maj 202024
 

Ponieważ mam dziś sporo roboty, a za kilka tygdni ukażą się Pamiętniki Niemcewicza z okładką Huberta Czajkowskiego, zostawiam Wam dziś fragment

Opiszę w skrócie, co w czasie politycznego letargu stało się w Polsce. Katarzyna II nie cierpiała nigdy, by nawet w niedołężności Polska zostawała w spokoju. Potrzeba jej było, aby ją burzyć, jątrzyć, kłócić króla z narodem. Dotąd władca i książę Czartoryski w dobrym żyli przecież zachowaniu, i to się nie podobało najpodejrzliwszemu z rządów. Umyśliła carowa poróżnić ich. Była w Warszawie niejaka francuska awanturnica, mająca za męża Moskala, zwanego Dugrumow. Chcąca sobie zyskać nagrodę przez pewnego Anglika Taylor, wieszającego się przy księciu, dała znać Stanisławowi Potockiemu – podstolemu kor., że Ryx, pierwszy kamerdyner i zaufany królewski, miał zamiar otruć księcia Czartoryskiego, i że go o tym dowodami przekona. Wyznaczyła obu spotkanie, gdzie ukryci słyszeć mieli jej rozmowę z Ryxem. Nadeszła godzina, Taylor i Potocki skryli się w alkierzu, przybył i Ryx. Tu ciężko dojść prawdy, jaka była między nimi rozmowa. Zdaje się, że intrygantka sztucznie z Ryxem prowadziła dialog, że Taylor ledwie słów kilka rozumiejący po francusku, źle i to zrozumiał, a Potocki zbyt łatwo uwierzył. Słowem, obydwaj wszczęli hałas, oskarżyli Dugrumową. Sprawa wytoczyła się przed sąd marszałkowski. Nic jednak Ryxowi z zarzuconej mu zbrodni dowieść nie można było. Dugrumowa skazano na więzienie i chłostę pod pręgierzem; książę Czartoryski został pod kondemnatą. Korzyść z tej nieszczęsnej sprawy odniosła carowa moskiewska. Poróżniła bowiem do ostatka króla z familią Czartoryskich. Odtąd książę porzucił Warszawę i mieszkał w Puławach. Siostra jego, księżna marszałkowa Lubomirska, całkiem porzuciła Polskę i w Paryżu aż do rewolucji, później w Wiedniu aż do śmierci została. W tym czasie, tj. w 1784 r., miał miejsce Sejm zwyczajny w Grodnie pod laską Chomińskiego, człeka z niepospolitym rozumem. Był on rezydentem, jak się wtenczas zwało, u hetmana Ogińskiego i używał nad nim tego wpływu, którego zwykle używają silne umysły nad słabymi. Zarządzał on całym ogromnym jego majątkiem, nie zapominając, jak powiadali, o sobie. Sejm ten w Grodnie z wielką prowadził trafnością. Przeszły na nim pomniejsze pożyteczne a pozwolone od Moskwy ustawy. Na tym to Sejmie Szczęsny Potocki, tak potem niecnie sławny, zyskał popularność, której utrzymać nie umiał. Pan niezmiernego na Ukrainie majątku, zaciągnął batalion piechoty własnym kosztem i ofiarował go Rzeczypospolitej. Natychmiast przerażona Moskwa, tym tak lichym powiększeniem szczupłego wojska polskiego, zaczęła straszyć Szczęsnego, że znaczniejsza część jego dóbr ukraińskich nieprawnie posiadana była. Postrachy jednak ustały, skoro Szczęsny Potocki batalion ten na żołd Rzeczypospolitej oddał.

Słuszne jest oddać sprawiedliwość komu się należy. Szczęsnemu winna Ukraina zaludnienie i rolnictwo swoje. On pierwszy z panów polskich mieszkać w niej zaczął. Aż do zajęcia Krymu przez carową, ustawnym Tatarów podlegała najazdom. Mało zamieszkała i prawie opuszczona była. Podbicie Tatarów dało jej na koniec pożądany pokój. Tulczyn, stolica pobytu Potockiego, za mojej jeszcze pamięci, nędznym miasteczkiem, z niewielkim drewnianym dworem była. Dziś miasto znaczne, handlowe, z pałacem, gmachami, prawie równającymi się Wersalowi, zadziwia przechodnia. Takim widziałem Tulczyn 1818 r.

Po tej smutnej historii Dugrumowej, księstwo Czartoryscy wyjechali z Warszawy i zwiedzali obszerne swe dobra na Wołyniu, Podolu, w Galicji. Dobra te, długo zostające pod zawiadywaniem rozsądnego i gospodarnego księcia wojewody ruskiego, w porównaniu z innych dziedziców dobrami, były w najlepszym porządku i stanie. Kościoły parafialne, domy folwarczne, karczmy dobrze zbudowane, najpiękniejsze stada koni, z ponad tysiąca klaczy i stu dobranych ogierów składające się. Dziś wszystko to rozszarpane przez Moskali. Batalion piechoty nadwornej i pułk Kozaków ukraińskich stały w znaczniejszych miejscach. Komisarze mieli tytuły urzędników powiatowych, mieszkali w pięknych dworach, żyli wystawnie; im poruczone było kierować sejmikami i wyborami.

Mieszkanie księstwa w Puławach, nie było nieużyteczne dla kraju, przebywali tam ludzie oddani literaturze: Szymanowski, Kniaźnin, Zabłocki, Karpiński, później Woronicz. Sam książę przykładem swoim zachęcał piszących. Jeżeli Zabłocki scenę teatralną porzucił dla świętych ołtarzy, Kniaźnin do śmierci pisał rymy łacińskie i polskie. Okoliczna młodzież, z dalekich nawet stron, przebywając w Puławach, nabierała poloru, dobrego tonu, nade wszystko nauki i przykładu czystego obywatelstwa. Wielu uczonych sprowadzonych z obcych krajów, Lhuillier – matematyk z Genewy, Groddeck do języka greckiego, Norblin do rysunków, zdobili dobrane towarzystwo. Grano komedie i opery, Matkę Spartankę oraz inne tchnące najczystszą miłością ojczyzny. Wówczas to księżna zaczęła zbierać drogie pamiątki świetnych czasów Polski. Założyła pierwszy kamień świątyni Sybilli mającej zawierać drogie skarby. Słowem, nigdy pan polski, hojniej dostatków swoich na wychowanie młodzieży i dobro kraju nie przeznaczał, jak generał książę Adam Czartoryski.

W roku 1786 księstwo wybrali się latem na Podole, przybyli do Dłużka pod Kamieńcem Podolskim, by być na wkrótce następujących sejmikach. Książę Czartoryski, będąc generałem ziem podolskich, tj. mianującym sędziów na wszystkie grody, czyli sądy kryminalne, pewien był że bez przeszkody obranym zostanie posłem na Sejm. Nic nie wskazywało, co by podejrzenie miało wzniecać: wszyscy urzędnicy i drobna szlachta garnęła się do niego. Osobliwie np. Orłowski, wkrótce mianowany łowczym nadwornym koronnym. Na krok nie odstępował księcia i zalecał mu się jak mógł. Dowiedzieliśmy się wcześniej, że książę Nassau-Siegen mający indygenat, a zatem prawo używania prerogatyw szlachcica polskiego, syn naturalny księcia Oranij, awanturzysta w jakichkolwiek kraju zdarzeniach, przybył do Kamieńca. Nie pojmowaliśmy, dlaczego ten obcy człowiek zjeżdżać miał na obrady krajowe. Wkrótce odkryła się tajemnica. Już byliśmy prawie przy kościele, gdy Orłowski i niektórzy z nim zamiast do kościoła w bok się skierowali. Obrady zaczęły się spokojnie, gdy dano znać, że Orłowski i książę Nassau zebrali się w kościele dominikańskim, i choć w małej liczbie, posłów zaczęli obierać. Rozjątrzona taką zdradą szlachta księcia A. Czartoryskiego już z pochew wyciągała szable, gdy książę uśmierzył ten popęd i do spokojnego obrania posłów zachęcił. Usłuchano go, a posłowie wybrani według prawa. Książę z przyjaciółmi powrócił do Dłużka, wsi do starostwa księcia należącej. Po obiedzie, gdyśmy po dziedzińcu chodzili, ktoś dostrzegł na stoku twierdzy Kamieńca, pijaną szlachtę leżącą jak długa na murawie. Posłaliśmy dowiedzieć się, co to znaczyło. Oznajmiono nam, że partia księcia płazowała partię przeciwną. Zmartwiło to księcia niespodziewającego się tego zbytku gorliwości u stronników swoich. Posłał natychmiast, by się w niej pohamowali; rany opatrzyć kazał, przybiegli żydzi cyrulicy, pozszywali dratwą rozcięte rany.

