do tego iż mają oni bezpośredni i wyraźny kontakt z Duchem Świętym, który działa poza czasem. Któż by się więc tam przejmował jakimiś okolicznościami śmierci księcia Henryka i tym całym najazdem mongolskim, skoro ojciec Szustak ma nam do powiedzenie tyle ciekawych rzeczy, a Terlikowski zaciera ręce z uciechy, że wreszcie ten Dziwisz, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za swoje sprawki. A do tego jeszcze Hołownia płacze na wizji i coś tłumaczy, a macha rękami zupełnie tak samo, jak tamten katecheta przez laty, Wszyscy zaś razem wołają – patrzcie na mnie, na mnie, tutaj, tutaj jestem! Tak wygląda dziś proces ewangelizacyjny prowadzony przez media z udziałem tak zwanych autorytetów domagających się, by Kościół wreszcie się oczyścił. Wśród nich jest prostytuujący się zakonnik, sprzedajny dziennikarz i niedoszły członek zgromadzenia dominikanów z apetytami na władzę. Dlaczego ludzie ci nie mówią o Henryku Pobożnym? Bo uważają, że temat ten, podobnie jak inne tematy dotyczące świętych są niepoważne. Jeśli zaś już zabierają się za tłumaczenie takich kwestii ich ofiarami padają postaci takie jak Wenanty Katarzyniec, który posłużył Terlikowskiemu kiedyś do stręczenia ludziom kredytów. Ewangelizatorzy, których tu wymieniłem, mogą prowadzić swoją działalność tylko wtedy kiedy towarzyszy jej jakiś kontekst silnie uwspółcześniony, tak to określam, choć wiem, że Henryk Pobożny może wystąpić w tak silnie uwspółcześnionych kontekstach, że Szustakowi sandały, a Hołowni lakierki z nóg zlecą. No, ale do tego trzeba dojrzeć, a przede wszystkim mieć przekonanie, że kokieteria i wdzięk osobisty nie mają nic wspólnego z misją ewangelizacyjną, ani też z innymi poważnymi misjami. Wręcz przeszkadzają w ich realizacji.

Są na to liczne dowody, ale nie mogę ich na razie podać, bo spalę ważne pointy z nowej książki. Tamci tego jednak nie wiedzą i książę Henryk jest dla nich jakimś przykrym dysonansem w powodzi przyjemnych wrażeń, które odbierają ze świata, wrażeń, które kojarzą im się z jednym tylko – z wyniesieniem własnych nędznych osób, na jakieś wyżyny, gdzie będzie można uśmiechać się do woli, stręczyć kredyty do woli i płakać także do woli, oczekując przy tym pocieszenia jak najbardziej publicznego.

Powiedziałem nie tak dawno, że święci to w zasadzie sama twarda polityka, a ich legendy to historie charyzmatów władzy bożej na ziemi. To łatwe do udowodnienia. W czwartek we Wrocławiu będę opowiadał o św. Idzim, początek o godzinie 18.45. Być może wspomnę też coś o Henryku Pobożnym, księciu Śląska, ale pewności co do tego nie mam. Jedno gwarantuję, gawęda ta nie będzie miała nic wspólnego z formatami proponowanymi przez wymienionych panów, ani z nauką religii, taką, jak ją tu opisałem. Będą same poważne sprawy, to znaczy takie, które świat współczesnych ewangelizatorów w Polsce uważa za nieistotne dla ludzi paprochy. Serdecznie zapraszam. Nie wiem czy wstęp jest wolny czy płatny, trzeba pytać o to Ojca Antoniego Rachmajdę.

Cze 052021
 

Wczoraj na portalu WP pojawiła się informacja, która natychmiast prawie zniknęła. Być może była fałszywa, a być może nie. Trudno o tym orzekać. Mnie w każdym razie zaniepokoiła. Oto Duńczycy zablokowali budowę lądowego odcinka Baltic Pipe, choć wcześniej się zgodzili i wszystko było w porządku. Teraz Balitic Pipe, jak się okazało, zagraża środowisku naturalnemu Danii. Może mam mylne wyobrażenie na ten temat, ale środowisko naturalne Danii postrzegam w następujący sposób – chlewnia i kartoflisko dookoła, produkujące paszę dla mieszkańców chlewni, ludzi i prosiaków – wsio rawno. Na horyzoncie łan kukurydzy, jako uzupełnienie tej paszy i pokarm dla kur z sąsiedniego gospodarstwa. Jak wobec tego, inwestycja taka, jak Balitc Pipe, może zagrozić temu środowisku? Już prędzej je wzbogaci, uzupełni w sposób twórczy…Oczywiście szydzę, albowiem fakt, że ten news się pojawił, a potem zniknął świadczy o jego wadze. Chętnie oczywiście posłucham dementi, albo jakiegoś wyjaśnienia, które ukoi mój niepokój, podejrzewam jednak, że go nie będzie.

Podobno, bo tego nie widziałem, ale mi opowiedzieli, premier Czech ma teraz jakieś poważne kłopoty, w związku z wydaleniem rosyjskich dyplomatów. Okazało się, że opozycja oskarża go o złą interpretacje wydarzeń związanych z tymi panami, a szkodzących Czeskiej Republice. Wszystko zaś może się skończyć dymisją. Jak widzimy okoliczności zaczynają się dynamicznie zmieniać. To jest ciekawe i pytanie tylko, czy zdążą zmienić się do końca kadencji Bidena, którego otoczenie najwyraźniej zamierza wzmocnić swoją pozycję w biznesie pan amerykańskim, kosztem Europy Środkowej, czy też mamy jakąś szansę? Nie wiem. Na razie prezes Kaczyński jedzie do Rzeszowa na wybory, żeby wesprzeć kandydatkę PiS, a to oznacza, że chce obronić Rzeszów przed Grzegorzem Braunem. Ciekawe czemu nie pojechał do Słupska, żeby obronić to miasto przed Biedroniem? Ze Słupska nie można wystartować ku prawdziwej karierze politycznej, a z Rzeszowa a i owszem. I Braun zapewne na to liczy. Czy polityka i zagrania prezesa w związku z tym są słuszne? Nie, są głupie, bo jeśli nie obroni Rzeszowa straci wiele z własnej siły, a jeśli obroni Braun wystartuje w kolejnych wyborach na kolejnego prezydenta jakiegoś miasta. I w końcu wygra. No, ale wtedy będzie miał już takie doświadczenie, że żadne wspomagania nic nie dadzą. Już lepiej byłoby pozwolić Grzegorzowi Braunowi wygrać i obserwować jego poczynania, które nie muszą być przecież idealne, słuszne i nie muszą się wszystkim podobać. Obstawiając tak silnie swoją kandydatkę w Rzeszowie, prezes niestety się osłabia.

Powróćmy jednak do Baltic Pipe, nie oglądam dzienników więc nie wiem czy coś na ten temat mówili, ale podejrzewam, że liczą na to iż nikt takich rzeczy nie zauważa. Mam na myśli dziennikarzy służących dobrej zmianie i funkcjonariuszy partyjnych. Jeśli tak jest oznacza to tylko jedno – PiS szykuje powrót lewicy do władzy i ów powrót może nastąpić już w czasie tej kadencji Bidena. Te dziwaczne zagrania, opisane wyżej o tym świadczą. Wskazują też one na prosty fakt, że cała tak zwana polityka wewnętrzna jest zależna od różnych fluktuacji w metropolii. I nic poza tym się nie liczy. Czy tak musi być? Pojęcia nie mam, łudzę się, że nie, ale by mieć na coś wpływ nie wystarczy być prezesem rządzącej partii i mieć do dyspozycji bandę gamoni i nieudaczników. To jest stanowczo za mało. Potrzebna jest organizacja, tej zaś nie ma. PiS więc może prowadzić tylko politykę koncesji i oddawania pola. Lewicy oczywiście, bo ona się prezesowi kojarzy lepiej niż ruskie trole z Konfederacji. Ruskie trole do Czarzastego są po prosty fajniejsze.

W chwili kiedy w USA rządzą republikanie, nie jest to zbyt groźne, ale jak w Białym Domu siedzi pan Józef, może być różnie. Dziś nikomu nie może się pomieścić w głowie klęska PiS, ale kilka dni temu premier Zeman też pewnie nie myślał o swojej dymisji, a dziś już jest inaczej. Rzeczywistość może w każdej chwili przyspieszyć. Czy ja się tym martwię? Nie bardzo, albowiem lewica będzie musiała na początku wypełniać zobowiązania PiS, potem się gdzieś zadłużyć, a dopiero następnym etapem będzie katastrofa. Pytanie jak w czasie rządów lewicy będzie wyglądać sieciowa publicystyka? Wiem, wiem, myślę tylko o sobie, zamiast zadumać się nad losem kraju. No, ale nie wierzycie chyba, że którykolwiek polityk o tym myśli? W każdym razie po klęsce PiS i sukcesie lewicy, wszystko po tak zwanej prawej stronie będzie już inne. Inna będzie także publicystyka i inne książki będą dostępne na rynku. Przewiduję wysyp sensacji na temat przegranych i kasatę wszystkich „naszych” mediów. Na razie jednak trwa festiwal, a informacja o zatrzymaniu budowy Baltic Pipe zastąpiona newsem o Holeckiej i jej przygodach w telewizji. To są doprawdy rzeczy niesamowite. Duńczycy blokują najważniejszą strategiczną inwestycję, a WP podaje informacje o tym, jaka z tej Holeckiej twarda sztuka i jak wiele poświęci ona dla kariery, którą umożliwił jej Kurski. Zacząłem to czytać, a tam już na samym początku stoi jak byk, że dziadek, który wrócił z USA i był krezusem umożliwił jej naukę u nazaretanek w Warszawie. Dziewczyna była Lidzbarka, rocznik 1968. To kiedy ten dziadek wrócił z Ameryki? W 1981? Znaczy był tam na placówce, tak?

Dalej czytamy, że jak ją przyjęli do telewizji, to była w zaawansowanej ciąży. A mówi o tym jej dawny kolega Filip Łobodziński, czyli pamiętany przez wszystkich Duduś Fąferski z serialu Podróż za jeden uśmiech. Pan Łobodziński, o czym informuje nas docent wiki, pracuje dziś w Najwyższej Izbie Kontroli. Wracajmy jednak do Baltic Pipe i ciąży Holeckiej. Był rok 1992, a Holecka w zaawansowanej ciąży chciała się dostać na wizję. No i się dostała. Spróbowałaby któraś w takim stanie ubiegać się o pracę w spożywczaku, albo w szkole. Niektórzy jednak mają to szczęście.

Na jednym ze zdjęć umieszczonych w materiale o Holeckiej, widać ją w towarzystwie Anny Popek, byłej rzeczniczki prasowej ministra Kołodki. Dziś zaangażowanej prawicowo i patriotycznie dziennikarki i prezenterki. Możemy więc mieć całkowitą pewność, że PiS toruje drogę lewicy, ale my zmiany tej nie dostrzeżemy wcale, albowiem w telewizorze wszystko zostanie po staremu. Kto jednak zostanie przywódcą prawicowych ruchów? Jak to? Jeszcze się nie domyślacie? Monika J. przecież. La Pasionaria nasza kochana…

Cze 042021
 

Postanowiłem nie wyjeżdżać nigdzie, tylko solidnie popracować przez cały weekend, coś poczytać w święto i napisać sporo w dni powszednie. Muszę możliwie szybko skończyć tę książkę, która rozrasta się niebezpiecznie, pełno w niej śmiałych hipotez, a ja już dziś wiem, że na pewno trzeba będzie napisać tom III. Dziś zaś muszę odwieźć do warsztatu auto, któremu wysiadła skrzynia biegów i nikt nie wie jak to naprawić. Jeden pan się podjął i zaraz wyruszam z misją. Tak więc mam sporo pretekstów do różnych przemyśleń związanych z narracjami zamieszczonymi w książkach, które czytam, żeby napisać potem swoją. Jestem już całkowicie i na 100 procent przekonany, że mediewistyka nie ma innego sensu, jak strzeżenie hagad, które zostały sprokurowane dawno temu, na podstawie ograniczonej liczby źródeł, w sposób, który nie ma nic wspólnego z logiką ani ludzkimi odruchami. Tymi bowiem da się wyjaśnić sporo kwestii, ale nie w historii średniowiecza. Tam wszyscy zachowują się jak postaci z comedia del arte, tak to jest opisane w mądrych książkach, powstałych na bazie niczego, albowiem większość źródeł zaginęła. Niektórzy autorzy, jak na przykład pan, który napisał tę książkę

https://www.routledge.com/The-Counts-of-Tripoli-and-Lebanon-in-the-Twelfth-Century-Sons-of-Saint-Gilles/Lewis/p/book/9780367880552

umieszczają w niej niesamowite i wstrząsające informacje. Wiele z nich dotyczy samej publikacji. To jest, na przykład, pierwsza w języku angielskim praca dotycząca hrabstwa Trypolisu napisana w XX wieku. Niezwykłe prawda? Tyle się pisze w tym języku o różnych sprawach, Ryszard Lwie serce jest ulubionym bohaterem średniowiecznych, filmowych hagad, krucjaty są przedmiotem badań, ekscytacji, na podstawie ich historii pisze się scenariusze do gier. A tu jakoś cicho. Żadnych anglojęzycznych autorów to nie interesuje. Teraz jeden postanowił to zmienić, a na samym początku napisał coś takiego – jeśli chodzi o historię Południa, hrabstwa Tuluzy i Sait Gilles, ze źródeł pozostały nam tylko pieśni trubadurów. To jest naprawdę piękne. To jest jeszcze lepsze niż wstęp do jedynej biografii Albrechta Hohenzollerna, jaka została wydana po polsku, gdzie napisane jest, że do tej pory – a biografia ukazała się w 2010 – postać pierwszego księcia w Prusiech nie interesowała polskich historyków. Nie interesowała historyków!!!!! Mamy najsławniejszy obraz Matejki, zaraz po Bitwie pod Grunwaldem, mamy tony podręczników wydanych przed wojną i po wojnie, gdzie znajduje się reprodukcja tego obrazu, a także dumę narodową, wynikającą z upokorzenia Niemca, a polscy historycy nie interesują się postacią taką jak Albrecht Hohenzollern!? Ta jedyna biografia, z obawy przed zainteresowaniem czytelnika, została wydana w ilości 300 egzemplarzy i jest w zasadzie nie do zdobycia. Polacy bowiem, jak twierdzą wydawcy Olgi Tokarczuk, nie czytają książek. Nie mają cholera zacięcia to tego czytania, interesuje ich tylko wódka i ogórki.

No, ale wracajmy do naszych baranów.

Zaopatrzyłem się w bardzo wiele książek na temat historii Europy XII i XIII wieku. Okazało się, niestety, że niektóre ważne postaci, a także niektóre ważne miasta nie mają ani swoich monografii, ani nawet uczciwych biogramów w języku angielskim. Poza jakimiś standardowymi kilkulinijkowymi wzmiankami. Trzeba było więc sięgnąć do pism historyków regionalistów, całe szczęście są tacy we Francji, ale ich książki nie były łatwe do zdobycia. Szukanie czegokolwiek po bibliotekach nie ma sensu i zaprzecza w ogóle idei efektywnej pracy nad książką. Tak się mogą zachowywać ludzie, którzy zajmują się dementowaniem newsów sprzed 1000 lat, czyli zawodowi historycy średniowiecza, uprawiający polemiki ze swoimi poprzednikami, które nie są umotywowane niczym poza mądrością etapu. Jedną pracę ściągaliśmy aż z USA, a kiedy przyszła okazało się, że w tym pięknym bardzo wydaniu, nie ma spisu treści. Niesamowite.

– Nie zostało nic, prócz pieśni trubadurów – tej myśli się czepiłem i ona mnie prowadziła. Jeden z rozdziałów nazwałem Dyskretny urok powierzchownych podobieństw i myślę, że właściwie cała książka mogłaby się nazywać w ten sposób, albowiem o ile w zakresach dotyczących historii poszczególnych regionów, tak ważnych jak Okcytania panuje zmowa milczenia i nikt nie wychodzi poza standardowe, zabetonowane interpretacje, o tyle historia obszarów sąsiednich, a szczególnie historia daleka z pozoru od polityki jest już traktowana inaczej. W końcu ktoś musi te hagady pisać, ktoś musi robić te kariery na uczelniach i całą tę ściemę firmować. Jeśli powiąże się jedno z drugim, a do tego służą przecież postaci, których ukryć się nie da i za bardzo zafałszować ich życiorysów także nie, wychodzi z tego coś niesłychanie ciekawego. Najważniejsza jednak jest historia portów. I tu powstał problem prawdziwy, ale jakoś sobie poradziliśmy. Dziękuję wszystkim współpracującym ze mną reasercherom i tłumaczom. W zasadzie powinienem ich nazwać trubadurami, albowiem istotne znaczenie słowa trobar, to odkrywać, znajdować.

Jak zawsze, przy pisaniu takich książek, można było liczyć na pełne anachronicznych interpretacji piśmiennictwo XIX wieku, szczególnie w języku francuskim. Ilość cytatów pochodzących ze źródeł, do których dziś już nikt nie dotrze, jest niesamowita. Same źródła zostały zniszczone, albo zaginęły, albo dostęp do nich kosztuje 1300 euro, a jeśli ktoś nawet zapłaci, może się okazać, że pokażą mu nie to co chciał. W dobie digitalizacji i powszechnego dostępu do wszystkiego, powszechny dostęp w zasadzie nie istnieje, albo okazuje się, że tym, a tym tematem nikt jakoś się przez 300 lat nie interesował.

W zasadzie można by zacząć wydawać tych XIX wiecznych historyków i nie byłoby to wcale dziwne, ani anachroniczne, zważywszy na idiotyzmy jakie publikowane są dzisiaj w portalach i w książkach. Wczoraj otrzymałem kolejną porcję linków do różnych popularyzatorskich artykułów umieszczanych na najbardziej poczytnych serwisach. Myślałem, kurcze, że redaktor Kamil Janicki się zreflektował, postanowił zamilknąć i nie kompromitować ani siebie, ani miasta Krakowa, z którego pochodzi. Myliłem się. Napisał i opublikował on na Onecie tekst poświęcony manuskryptowi Voynicha, a w nim umieścił zdanie – nikt do tej pory nie udowodnił że manuskrypt to fałszerstwo. I to jest tak zwane bingo. Żeby nazwać coś oszustwem trzeba udowodnić, że oszust miał złe intencje, wskazać go i przekonująco wykazać jak proces oszustwa przebiegał. Nie wystarczy sam Voynich, prowizor aptekarski z Lidy, kolega Ludwika Waryńskiego, jego życiorys, intencje i uwikłania. Hagada jest zbyt atrakcyjna i daje chleb zbyt wielu popularyzatorom, żeby pochopnie z niej rezygnować. Całkiem inaczej jest ze średniowiecznymi dokumentami. Nie mówię o tych dotyczących Okcytanii, bo tam zostały tylko pieśni trubadurów, ale o innych. Kwestionowanie autentyczności tych dokumentów, jak również interpretowanie ich treści już nie w sposób anachroniczny, ale po prostu dowolny, propagandowy, pasujący do czasów, w których żył interpretator jest nagminne. Jeszcze lepiej jest z polemikami. Kwestionuje się jakąś oczywistą egzegezę, opisaną już dawno, dostęp do tego kwestionującego tekstu w praktyce zostaje utajniony, bo kosztuje zbyt drogo, nawet dla takiego wariata, jak ja, a potem można już, powołując się na ten „utajniony” tekst zwalczać wcześniej opublikowane treści. Super zabawa. Na dziś to tyle. Postaram się to jak najszybciej skończyć, bo sam nie mogę się doczekać.

Przypominam, że lekkomyślnie dałem się namówić Ojcu Antoniemu Rachmajdzie na wyjazd do Wrocławia, będę tam 10 czerwca, przy Ołbińskiej 1, po mszy, o 18. 45, opowiadał o św. Idzim.

Cze 032021
 

Żeby tak rzeczywiście było, kadry muszą być bez przerwy stymulowane. Tylko wtedy bowiem osiągają zamierzony przez elitę organizacji cel. Towarzysz Lenin i jego organizacja położyli wielkie zasługi w dziele stymulowania kadr, ale uczciwie przyznajmy, że mieli bardzo duży handicap. Nikt bowiem nie wiedział jeszcze, z wyjątkiem paru bardzo dobrze poinformowanych Żydów, nie posiadających jednak mocy politycznej, czym może być socjalistyczna rewolucja. Do stymulowania kadr, by efektywniej pracowały i głębiej wierzyły, towarzysz Lenin przeznaczył towarzysza Dzierżyńskiego. Nie zdecydował się na inne rodzaje stymulacji, na przykład nie rozdawał po worku kartofli raz na miesiąc, dla najbardziej zasłużonych członków kadr, albowiem takie zachowanie mogłoby spowodować, że cofnięto by mu ów handicap. Zakwestionowałby bowiem w ten sposób sens rewolucji i metody jej działania, wypracowane w różnych tajemniczych gabinetach.

Dotarły do mnie wczoraj dwie wiadomości. Obydwie wesołe na swój sposób. Pierwsza to taka, że były premier Kazimierz Marcinkiewicz stoczy walkę MMA, cokolwiek by to miało nie oznaczać, w jakimś charytatywnym turnieju organizowanym przez fundację braci Collins. Historia braci Collins jest wszystkim znana, to są przedsiębiorcy z Polski, którzy czegoś się tam dorobili w Londynie i założyli fundację, zmieniając przy okazji nazwisko, by łatwiej radzić sobie w świecie anglojęzycznym. Ich fundacja wspiera różnych potrzebujących pomocy ludzi i angażuje do występów jakieś atrakcyjne postaci, które chcą się przy okazji tych walk zareklamować. No i teraz zgłosił się tam Marcinkiewicz. My zaś widzimy, że kadry nie mogą decydować o wszystkim, bo w naszej rzeczywistości politycznej o kadrach decyduje prezes. Ja nie będę dziś krytykował prezesa, chcę tylko pokazać to, co i tak wszyscy widzą – prezesowi jest dokładnie obojętne jakimi narzędziami będzie pracował, byleby tylko wykonywały one dobrze te czynności, które on zaplanował. Czy to wzmacnia organizację? Pozornie. Moim zdaniem osłabia ją i doprowadzi do jej całkowitej klęski, kiedy tylko zabraknie prezesa. Klęska to może za duże słowo, ale doprowadzi do całkowitej zmiany paradygmatów, którymi kieruje się organizacja. Nie ma bowiem w organizacji żadnego mechanizmu wyłaniania kadr. Są próby tworzenia takiego mechanizmu, ale one są w istocie dziecinne. Lojalność zaś tych kadr będzie tak samo głęboka, jak lojalność braci Collins wobec Polski. Oni mogą zorganizować walkę w kisielu i przeznaczyć zysk na cele dobroczynne, a przy tym zmienią nazwisko, ale nie utrzymają władzy i lojalności w jakimś pionie urzędniczym.

Polityka kadrowa prezesa była wielokrotnie krytykowana. Moim zdaniem w niewłaściwy sposób. Ludziom bowiem uprawiającym tę dyscyplinę wydawało się i dawali temu wyraz werbalnie, że kiedy oni znaleźliby się w podobnej do prezesa sytuacji, to dopiero zaprezentowaliby swoje zdolności interpersonalne. Niczego by nie zaprezentowali, bo metoda prezesa wykuwała się przez wiele dekad, przy świadomości, że wszyscy albo prawie wszyscy otaczający go ludzie są podstawieni. Nie można mieć więc dla nich ani szacunku ani litości, ani nie można dawać im żadnych tak zwanych szans, albowiem oni tego nie zrozumieją. Ich lojalność bowiem jest po większej części nieokreślona. Wszyscy pamiętamy prokuratora Kaczmarka, który był przyczyną szyderstw z obydwu braci, w czasach kiedy wydawało nam się, że wieś polska, a z nią kraj cały, to spokojny i wesoły zaścianek. Dziś już tak nie myślimy, nie spowodowało to jednak żadnej zmiany w polityce kadrowej. Nie mogło spowodować, albowiem nikt nie pracuje nad opracowaniem metody efektywnego wyłaniania zdolnych kadr. Zdolnych to znaczy, w mojej ocenie, zdecydowanych przede wszystkim i twórczych. Takich jak towarzysz Dzierżyński. Metoda prezesa, zakładam, że nie ma on świadomość tego faktu, produkuje kadry zachowawcze, które mają konserwować i utrzymywać urządzenia wypracowane i przygotowane przez rząd. W te zaś prezes, tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka, wierzy. Jeśli kadry nie zachowują się po jego myśli, mogą iść do konkurencji, a to oznacza dziś degradację. Nie zawsze tak jednak było. Przyznajmy, że prezes prowadził swoją politykę kadrową w taki sposób, również w czasach kiedy nie opłacało mu się nikogo wyrzucać, bo nie miał kim robić. To odsuwa odeń podejrzenia o jakieś napoleońskie ciągoty. To jest metoda, której się nauczył i już się nie oduczy. Krytykowanie go za to nie ma sensu. Musimy też jednak przyznać, że jej sztandarowym produktem jest Marcinkiewicz, który niebawem wyjdzie na ring w samych gaciach i koszulce.

Przejdźmy do drugiej wiadomości. Ona także jest zabawna na swój sposób. Oto wywalili z telewizora Janka Pospieszalskiego, co może wskazywać, że gdzieś tam na zapleczu jest jednak jakiś Dzierżyński. Ja w to nie wierzę, ale ktoś mógłby tak pomyśleć. Trudno doprawdy o człowieka bardziej lojalnego i oddanego sprawie niż Janek. Wszyscy pamiętamy jego udział w miesięcznicach, w każdym niemal ulicznym wydarzeniu. Zawsze można było na niego liczyć. Oczywiście szydziliśmy też, że PO wywaliło z telewizora wszystkich pisowców, a Janek został. Teraz jednak wyleciał. Powodem jest, czego łatwo się domyślić, krytyka polityki covidowej. To sprawę w zasadzie wyjaśnia i wskazuje nam kierunek – prezes będzie się musiał w końcu rozejrzeć za jakimś Dzierżyńskim. Jedyna nadzieja w tym, że wybierze go według dotychczas stosowanych kryteriów. To znaczy, że będzie to ktoś w typie Marcinkiewicza, kto po kilku nieudanych akcjach skończy na ringu u braci Collins.

Usunięcie z telewizora Pospieszalskiego, to znak, że organizacja zwiera szeregi i wskazanie wokół jakich pojęć budowana będzie lojalność. To nie wróży dobrze PiS-owi, albowiem do tej pory partia budowała lojalność wokół treści, które można umownie nazwać buntowniczymi. Budowała je wokół niezgody na Tuska i każdy kto coś tam brzechał na tego Tuska mógł liczyć na jakieś zainteresowanie. Z wyjątkiem blogerów rzecz jasna, bo ci nie mogli liczyć na nic. To się skończyło i partia będzie tworzyć strukturę wokół covida. Czy to jest jakaś jakość związana z tymi pojęciami, które każą ludziom głosować na PiS? Oczywiście, że nie, to jest pojęcie przywiezione w teczce, które trzeba lansować, żeby utrzymać się u władzy. I widzi to każdy, kto potrafi odróżnić na zdjęciu towarzysza Lenina od towarzysza Dzierżyńskiego. To jest ten handicap, który miał towarzysz Lenin i którego nie mógł za żadne skarby stracić, bo cała rewolucja by przepadła. Dlatego właśnie Janek wyleciał z telewizora i najprawdopodobniej nigdy tam nie wróci. Mówią, że odnalazł się u Roli i tam będzie nadal śledził różne dziwne ruchy, jakie się wokół tego covida odbywają.