Wspominam o tym wypadku jako malującym ów wiek. Pijaństwo nim rządziło. Sejm 1786 r. pod laską Gadomskiego nic ważnego nie postanowił, bo postanowić nie mógł. Pojawiły się śmiałe skargi na wojsko moskiewskie przebywające jeszcze na Wołyniu i Podolu. Pamiętam jak w dzieciństwie moim, werbownicy pruscy chodzili po wioskach i bezkarnie wybierali co najroślejszych kmieciów. Była to zniewaga żywo bodąca serca obywatelskie. Na Sejmie tym najśmielej dowodził Rybiński – poseł kijowski.

Powszechny pokój i u nas głucha spokojność, pozwoliły naukom i publicznemu wychowaniu rozwijać się coraz bardziej. Akademia Krakowska i Wileńska, lepiej urządzone, bujne owoce wydawać zaczęły: astronom Poczobut europejską zjednał sobie sławę i obrany został członkiem Towarzystwa Królewskiego w Londynie, Śniadeccy przez biegłość i talenty swoje obiecywali, co wkrótce spełnili. Kopczyński wyborną wydał gramatykę. Na dworze w Puławach nie próżnowały muzy. Naruszewicz co roku prawie publikował tom jeden Historii narodu polskiego; nie doprowadził jej jednak jak do Kazimierza Wielkiego; Katarzyna II zakazała dalej pisać. Tom pierwszy, wydrukowany dopiero w tym wieku, odkrył Józef Sierakowski, a Towarzystwo Królewskie Przyjaciół Nauk kosztem swoim w roku 1824 wydrukować go dało.

Lecz nie tylko oświata, wychowanie społeczne, nauki, literatura podniosły się przez kilkanaście lat pokoju; przemysł i domowe gospodarstwa, gdy tym nie przeszkadzali Moskale, silnego nabrały rozruchu. Zawłaszczenie prowincji pruskich przez Fryderyka II, cła na Wiśle, zabranie przez Austrię Wieliczki i Bochni, okropny cios zasobom krajowym zadały. Za panowania Augusta III, jeden podskarbi koronny, człek poczciwy i sumienny, zdał rachunki z ceł i kwart starostw. Któż by dziś uwierzył, że dochody te nie dochodziły dwóch milionów. W początkach za Stanisława Augusta Polska nie przynosiła jak 13 070 000 zł dochodu; wydatków zaś było 31 820 000, a zatem deficyt 18 750 000 zł. Wkrótce co dwa lata odłożono ze skarbu milion a drugi milion z dobrowolnych składek duchowieństwa na umorzenie tego długu. Ustanowiono nowe podatki, podymne, czopowe, stempel; podniosły się cła, ale na wszystko to szlachta i jednego grosza nie przyłożyła. Przecież w 1788 r. dwuletni dochód okazał się 35 000 000 zł, z których 9 milionów szło na wojsko, reszta na inne wydatki. Królowi płacono 7 milionów, i jeszcze remanenty zostawały. Administracja dochodów była prosta; każdy dowoził do kancelarii swego powiatu podatek, nie było biur; tylko hetmani oraz podskarbiowie płatni byli. Dopiero za Sejmu czteroletniego pierwszy raz szlachta dziesiąty grosz płacić zaczęła. Jednak prócz małych wyjątków, wstyd powiedzieć, ledwie trzeci lub drugi płacił. Dochody z całego kraju przed drugim podziałem wynosiły rocznie 40 milionów. Gdy po odłamie w 1815 r. Wielkiej Polski i bez Litwy, Wołynia, Podola; książę Lubecki, prawda, że dochody te podniósł do 70 milionów zł. Najznaczniejsza gałąź naszego handlu to zboże; ta wielce się zmniejszyła przez nałożone cło pruskie na Wiśle. Tu, acz ze wstydem, pokazać muszę chciwość księdza Młodziejowskiego – kanclerza wielkiego koronnego, biskupa poznańskiego. Młodziejowski, nie bez zdatności, był człowiekiem najrozwiąźlejszych obyczajów. Jak wszyscy ludzie bez moralności i zdrowych prawideł, w pasjach swoich nie umieją się hamować, tak i on niepowściągliwy lubownik płci żeńskiej, wszystko łożył na nią. W czasie Sejmu Ponińskiego, gdy rzecz szła o ilość cła tego, król pruski napisał do Benoit, swego rezydenta w Warszawie, by starał się otrzymać cło po 4 od sta. Benoit, znając ludzi, dał Młodziejowskiemu 4 000 cz. zł, i otrzymał nie 4, lecz 12 od sta. Dowiedziałem się później od samych Prusaków.

Gdy wspominam te wstydliwe przekupstwo, muszę też nie pominąć i czyniące nam honor okoliczności. W czasie Sejmu 1791 r. jeden tylko Polak i to nie członek Sejmu – Bieliński, cześnik królewski prosił i otrzymał 400 cz. zł od posła pruskiego Lucchesiniego.

Jakże nieporządnie zapisuję dawne wspomnienia moje? Czy można inaczej ze stępioną pamięcią, bez materiałów, nie widząc nikogo z równowiecznych ze mną, którzy by zdarzenia czy to przypomnieć, czy to sprostować pomogli.

Rok 1787 był ostatnim spokojności naszej, w materialnym nawet względzie powiększającym nieco korzyści handlu i oświaty. Odtąd ciągłe nieszczęścia snuły się nieprzerwanym pasmem. I w nim zaczęły okazywać się zwiastuny mających spełnić się ważnych, zmieniających zupełnie stan polityczny w Europie wypadków. Nienasycona chciwość Katarzyny II popychała ją ustawicznie do spełnienia jej upragnionego celu opanowania Carogrodu. Przeznaczała ona państwo Osmanów drugiemu wnukowi Konstantemu, tak dalece, że wybito medal z wizerunkiem Konstantego i napisem Cesarz Wschodni. W roku 1813 sam widziałem wycisk tego medalu u hrabiego (brak nazwiska w tekście oryginalnym), w owym czasie pruskiego ministra w Petersburgu. Medal ten wzbudził zawiść i trwogę w gabinetach europejskich; wtedy Katarzyna skruszyć formę kazała. Chociaż medal złamany, nie złamała się z nim wola Katarzyny zajęcia Carogrodu. Wiedziała ona dobrze, że bez ściągnięcia całej potęgi Austrii, sama tak olbrzymiego zamysłu dokonać nie mogła. Potrzeba więc jej było pozyskać sobie cesarza Józefa II, równie jak ona chciwego zaborów. W tym celu zaproponowała mu spotkanie się na Krymie, dokąd umyśliła sobie wyjechać pod pozorem widzenia, tej zdradliwym sposobem, nabytej prowincji.

Stanisław August dowiedziawszy się o podróży Katarzyny, napisał do niej, by pozwoliła mu widzieć się. Carowa nie odmówiła, rada z tego publicznie oddanego sobie hołdu głowy koronowanej, już to przez ciekawość osoby, którą w młodości swojej kochała tak żywo.

Król chcąc może skorzystać z tej podróży, by rozlegle prowincje polskie od Wisły do Dniepru odwiedzić, wyjechał z Warszawy w lutym ze znacznym dość orszakiem. Byli w nim między innymi ks. biskup Naruszewicz – dziejopis; Trembecki, nadworny prawie poeta. Podczas przejazdu przez rozległe krainy, król z wielką uprzejmością przez obywateli był przyjmowany. Przedniejsza szlachta przez kilkanaście lat pokoju doszła do zamożności. Mieszkania jej, sposób życia już były wykwintniejsze. Zostały przodków gościnność i do przepychu skłonność. Nasz nieszczęsny Augustulus jeszcze się do ostatka nie okrył sromotą słabości. Przez uprzejmość i słodycz swoją był dosyć lubiany, i to nie dziwi, miło było Polakowi mieć króla ziomka, rozmawiać z nim ojczystym językiem. Niestety, było to już raz ostatni!

Stanął wreszcie król polski w Kaniowie nad Dnieprem, gdzie przez sześć tygodni czekać musiał na autokratkę północy. Ta bowiem, jak niegdyś Kleopatra na nawie Antoniusza, tak ona na wyzłacanej gondoli, czyli raczej galerze Potiomkina po grzbiecie Dniepru, przypłynęła nareszcie pod Kaniów. Ułożono ceremoniał. W południe 7 maja 1787 przystąpiła do brzegu wspaniała galera, na którą wsiadł Stanisław August z przedniejszymi dworzanami. Na pomost wyszedł na spotkanie kniaź Potiomkin i do gabinetu Katarzyny wprowadził. Po trzydziestu blisko latach niewidzenia się, jakież musiało być kochanków zadziwienie, kiedy oko w oko stanęli przed sobą. Rozmowa nie była długa. Wnoszę, że król próbował otrzymać od carowej pozwolenie na usunięcie z konstytucji narzuconej przez nią liberum veto i innych szkodliwych zasad, tudzież na powiększenie wojska. Jednak pewne jest, że tylko grzeczne, lecz niewiele znaczące, obojętne odpowiedzi otrzymał. Zazdrosny Mamonow, ówcześnie panujący kochanek Katarzyny, nie dał przedłużać tej rozmowy. Wszedł z Potiomkinem. Ku wieczorowi Stanisław do Kaniowa powrócił. Wkrótce carowa przysłała królowi order św. Andrzeja brylantami obłożony. Stanisław August nawzajem przysłał jej order Orła Białego.