Czy to oznacza, że w ogóle nic się w Polsce nie robi, by poprawić jakość kadr? Oczywiście, że nie, jakieś ruchy się wykonuje, ale dotyczą one, w mojej ocenie, wartości wokół których buduje się lojalność. Jeśli ktoś uważa, że będą to takie wartości jak patriotyzm, rodzina, Kościół, albo „coś w podobie”, ten niestety się myli. Na ujawnienie tej prawdy poczekamy jednak do chwili, aż prezes zamknie oczy. Potem towarzysz Morawiecki dopiero pokaże nam, gdzie jest nasze miejsce. Przesłano mi wczoraj taki oto link:

https://www.tvp.info/54125105/prezydent-podpisal-w-dzien-dziecka-ustawe-o-powolaniu-rad-mlodziezowych-na-wszystkich-szczeblach-samorzadu

Tak to się robi w Chicago. Jednym podpisem prezydent stworzył organizację, która przypomina Komsomoł i ma podobne funkcje. Będzie się, na szczeblu samorządowym, troszczyć o dobro młodzieży. Zwrócę uwagę na kilka kwestii. Pierwsza – metoda pozyskiwania kadr opisana wyżej, jest właściwa dla prezesa jedynie. Cała reszta pozyskuje kadry kooptując je starannie spośród zasobów rodzinnych i nie myśli o tym, by je usuwać, redukować, albo przekształcać. Kadry mają trwać i zapewnić utrzymanie rodzinnym pionom urzędniczym. Należy więc przypuszczać, że w owych radach młodzieżowych znajdą się członkowie tych rodzin, które już na danym terenie władzę sprawują. Kolejna kwestia – młodzież, nawet bardzo ambitna, ma bardzo ograniczone pole widzenia, które, w tym przypadku, jest jeszcze celowo zawężane. I trudno przypuścić, że nie staną się owe rady, narzędziem nacisku grup nieformalnych istniejących w regionach, na inne grupy. Co nas to wszystko obchodzi, zapyta ktoś? Nie jesteśmy młodzieżą. To prawda, ale to ta młodzież będzie kreować za lat parę pojęcia, wokół których partia budować będzie z kolei strategie wyborcze i lojalność. I nie będą to pojęcia, do których przywykliśmy i które rozpoznajemy. Kwestia kolejna – nadzwyczaj prosta – komu oni będą donosić?Wobec kogo będą lojalni tak naprawdę, bo tego iż ktoś w końcu zacznie stymulować ich według starych, dobrych leninowskich wzorów, możemy być całkowicie pewni. Tak zwyczajnie pytam, bo mi się te młodzieżowe rady kojarzą z wewnętrznym PR-em w korporacjach.

Na koniec ogłoszenie. Dałem się namówić Ojcu Antoniemu Rachmajdzie i jadę 10 czerwca do Wrocławia, gdzie będę miał pogadankę o św. Idzim. Związaną po części z nowym tomem Kredytu i wojny. Zgodziłem się wyjątkowo, bo ktoś tam Ojcu wypadł, i termin został pusty. Nie powtórzę tego na razie, dopóki organizacja nie odwoła covida. Początek o 18.45, po mszy.

Cze 022021
 

Naprawdę rzadko się zdarza, żebym obudził się, bez żadnego pomysłu na tekst. To się w zasadzie nigdy nie zdarza, ale dziś się zdarzyło. Staram się nie opowiadać na blogu o swojej działalności autorskiej, o tym co robię, ile czasu mi to zajmuje, czy jestem przy tym śpiący czy może rozsadza mnie entuzjazm. Piszę rano tekst, zostawiam go Wam i zajmuję się książką. I tak do 14 z minutami. Czasem robię jakąś przerwę. I wierzcie mi, że staram się nie naprzykrzać nikomu tymi swoimi zajęciami, ani nie podnosić przesadnie ich znaczenia. Wczoraj jednak czy przedwczoraj ktoś mnie zapytał – a kiedy będzie kolejny tom przygód komisarza Zdanowicza?

To jest trochę irytujące, albowiem miałem wrażenie, że wszyscy komentujący „wiedzą jak jest” i nie zgłaszają żadnych uwag, zachowując taką samą dyskrecję jak ja. Wczoraj skończyłem 19 rozdział II tomu Kredytu i wojny. Muszę napisać pewnie jeszcze z osiem, jeden mam już zaczęty, ale żeby go skończyć muszę przekopać się przez masę tekstów. Zawsze gdzieś pod koniec pracy nad książką przychodzi kryzys. Żart polega na tym, że trzeba go jakoś przetrzymać, bo nie można zwolnić. Jestem już trochę stary, a więc ten kryzys dziś wygląda inaczej niż na przykład w roku 2012, kiedy chciało mi się tylko spać, albo kręciło mi się w głowie i musiałem się położyć. Teraz coś mnie boli w oku, albo mam jakieś pulsowania w głowie, no i też w zasadzie powinienem się położyć, pewnie na dzień, albo dwa. No, ale nie mogę, bo ludzie pytają – a kiedy będzie to, a kiedy będzie tamto? Kiedyś będzie szanowni Państwo, naprawdę, ja tu nie leżę do góry brzuchem i nie zadowalam się odpowiadaniem na komentarze i maile pisane do mnie w różnych istotnych sprawach. Mam co robić. Najważniejsze w kryzysie jest to, że w tekście znalazło się już bardzo dużo istotnych szczegółów, które tworzą pewien niewidoczny dla niewtajemniczonego czytelnika system. Przy 19 rozdziale, albo gdzieś w okolicy, co jest normą, łapię się na tym, że te szczegóły, rzucone mimochodem, nie będą do siebie pasowały, że to wszystko się nie zgra. Myślę też przez cały czas ile błędów zrobiłem i czy przy każdej istotnej informacji powołałem się na źródło. Staram się nie robić przypisów, bo mnie bardzo irytują, po prostu piszę w tekście skąd pochodzi taki czy inny cytat albo informacja. To co robię ma wymiar rozrywkowy, a nie naukowy i chodzi o to, by wszyscy mieli frajdę z czytania, a nie próbowali odczytywać coś tam na dole strony, wydrukowane maczkiem. Samo myślenie o tym, co napisałem wyżej, jest po prostu rozwalające. A jeszcze będę musiał to wszystko raz przeczytać, czego bardzo nie lubię robić. Czytanie po sobie to prawdziwa udręka. Jak nadmieniałem, ale może niezbyt wyraźnie i niezbyt głośno, nie zamierzam na tym poprzestać. Za chwilę muszę zabrać się za kolejną książkę, która jest już zaczęta, napisałem pełne osiem rozdziałów w międzyczasie, przygotowując kwartalnik i pisząc II tom Kredytu i wojny. Potem zaś muszę zrobić kolejny numer nawigatora, który ukaże się pod koniec sierpnia. Wyznam Wam w tajemnicy, że jest trochę nerwów i napięcia w tym wszystkim. Jeśli więc ktoś ziewając z rana pyta mnie – a kiedy będzie to, a kiedy będzie tamto – nie wyświadcza mi żadnej przysługi. Tym mniej to pomaga, im słabiej wygląda sprzedaż. Ona nie jest tragiczna i dajemy radę, ale wiadomo, że nie jest taka, jak w poprzednich latach kiedy nie było covida. To wszystko powoduje, że nie mogę, choć bardzo się staram, spokojnie odpowiadać na takie pytania. Podobnie, nie mogę z miną dojrzałego mentora udzielać nikomu żadnych rad. Dobre rady nie istnieją. Jak ktoś chce coś pisać musi po prostu pisać, najlepiej codziennie jeden tekst, a potem przez pięć godzin z przerwami na kawę i śniadanie jakąś książkę, którą ma zamiar sprzedać. Nie może się przy tym koncentrować na tak zwanej sławie, bo ona jest, pardon, gówno warta, musi się koncentrować na zwiększaniu sprzedaży w takich zakresach, które są mu dostępne. No i jednak wlazłem w buty mentora – zwiększanie sprzedaży na rynku książki to nie jest zwiększanie sprzedaży telefonów komórkowych. Jak ktoś wchodzi do salonu, nie wołamy doń z uśmiechem – witamy pana/panią serdecznie czym możemy służyć. Zwiększanie sprzedaży internetowej książek polega, w wielu wypadkach, choć nie we wszystkich, na wyrzuceniu gościa za drzwi z największym możliwym hukiem i obserwowaniu jego reakcji. To tyle tytułem wstępu. Ponieważ nie mam już dwudziestu lat i pisaniem zawodowo, czyli zarobkowo zajmuję się w zasadzie od ćwierć wieku, jestem już właściwie zabezpieczony przed pokusami. Nie wpadam w żadne pułapki, nie rusza mnie kokieteria, nie słucham dobrych rad, nie patrzę na boki, czy wszyscy mi się przyglądają, gdy pracuję. Nie poświęcam czasu żadnej z tych aktywności. W zasadzie cały czas planuję i liczę czy wystarczy mi czasu w tym roku na zrobienie tego co zaplanowałem. Chyba nie wystarczy, ale to jest w zasadzie norma. Czasu nie starcza nigdy. Najważniejsze, żeby starczyło cierpliwości.

Staram się też nie zajmować innymi autorami, a jeśli już, czynię to w ramach rozrywki, żebyśmy tu mieli trochę zabawy, jak zrobi się zbyt nudno. Nie irytują mnie sukcesy grafomanów, albo naśladowców, nie drażni mnie popularyzacja historii w wersji dla kretynów. Nic mnie to nie obchodzi, choć mam świadomość, że nie wpisując się w trendy, tracę kontakt z tak zwanym masowym czytelnikiem. No, ale zastanówcie się z drugiej strony, co bym zyskał, wpisując się w te trendy? Musiałbym konkurować z tymi wszystkimi durniami opowiadającymi historie o dupie Maryni i huzarach. Też mi frajda. Mamy tu swoją metodę, ona jest powszechnie ważna, nie można tego zakwestionować, albowiem historia w połączeniu z ekonomią i przemysłem jest interesująca i mówi o kwestiach istniejących i bezwzględnie autentycznych. Pozostawia jednak spory margines do interpretacji i dyskusji. A kiedy się to jeszcze połączy z historią świętych Kościoła Powszechnego, robi się tak zwany czad. Tego nie zrozumie czytelnik masowy, bo on musi dostać codziennie swoją porcję papki wymieszanej z glutami wyciśniętymi z jakiejś tubki. Tak, jak Twardoch musi udawać geniusza, Mróz przenikliwego śledczego, a Bonda wrażliwą milicjantkę opiekującą się pogubionymi dziećmi i psami. Dwadzieścia pięć lat codziennej pracy uwolniło mnie od konieczności uczestnictwa w tym, a także od konieczności przejmowania się treściami zamieszczanymi w książkach zwanych pracami naukowymi. Tym bardziej, że przy tym nowym projekcie raz po raz przekonuję się, że ich istotna rola polega na utrwalaniu hagad i unieważnianiu istotnych informacji. Takich, których nie da się już ukryć.

Mogę spokojnie sobie handlować książkami i pisać to co chcę. Mnóstwo osób uważa, że cała ta aktywność jest absurdalna, bo faceci w moim wieku są już jakimiś dyrektorami, prezesami, albo mają za sobą inne rodzaje karier. Ja nie chciałem być nigdy dyrektorem, prezesem, milicjantem ani politykiem. Chciałem być autorem i oto sny moje stały się prawdą. I wierzcie mi, że robię co mogę, żeby czytelnicy byli zadowoleni. Myślę, że jeszcze pięć lat takiej aktywności i będę musiał nieco spuścić z tonu. Jeśli ktoś chce się teraz przejmować tym, że wszystko to nie ma sensu, bo nie zdobyłem sławy i nie pokazują mnie w rankingach empiku czy innej jakieś sieci, nie kręcą filmów i seriali na podstawie tego co napisałem, niech się puknie w głowę.

Wszystko co robię jest jednym wielkim dowodem na to, że ludzie nie są szarą, powolną masą, którą można manipulować w dowolny sposób. Wystarczy jeden odrębny, zmieniający się stale, bardzo plastyczny, autorski format i wszystkie te schematy operacyjne speców od masowej propagandy można sobie wsadzić, pardon, w puzon. Powtórzę: sprzedajemy formaty, których tytuły nie kojarzą się nikomu z niczym, w środku znajdują się treści absolutnie niekompatybilne z żadnym propagandowym, politycznym czy popularyzatorskim formatem dostępnym na rynku. I mamy wyniki. Nie takie jak autorzy lansowani w mediach, no ale oni bez tych mediów by nie istnieli. My zaś istniejemy. I to jest sukces. Bardzo więc proszę o niezadawanie głupich pytań, albowiem cierpliwość każdego człowieka, nawet moja, ma swoje granice.

Cze 012021
 

Na historii sztuki w Warszawie, większość czasu spędza się nad zagadnieniami dotyczącymi tak zwanej epoki Stanisława Augusta, czyli nad czymś, czego nie było, a także poświęca się ów czas tak zwanym ideom oświecenia. Na styku tych obszarów znajduje się jeden ważny punkt, o którym na żadnych studiach humanistycznych, podejrzewam że nawet na tych dotyczących kultury żydowskiej w Polsce, nie mówi się ani słowa. Ten punkt ma imię i nazwisko. To Salomon Majmon.

Nie znam filozoficznych prac Majmona i mało mnie one interesują. Wczorajszy wieczór spędziłem jednak na czytaniu jego autobiografii, którą miałem zamiar wydać, ale ponieważ jest ona w wikisource nie ma to sensu. Wydano ją zresztą w poprawionej wersji, w roku 2007, w fatalnej okładce, tak jak to zwykle robią Żydzi, kiedy edytują pisma swoich myślicieli, którymi chcą się pochwalić. Oprawiają je w pudełko po butach, na okładkę wstawiają jakieś przypadkowe, nic nie znaczące zdjęcie, robią mały nakład, a potem przychodzą na targi książki pod zamek, stają przy moim stoisku i wielce zdziwieni mówią – wydał pan Schipera? Naprawdę? I to w twardej oprawie?! Wierzyć się nie chce! Po czym kręcąc głową odchodzą, bo nie może im się między uszami pomieścić, że jakiś frajer inwestuje swoje własne pieniądze, po to by przypominać pisma nikogo dziś nie interesującego żydowskiego ekonomisty, który w żaden sposób nie nadaje się do uprawiania współczesnej propagandy.

Autobiografii Majomona nie wydam, bo po każdym wpisie na jej temat sześciu troli będzie umieszczać linki do wikisource i wołać – za darmo, tam jest za darmo, nie kupujcie u niego!

Kim był Salomon Majmon? Dla mnie przede wszystkim wybitnym autorem ironistą. Poza tym człowiekiem, który wyrwał się z piekła, jakim było życie w ortodoksyjnej społeczności i to piekło opisał. Salomon widział swoją szansę na uniwersytecie, a ponieważ był człowiekiem niezwykle inteligentnym – jako dziecko sześcioletnie skonstruował sobie model sfery niebieskiej z wiklinowych patyków – uciekł do Królewca i tam biedując w nieludzkich warunkach studiował. Jego droga intelektualna prowadziła od studiów nad talmudem, przez ruch chasydzki i pisma Majmonidesa, wprost ko Kanta. Ktoś powie, że to nie jest postać z naszej bajki. Aha – Salomon dedykował swoje pisma Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, królowi Polski. Uczynił to jeszcze w roku 1789, zanim wszystko się zawaliło. Nie wiemy czy liczył na protekcję, czy może miał inne jakieś widoki albo zlecenia. W każdym razie jest Salomon jednym z najwybitniejszych autorów doby Oświecenia, jacy przewinęli się przez ziemie polskie. Pisał po niemiecku, a jego autobiografia została przetłumaczona na polski w początkach XX wieku przez Leo Belmonta. To też ciekawa postać, szczególnie w kontekstach, które tu omawiamy ciągle, czyli popkulturowych. Pan Leon przetłumaczył pisma Salomona, a uczynił to z licznymi błędami. I tak one wyglądają w tych zasobach wiki, ale daje się je czytać. Są to rzeczy wstrząsające. Nie doszedłem jeszcze do momentu, kiedy Salomon zaczyna studiować Majmonidesa, a to wydaje się być najistotniejsze. Jego przygody w dzieciństwie i opisy wyczynów księcia Karola Radziwiłła, u którego jego ojciec był dzierżawcą, dają jednak wystarczający obraz możliwości Salomona. To jest mistrz, nie ma co do tego dwóch zdań. Szkoda, że jego autobiografia nigdy nie trafi do żadnego kanonu lektur. Oto kilka próbek.

Na tem miejscu winienem coś nadmienić o charakterze szkół żydowskich. Szkoła jest zazwyczaj małą dymną izbą, w której dzieci siadają częścią na ławkach, po części wprost na gołej ziemi. Nauczyciel w brudnej koszuli siedzi na stole, trzymając między nogami miskę, w której wielką Herkulesową maczugą trze tabakę, równocześnie komenderując swoim regimentem. Podbelfrzy ćwiczą po kątach swoich poddanych i panują nad nimi tak samo despotycznie, jak nauczyciel naczelny. Ze śniadań, wieczerzy i t. d., które dzieciom śle się do szkoły, zatrzymują ci panowie lwią część dla siebie; ba, nieraz biedni malcy nie otrzymują nic ze swego jadła, a jednak nie mogą się na to użalić, jeżeli nie chcą narazić się na zemstę tych tyranów. Tu więzione są dzieci od ranka do wieczora i nie mają zupełnie godzin wolnych, prócz piątku i w czasie nowiu jednego popołudnia.
Co się tyczy studjów, to przynajmniej z czytaniem hebrajskiego pisma idzie jeszcze dość porządnie. Natomiast z samą nauką języka hebrajskiego dzieją się poprostu dziwy. Gramatyki nie wykłada się w szkole zupełnie; ta winna być wyuczoną ex usu, z przekładów pisma świętego, mniej więcej tak, jak każdy prostak poznaje nader niedokładnie gramatykę macierzystego języka w użyciu. Niema też słownika mowy hebrajskiej. Rozpoczyna się naukę odrazu od wyjaśniania biblii; a ponieważ ta dzieli się na tyle rozdziałów, ile jest tygodni w roku (ażeby księgi Mojżesza, które odczytują się w synagodze każdej soboty, mogły być odczytane w ciągu jednego roku) — tedy każdego tygodnia wyjaśnia się po kilka wersetów, poczynając od należnego do tego tygodnia rozdziału — oczywista, ze wszystkiemi możliwemi błędami gramatycznemi. A inaczej dziać się nie może; bowiem język hebrajski musi być wyjaśniany przez mowę macierzystą; zaś żydowsko–polski djalekt matczyny sam jest pełen błędów i nieprawidłowości gramatycznych, co musi odbić się piętnem na wykładanej przezeń mowie hebrajskiej. Uczeń nabiera na tej drodze równie słabej znajomości języka, jak i pojęcia o treści Biblii.

Salomon trafił do tej szkoły jako siedmiolatek. Kiedy miał lat jedenaście uważany był już za młodzieńca obiecującego, to znaczy cytującego i komentującego talmud. Oto fragment dotyczący tego w jaki sposób typowano właściwych kandydatów na mężów.

Studja talmudyczne stanowią centr uwagi mojego plemienia, gdy chodzi o wykierowanie kogoś na uczonego. Bogactwo, zalety cielesne i talenty wszelkiego rodzaju mają wprawdzie pewną wartość w oczach żydów i są w pewnej mierze cenione; wszalako nic z tego nie może iść w porównanie z godnością dobrego talmudysty. Ten ostatni może pretendować do wszelkich urzędów i honorów w gminie. Jeżeli zjawia się na jakiemś zebraniu, — jakikolwiek byłby jego wiek i stan, wszystko stoi przed nim z czcią najwyższą i ustępuje mu najszanowniejsze miejsce. Jest on doradcą sumienia, prawodawcą i sędzią zwykłego człowieka. Kto takiego uczonego nie napotyka z poważaniem, — przeklęty jest, wedle słów talmudu, na wieki wieków. Człowiek przeciętny nie powinien przedsięwziąć najdrobniejszej czynności, jeżeli sprzeciwia się ona wyrokowi takiego uczonego. Obyczaje religijne, potrawy dozwolone i zakazane, małżeństwo i rozwód — wszystko to określanem bywa nie tylko przez nagromadzone już w olbrzymiej ilości prawa rabiniczne, ale nadto przez specjalne decyzje rabinów, którzy potrafią pojedyńcze wypadki wyprowadzać z zasad ogólnych. Bogaty kupiec, dzierżawca lub fachowiec, który ma córkę, używa wszystkich sposobów, aby dostać za zięcia dobrego talmudystę. Ten ostatni może być krzywy, schorzały, nieświadomy pod każdym innym względem — ta jego zaleta rozstrzyga o wszystkiem. Przyszły teść takiego feniksa musi zaraz przy zaręczynach wypłacić jego rodzicom według umowy pewną summę; oraz prócz wyznaczonego dla córki posagu zobowiązany jest dawać jej i jej mężowi przez sześć do ośmiu lat całkowite otrzymanie — t. j. jadło, odzież i lokal; przez cały ten czas pieniądze posagowe oddaje się na procent, a uczony zięć ciągnie swoje studja dalej na koszt teścia. Po upływie tego czasu otrzymuje pieniądze do ręki i albo wstępuje na jakiś urząd naukowy, albo pędzi żywot cały w stanie uczonego próżniactwa. W obu wypadkach żona obejmuje zarząd nad domem i interesami, ciesząc się, iż za wszystkie swoje trudy dzieli poniekąd sławę swego męża i błogosławieństwo jego przyszłego życia.
Studjowanie talmudu odbywa się podobnież bez żadnych reguł, jak studjowanie biblii. Język talmudu jest zlepkiem wschodnich języków i djalektów; ba, spotykają się tu nieraz słowa z greckiego i z łaciny. Nie ma żadnego słownika, w którym napotykane w talmudzie wyrażenia i zwroty można byłoby odnaleźć; a co gorsza, niewiadomo nawet, (ponieważ niema w tej mierze ugody), jak wyrazy, które nie są często hebrajskimi, czytać należy. Zatem mowę talmudu, zarówno jak biblijną, poznaje się tylko w praktyce z częstego tłomaczenia; a to stanowi pierwszy stopień w studjach nad talmudem.

W jedenastym roku życia Samuel został ożeniony z córką karczmarki Rysi, a kiedy miał lat czternaście urodził mu się pierwszy syn. Kiedyś zdarzyło się, że do karczmy jego teściowej, zajechał z całym orszakiem książkę Karol Radziwiłł „Panie kochanku”. Jak to czytałem wczoraj o mało nie zleciałem ze stołka.

Pewnego razu zachciało mu się odbyć spacer do miejscowości M… odległej od jego rezydencji coś o 4 mile. I tu musiała mu, jak zwykle, towarzyszyć cała świta, cały dwór. O poranku oznaczonego dnia wyruszyła procesja. Naprzód szła cała jego armia, w szeregach i korpusach, w pełnym szyku bojowym: konnica, artylerja, piechota i t. d., dalej szła gwardja przyboczna i strzelcy, rekrutowani z ochotników zpośród ubogiej szlachty; dalej następowały wozy kuchenne, na których nie zapomniano umieścić butli węgierskiego wina; tuż za niemi szła muzyka janczarska, oraz inne kapele; wreszcie jechał powóz książęcy, za którym maszerowali satrapi pańscy. Tak ich nazywam, gdyż pochodu tego nie mogę z niczem innem porównać, jak chyba z pochodem Darjusza, idącego wojną przeciw Aleksandrowi. Już pod wieczór Jego Książęca Mość (nie powiadam: we własnej dostojnej Osobie, gdyż wino węgierskie pozbawiło go całkiem świadomości, na której osobowość się opiera) — przybył do mojej karczmy na końcu przedmieścia K…, należącego do rezydencyi N. Wniesiono go do domu i rzucono na brudne nierozesłane łóżko mej teściowej w pełnem przybraniu, tak jak był, w butach z ostrogami.
Jak było we zwyczaju, ja musiałem czmychnąć. Ale moje amazonki — mam tu na myśli teściowę i żonę — zaufane w swojej odwadze, pozostały same w domu. Przez całą noc hałasowano. W tej samej izbie, gdzie książę spoczywał, rąbano drwa, gotowano i smażono. Wiedziano bowiem, że gdy książę spał, mogła go zbudzić chyba tylko trąba Sądu Ostatecznego.
Dobudzono go się nazajutrz rano. Obejrzał się i nie wiedział, czy ma własnym oczom wierzyć, iż znajduje się w nędznej szynkowni nierozebrany w brudnem łożu, na którem mrowiły się pluskwy. Jego kamerdynerzy, paziowie i murzyni oczekiwali rozkazu; zapytał, jak się tu znalazł, na co zameldowano mu, że Jego Książęca Mość wczoraj wyprawił się w podróż do M…, w tem miejscu jednak użył wytchnienia; natomiast świta wyprzedziła go tymczasem i już zapewnie obozuje w M.
Podróż księcia do M… została natychmiast zaniechana i całe wojsko odwołane; wróciło też ono do rezydencyi w zwykłym uroczystym porządku. Księciu jednak podobało się zarządzić ogromną ucztę obiadową w mojej gospodzie. Wszyscy cudzoziemcy, którzy znajdowali się naówczas w mieście, otrzymali zaproszenie. Jedzono ze złotych serwisów — i niepodobna wyobrazić sobie dostatecznie kontrastu pomiędzy zbytkiem Azjatyckim i nędzą Lapońską, które panowały równocześnie pod jednym dachem.
W nędznej karczmie, której ściany sczerniały, jak węgiel, od dymu i sadzy, której belki podparte były niekształtnemi krągłemi klocami z drzewa, której okna zaopatrzone były resztkami rozbitych marnych szyb i wązkiemi patykami świerkowemi, oblepionemi papierem, — w tym dom u siedzieli książęta na brudnych ławach, przy jeszcze brudniejszym stole, i nakazywali podawać sobie najwyszukańsze potrawy i najwspanialsze wina w złotych misach i puharach.
Przed obiadem przechadzał się książę z innymi obecnymi panami przed gospodą i przypadkiem ujrzał moją żonę. Znajdowała się ona wonczas w rozkwicie swej młodości, a jakkolwiek dziś jestem z nią rozwiedziony, muszę jej oddać tę sprawiedliwość i przyznać, że (oczywiście pomijając wszystko, co gust i sztuka przynosi ku podniesieniu wdzięków, a o czem u mojej żony mowy być nie mogło) była ona pięknością pierwszej klasy. Rzecz jasna, że musiała wpaść w oko księciu R… Zwrócił się do swoich towarzyszy: „prawdziwie, to ładna i młoda kobietka! należy jej tylko włożyć świeżą koszulę“. Było to zwykłe jego hasło, które miało ten sam sens, co rzucenie chustki w Wielkiego Sułtana. Gdy słowa te usłyszeli panowie, zatroskali się o cześć mojej żony i dali jej znak, aby umknęła coprędzej. Na ich skinienie wymknęła się ona pocichutku i znalazła się het, za górami.