Prawie dwa lata później, gdy byłem z królem na wieczerzy u p. Podolskiej, siostry jego, ten mówiąc o widzeniu się z carową w Kaniowie mówił, iż mu oświadczono, że gdy się od carowej oddalił, ta obracając się do swoich miała powiedzieć: – Jak się król polski odmienił! Wkrótce rzekła z westchnieniem: – Pewna jestem, że i on to samo myśli o mnie.

W drodze powrotnej Stanisław August zatrzymał się w Krakowie i tam w oporządzonym na prędce zamku, mieszkaniu Piastów i Jagiellonów, urzędował. Pierwszy on był król polski, co się koronował w Warszawie, i ważnej ceremonii odwiedzenia kościoła św. Stanisława nie dopełnił. Chcąc teraz przeoczenie to nadgonić, szedł w procesji jak jego poprzednicy, z zamku na Skałkę.

W tym czasie cesarz Józef II, śpiesząc do Katarzyny, zawadził o Kaniów i widział się z królem polskim. Obydwaj monarchowie uściskali się.

– Słyszałem – rzekł Józef II – żeś życzył sobie mnie widzieć. Otóż jestem.

Rozmowa pięć minut nie trwała. Cesarz prędki we wszystkim, wsiadł do kolaski i dalej. Kiedy cesarz i carowa zjeżdżali się, by losy wschodu układać, król polski był dla nich tylko celem ciekawości. O wy, Bolesławy, Stefany, cóż byście powiedzieli na to?

 

 

 

Przypominam też o nowych książkach

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 192024
 

Zacznijmy od kwestii wychowania. Moja matka zawsze chciała, żebym był grzeczny. I ja rzeczywiście byłem taki, jak chciała. Pragnęła też, by ubierał się według jej gustów, a z tym było już gorzej. Najgorzej jednak było z wizytami i prezentacjami rodzinnymi na różnych publicznych forach. I ta kwestia dotyczyła nie tylko mnie, ale całego pokolenia. Najlepiej by było, żeby dzieci nic nie mówiły, albo mówiły to, co rodzice dla nich zaplanowali. No i żeby były miłe i grzeczne. Ja przeważnie nic nie mówiłem, jak byliśmy w gościach. Na szczęście wychodziliśmy rzadko, więc męka ta była doraźna i zwykle krótkotrwała. Wychowałem się właściwie sam, a po trosze z kolegami z ulicy. Co miało wiele wad, ale dziś mogę śmiało powiedzieć, że ku rozpaczy mojej matki, nie było chyba w całym moim życiu ani jednego momentu, w którym mógłbym powiedzieć, że byłem miły. W sensie takim, w jakim rozumiały to wszystkie matki w tamtych czasach. Grzeczny tak, byłem taki właśnie, bo to było minimum, na którem mogłem sobie pozwolić, bez ryzyka, że moja osobowość ulegnie całkowitej destrukcji. Miły nie byłem nigdy. I ta przypadłość, jakże dla mnie szczęśliwa, towarzyszyła mi przez wiek dojrzewania i młodość, a także w dorosłym życiu. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że panował w Polsce terror, polegający na tym, że należało całować kobiety w rękę. Ja jestem wysoki, więc kiedy do tego dochodziło, a stojąca naprzeciwko mnie pani była niska, głowa moja musiała pokonać tak znaczną odległość, że czułem się jakby ktoś włożył ją do lufy armatniej, wycelował w niebo, ale dał za mały ładunek prochu. I ona, ta głowa – miast wylecieć wysoko – wytoczyła się z tej lufy i poleciała na dół. Nienawidziłem całowania w rękę i wykonałem ten gest kilka ledwie razy w życiu. Za każdym razem ofiarą tych operacji padała jakaś nauczycielka. Na szczęście w pewnym momencie nadeszły czasy kiedy można było podawać kobietom dłoń, tak jak to się czyni wszędzie. To była wielka ulga.

Każdy się już zapewne domyślił, że przez całe życie źle znosiłem ludzi miłych i szarmanckich. Nie mogę powiedzieć, że mnie oni irytowali, bo było to coś znacznie gorszego niż irytacja. Ludzie szarmanccy i mili ustawiają się bowiem zwykle w roli arbitrów i pośredników. Podczas gdy każdy wie, że wszelkie wiążące porozumienia zawiera się bezpośrednio. Dotyczy to absolutnie wszystkich dziedzin życia. A skoro tak jest, a ja do tego sądzę, że spostrzeżenie to jest dostępne wszystkim i każdy rozumie, że to prawda, przyjąć należy, że ktoś może tych miłych i szarmanckich zwyczajnie tresować, a potem wypuszczać na świat Boży, żeby czynili zło. Tak to widzę. Są to osobnicy i osobniczki, bo znałem kilka naprawdę miłych kobiet, które miałem ochotę zamordować po pięciu minutach rozmowy, dla których nie ma takiej świętości, co by się nie dała zbrukać. Do tego na końcu zawsze próbują triumfować, a jeśli im podstawimy nogę, zamieniają się w fałszywych biedniaszków, w takie bałwanki domagające się współczucia. Łamanie kołem to, wierzcie mi, za mało, żeby ich nauczyć moresu.

Wnioskując dalej dochodzimy w końcu do konkluzji, że zachowania szarmanckie mają wyłącznie praktyczne zastosowanie w towarzystwie, a gdy przyjrzymy się im bliżej, okazuje się, że są wymierzone w kobiety. Chodzi o to, by się obronić jakoś przed ekspansywnością kobiet, albo żeby je wykluczyć z omawiania kwestii istotnych. Są też zapewne inne jeszcze powody, dla których mężczyźni próbują być szarmanccy, ale ja widzę tylko te dwa.

Ostatnio obserwowałem, jak prezes Jarosław prezentował swoją szarmanckość wobec Anity Gargas. Nazwał ją damą. I wskazał, że tamci, czyli Tusk i reszta, nie zasługują na przebywanie w jej towarzystwie. Albo jakoś podobnie to brzmiało, nie jest to aż tak istotne, bo w byciu szarmanckim chodzi tak naprawdę o wazelinę, ale podaną z miodem i sztuczną orchideą, dla ozdoby. Gargasowa puściła to mimo uszu, co było – tak to odebrałem ­­- dość upokarzające dla prezesa. Jak cała ta szarmanckość zresztą. No i wskazało na rzecz dość istną – pomiędzy prezesem a mediami nie istnieje żadne bezpośrednia, wiążąca komunikacja. To zaś oznacza, że nic nie da się zaplanować, nikt nikomu nie wierzy, a wszystko toczy się jak w dziecięcej zabawie o nazwie „Zgaduj zgadula”. Kaczyński jest prezesem u siebie, a Sakiewicz u siebie. Tak to chyba wygląda. Szarmancki prezes reprezentował ten pierwszy wariant bycia miłym – chciał się przed Anitą G. obronić i jednocześnie dać jej coś, czego ona pragnęła, ale nie w takich wymiarach, jak to sobie wymarzyła.

Mamy szczęście, że jesteśmy na swoim portalu, bo w takim salonie24 zleciałaby się tu masa trolli, żeby mi tłumaczyć, iż oszalałem ze szczętem, bo prezes pokazał po prostu, że jest dżentelmenem. Być może mam jakieś złe rozeznanie, ale nie mogę sobie przypomnieć żadnej kobiety, która by się domagała, na pewnym etapie relacji, zawodowych, towarzyskich, powiedzmy, że wspólnotowych, by koledzy byli wobec niej dżentelmenami. Oczywiście nikt nie lubi chamów, ale wszyscy rozumiemy, że nie o to teraz chodzi. Istotne jest, że tworzy się środowisko i ono jest zhierarchizowane według zdolności, umiejętności i specjalizacji, przyrodzonych bądź wyuczonych, a nie według tego, kto jest milszy, czy według tego, że kobiety są trochę inne i trzeba to podkreślać na każdym kroku. Bo to jest wykluczenie, z którym tak dzielnie walczą feministki. Kolega, z którym wczoraj omawiałem ten temat, zwrócił uwagę, że bez szarmanckości feminizm nie istnieje, albowiem to jest jedyna opresja z jaką feministki mogą walczyć, pozostając jednocześnie kobietami. Jeśli tworzą wspólnotę zawodową lub jakiś zespół z mężczyznami nie ma potrzeby, by o cokolwiek walczyć. A jeśli mężczyźni nie są szarmanccy, tylko przemocowi, to feministkom nie pozostaje nic innego, jak porzucić rolę kobiece i rwać sztachety z płotu. Dlatego też trzymają one sztamę z rozmaitymi dziwadłami rodzaju męskiego, bo oni im gwarantują szarmanckość na najwyższym poziomie i złudzenie triumfu. Dlaczego tak czynią? Ponieważ nienawidzą kobiet i chcą zająć ich miejsce.