Powtórzę – drukowana autobiografia Salomona jest nie do zdobycia. Cały tekst w wiki jest tutaj

https://pl.wikisource.org/wiki/Autobiografia_Salomona_Majmona/Cz%C4%99%C5%9B%C4%87_pierwsza/Ca%C5%82o%C5%9B%C4%87

Na koniec mogę rzec tylko, że tak zwane wolne zasoby i łatwy dostęp do treści to po prostu inna nazwa cenzury. Gdyby nie przypadek – uniwersytet w Toruniu wydał pisma estetyczne Majmona, które trzeba będzie przeczytać, bo jak ktoś dedykuje swoją pracę Stanisławowi Augustowi, to sprawy te są raczej poważne – nigdy byśmy nie zwrócili na Salomona uwagi. A będziemy jeszcze do niego wracać, nie raz.

Maj 312021
 

Jak wczoraj już wspomniałem, w nagraniu inaugurującym działalność Collegium Intermarium pojawił się ten pan, który zawsze widoczny jest na demonstracjach, wymierzonych w lewicę i jej obsesje dotyczące aborcji. Nie pamiętam jak on się nazywa, ale chodzi o to, że świetnie nadaje się na symbol i wyrzut sumienia, albowiem jest czarny, kocha Polskę i jeździ na wózku inwalidzkim. Ja nie mam nic przeciwko obecności tego pana na wszystkich możliwych prawicowo-patriotycznych imprezach. Chcę tylko wskazać, że wobec niezrozumiałej płycizny treści jakie podawane są publiczności na takich uroczystościach, obecność tego człowieka, o niezwykle wyrazistej osobowości i charakterystycznym wyglądzie, nabiera wymiaru symbolicznego. Ktoś powie, że to dobrze. I być może on sam się z tym dobrze czuje. Ja jednak uważam, że rzeczy mają się inaczej. Tak oto mianowicie – producenci płaskich jak naleśnik memów oczekują, że świat ich zrozumie i odbierze właściwie tylko wtedy jeśli swoją ułomność intelektualną zasłonią postacią tak szczególną jak on. To się nie uda panowie. Z jednego prostego powodu – instrumentalne traktowanie tego człowieka, a tak to właśnie wygląda, nawet jeśli on to akceptuje – oznacza, że oczekujecie akceptacji ze strony lewicy. I tylko ta akceptacja was interesuje. Komunikat jest taki – patrzcie, my też mamy swojego inwalidę, który jest przeciwko aborcji, a do tego jest czarny! A wy co macie w kartach? I przekazu tego nie zmienią bajania o roli uniwersytetów i świetlanej przyszłości, jaka czeka absolwentów Collegium Intermarium.

Dlaczego ja piszę tu o tych płyciznach? Powody są dwa w zasadzie. Mogłoby ich być więcej, ale nie chcę się za bardzo rozpisywać. Pierwszy jest taki, że przypomniała mi się piosenka Jacka Kaczmarskiego Epitafium dla Boba Dylana. Kaczmarski napisał piosenkę taką, jaką mógłby napisać Dylan, zaśpiewał ją jak Dylan i jeszcze wręczył Dylanowi, który nic z niej nie zrozumiawszy pojął żart i właściwie odczytał pastisz. I w tym manifestuje się wielkość sztuki i syntetycznego, intuicyjnie stworzonego przekazu. – Płytka fala fałszywie się mieni – taka fraza jest w tej piosence. I my owe płytkie fale widzimy w zasadzie wszędzie wokoło. Jeśli jednak zgłaszamy jakieś uwagi co to tego połysku, albo niezadowalającej nas głębokości, od razy pojawiają się głosy – a bo pan obraża czarnego inwalidę na wózku! To jest mechanizm obronny i reakcja odruchowa. Ona działa zawsze i mowy nie ma by to zmienić. To jest argument z półki – a wu was biją Murzynów, stojący obok innego – a panu śmierdzi z gęby.

Przypomnę, że kiedyś obraziłem matkę Cezarego Krysztopy, tylko o niej wspominając, a także wnuczkę Toyaha, także tylko o niej wspominając. Można oczywiście powiedzieć, że argument taki zamyka dyskusję i rzeczywiście tak jest, bo o czym tu więcej gadać. Ujawnia jednak też bezradność ludzi, którzy go używają. No, a my nie możemy lansować bezradności i w żaden sposób jej wspierać, bo nas to pociągnie w dół.

Wracajmy jednak do naszych baranów. Zdumiewające jest to, że przy tak ogromnym zaangażowaniu rzesz ludzi w projekt o nazwie kultura i nauka polska, wygląda on tak nędznie. To jest doprawdy niezwykłe. Wynika to oczywiście z tego, że wszyscy ci ludzie nie mają zielonego pojęcia o twórczości. Oni chcą jedynie, by ktoś – kto ma bezwzględny autorytet – potwierdził ich przynależność do grupy, posługującej się właściwymi charyzmatami. Taki autorytet ma jedynie lewica. Bierze się on z siły, jaką dały lewicy przeszłe rewolucje, które – wprowadziwszy w pułapkę semantyczną posiadaczy i uczonych – wyrżnęły jednych, przecweliły drugich, zmuszając tych ostatnich do służby. I dziś – wobec tego niekwestionowanego faktu – nie liczy się nic poza dobrą służbą. Tak więc każdy kto głosi poglądy antymarksistowskie mówiąc przy tym o tradycji uniwersytetu w ujęciu klasycznym, domaga się jedynie tego, by lewica zaakceptowała jego wystąpienie. Być może nawet o tym nie wie, ale to świadczy tylko jeszcze gorzej o nim. Czego poszukują ci wszyscy ludzie, którzy przedstawiają się jako konserwatyści i zakładają te nikomu niepotrzebne inicjatywy: Polska Wielki Projekt, Artyści dla Rzeczypospolitej, Collegium Intermarium? Oni szukają jakiegoś źródła siły. Sami jej nie mają, mają tylko budżet. To jest stanowczo za mało. Rozglądając się więc rozpaczliwie za jakimś charyzmatem snują te swoje symboliczne nawiązania a to do antycznej filozofii, a to do średniowiecznych uniwersytetów, a to do czegoś jeszcze. Starannie przy tym omijając jeden obszar – twórczość i czyn. Ja wiem oczywiście, że brzmi to patetycznie, ale równie patetycznie brzmi nazwa Collegium Intermarium, a kryje się za nią wyłącznie impotencja twórcza. Poznajemy to po ilości znaków graficznych mających świadczyć o powadze i wielkości tej inicjatywy. Przypomina to wszystko małych chłopców, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych obwieszali sobie szlufki od spodni metalowymi brelokami kupowanymi w kiosku. Były to fantastyczne zupełnie ozdoby, z wygrawerowanymi symbolami, których nie rozumieliśmy, albo były to po prostu atrapy monet średniowiecznych. Uważaliśmy, że z tymi kilogramami metalu, które ściągały nam portki do kolan prawie, wyglądaliśmy znakomicie, wręcz prześwietnie.

Nie inaczej wyglądają dziś uczestnicy najpoważniejszych inicjatyw prawicowych, którzy zachowawczy i konserwatywny charakter swojej misji rozumieją dosłownie, to znaczy w taki sposób, że nie należy nie daj Bóg nic zmieniać w przekazie, sformatowanym przez lewicę przecież i dla jej potrzeb przystrzyżonym, albowiem to zaburzy wewnętrzną hierarchię, spowoduje, że głos zaczną zabierać ludzie posiadający stosownych uwierzytelnień, wydawanych także przez lewicę przecież, albo może jeszcze wyjdzie ktoś i zaśpiewa jakąś demaskatorską piosenkę – o fałszywie mieniącej się, płytkiej fali. I wtedy okaże się, że Zybertowicz nie potrafi na niczym grać, o śpiewaniu mowy nie ma, a wszystkie przemowy, jakie zostały zaplanowane nie interesują nikogo w stopniu najmniejszym. Całe szczęście jest ten inwalida na wózku, którego w krytycznym momencie można wypchnąć przed szereg i robiąc stosowną minę zapytać – patrzcie, on jest z nami, a wy co macie?

Maj 302021
 

Przeczytałem wczorajsze komentarze pod tekstem. Szczególnie te, dotyczące Collegium Intermarium. Proszę Państwa inicjatywa ta, jest jak Kaczor Śmierci w filmie Clinta Eastwooda zatytułowanym Unforgiven. Ja już raz użyłem tego porównania, ale uważam, że jest okazja, by zrobić to po raz drugi. Oto widzimy w tym filmie gościa, który przebrany w czarny surdut, z malowniczo założonymi za uszy siwymi włosami, w kapeluszu ze srebrnym łańcuchem na deklu, przemierza Dziki Zachód. Towarzyszy mu dziennikarz, który zamierza opisać jego przygody i nadać im tytuł Duke of death. Obaj przybywają do miasta, w którym rządzi Gene Hackman. On nie ma ani czarnego surduta, ani ładnego kapelusza, ani oksydowanych rewolwerów. Jest za to bandytą prawdziwym. Co zawsze wiąże się z jedną ważną cechą – nie widać tego na pierwszy rzut oka. Aha, byłbym zapomniał, okazuje się, że jedna część przygód Duke of death jest już wydana i pan dziennikarz próbuje zaimponować nią Hackamanowi. Ten bierze książkę do ręki i czyta głośno tytuł, stawiając na końcu znak zapytania – Duck of death? Srebrnopióry rewolwerowiec próbuje go poprawiać, ale dostaje w mordę z miejsca, potem parę kopniaków, potem jeszcze raz w pysk, a na koniec Gene Hackman pakuje go do celi. Taka jest mniej więcej relacja między wykładowcami Collegium Intermarium, opłacanymi z kasy państwowej, a neomarksistami, którzy są utrzymywani przez organizacje globalne. To widać wyraźnie na tych nagraniach. Ludzie ci nie rozumieją, co się wokół nich dzieje i sądzą, że okoliczności w jakich żyli do tej pory, z gwarancją na to, że ich pozycja będzie wyjątkowa, trwać będą wiecznie. Przekonanie to utrwalają w nich wydane książki z ich nazwiskami na okładkach, książki, których nikt nie czyta, poza aspirującymi młodzieńcami, umieszczającymi sobie na fejsie, w tle, fragment fresku Szkoła ateńska, autorstwa Rafaela.

Twierdzenie, że neomarksiści kogoś lub czegoś się boją, a potem wskazywanie, z charakterystycznym mrugnięciem oka, że chodzi o Zybertowicza albo prof. Nowaka, jest niestety nieuprawnione.

Rektorem nowej uczelni jest człowiek o nazwisku Tymoteusz Zych. Nigdy o nim nie słyszałem. Może to źle, ale trudno. Zajrzałem więc na stronę Klubu Jagiellońskiego, którego jest członkiem i dowiedziałem się, że jest to także wiceprezes Ordo Iuris. To super, ale nie zmienia to ani na jotę mojego zdania – wszystko to razem zasługuje na miano Kaczora śmierci – Duck of death.

Kliknąłem w pierwszy artykuł, jaki się tam wyświetlił i przeczytałem zdanie

 

Istotą problemu, z którym się dzisiaj mierzymy, jest zanegowanie obiektywnego charakteru rzeczywistości. Tylko po przyjęciu takiego założenia lewicowy bojówkarz bijący w biały dzień na ulicy niewinnego człowieka może stać się „aktywistką aresztowaną za poglądy”, samorządy wspierające rodzinę i małżeństwo mogą znaleźć się w Atlasie nienawiści, a oparcie rekrutacji do pracy na państwowej uczelni o kryterium płci może zostać przedstawione jako „zwalczanie dyskryminacji”

Fragment ten mówi – tamci mają pozwolenie na wszystko, a my nie mamy pozwolenia na nic, nawet na kontestowanie ich poglądów. Jeśli to czynimy, musimy wypowiadać się w pomieszczeniach zamkniętych i liczyć na to, że oni do nich nie wtargną. Nic ponadto w tym tekście nie widzę. Przed nami kolejna odsłona występów facetów w muszkach i zafascynowanych nimi dziewczyn, którzy będą opowiadać czego to też nie narobią, jak tylko im się zachce. Najpewniej zaś narobią doktoratów i habilitacji, a później zaczną się rozglądać za jakimś etatem, który pozwoli im, w miarę bezpiecznie, dalej bić tę pianę.

Słuchanie przemówienia pana Zycha zakończyłem na fragmencie dotyczącym „klasycznej” idei uniwersytetu, która łączy Jagiellonkę, uniwersytet Karola w Pradze i uniwersytet budapesztański. Nie wiem doprawdy co powiedzieć, jak wiecie jestem słaby w takie klocki i nie wkraczam nigdy prawie na grunt pojęć filozoficznych. No, ale wiem, że stosowanie pojęcia „klasyczna idea” w doniesieniu do instytucji kościelnej, jest trochę dziwne. Podobnie jak porównanie uczelni praskiej wzorowanej na Sorbonie, z krakowską, którą Kazimierz Wielki powołał, chcąc by przypominała uniwersytet w Neapolu – cesarski uniwersytet w Neapolu. Uniwersytet w Budapeszcie to w ogóle osobna kwestia. No ale to się rzekomo wszystko łączy. Nieprawda, nic się nie łączy i cała ta inicjatywa skażona jest błędem metodologicznym i zwykłym chciejstwem. Wszystko zaś po to, by stworzyć nowe pole do kreowania budżetów na rzekome polemiki z neomarksistami, którzy zawłaszczyli ulice, place i redakcje, a do tego mają całkowitą gwarancję na to, że prawo ich nie dotyczy. Nowa uczelnia zaś występuje przeciwko nim z narzędziami prawnymi właśnie, które tak są przydatne, jak  wędka przy polowaniu na niedźwiedzie.

Jakby tego było mało, wśród gości dało się zauważyć tego kolorowego inwalidę na wózku, który firmuje różne prawicowe inicjatywy i wystawiany jest zwykle jako żywy argument przeciwko lewicowym ideologom lansującym aborcję. Ludzie, nie możecie wozić ze sobą wszędzie tego faceta, nawet jeśli on sam tego chce. Bo to tylko podkreśla waszą bezradność.

Najbardziej irytujące  w tym wszystkim są oczywiście roszczenia dotyczące głębi przemyśleń i tak zwanej formacji duchowej. To jest fikcja, nie ma żadnych przemyśleń i żadnej formacji duchowej. Albowiem rzekome przemyślenia tych osób rozmijają się w oczywisty sposób z wymową faktów, które próbują interpretować. To zaś jest dobrze wszystkim znane chciejstwo, czyli myślenie życzeniowe, czyli Kaczor śmierci we własnej osobie.

Jeśli zaś idzie o sprawy praktyczne – absolwenci tej uczelni zostaną pozbawieni pracy tak samo, jak absolwenci uczelni ojca Rydzyka. Żeby bowiem znaleźć pracę w zawodzie prawnika, nie wystarczy odebrać odpowiednią formację duchową. Wszyscy ci ludzie o tym wiedzą. Wiedzą jaki jest rynek usług prawniczych, bo sami na nim działają. Są uzależnieni od sił, które zamierzają zwalczać. A jeśli będą wmawiać tym absolwentom, że są przyszłą elitą polityczną, osuną się już w najzwyklejsze kłamstwo. Nie oni bowiem kreują elitę polityczną. I od tego chyba wypadałoby zacząć. Na razie bowiem plany twórców tej uczelni przypominają znane z dawnych czasów, pogadanki dla poborowych, którym opowiadało się różne dyrdymały, a potem oni sami musieli radzić sobie w koszarach.

Maj 292021
 

Staram się nie pisać o Jacku Bartosiaku, który ponoć czasem tu zagląda, tak mi przynajmniej powiedziano przed laty. Nie czynię tego, albowiem sądzę, że jest Jacek Bartosiak postacią głęboko nieautentyczną. Poznaję to zaś po tym, do kogo kieruje swoje komunikaty. Do ludzi, którzy z dzieci zamieniają się w dorosłych, ale mają zbyt mało informacji w głowie, by sklecić z nich jakiś sensowny obraz, który mógłby uchodzić za syntezę współczesności. Jest więc Jacek Bartosiak kimś w rodzaju wychowawcy, a ja mam na wychowawców alergię. Zostało mi to po internacie mundurowej szkoły, w której spędziłem wiele lat. Jestem też przekonany, że gdyby komunikaty Jacka Bartosiaka były rzeczywiście powszechnie ważne nie kierowałbym on ich do pogubionych Polaków. Sądzę więc, że mają one wyłącznie funkcję wychowawczą, a przez to zupełnie nie nadają się dla mnie. No, ale nie będę tu nikogo zniechęcał do czytania książek Pana Jacka. Pan Bóg dał nam wolną wolę, każdy może czytać co chce. Pozostają jeszcze inne kwestie, takie trochę bardziej osobiste, czyli kwestia sławy i rozpoznawalności. Ostatnio puszczano w sieci jakiś wywiad, w którym Pan Bartosiak z wyraźnym przejęciem dowiaduje się, że prezes Kaczyński czyta jego książki. Powtórzę – jeśli byłby to komunikaty powszechnie ważne kierowano by je do kogoś innego, albo wręcz utajniono. To zaś są treści wychowawcze opakowane w celofan z napisem political-reality. Prezes zaś czyta także Olgę Tokarczuk i uważa, że to jest literatura. Ja nikogo nie przekonam, że jest inaczej, albowiem prócz treści, okładki, wizerunku i idei, zarówno Jacek Bartosiak, jak i Olga Tokarczuk mają w swoim pakiecie ofertowym jeszcze jedną ważną rzecz – święty spokój. Oni, poprzez swoją postawę, środowisko, które za nimi stoi i inne, nałożone na nich charyzmaty, dają czytelnikowi pewność, że wybrał dobrze. Usuwają mars wątpliwości z jego czoła. Oboje stanowią więc przykład udanego produktu i dobrej sprzedaży. Tylko nam tutaj się to nie podoba, ale my mamy inne sprawy, jesteśmy marginesem internetowej niszy i w ogóle nie należy się nami przejmować. Będziemy sobie wszystko robić po swojemu i oceniać jak chcemy. Jak ja to robię, kiedyś opowiem, ale dziś nie ma na to czasu. W postawie Jacka Bartosiaka nie sznyt wychowawczy jest jednak najważniejszy, ale instrumentalne traktowanie tematu – to temat robi autora, a nie autor temat. I w zasadzie dotyczy to wszystkich, z nielicznymi wyjątkami emitentów treści. Wszyscy ci ludzie, piszący grube książki, nagrywający filmy w sieci, konstruujący jakiś przekaz liczą na to, że temat, który podejmą zrobi im wizerunek i sprzedaż. Oczywiście oni też się w to zaangażują. Ubiorą się ładnie, wystylizują i ogolą (albo i nie), a potem będą opowiadać ze swadą albo z czymś innym, co wyda im się akurat potrzebne do osiągnięcia sukcesu. To, w mojej ocenie jest błąd. Jeśli ktoś czuje się autorem robi temat. I to temat jest potem analizowany i omawiany, nie krawat autora, nie jego dziewczyna. Tymczasem w przypadku Jacka Bartosiaka, tematem jest on sam i jego relacja – poprzez pisma, które produkuje – z wielkimi tego świata. Wszystko to zaś ma prowadzić do uwiarygodnienia autora w oczach maluczkich. Ktoś ten mechanizm zaprojektował i ktoś go wdrożył. No i on w zasadzie działa. Kłopot jest ten, że niczego nie odkrywa i nie tworzy komunikatów istotnych. O tym jednak przekonamy się za lat kilka. Choć niektórzy przekonali się już, albowiem żadna z przepowiedni Jacka Bartosiaka, póki co się nie sprawdziła.

Jeśli ktoś sądzi, że ja teraz po tej krytyce Bartosiaka, opiszę tu księdza Guza w samych superlatywach, ten niestety się myli. Od jakiegoś czasu ludzie podsyłają mi nagrania, na których widać inicjatywę księdza Tadeusza Guza, znaną jako Ateny Roztocza. Nie wiem po co ci ludzie to czynią, po co mi to wysyłają, przecież zdają sobie sprawę, jak ja na to zareaguję. No, a jeśli sobie tego nie potrafią wyobrazić, tym gorzej dla nich. Nie mówię teraz o onyxie, który jest wielkim ironistą i dobrze odczytuje moje intencje, ale o innych. Czy ksiądz Guz robi temat? Być może kiedyś tak było, ale dziś – poprzez upublicznienie wykładów księdza profesora i promocję wokół nich – już tak nie jest. To temat robi księdza profesora i widać to dokładnie po tej inicjatywie znanej jako Ateny Roztocza. Gdyby chodziło tylko o samego księdza, bieda nie byłaby wielka. Tymczasem ten temat, który eksploatuje ksiądz profesor „robi” i „żywi” całą czeredę pomniejszych „myślicieli”, którzy się za księdzem Guzem snują i czekają aż jakiś promień światła z otaczającego księdza profesora nimbu padnie też na ich biedne głowy. W porządku, niech sobie czekają, niech sobie ksiądz Tadeusz Guz buduje swoje Ateny Roztocza, ale niech mi tego nikt nie wysyła z entuzjastycznymi komentarzami.

Ateny Roztocza, podobnie jak Jacek Bartosiak, są projektem głęboko nieautentycznym. Nawiązują one bowiem do pewnej wizji, którą żyje świat akademicki i która, w ani jednym punkcie (wiem, wiem, przesadzam) nie styka się rzeczywistością polityczną antycznych Aten. Ktoś powie, że to nieważne, albowiem duch i symbolika ożywiają inicjatywę księdza profesora. Nieprawda, cała ta symbolika i ten duch to jest żenada, a projekt zakończy się katastrofą, o czym piszę już teraz, żeby nikt mi potem nie powiedział, że nie ostrzegałem. Ksiądz Tadeusz Guz żyje w pewnej wyidealizowanej rzeczywistości, którą tworzą wokół siebie chłopcy z zapadłych wiosek robiący kariery akademickie. Ja to miałem okazję oglądać nie raz i wszystko zawsze przebiega według tego samego schematu. Kariera, która jest ucieczką przed przeszłością, często przed nędzą, kończy się w miejscu, w którym okazuje się, że przekaz realizowany i lansowany przez akademię nie ma funkcji poznawczej a jedynie propagandową. Wtedy plebejski uciekinier zaczyna oszukiwać sam siebie i staje się autorytetem moralnym albo popada w szaleństwo.

Zacznijmy od tego czym były rzeczywiste Ateny. Miastem pederastów i aferzystów prowadzących bardzo brutalną politykę nastawioną na wielkie zyski. Te zaś przeznaczano na budowę floty terroryzującej najważniejsze porty Morza Śródziemnego. Filozofowie mieli tam tyle do powiedzenia, co blogerzy polityczni w Polsce doby obecnej. Jak jeden zaczął zagrażać oligarchii, to go skazali w pokazowym procesie i otruli, na jego miejsce zaś wstawili człowieka ze swojej sfery, żeby nie powiedzieć gangu, który oswoił przekaz tamtego, zapisał go i przez notację oraz jej kolportaż zajął jego miejsce w pamięci potomnych. Mógł przy tym dowolnie zmieniać słowa i przekaz jaki jego mistrz emitował, bo miał władzę nad przeszłością. Żeby tę narrację przebić, potrzebny był ktoś inny i inna siła polityczna. I ta siła się znalazła – była to falanga króla Macedonii, który wybrał sobie wychowawcę produkującego lepsze treści niż tamten. A na pewno lepiej pasujące do nowych czasów. No i w sposób dziś niezrozumiały demaskujące wszystkie świństwa Ateńczyków, jakich ci się dopuścili wobec Jonii zajętej przez Persów. Nowa wersja wszystkiego zaczęła obowiązywać i odniosła sukces, a potwierdzeniem tego był upadek imperium perskiego.

Ksiądz Guz zaś opowiada, że Jonia była kolebką filozofii i Polska będzie drugą Jonią. O czym świadczyć mają drewniane, jońskie kapitele, w kolumnach ustawionych przy tej jego agroturystyce. Piszę – agroturystyce – bo to ważne, byśmy nie tracili kontaktu z rzeczywistością. Czym są Ateny Roztocza? Obiektem agroturystycznym, posadowionym na wąskiej działeczce pomiędzy opłotkami sąsiednich chałup. To jest budynek, czy też zespół budynków realizowany z materiału rozbiórkowego. Nie ma tym nic złego, ja sam przeniosłem drewniany dom i w nim mieszkam. No, ale tam chodzi o to, że wszystko ma wymiar symboliczny, żeby nie powiedzieć magiczny. Nie ma, piszę to wprost. Stare belki to po prostu stare belki. Wycięto je z lasu gdzieś za Niemca czy za cara jeszcze, obrobiono i powstały jakieś domy z tego i inne zabudowania. Teraz ksiądz profesor realizuje z tego swój projekt. To sympatyczna inicjatywa, ale tworzona wokół niej otoczka jest tylko nawiązaniem do pewnej – w zasadzie już nieobowiązującej i nikogo nie uwodzącej projekcji. Życzę oczywiście powodzenia księdzu profesorowi, każdy może realizować swoje fantazje, szczególnie jeśli ma na to środki. Uważam jednak, że nadawanie temu projektowi jakiegoś znaczenia w skali o jakiej mówi autor pomysłu, jest chybione. Obiekt ten nie będzie nawet pełnił funkcji wychowawczej. Jestem jednak przekonany, że do czegoś zostanie wykorzystany, ale – niestety – wbrew intencjom księdza profesora.

Czego ja się znowu czepiam, zapyta ktoś? Tego mianowicie, że trzeba być bardzo ostrożnym kiedy się realizuje jakiś temat. Szczególnie jeśli nadaje mu się tytuł Ateny Roztocza, a jest się przy tym profesorem filozofii. Dobrze jest w takich wypadkach rzecz przemyśleć i zastanowić się czy profesor może realizować projekty dla licealistów. Szczególnie kosztowne projekty. Na dziś to tyle, dziękuję. Może się okazać, że będą dziś kłopoty z komentowaniem i zamówieniami. Koledzy będą robić jakiś remont, albowiem wczoraj znowu znaleźliśmy się na liście emitentów spamu. Nie wiem jak to się dzieje, że nasz adres IP się tam pojawia, dzień po dniu w dodatku, ale poproszono mnie, bym nie siał paniki i nie tworzył teorii. No więc tylko Was informuję. A tu macie jeszcze nagranie reklamujące inicjatywę księdza profesora Tadeusza Guza. https://www.youtube.com/watch?v=mFJilxg2w3s Ja oglądałem tylko fragmenty, bo całość jest nie do wytrzymania.

Maj 282021
 

W związku z pracami na serwerze sklep może być jutro i pojutrze nieczynny. Jak ktoś chce sobie coś kupić z nadzieją, że wyślemy to w poniedziałek, niech się z tym uwinie dzisiaj, albo czeka do tego poniedziałku

Maj 282021
 

Miałem dziś pisać o czymś innym, ale z rana pojawiła się wiadomość, która troszkę mnie poruszyła. Postanowiłem więc napisać o dziennikarstwie, czyli o czymś czego nie ma. Dokładnie tak, albowiem tak zwana czwarta władza jest elementem gry politycznej prowadzonej na zlecenie, a im więcej szumu robi się wokół tak zwanych gwiazd dziennikarstwa, im więcej ludzie ci gadają o wolności słowa i sumienia, tym większa pewność, że są kupieni i mają coś do załatwienia na naszym rynku treści. Co takiego się stało, że ja dziś postanowiłem napisać takie słowa? Otóż dowiedziałem się, kiedy tylko odpaliłem z rana komputer, że umarł Paweł Szwed, szef wydawnictwa Wielka Litera.