To szczęście, jak powiadam, że nie jesteśmy na obcym portalu, bo wszyscy trolle, jacy się tu pojawią zostaną natychmiast usunięci bez jednego słowa wyjaśnienia.

Idźmy jednak dalej. Przyszło mi wczoraj do głowy, że organizacje wspólnotowe, które zamiast planów groźnych dla wroga realizować zaczynają plan wzajemnych uprzejmości, podkreślanych za każdym razem jako część tradycji, formacji intelektualnej lub politycznej, skazane są na zagładę. Obym się mylił, ale wszystko na to wskazuje. Do tego zamieniają się w zbiorowiska histeryków, których zadaniem jest już tylko autoprezentacja, co jest dziś bardzo widoczne w PiS. No i w mediach, które wspomagają tę partię. Wobec takich postaw prezes nie ma innego wyjścia jak tylko demonstrowanie swojej szarmanckości.

Zadziwiające jest też to, że każdy zwolennik PiS czuje się w obowiązku protestować przeciwko prowokacyjnemu chamstwu zwolenników KO, czynnych w mediach społecznościowych. To jest nieprawdopodobne, albowiem tamci specjalnie to chamstwo demonstrują, a potem patrzą jak im przybywa lajków. Dudusie Fąferscy z PiS zaś, w swoich garniturkach i krawatach, bronią postaw godnych dżentelmena. Przypomnę w tym miejscu, że prawdziwy Duduś dojrzał do człowieczeństwa dopiero jak przejechał z Poldkiem całą Polskę z Krakowa nad morze, a potem jeszcze, przez parę dni, mieszkał w cygańskim obozie. No, ale ta historia jest literacką fikcją. Nasi mają inny problem. Ilość kobiet, wobec których należy być szarmanckim jest coraz większa. Pani Popek co jakiś czas prezentuje na twitterze różne swoje negliże, Magda Ogórek schowała się gdzieś, ale należy się spodziewać, że niebawem znów się pojawi. Dorota Łosiewicz prezentuje się, jak dawniej u Karnowskich, a pani Sieweryniuk też jakiś tam kawałek tortu medialnego ma. Wszystkie one oczekują, że zostaną wtajemniczone w nowy plan. Prezes jednak z jakichś powodów uporczywie jest szarmancki. Czyżby chciał je z czegoś wykluczyć?

Ma koniec chciałbym złożyć podziękowania. Moja żona kupiła parę tygodni temu na allegro grzyba do robienia kombuczy. Złożyła małe zamówienie, a dostała duże. Długo się zastanawialiśmy co było tego przyczyną, bo nie obejrzeliśmy dokładnie pudełka. Wczoraj dopiero to zrobiliśmy. Na dnie była kartka z i podziękowaniami dla mnie za codzienną pracę. Okazało się, że sprzedawcy kombuczy i innych frykasów to nasi czytelnicy. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa i za prezenty. Zachęcam wszystkich do zajrzenia na stronę www.kameleonkulinarny.pl

Przypominam też, że tylko dziś i chyba jutro można zapisać się na konferencję organizowaną przez Fundację im. Jana Olszewskiego

maj 182024
 

Ponoć w mailu do Izabeli Pek, Marcin Horała napisał o prezydencie Andrzeju Dudzie takie oto słowa:

„To tylko polityk mający sporo miękkiej charyzmy, inteligentny i znający kilka technik psychomanipulacyjnych. Raz na jakiś czas jednak ta Unia Wolności z niego wyłazi”. Cytuję za Onetem.

Rozumiem, że Horała też zna te same techniki manipulacyjne co prezydent, albowiem gdyby było inaczej nie rozpoznałby ich u Andrzeja Dudy. Ja, na przykład, nie znam żadnych technik manipulacyjnych i zawsze mi się wydaje, że jak ktoś ze mną rozmawia to czyni to bo ma jakąś sprawę, albo po prostu jest zaciekawiony tym co robię. No, ale po co ja mam znać jakieś techniki? Nie jestem przecież politykiem. To im potrzebne są takie rzeczy, bo wiadomo, że łatwo mogą wpaść w pułapkę zastawioną przez opozycję, albo jakieś obce służby. No i powinni wiedzieć jak się w takiej sytuacji zachować. No, a przecież są jeszcze prowokacje, których ofiarą padają politycy i uczenie ich technik manipulacyjnych jest ze wszech miar słuszne. Niech je znają i niech się nimi cieszą na chwałę Rzeczpospolitej i nas wszystkich.

A wiecie, że wydawnictwo Jana Pińskiego, wybitnego dziennikarza śledczego, jak o nim pisze Izabela Pek, opublikuje niebawem książkę pod tytułem „Noce z Dudą”, której autorką jest ta pani właśnie? Niesamowite. Niestety książka wydana będzie dopiero wtedy kiedy zbierze się odpowiednia ilość czytelników gotowych uiścić przedpłatę. Jan Piński jest bowiem bardzo doświadczonym dziennikarzem, a także wydawcą i nie będzie – bez sensu – wyrzucał pieniędzy w błoto. Najpierw sprawdzi ile osób jest zainteresowanych tym, jak to Izabela Pek spędzała noce z prezydentem Dudą, a dopiero potem wyda książkę i zgarnie całą pulę. Ja myślę, że chętnych na jej zakup jest masa. Dobra rozrywka, sensacja, przygoda, szczególnie realizowana przez profesjonalistów, to rzeczy nie do przecenienia. Każdy się tym chętnie zainteresuje i zważy z satysfakcją taką książkę w ręku. Może ja sam się zdecyduje na kupno? Dziś na pewno spróbuję tę książkę trochę tu zareklamować. Czynię to, także z tego względu, że Jacek Izydorczyk, prawnik i naukowiec, były ambasador Polski w Japonii, napisał na twitterze takie oto zdanie, w sprawie tej książki „Noce z Dudą”: Nie ma problemu, bo nie Podkarpacie i nie małoletnia poniżej 15 lat. A poza tym to Bóg, honor, ojczyzna.

Jestem przekonany, że Jacek Izydorczyk też zna te same techniki manipulacji, co prezydent i minister Horała.

Autorka książki – Izabela Pek, to działaczka PiS z Gdyni, która wchodziła w dość bliskie relacje z politykami tej partii, a zasłynęła z tego, że uwiódł ją poseł Pięta, z Bielska Białej, znany działacz patriotyczny, wielokrotnie wykorzystujący znajomość technik psychomanipulacji w rozmowie z wyborcami. Wiem, bo sam słyszałem, jak za przeproszeniem, pierdolił o tym patriotyzmie, a potem o Bogu, honorze i ojczyźnie, a także o życiu w prawdzie i wierności jednej żonie. Okazało się potem, że chyba niektóre zajęcia z technik psychomanipulacji jednak opuszczał. I to raczej te najważniejsze. Z pozostałych zaś egzamin zdał ledwo, ledwo, bo uczył się po łebkach.

Poznajemy to po tym, że Izabela Pek pożarła jego serce i mózg, a następnie odleciała w nieznane, kracząc na całą okolicę. On zaś został wyrzucony z partii. Ja nie jestem tak doświadczonym dziennikarzem śledczym, ani nie mam takiego talentu do książek, jak Jan Piński, ale w tych wszystkich, komentowanych przez prawnika i naukowca Izydorczyka wypadkach, uderza mnie jedno – czy pani Iza korespondowała z prezydentem i ministrem Horałą już po ujawnieniu jej romansu z Piętą, czy może przed? Skupmy się na wiedzy dostępnej, albowiem prowadzenie śledztw dziennikarskich musimy zostawić godniejszym i bardziej sprawnym autorom. Na okładce książki napisane jest – noce z Dudą. Pan Izydorczyk sugeruje, że chodzi o seks, ale raczej możemy to wykluczyć, albowiem Jan Piński jest zbyt doświadczonym dziennikarzem, by ryzykować proces. Poza tym GW i Onet piszą, że Izabela Pek przez trzy lata wymieniała maile z prezydentem i to one są treścią tej książki, choć zajawka zachęcająca czytelników do kupna wyraźnie wskazuje, że Izabela Pek była w pałacu prezydenckim i tam prezydent poddawał ją działaniu różnych technik psychomanipulacji. O tu, proszę, jest to napisane:

Przywitał mnie uradowany i zaprowadził do jakiegoś ukrytego gabinetu z tyłu. Drzwiami dzielącymi z sekretariatem przeszliśmy przez oficjalny, w którym było dużo światła dziennego, żeby wejść do małego ciemnego pokoju. Po za-mknięciu drzwi powiedział konspiracyjnym tonem, że ściany tu są dźwiękoszczelne. — Jak będzie pani krzyczeć — zażartował — to nikt nie usłyszy. — Wyciągnął papierośnicę i położył ją przede mną, zapraszając, bym się poczęstowała. Odmówiłam, bo nie palę. — Nie pije pani, nie pali, czyli nic na p…? — zgłębiał jak ceniony lekarz, ale nie czekając na odpowiedź, zagaił rozmowę o tym, jak minął tydzień.