Nie powinienem pisać o zmarłych, tak jak nie powinienem mówić kobietom komplementów, zawsze bowiem zostanie to zrozumiane wbrew intencjom. Tak było jest i będzie, muszę się przyzwyczaić. Nie jestem w stanie napisać niczego standardowego w takiej sytuacji, ale są momenty, że coś napisać trzeba. Nie znałem Pawła Szweda ani trochę, kiedyś przez moment pracowaliśmy w jednej firmie, on na wyższym stanowisku, ja na całkiem podrzędnym i nieważnym. Paweł Szwed był bowiem człowiekiem z tak zwanego środowiska. Pamiętam, że mieliśmy jakieś spory dotyczące polityki wewnętrznej i mojego w niej udziału. Pojawiła się wtedy koncepcja którą jeden z managerów nazwał wewnętrznym PR, a ja, na zebraniu normalnie, zapytałem czy chodzi o donosicielstwo. Ale się wkurzyli. Nie wiedziałem, że takie zachowania nie uchodzą, szczególnie wśród top managmentu, jestem bowiem człowiekiem dość bezpośrednim i nigdy nie należałem do żadnego środowiska. Paweł Szwed coś mi wtedy zawile tłumaczył i wysyłał do mnie jakieś wychowawcze maile. Dziś nie żyje. Pod informacją o jego śmierci, pojawiły się od razu wpisy, myślę, że całkiem autentyczne, informujące, że trzy dni temu się zaszczepił na covid19. Niestety w samej treści artykułu nie było o tym ani słowa. No, a zwykle media informują na co umarł ten czy tamten aktor, polityk, celebryta. Tym razem nie. Ja nie mam pretensji do tych pismaków, pardon, media workerów z WP, którzy przygotowali, w dobrej wierze jak sądzę, ten wpis. Chcę tylko powiedzieć, że Paweł Szwed to był znajomy, kolega i przyjaciel wszystkich najważniejszych ludzi, którzy dziś trzęsą mediami. Nie przypuszczam, by ktokolwiek od Igora Janke zaczynając na Grzegorzu Jankowskim kończąc, nie wiedział kim był Paweł Szwed. To był ich kolega. I mam teraz pytanie, czy wszyscy ci dziennikarze, wszyscy ci demaskatorzy, te ostre pisaki, ci tropiciele politycznych afer, pokazujący się publicznie w kolorowych krawatach, napiszą jakieś słowo na temat okoliczności śmierci swojego bądź co bądź kolegi? Facet był ledwie 2 lata starszy ode mnie. Powtórzę czy ci wszyscy ludzie, którzy pracują w mediach, kierują mediami, mają opinię rewolwerowców, którzy nie dość, że trafiają w każdy cel, to jeszcze potrafią zgrilować polityka, tak jak Mazurek na przykład, czy oni podejmą trud wyjaśnienia okoliczności śmierci Pawła Szweda? Przypuszczam, że nie albowiem rodzina się nie zgodzi. No, ale to jest drobna i prosta sprawa, która będzie znakomicie wyglądać na tle wypowiedzi tych wszystkich mądrali, którzy piszą, że ludzie nie mający zamiaru się szczepić to oszołomy i płaskoziemcy. Jeszcze lepiej będzie taki materiał wyglądał na tle plakatów z napisem – ostatnia prosta! Szczepimy się! I niech jeszcze Pazura coś do tego powie. Okay, wiemy jacy są dziennikarze, szczególnie z tego środowiska. No, ale są jeszcze ludzie, którzy dopiero zaczynają poprawiać ten koślawy rynek newsów. Tacy jak nowa załoga portalu salon24. Zajrzałem tam, żeby sprawdzić czy już coś napisali o śmierci Pawła Szweda, którego wielu z nich na pewno znało. Niestety nic tam nie ma. Pewnie to jest zbyt mała rzecz, by się tym trzeba było przejmować. Żył i umarł, wielkie mi rzeczy.

Teraz zauważyłem, że jeden jedyny portal o2 napisał, że Paweł Szwed chorował na covid19. Ja zaś przypomniałem sobie, że od pewnego raczej nie słynącego z konfabulacji człowieka usłyszałem iż wielu ludzi umiera na covid19, albowiem szczepiąc się nie wiedzą, że przechodzą chorobę bezobjawowo. Jak ktoś ma zaufanego lekarza, to ten lekarz może mu takiego newsa sprzedać, ale normalnie nikt tego nie powie. Nie wiem czy tak jest, starałem się nie pisać o covid19 i nie zajmować się tym w ogóle, bo mam swoje sprawy, muszę napisać książki i zrobić mnóstwo rzeczy, których nikt za mnie nie zrobi. Paweł Szwed pewnie myślał podobnie, kiedy szedł na szczepienie i czuł się człowiekiem dojrzałym i odpowiedzialnym. Jak wtedy kiedy tłumaczył mi, że wewnętrzny PR to poważna sprawa a nie kapowanie jeden na drugiego, żeby się zasłużyć u kierownika. Ludzie są doprawdy dziwni. Śmierć zaś, co tu dużo mówić, zaczyna szaleć.

Ciężko znoszę takie wiadomości, choć przecież nie chodzi o nikogo bliskiego. Nie znałem człowieka, tylko go pamiętałem.

Na salonie24, najbardziej bojowej platformie blogerskiej doby obecnej w Polsce, jakiś człowiek umieścił tekst o Baldwinie IV, trędowatym królu Jerozolimy. Kolejny, któremu się wydaje, że jest normalnie i można złapać parę punktów powtarzając jeszcze raz te same tysiąckrotnie powielone gawędy. Wszystko wygląda tak samo i nic się nie zmienia. Rzeczy które powinny wywołać jedynie wzruszenie ramion, uchodzą za oryginalne i nowe, wiadomości straszliwe, domagające się komentarza i to nie pojedynczego, ale środowiskowego, kwitowane są wzruszeniem ramion. Taka postawa nikogo niestety nie uchroni przez kompromitacją i śmiercią. Nikt się nigdzie nie schowa, bo nie ma bezpiecznych miejsc. Zaklęcia też nie pomogą, ani modlitwy, ani tym bardziej bardzo dobre kontakty w środowisku lekarzy. A może się łatwo zdarzyć, bo wszystko wszak w ręku Boga, nie Terlikowskiego, nie Górnego i nie Szustaka, ale Boga, że wybór będzie taki – za śmiercią, albo za życiem. Tylko, że wektory zostaną ustawione odwrotnie, nie tak jak to widzimy na tych plakatach porozlepianych w centrach miast. I co wtedy? Dziennikarze otworzą jakiś straganik z maskami, a la król trędowaty i będą to żenić, po 5 dych? Po z czymś takim na twarzy łatwiej dokonać wyboru? Czekam na to z utęsknieniem, mam tyle pracy, że na szczęście nie muszę wychodzić z domu i prowadzić życia towarzyskiego. A śmierć, jeśli zechce przyjść, będzie się musiała pofatygować tutaj.

Jeśli zaś chodzi o tę dawną kwestie – czym jest wewnętrzny PR, to jednak ja miałem rację, a nie Pan Panie Pawle. RIP.

Maj 272021
 

Rozwinę dziś wątek, który pojawił się w dyskusji pod kolejnymi pogadankami już kilka razy. Chodzi o to, że filmy, szczególnie megaprodukcje historyczne, pełnią tę samą rolę, co żydowskie hagady, czyli liturgiczne teksty odczytywane przy okazji świąt. Jest jednak pewna istotna różnica. O ile w hagadach nic się nie zmienia, o tyle filmy, a wcześniej książki eksploatujące te same, istotne propagandowo wątki, co twórczo modyfikowane. Czyni się to w taki sposób, że efekt końcowy, czyli na przykład współczesne filmy o krucjatach w niczym nie przypominają tych z lat sześćdziesiątych XX wieku, choć mówią o tym samym. A już mowy być nie może by były choć w jednym punkcie styczne z tym co mówią źródła, przy pełnej świadomości tego, że źródła te są oszukane, albowiem wielokrotnie je poprawiano. Kiedy skonstatujemy powyższe, mamy ochotę lecieć gdzieś i pisać albo nagrywać jakieś produkcje o świętych Kościoła Powszechnego. Przynajmniej ja tak mam. No, ale triumf hagady nie polega na tym, że jest ona atrakcyjniejsza niż gawędy chrześcijańskie, ale na tym, że zawłaszczyła ona technologię i dystrybucję, a stało się to poprzez zeświecczenie przekazu. Tak właśnie. I niech mi nikt nie tłumaczy, że było inaczej. Żeby więc odwojować cokolwiek nie wystarczy ciekawie opowiadać, interpretować na nowo, uprawiać demaskację, ulubiony sport wszystkich bałwanów, trzeba jeszcze opanować kawałek rynku i mieć do dyspozycji dobry warsztat. Cóż to znaczy dobry warsztat w czasach szalejącej technologii? Trzeba być pół kroku do przodu przed wszystkimi. Na to oczywiście – uwaga, będę mówił o czymś, czego w istocie dziś nie ma – kultura chrześcijańska nie ma siły. Nie zeświecczy się też, by pokonać zeświecczoną hagadę, nie ma mowy. Może za to powędrować na manowce, prowadzona przez Szustaka, który lansuje coś, co nazwałbym apostolstwem fizycznej bliskości. Ale nie martwcie się, jeszcze pięć lat, Szustak zdziadzieje ze szczętem i będzie po zabawie. Niestety nasza sytuacja nie zmieni się ani na jotę. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem usprawiedliwiony albowiem napisałem dwie książeczki o świętych. Nic ponadto zrobić nie mogę. Mam jednak taką propozycję – na dzień dobry – jeśli nie możemy nikogo wyprzedzić o pół kroku nawet w dziedzinie zastosowania najnowszych technologii, spróbujmy może coś sprzedać legalnie, ale poza głównym rynkiem i zmieńmy nieco sposób opowiadania starych i dobrze znanych historii. Może to coś da, kto wie.

Ktoś może powiedzieć, że to jest jakieś tam ryzyko. Wcale nie, nie jest to żadne ryzyko, albowiem w sukurs idą na autorzy z akademii, którzy omawiają różne ważne sytuacja tak, jak trzeba. Nie mogą inaczej po prostu, a wielu z nich rozumie swoją misję w taki sposób, że trzeba mówić co się myśli na podstawie treści dostępnych dokumentów.

Przez wiele tygodni sprzedawaliśmy tu biografię Jakuba de Molay, postaci, która jest tak integralną częścią pop kultury jak kaczor Donald. W tej biografii jednak nie ma nic, co można by choć w jednym punkcie połączyć z pop kulturową wizją zagłady templariuszy. Nie ma tam więc wiele o sodomii, ani o herezji, którą rzekomo uprawiali bracia. No, ale są inne rzeczy. Ja, w swojej nieopisanej pysze, sądziłem, po przeczytaniu tej książki, że żadna sensacja nie uszła mej uwadze. I żyłem z tą świadomością, do momentu, kiedy zadzwonił tu mój kolega, który polecił bym zajrzał na stronę 273-274 oraz na stronę 212. To tylko niektóre ze stron z sensacjami, których nie zauważyłem, ale jest ich więcej. Oto pisze tam Alain Demurger, że oskarżenia wysuwane pod adresem wielkiego mistrza Nogaret odczytywał z Wielkiej Kroniki Królestwa Francji, a treści ich była taka mniej więcej iż pierwsze oskarżenia o sodomię wysunął wobec braci sam Saladyn. I to jest doprawdy niezwykłe. Oto najważniejszy prawnik królestwa, strażnik pieczęci, syn patarena, jak nazwał go w Agnani papież Bonifacy VIII, powołuje się na zapisy z najważniejszej kroniki królestwa, a tam stoi jak byk, że Saladyn oskarżał templariuszy. I ktoś to z całą powagą w kronice zanotował. Kłopot jednak polega na tym – pisze Alain Demurger – że kiedy dziś zaglądamy do tej kroniki, nie ma tam ani słowa o tych oskarżeniach. Są one tylko w relacjach z procesu. Nie ma też żadnych francuskich źródeł do historii tego procesu, są źródła z kancelarii papieskiej, źródła aragońskie i inne. Francuzi wyczyścili wszystko co dotyczyło tego postępowania. Można odgadywać motywacje, które kierowały królem Filipem, ale nie ma doprawdy potrzeby zbyt mocno psychologizować. Wystarczy zajrzeć na stronę 212 książki Demurgera, żeby przeczytać, że Jakub de Molay, przed wyjazdem z Cypru, gdzie rezydował do Francji, gdzie go aresztowano, przygotowywał blokadę Egiptu, włączył do tego planu papieża i wiódł polemikę ze szpitalnikami, o to jak powinna wyglądać przyszła krucjata. Co do jednego tylko panowała zgoda – trzeba zablokować Aleksandrię. Jeśli ktoś ma taką wizję polityki, a w Kronice Saint Denis napisano, że sam Saladyn, oskarżał jego organizację o rzeczy wcale niepiękne, to znaczy, że wyruszając do Francji, człowiek ów powinien uważać. A na pewno zrobić jakieś rozpoznanie. Jakub tego nie uczynił. Można powiedzieć, że z tymi oskarżeniami wysuwanymi przez Saladyna mogło być różnie. Może Nogaret zmyślał, albowiem – tu kolejne zaskoczenie – Jakub nie znał łaciny i wszystko trzeba mu było tłumaczyć na francuski. No, raczej nie zmyślał, bo wokół było mnóstwo świadków i nie każdemu dałoby się zamknąć gębę. Jeśli zaś nie zmyślał, to ktoś przeszył Kronikę Saint Denis, usuwając z niej kompromitujące królestwo i urzędników strony dotyczące współpracy z Saladynem.

Jeśli zaś tak się stało, można spokojnie wyrzucić do beczki z płonącymi kawałkami gumy wszystkie rewelacje na temat grzechów i odstępstwa templariuszy. Można by było też, gdyby historycy byli na tyle odważni, przeprowadzić bardzo widowiskowy proces króla Filipa, który na pewno wystąpił przeciwko racji stanu.