Sami przyznacie, że mocne. I każdy naprawdę interesujący się życiem politycznym czytelnik od razu kupi tę książkę, tym bardziej, że promują ją największe portale. Wskazując ponadto iż w opisie książki, na stronie wydawcy, znajdujemy informacje sugerujące, że Izabela Pek liczyła na to, że prezydent się rozwiedzie i ożeni z nią:

Ta książka pokaże prawdziwe oblicze prawa i sprawiedliwości. Kim jest polski prezydent, który noce spędza na wymianie maili z atrakcyjną modelką?

Izabela Pek korespondowała z prezydentem Andrzejem Dudą przez trzy lata.

Jak zakochana dziewczyna. Andrzej musiał zdawać sobie z tego sprawę. Zaczęliśmy do siebie pisać w kwietniu 2015 r. Z jego ówczesnych słów przebijała samotność.

A, jeszcze jedno – ja nie mam przyjaciół w Wawie. Mam tylko znajomych” – skarżył się (27 stycznia 2018 r.).

Czasem się ekscytował „Dawno się nie widzieliśmy […] Lubię Pani szalony styl bycia, taki WOW! Zupełnie inny od mojego;-))) Ukłony!” (5 kwietnia 2017 r.).

Czasem udawał naiwnego: „To, co wyrabia tzw. dobra zmiana na Twitterze, trochę mnie zatkało. Oczy przecieram. Załamać się można” ( 12 grudnia 2017 r.). „Myślałem, że moralnie czysty, ale… samo życie. Taka prawica konserwatywna. Dziwny jest ten świat…” (27 stycznia 2018 r.).

Nie rozwiewał moich marzeń, nie opuszczał naszych nocnych pogawędek. Trzymałam się tej myśli kurczowo i kreśliłam bajkowe scenariusze.

Nigdy nie wyprowadził mnie z błędu…

 

Nigdy przecież nie wyprowadził jej z błędu. Jak ktoś z kimś koresponduje poprzez maile to jasne jest, że zamierza się z tym kimś ożenić. Przynajmniej dla Izabeli Pek jest to jasne. Dla mnie trochę mniej, ale ja nie mam nic wspólnego z technikami psychomanipulacji, przeciwnie, znany jestem z tego, że nie rozumiem, co to jest manipulacja, taka zwyczajna, a gdzie jeszcze mówić o tych całych psychomanipulacjach.

No nic, wracajmy do faktów. Izabela Pek przez trzy lata korespondowała z prezydentem licząc na to, że będzie jego żoną. Czy było to już po traumie związanej z posłem Piętą, który obiecał jej małżeństwo i porzucenie rodziny? Bo jeśli po traumie, a wszystko na to wskazuje, to chyba Izabela Pek powinna zwrócić się o pomoc do jakiegoś wybitnego specjalisty. Nie mówię, że od razu do naukowca i prawnika Jacka Izydorczyka, bo to chyba za wysokie progi dla niej, ale do kogoś mniejszego kalibru, kto wytłumaczy jej, że pochopne inwestowanie swoich emocji w żonatych polityków, w dodatku znających techniki psychomanipulacji, to nie jest dobra droga dla młodej dziewczyny. Powinna się raczej zapisać na jakieś spotkania modlitewne i tam poszukać jakiegoś spokojnego partnera, który otoczy ją opieką. Raz można się bowiem pomylić, ale karmić się złudzeniami przez trzy lata i to w związku z prezydentem? Pierwszą osobą w państwie? To jest jednak trochę dziwne.

No chyba, że założymy coś innego – Izabela Pek zna o wiele lepiej techniki psychomanipulacji niż wszyscy wymienieni politycy razem wzięci. Jej poczynaniom zaś na niwie polityki, jako działaczki PiS, przyświecały inne cele niż te, które sama wskazuje udzielając dziś wywiadów GW, Onetowi i wydając książkę u jednego z najbardziej wyrazistych, prawicowych dziennikarzy – Jana Pińskiego. Napisałem – prawicowych? Niesamowite. Chyba muszę się na jakichś kurs technik psychomanipulacyjnych zapisać. Jak prawicowy dziennikarz, może grać w tej samej drużynie, co GW i Onet? – Durniu – powie ktoś bardziej rozgarnięty – masz już tyle lat i nie rozumiesz, że w dziennikarstwie chodzi o odkrywanie prawdy?!!! To jest najważniejsze, a nie jakieś tam drużyny!!! Trzeba bez względu na wszystko, odkrywać prawdę!

Na razie nikt nie wystąpił do sądu przeciwko Izabeli Pek, nikt też – chyba – nie zwrócił uwagi Jackowi Izydorczykowi, że po kursie technik psychomanipulacyjnych, raczej nie powinno się umieszczać na twitterze takich komentarzy, jak ten zacytowany wyżej. Tym bardziej, że dotyczą one głowy państwa, a także innych wpływowych polityków PiS. No, ale co ja tam mogę wiedzieć?

Idźmy dalej – w opisanych okolicznościach najciekawsze jest nie to, że Izabela Pek była modelką i pozowała nago, a potem została działaczką PiS. O czym wszyscy wiedzieli. Najciekawsze moim zdaniem jest to, kto prowadził te warsztaty z technik psychomanipulacji, na które oni wszyscy chodzili? Bo może intencje tego człowieka nie były do końca czyste? Jak sądzicie? Może nawet powinien się nim zająć kontrwywiad? Jak to bowiem możliwe, że wyszkolił on najważniejszych ludzi w państwie: prezydenta, ministrów, ambasadorów, a oni muszą się tłumaczyć przed doświadczonymi dziennikarzami z tego co tam kiedyś napisali i powiedzieli?

Takie rzeczy nie powinny się zdarzyć. No, ale się zdarzyły. I jeszcze jedna kwestia jest ciekawa, oto profesjonalista w swoim zawodzie, wydawca i dziennikarz, a także bloger, były redaktor naczelny „Uwarzam Że” – Jan Piński zdemaskował to wszystko i jeszcze do tego na tym zarobi. Wszyscy bowiem, i słusznie, będą zainteresowani poznaniem prawdy, która nie może pozostawać w ukryciu. Mnie najbardziej uderzył profesjonalizm strony wydawnictwa Jana Pińskiego, szczególnie zaś okładki trzech prezentowanych tam książek. Jest tam na przykład książka Pawła Pińskiego, jak rozumiem syna właściciela, który mając lat siedemnaście pisze opowiadania i samodzielnie je ilustruje. Niesamowite. Sami zobaczcie

https://hognot.pl/books/niezwykle-historie-pawla-pinskiego/

Ludzie prócz prawdy zawsze łakną jeszcze jakości, a tu, na tej stronie udało się połączyć jedno z drugim.

Proszę Państwa, przyznajmy się sami przed sobą – cóż my wiemy o odkrywaniu prawdy i technikach psychomanipulacji, pozwalających ujawnić tajemnice polityków? Nic a nic. Możemy jedynie aspirować do ludzi promujących prawdziwą jakość i liczyć, że kiedyś tam, po wielu latach uda nam się do nich zbliżyć. Czytelnicy zaś, świadomi tego, na czym oparte są techniki psychomanipulacji nie dadzą się zwieść i śmiało podążą za prawdą, kupią książkę Izabeli Pek, wydaną przez Jana Pińskiego i świat pisowskiej polityki przestanie być dla nich zagadką. Jest nawet szansa na to, że zdemaskowani politycy PiS, świadomi błędów, które popełnili zasiądą w jakimś studio, razem z Izabelą Pek i Janem Pińskim, po to, by dokonać publicznej ekspiacji. No i przyznać się do tego, że nie dość dobrze opanowali omawiane tu techniki psychomanipulacji. Na to liczymy, oni też chyba zdają sobie sprawę, szczególnie prezydent, że z profesjonalistami żartów nie ma. Sami przecież pragną za takich uchodzić.

Ja zaś, nieśmiało apeluję do tych, którzy nie za bardzo interesują się najpoważniejszymi tajemnicami polskich, politycznych rozdań, by pamiętali o naszym skromnym wydawnictwie, które  jak ta żaba, podstawia nogę w kuźni, kiedy kują konia.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-39-poswiecony-szermierce-i-pojedynkom-na-bron-biala/

maj 172024
 

Jedno ogłoszenie już było, teraz dwa kolejne

24 maja 2024. Godzina 18.00 „Czy powinniśmy bać się wojny?” – spotkanie z weteranem misji w Iraku, uczestnikiem walk w Karbali, kapitanem Tomaszem Badowskim. Wieczór poprowadzi Gabriel Maciejewski, autor, wydawca, bloger. Rozmowa toczyć się będzie wokół problemów związanych z propagandą wojenną kolportowaną w sieci, narastającym strachem przed agresją Rosji i zagadnieniami związanymi z przygotowaniem Polski i NATO do ewentualnego konfliktu. Na miejscu będzie można kupić książki wydawnictwa „Klinika Języka”. Zapraszamy.

Ogłoszenie Tomka Bereźnickiego o przedsprzedaży koszulek

START!

Zakończenie przedsprzedaży: 20 maja do 9:00 rano.
Termin realizacji: do 2 tygodni od daty zakończenia sprzedaży plus czas wysyłki
UWAGA: jeśli sprzedaż nie przekroczy progu 50 sztuk, wszystkie zamówienia zostaną anulowane, a pieniądze Państwu zwrócone. https://sklep.bereznicki.pl/produkt/rtm-witold-pilecki-t-shirt/

Ponieważ rano nie dałem linku do książek, jakoś nikt się nie kwapi do ich kupowania. Co jest o tyle istotne, że ja żyję z tej sprzedaży. Nie z żebrania, jak większość genialnych autorów czynnych w sieci i nie z dotacji, jak zatroskany o los wielokulturowej Polski Twardoch. Tak więc przypominam o nowych tytułach, nad którymi się napracowałem

 

maj 172024
 

Dostałem po kolei kilka listów, których autorzy informowali mnie, że prof. Nowak podpisał się pod listem otwartym Twardocha do prezydenta Andrzeja Dudy. Postanowiłem więc zabrać głos w tej sprawie, choć nie waży on nic i nie ma znaczenia. A nie, przepraszam…mamy przecież 25 maja konferencję organizowaną przez Piotra Naimskiego i Antoniego Macierewicza, na której prof. Nowak wygłosi wykład i to ja tutaj, a nie Twardoch w otwartych listach, zachęcam ludzi do uczestnictwa w tej konferencji. Więc może nie wszystko stracone. Może jednak nasz głoś coś ważny i ludzie, którzy czytają ten blog zastanowią się nad kilkoma poruszanymi tu kwestiami. Może jeszcze podkreślę, że do udziału w tej konferencji, która nosi tytuł „Czyja będzie Polska…i jaka ona będzie?”, nie zachęca też nikt z artystów podpisanych pod tym całym otwartym listem. To jest dość znamienne. Oto wyborcy i sympatycy organizatorów poświęcają swój czas na promocję ich konferencji i wielu zapewne weźmie w niej udział, ale jednak ludzie świata kultury, którzy sami siebie tak określają, są dla tych organizatorów ważniejsi. A potem jest płacz, że naród czegoś nie zrozumiał, albo do czegoś nie dorósł. I koniecznie należy zorganizować nową konferencję pod tytułem „Polakiem jestem i mam obowiązki polskie”.

Po co prof. Nowak w ogóle spoglądał w stronę listu Twardocha? Tego nie sposób odgadnąć. Każdy bowiem, kto ma więcej doświadczenia niż posłanka Jachira rozumie po co, i dla jakich projektów, organizowane są rankingi pisarzy i tak zwany rynek literacki. Pisaliśmy o tym sto razy, a o Twardochu to chyba z dwieście. I można w tym miejscu używać wobec tej sytuacji zwrotów takich jak „gra pozorów”, ale to już dawno nie opisuje istoty zjawiska. Pisarzy kreują organizacje pragnące mieć wpływ na umysły i wytrych do serc ludzi z aspiracjami. Ludzie poddają się temu łatwo, albowiem łakną jakiejkolwiek komunikacji wykraczającej poza standardowe – Łumułeś się? Łumułem….Wskazanie im tych deficytów niczego nie zmieni, tak wielki głód one wywołują. I jak łatwo się domyślić, są dobrze rozpoznane. Mogą też służyć jako narzędzie terroru, czyli coś co służy to tresury zwanej czasem „pogłębianiem dyskusji”. Deficyty te służą też do moderowania życia intelektualnego i budują hierarchię ważności tematów, którymi żyje 40 milionowy naród. Teraz najważniejszym tematem jest rzekomy etnos śląski, którego prominentni przedstawiciele i najbardziej aktywni działacze, przyjechali do Katowic za Gierka, albo jeszcze później, a miejscem ich urodzenia były miasta takie jak Przemyśl, Radzyń Podlaski, Garwolin i Przeworsk. Normalnie można by o tym jako śulnsko bojka szrajbnąć…Tako wicie, z humorem…Nikt się jednak nie kwapi, bo cała rzecz ma wymiar polityczny, a nie kulturowy i naród śląski oraz jego język to sprawy tak poważne jak pogrzeb wojewody Ziętka – co najmniej. Żeby to wskazać potrzebny jest pisarz śląski i cała rzesza polskich artystów, którzy z zatroskanie pochylą się nad kwestią ubogacenia kulturowego kraju poprzez ten cały język śląski.

Jak wszyscy wiedzą Twardoch nie pisze po śląsku. Najprawdopodobniej nie potrafi. No, a poza tym dlaczego miałby to robić? Kto to będzie czytał? Miałem wiernych czytelników na Śląsku, którzy przychodzili do mnie, żeby w swojej rodzimej mowie oznajmić mi, że w całym swoim pracowitym, górniczym życiu przeczytali dwie jedynie książki – „Króla szczurów” i „Dzieci peerelu” – oczywiście po polsku. Myślę, że żaden Ślązak nie byłby w stanie czytać niczego po śląsku, co ma więcej słów niż przerobiony na gwarę śląską wiersz Tuwima o panu Hilarym i okularach.

Każdy bowiem rozumie, że kultura, żeby zyskać znaczenie musi uaktywnić się poprzez wysoką rangę ludzi jej służących, w różnych dziedzinach życia. Pokażcie mi teraz jakiegoś innego poza Twardochem pisarza śląskiego, który pisze po śląsku i sprzedaje swoje książki? Bo jeśli język śląski ma istnieć tylko po to, żeby państwo polskie dopłacało do jego istnienia i przekazywało duże sumy pisarzom, nie potrafiącym tego docenić, a nie piszącym w języku śląskim, to szkoda czasu na ten język i tę rzekomą literaturę. Jeśli język śląski ma istnieć tylko dlatego, że prof. Nowak i jacyś aktorzy podpisali się pod listem otwartym Twardocha, to szkoda w ogóle patrzeć w ich stronę.

Cała ta afera, jak wszystkie antypolskie afery zmierza do tego, by obarczyć Polaków kosztami demontażu ich własnego państwa. Innych sensów to nie ma. Obecność zaś Twardocha w życiu publicznym, to wynik stymulowania deficytów najpierw czytelników, a potem urzędników odpowiedzialnych za finansowanie kultury, a może też wynik jakichś wymuszeń. Fakt, że polscy profesorowie traktują go serio jest jeszcze bardziej zadziwiający niż to, że historia dworu króla Zygmunta III napisana została przez Austriaka po niemiecku.

Polacy są więźniami własnych deficytów. Ja to już tłumaczyłem wiele razy – ludzie, jeśli przychodzi do Was ktoś i mówi tak, że serce wam rośnie, bo wszystkie wasze szajby prezentuje on na wyciągniętej ku wam dłoni, a do tego nie ma tam żadnych zaskoczeń ( to moment najistotniejszy, poczucie, że wszystko przewidzieliśmy), to uciekajcie czym prędzej. To jest zawodowy hipnotyzer, posiadacz certyfikatów błazeńskich wystawionych w Kleeve. Polacy jednak cieszą się, bo ktoś taki zwykle rzeknie na początku kilka ciepłych słów o nich i to jest koniec. Tyle wystarczy. Sto razy tłumaczyłem, że książka Twardocha o wikarym Trzasce to pretensjonalne gówno, ale odpowiedź zawsze była taka sama – wiesz, ja jednak uważam, że nie można jej tak do końca deprecjonować, bowiem pewne poruszane tam problemy…

Ten sposób zawsze działa, albowiem jesteśmy uwięzieni w bańce komunikacyjnej stworzonej przez niemieckie uniwersytety. I dopóki z tej bańki nie wyjdziemy, każdy, najgłupszy nawet diabełek, zamieszkujący pień przydrożnej wierzby, będzie nami rządził.