I teraz popatrzcie, na naszych oczach zmieniono wektor, tej ciągle żywej narracji. Znaleźliśmy się w momencie, niczym podróżnicy w czasie, w którym Wielka Kronika Królestwa Francji, jeszcze nie została zafałszowana. Oto na ekrany wszedł w roku 2005 (chyba) film Królestwo niebieskie, wykonany jak porządna hagada, i tam właśnie widzimy, że Frankowie, poddani króla Ludwika VII, który miał wyłącznie cholerne kłopoty, porozumiewają się w najlepsze z Saladynem. Co jest nie tak? Otóż sprawy zatoczyły koło i my dziś oglądając ten oparty na tak zwanych autentycznych faktach obraz, nie możemy się oburzać z tego powodu, my się mamy cieszyć. I sami wysuwać różne oskarżenia pod adresem templariuszy, którzy – tak się nam wydawało, są tak samo ważni, jak kaczor Donald. Okazało się, że nie, są ważniejsi, a niebawem czeka nas kolejne odczytywanie nowej, jeszcze bardziej zmienionej hagady. Ciekaw jestem czy doczekamy momentu, kiedy owe zaginione strony z Kroniki Saint Denis, gdzie omówione są oskarżenia rzucane przez Saladyna na zakon, powrócą na swoje miejsce, zmaterializują się ponownie. Rękopisy nie płoną, jak powiedziął klasyk. Pergaminy także nie. Wszystko więc jest możliwe i zależy wyłącznie do Fabiana Himmelblaua.

Tytułem pointy mam takie oto jeszcze spostrzeżenie, jeśli ktoś nie wie jeszcze po co profesor Stanisław Szczur wycinał kawałki XIV wiecznych kodeksów i wynosił je z biblioteki uniwersyteckiej pod paltem, nie potrafię doprawdy mu pomóc.

Książki Demurgera o Jakubie de Molay, nie ma już co prawda w sklepie, ale może kiedyś wróci.

Maj 262021
 

Nagrałem dziś pogadankę i tym w jaki sposób opisuje się i opowiada historię. Mam nadzieję, że jest ciekawa. Oczywiście nagadałem trochę na historyków, których pracę przecież promuję. Oni o tym nie wiedzą i zapewne nic ich to nie obchodzi, albowiem dostają za publikacje jakieś pieniądze i już o niej nie myślą. No, ale ja myślę. Uważam bowiem, że bez pośrednika na rynku książki publikowanie nie ma sensu. To znaczy ono nie ma sensu bez takiego pośrednika jak ja, a nie takiego jak hurtownia Azymut czy hurtownia braci Olesiejuk. Bez nich rynek byłby ciekawszy, a na pewno bardziej różnorodny. Tacy jak ja bowiem podtrzymują wiarę w to, że książki naukowe są potrzebne, warte czytania, a przede wszystkim dyskusji oraz, że w sposób konsekwentny i trwały zmieniają nasze widzenie historii. Oczywiście mnóstwo kłamców, propagandystów i kanciarzy pracuje nad tym, by nikt tych książek nie widział, a ludzie myśleli o historii w kategoriach infantylnych. No, ale ja wierzę, że to zwalczymy. Dlatego między innymi biorę do sklepu takie pozycje jak Fortece Rzeczpospolitej. Mamy bowiem wdrukowany w głowę schemat, stworzony przez Sienkiewicza, który załatwia na trwale temat fortyfikacji nowożytnych. Henryk napisał, że był tylko Zamość i myśmy w to uwierzyli. To nieprawda. Jeśli wyjmiemy mapkę, która jest na końcu książki Fortece Rzeczpospolitej i rozłożymy ją na stole, zauważymy, że od granic Śląska w zasadzie do samego Raszkowa, Rzeczpospolita była ufortyfikowana. Raszków, w którym Azja zarżnął starego Nowowiejskiego, też był fortecą, o czym Henryk nie wiedział. Oczywiście był nią także Kudak, wysunięty dalej na wschód, ale Podole i Wołyń wprost roiły się od zamków, ufortyfikowanych miast, kościołów i klasztorów. Nikt się tym nie zajmuje i nikt nie podejmuje trudu, by powstały jakieś ciekawe opisy tych miejsc i zdarzeń, które mury tych fortec oglądały. Dlatego właśnie warto czytać takie książki. Może napiszę o tej niezwykłej publikacji coś jeszcze, ale w późniejszym terminie. Mam za dużo pracy na razie.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/fortece-rzeczpospolitej/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/piorem-i-bulawa-dzialalnosc-polityczna-lwa-sapiehy-kanclerza-litewskiego-wojewody-wilenskiego/

Maj 262021
 

Nie wiem czy Państwo wiecie, ale za głębokiej komuny wydano olbrzymią autobiografię Gandhiego. Kupiłem ją sobie, ale nie mam czasu przeczytać. Jakieś fragmenty jednak wchłonąłem, a dotyczą one roślin barwierskich czyli tematu absolutnie priorytetowego jeśli chodzi o tłumaczenie zjawisk zachodzących w historii przed epoką wielkiej chemii. Jak to już kiedyś na tym blogu ustalono, a nie ja to uczyniłem, a znakomici komentatorzy, I wojna światowa musiała wybuchnąć, albowiem niemiecki przemysł chemiczny unieważnił brytyjskie uprawy indygo w Indiach. Pisze o tym Gandhi. One zostały zamienione w coś innego, ale nie było na to rynku. Natomiast cała sfera gospodarcza związana z produkcją niebieskiego barwnika we wszystkich odcieniach, a także barwnika czarnego, bo i taki wytwarzano z indygo, zapadła się w nicość. Nie wiem czy za naszego życia – oby nie – będziemy mogli obserwować podobny kataklizm, dotyczący innej jakiejś branży, ale ja chciałem teraz zwrócić uwagę na jego mechanikę. Oto mamy obszar gospodarki, zatrudniający miliony ludzi. Nie tylko w produkcji, ale także w pośrednictwie, obszar, na którym zarabiają zbieracze indygo, odziani już nie w miejscowe tkaniny, ale w perkale przywożone z Manchasteru, zarabiają na nim także panny sklepowe w Londynie, które sprzedają błękitne materiały na łokcie. Zarabiają na nim także spekulanci lokujący olbrzymie sumy uzyskane z handlu indygo w jakieś inne przedsięwzięcia, na przykład zbrojeniowe. I nagle, w zasadzie z dnia na dzień wszystko to zapada się pod ziemię. Dlaczego? Otóż dlatego, że jakiś tam Frizt, w Lipsku czy Dreźnie, zastrugał sobie ołóweczek, usiadł przy nocnej lampce ustawionej na prostym stoliczku i w niewiele godzin machnął z czapy całkiem, formułę barwnika, dającego na suknie i płótnie piękne błękitne odcienie. Ponieważ rzecz działa się w wilhelmińskich Niemczech nikt nie czekał z wdrożeniem produkcji. Ja oczywiście poetyzuję teraz i upraszczam, ale chcę też podkreślić, że to były kwestie szalenie ważne, a nie mówi się dziś o nich tak, jak nie mówi się o sznurze w rodzinie powieszonego. Lepiej to ukryć, albowiem zbyt wiele spraw poważnych było z tym obszarem produkcji związane i ujawnienie ich spowodowałoby, że sposób w jaki dziś tłumaczymy historię, na przykład wybuch I wojny światowej, straciłby całkiem na znaczeniu. I zapadł się pod ziemię, tak jak plantacje indygo na subkontynencie produkujące dla potrzeb przemysłu brytyjskiego.

Mam takie przeczucie, nie potwierdzone na razie niczym, jeśli nie liczyć literackich opisów, które zostawił Roy Moxham w książce Wielki Żywopłot Indyjski, że z chwilą, kiedy niemiecki przemysł chemiczny zaczął pracować na pełnych obrotach, Indie przestały być Brytyjczykom potrzebne. Kraj był wyeksploatowany obsiany monokulturowymi uprawami dla przemysłu – indygo, herbatą, kawą i czym tam jeszcze. Produkował żywność na własne potrzeby, ale nie na eksport i zaczynał ciążyć. Tak bardzo, że trudne stało się nawet utrzymanie straszliwej bariery celnej zbudowanej w poprzek całych Indii. Niestety kraj tak wielki i różnorodny jak Indie to nie armia, która wykonała zadanie i można się jej pozbyć, nawet jeśli jest duża. Armię można zarazić tyfusem, wprowadzić w pułapkę bez wyjścia, albo zagłodzić i powiedzieć potem, że okoliczności uniemożliwiły jej uratowanie. Kraj wymaga innej strategii. I ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by dać Indiom niepodległość, w taki jednak sposób, żeby przez samą tylko pracowitość swoich mieszkańców nie stały się gospodarczą konkurencją. I dlatego wymyślono Pakistan i Bangladesz. Indyjscy muzułmanie zaś są ulubionymi bohaterami wszystkich książek opisujących życie Brytyjczyków na subkontynencie. Cóż to znaczy „niepodległość”, to znaczy przerzucenie kosztów utrzymania kraju na miejscowych, którzy nie mają w dodatku dostępu do żadnych istotnych gałęzi przemysłu i muszą wszystko budować od zera.

Brytyjskie indygo z Indii, niemiecki przemysł chemiczny i zakłady w Manchasterze to nie jedyni bohaterowie niezwykłej historii barwników do tkanin. Nigdy nie powinniśmy zapominać o Miluzie, tak jak nigdy, patrząc głęboko wstecz w średniowieczną historię Europy Środkowej, nigdy nie powinniśmy zapominać o Nitrze, małym miasteczku na Słowacji. Nie powinniśmy też zapominać o politechnice w Zurychu.

I teraz popatrzcie, w jaki sposób, zbierając wątki ze wszystkich niemal książek które ukazały się w ostatnich dwóch latach, tworzy się nowa całkiem narracja i otwierają się nowe obszary zagadek, znaczeń i niezwykłych przeżyć.

Pamiętacie nowelkę Żeromskiego Doktor Piotr, o której pisałem w III tomie Baśni socjalistycznej? Na pewno pamiętacie, bo wielu z Was musiało tę ramotę czytać w szkole, zupełnie nie rozumiejąc o co tam chodzi. Treść tego nie jest ważna, bo Żeromski to socjalistyczny propagandysta. Chodzi o jego spostrzeżenie, dotyczące kształcenia polskich chemików. Oni nie mogli zdobyć dyplomu w Niemczech, dokąd mieli blisko, albowiem chemia, w tym chemia barwników była tam traktowana jak wiedza strategiczna. I słusznie, bo taki status owa wiedza miała. Nie mogli znaleźć pracy w kraju, albowiem wszystkie intratne funkcje w przemyśle chemicznym Żydzi przeznaczali dla swoich. A jak się trafił jakiś polski chemik-kolorysta to od razy Reymont albo Sienkiewicz robili zeń największego bohatera swojej twórczości. Bohater nowelki Żeromskiego musi więc wyjechać do Anglii, gdzie bezskutecznie próbują ratować swoją pozycję na rynku tkanin wysysając z takich miejsc jak Królestwo i Galicja wszystkich zdolnych ludzi, wykształconych na swój własny koszt. Czas się kończył i nie wiadomo było kto wygra w tym wyścigu. Żeromski tego nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć, ale polscy chemicy kształcili się w dwóch jeszcze miejscach – w Zurychu i w Miluzie właśnie, gdzie istniały olbrzymie zakłady farbiarskie. Miluza od 1871 roku znajdowała się na terenie Rzeszy, ale Francuzi przed wojną z Prusami zdążyli tam wykształcić odpowiednią kadrę chemików. Prowadzili bowiem swoją politykę tekstylną, opartą na zamówieniach państwowych. Oni też chcieli konkurować z Niemcami, ale mieli mniej do stracenia niż Brytyjczycy. Mieli przede wszystkim kontrolowany przez państwo rynek, co ich zabezpieczało przed niemieckimi produktami i nawet po stracie Miluzy, w mojej ocenie najważniejszego miasta w II cesarstwie, ważniejszego niż Paryż i wszystkie porty razem wzięte, może z wyjątkiem Lyonu, dawali sobie radę. Nie miał więc racji Żeromski, bo w niemieckiej Miluzie, kształciło się wielu Polaków, podobnie jak we francuskiej. I teraz trzeba postawić ważne pytanie – dotyczy ono Francuzów i ich zaawansowania technicznego, w zakresie produkcji barwników, które zawsze wyprzedzało zachowawczą polityką gabinetów ingerujących w produkcje i innowacje. Pytanie to brzmi – czy niemiecki boom na barwniki i chemię nie ma swojego początku w Miluzie właśnie? Czy nie zaczął się czasem od zajęcia tamtejszych zakładów i ośrodka badawczego? To taka poezja, w moim wykonaniu, jak zwykle, ale z takich przypuszczeń biorą się właśnie ciekawe narracje i ciekawe książki. Poezja, bo przecież formułę fuksyny Niemcy wymyślili – konsultując się z Natansonem w Warszawie – dużo wcześniej. I pewnie wiele rzeczy wymyślili dużo wcześniej, zanim armia zajęła zakłady w Miluzie.

Wracajmy do naszych, pozbieranych w jedno i tworzących nową jakość wątków. Mamy opowiadanie Żeromskiego, które stanowi jeden z elementów cyklu socjalistycznego, a łączy się z książką o alchemikach, gdzie cały rozdział poświęcony jest Miluzie. Ta zaś łączy się, poprzez postaci w niej omówione, z książką o żydowskich fechmistrzach i nawigatorem tekstylnym, który właśnie się ukazał, a poprzez barwniki z Indiami i reportażem Roya Moxhama o żywopłocie. No, a wszystko to zbierzemy, mam nadzieję już niebawem w II tomie Kredytu i wojny.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-28-tekstylny/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/