Teraz słowo o tym rzekomym ubogacaniu kulturowym poprzez język śląski. Tak, jak nadmieniłem – nie ma literatury śląskiej. Jest literatura polska pisana przez rzekomych Ślązaków, którzy realizują swoje aspiracje w Polsce, na szkodę Polski, a nie w Niemczech na chwałę Śląska. To jedna kwestia. Druga – narody nie ubogacają się poprzez to, że wyodrębniają z siebie inne niż narodowy języki. Bo o to chyba chodzi, czy się mylę? Język śląski wyodrębnił się z języka polskiego? Czy może z czeskiego, jak czasem pisali w GW? Bo jeśli z czeskiego, może Twardoch powinien wystąpić o dotacje w Pradze? Nie jest to dobry pomysł? Na pewno język śląski nie ma nic wspólnego z niemieckim. To jest dla wszystkich jasne. Dla Ślązaków bez wykształcenia, którzy wyemigrowali do Niemiec za chlebem, język niemiecki i niemiecka kultura, to obszar hermetycznie zamknięty. Żyją oni w enklawach, tak samo, jak żyli na Śląsku. Pomiędzy nimi a nowym Heimatem istnieje tylko więź ekonomiczna, a nie kulturowa. Większość z nich z resztą w ogóle nie rozumie takiego problemu. No, ale my tutaj rozumiemy. I dziwimy się, że w Niemczech nie toczy się żadna dyskusja o śląskości, choć mieszka tam tylu Ślązaków. Nie ma też pisarzy piszących po śląsku, choć byli i są pisarze tworzący w języku łużyckim. To dziwne. Może dlatego, że Niemcy, jako naród, kultura i państwo są dla obcych hermetycznie zamknięte. Jedyne zaś co udostępniają to aspiracyjne drabiny, po których wspinać się mogą specjaliści z różnych akademii, poznający niemiecki język, niemiecką filozofię, niemiecką muzykę i niemiecką literaturę. Wszyscy ci ludzie czynią to w dobrej wierze, albo są opłaceni. Ich misja zaś polega na tym, by celowo i świadomie, bądź też mimowolnie, poprzez własne deficyty, wskazywać na wyższość, wyjątkowość i co najistotniejsze – hermetyczny, trudny, głęboki i ważny w skali globalnej – charakter niemieckiej kultury i niemieckiego ducha. Polska próbuje robić to samo bez zrozumienia, że wpada w pułapkę, albowiem w Polsce geniuszami ducha ogłasza się Twardochów i tych co podpisali się pod jego listem otwartym czyli ludzi, którzy nawet nie rozumieją, że składają podpis pod dokumentem skazującym język polski na regionalizację w ramach wspólnej Europy i zrównujący ten język z gwarą śląską. Dlaczego oni to czynią? Bo im się zdaje, że przyszłe pokolenia będą aspirować do ich dokonań i stawiać ich sobie za wzór. Tak, szczególnie Szyca, który też ten list podpisał. Szkoda, że nie ma tam Karolaka, bo byłoby jeszcze zabawniej.

Na koniec najważniejsze – silna tradycja to tradycja hermetyczna, to samo dotyczy kultury. I Żydzi są tu przykładem wystarczającym za wszystkie inne. Silna tradycja to taka, która tworzy własne hierarchie i ekspanduje poprzez narzucanie ich innym. Żadna kokieteryjna błazenada nigdy nie będzie tradycją i nigdy nie będzie kulturą, choćby nie wiem ile zaklęć o wielkości, ubogaceniu i różnorodności nad nią wypowiedzieć, choćby nie wiem ilu szamanów biło w bębny i zapewniało, że ta droga jest właściwa.

A teraz zapraszam wszystkich na konferencję z udziałem prof. Nowaka. Zapisywać można się tylko do 20 maja.

 

maj 162024
 

Nasze tutejsze dyskusje przesunęły się ostatnio ku kwestiom funkcjonowania dworów oraz werbunku dworaków i ochroniarzy osób panujących. Wypada więc zająć się też współczesnymi dworami i sprawdzić – rzecz jasna na tyle, na ile można – jak one funkcjonują. A także do jakich innych, znanych z przeszłości dworów są podobne.

Zaczniemy od dworu Jarosława Kaczyńskiego, który jest najczęściej omawianą strukturą polityczną w Polsce. Przyczyna tego jest prosta – autorzy dostają zlecenia na opisywanie w najczarniejszych barwach otoczenia Jarosława Kaczyńskiego, a przy tym udają, że czynią to z własnej woli po dogłębnej analizie. Ostatnio z czymś takim wyskoczył Robert Krasowski, który nosi teraz trwałą ondulację, czy też jakieś tłuste loczki, co jasno wskazuje, że jest w samym środku andropauzy. Jak pamiętamy, z moich bardzo zamierzchłych wpisów, pan jest należy do licznego grona osób czynnych w życiu publicznym, które niczego nie potrafią, a jednak ciągle są widoczne. Dawno, dawno temu lansował się na filozofii i poezji. Teraz, kiedy wszystkie maski opadły, został mu tylko Kaczyński. Nie chce mi się oczywiście nawet zaglądać do jego książki, którą lansują wszystkie twitterowe trolle, wskazuję tylko na pewien trend. Bo jest on żywy i trwały. Dramat uczestniczących w nim autorów polega na tym, że w miarę upływu lat, prócz pieniędzy za szkalowanie, chcą oni też sławy, a ta nie nadejdzie. Powodów jest kilka – to co piszą nijak się ma do rzeczywistości – tak wygląda sprawa pierwsza. Druga zaś to niechęć czytelnika do odkrywania po raz kolejny tych samych rewelacji firmowanych innym, przez większość ludzi nieznanym, nazwiskiem.

Dlaczego ludzie nie mogą i nie chcą opisać, jak naprawdę wygląda dwór Jarosława Kaczyńskiego? Bo są zbyt głupi. I nie potrafią tej organizacji z niczym porównać, a to czyni ich opisy wtórnymi i nieatrakcyjnymi. Poza tym są oni przekonani, że gdyby to na nich wskazał prezes i wciągnął ich do polityki, to wszystko w kraju toczyłoby się zupełnie inaczej. W tym miejscu nie można się nawet sarkastycznie uśmiechnąć tak głupkowata jest ta myśl.

Najważniejszym problemem każdego dworu jest rekrutacja. Tę zaś prowadzą ludzie, którzy czasem nazywani są szarymi eminencjami. I oni ją prowadzą w taki sposób, by zadowolić siebie, ale także władcę. To zaś wiąże się z odgadywaniem myśli i pragnień władcy. Dobrze by było, żeby w otoczeniu władcy był jakiś duchowny. To jest pierwszy ważny moment w opisie dworu Jarosława Kaczyńskiego – nie ma tam zaufanego duchownego. I to jest co najmniej zastanawiające, jeśli przypomnimy sobie księdza Cybulę, który był kardynałem Richelieu u Wałęsy, a potem go Sekielski zdemaskował jako pedofila. Jak to mówią – jaki Ludwik XIII taki Richelieu. U prezesa nikogo takiego nie ma, a to oznacza, że rekrutacja osób skutecznych w działaniu w zasadzie nie istnieje. Tylko bowiem duchowny może to przeprowadzić we właściwy sposób, a najlepiej dwóch duchownych, którzy kontrolują się nawzajem. Tak, jak to było na dworze Ludwika XIII, gdzie kardynał i ojciec Józef, nienawidząc się nawzajem wysyłali domniemanych i rzeczywistych wrogów króla na szafot. Dwór bowiem to poważna sprawa. Umieszczanie zaś na nim agentów to tradycja, której nie dość, że nikt nie bada, to jeszcze nikt się tym nie interesuje. Dlaczego? Bo stopień uzależnienia dworaków od siebie nawzajem jest zbyt duży. W dodatku jeszcze nie jest nazwany jak trzeba, bo oni uważają, że to uzależnienie jest zaufaniem. Nie ma czegoś takiego, jak zaufanie na żadnym dworze i dwór Jarosława Kaczyńskiego nie jest tu wyjątkiem. Problem otoczenia prezesa, jak sądzę, polega na tym, że wzajemne uzależnienia dworaków, odchodzą w przeszłość, wręcz próchnieją i rozpadają się w rękach, stają się śmieszne, a oni dalej uważają, że są one dla nich wszystkich wiążące. Kto pierwszy zorientuje się, że jest inaczej wywoła lawinę. Ta zaś doprowadzi do rozpadu dworu i festiwalu tak straszliwych nielojalności, że jeszcze zatęsknimy za Miśkiem Kamińskim.

Kto prowadzi rekrutację dworaków? Tego nie wiemy, ale widzimy wszystkie jej wady. I, całkiem niepotrzebnie, denerwujemy się, że nie mamy na to, jako wyborcy wpływu. Nie mamy i mieć nie będziemy, albowiem żaden dwór nie miał nigdy żadnej oferty dla wyborców czy też poddanych. Każdy dwór miał za zadanie tylko tak zmanipulować tych poddanych, by byli oni gotowi umierać za króla. Skala tych manipulacji była szeroka i narzędzi do ich zastosowania było pod dostatkiem. Dziś trochę się to zmieniło. Nie będziemy umierać za prezesa, to jasne, nie będziemy nawet słuchać co mówi, jeśli jego dwór nie zmieni strategii. Czeka nas więc seria przesileń. To co było do tej pory nie zasługuje na taką nazwę, albowiem dwukrotnie przegrane wybory, nie były przesileniami, a demaskacją słabości dworu. Jak dawniej dwór okazywał słabość, w ruch szły topory i leciały głowy. Dziś dworacy płaczą, że wyborca ich nie kocha i źle głosował. Prezes zaś milczy.

Skoro dworacy nie mają żadnego interesu do poddanych, do kogo w takim razie mają? Do innych dworaków – z wrogich organizacji. Do nich się mizdrzą i z nimi wchodzą w jakieś stosunki, bo razem tworzą kastę, która co prawda zwalcza się, ale tak naprawdę żyje z wzajemnych uzależnień. Czy to dobrze wróży poddanym? Jak najgorzej, albowiem dwór Donalda Tuska, nie dość, że jest świetnie skomunikowany z dworakami prezesa, to jeszcze wymyślił fikcyjną platformę porozumiewania się z fikcyjnymi wyborcami. Używa do tej komunikacji kilku symboli i to wystarcza. Najważniejszym z nich jest sam Jarosław Kaczyński, drugim jego zmarły brat, a trzecim pomnik smoleński. Ostatnio zaś wmawia wszystkim, że PiS to rosyjska agentura. Czy ktoś z dworaków prezesa podjął jakieś działania w tej sprawie? Nie, bo nikt tam niczego podjąć nie może. Wszyscy będąc we wzajemnym klinczu, oczekują, że kolejne wybory zmienią sytuację w sposób istotny. To jest myślenie obłąkane, którego podstawą są wymienione tutaj wzajemne uzależnienia dworaków. Dlaczego Tusk pozwala sobie na takie numery? Bo wie, że jego elektorat to ludzie wywodzący się z tradycji Gwardii Ludowej i przemawia do nich adekwatnym językiem. Oczywiście na PO głosują także inne osoby, ale one czynią to, albowiem PiS nie ma dla nich oferty. Dlaczego nie ma? Bo dworacy jej nie stworzyli, albowiem uważają, że jakikolwiek ruch w tym kierunku może zaburzyć system dotychczasowej rekrutacji i zachwiać ich pozycją. Tak zaś zamienia się w próchno.

Oni by chcieli, żeby było jak u Tuska, ale Pisowcy nie będą się taplać w nienawiści do Tuska, choć twitter robi wszystko, żeby tak było. Wyborcy PiS nie mają programu negatywnego i nie interesuje ich fizyczna likwidacja Tuska. Oczywiście, chcą go odsunąć do władzy, ale nie formułują – w masie – tych swoich pragnień w zdania znamionujące obłęd i agresję. Ja znam ledwie kilku, którzy tak czynią, ale oni są jak najdalsi od uczestnictwa w ulicznych seansach nienawiści, którym przewodzą różne babcie Kasie.

Tak więc dwór prezesa ma dla nas taką samą ofertę, jak Tusk dla swoich wyborców, ale dworacy są szczerze zdziwieni, że my jej nie kupujemy. Dlaczego? Bo ona nam ubliża. Więcej – ona ubliża tym ludziom, którzy głosują na Tuska, ale nie musieliby tego wcale czynić. Mogliby, po namyśle, zmienić zdanie. Takie jednak projekcje nawet przez moment nie pojawiają się w głowach dworaków prezesa.

Słowo o dworze Donalda Tuska – trzyma się on na gwarancjach obcych i to politycy niemieccy produkują kit, którym zlepione są poszczególne osoby stanowiące ten dwór. Tusk jest tylko kalkomanią przyklejoną na fasadzie. Pieniądze jednak i wpływy jednoczą ludzi i każą im wierzyć, że reprezentują jakąś wspólną sprawę i dokądś dążą. Im bardziej iluzoryczne wpływy tym to przekonanie jest większe. Przykładem może być tutaj ta cała walka z ociepleniem klimatu, ale nie zagłębiajmy się w to.

Czy dwór Jarosława Kaczyńskiego ma jakieś oparcie w innych dworach? Takich, które dzierżą władzę realną, a rekrutacja dworaków i ochrony panującego odbywa się na zasadach wykluczających zdradę? Nie wiem. Wypadki z 10 kwietnia 2010 wskazują, że takiego oparcia, ani też żadnej zdrowej rekrutacji dworaków, nie było. Z drugiej jednak strony widzimy, że prezes nadal żyje, a więc, coś się zmieniło. Pytanie tylko czy to zmiana na dworze prezesa, czy na jakimś innym dworze, który widząc bezradność i głupowatość dworaków kręcących się wokół Jarosława Kaczyńskiego, roztoczył nad nim ochronę? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale może Robert Krasowski coś wie.

Kluczowym pytaniem wydaje się być to, które zadałem Piotrowi Naimskiemu na ostatnim wieczorku w Ojrzanowie, a na które nie uzyskałem odpowiedzi – dlaczego Amerykanie nie lubią Jarosława Kaczyńskiego? Jest ono istotne, albowiem taka postawa ułatwia ludziom Tuska rzucanie kalumnii na prezesa.

Kolejną istotną kwestią jest schizofrenia dworaków. Jestem przekonany, że wskazywane tu kwestie wywołałyby w nich szczerą wesołość. Po czym, kiedy by się już śmiać przestali, zaczęli by się – jak zwykle – przypieprzać, że nie głosujemy na nich milcząc w pokorze. Ta postawa jest niepojęta i mam nadzieję, że doprowadzi do dezintegracji dworu Jarosława Kaczyńskiego w tej formule, jaką znamy. To właśnie miałem na myśli pisząc, że czeka nas seria przesileń.

Czy można zmienić sposób rekrutacji dworaków i ochroniarzy? Bez dezintegracji bezpośredniego otoczenia prezesa nie. Takiej sztuki może dokonać tylko dwór obcy, w dodatku za pomocą środków nadzwyczajnych. Tak, jak to opisałem wczoraj w historii z czasów króla Henryka II. Bastard Franciszka I, o mało nie został wprowadzony na tron, przez agentów angielskich. To się nie udało, ale za to powiodła się wymiana otoczenia nowego króla – zamiast agentów hiszpańskich, wokół Henryka II, znaleźli się ludzie Walshinghama. I król Francji w obawie o własne życie, stan ten zaakceptował. Podmiana ta dokonana została w czasie jednego pojedynku, bardzo dobrze przygotowanego. Ryzyko było duże, ale taka jest polityka, nikt nie obiecuje, że będzie łatwo. Nikt też nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

No więc, jeśli Niemcom przyjdzie do głowy pomysł, by za pomocą jakiegoś nowatorskiego chwytu zmienić układ wpływów wokół prezesa, to na pewno spróbują to zrobić. Problem, albo szczęście, w tym, że oni nie widzą takiej potrzeby, albowiem dwór prezesa to dla nich teatrzyk kukiełkowy, bez wpływu na cokolwiek. O tym, żeby czynni tam dworacy przeprowadzili jakaś, nawet prostą intrygę, nie może być mowy. Poznajemy to po płaczliwym i pełnym złości tonie, z jakim przemawiają do nas – wyborców. Licząc, że udzielimy im naszej mocy i wzbogacimy o jakieś charyzmaty. Tak się nie stanie. Kryzys będzie się pogłębiał, dopóki nie zrobią czegoś naprawdę spektakularnego, co oczyści ich środowisko i będzie jak woda ze szlaucha spłukująca zastarzałe pleśnie z łbów i garniturów. Na dziś to tyle. O intrygach, dworach i zmianach politycznych kursów poczytanie sobie w poniższych publikacjach.

Aha, doszła dziś do mnie nowa książka przetłumaczona przez Piotera

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/ostatnie-lata-stylichona/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-39-poswiecony-szermierce-i-pojedynkom-na-bron-biala/

maj 152024
 

W zasadzie tekst ten mógłby się nazywać „Nauka czytania ze zrozumieniem. Lekcja 3”, ale nie popadajmy w pychę. Wiadomo, że ja nikogo niczego nie nauczę, a dziś w dodatku, zamiast czytać będziemy oglądać obrazy z epok zamierzchłych. Oto trzy portrety:

 

 

Wszystkie one łączone są z wydarzeniem opisanym w ostatnim numerze „Szkoły nawigatorów” czyli z pojedynkiem jaki pan z pierwszego portretu odbył z zaufanym człowiekiem pana z trzeciego portretu. Dlaczego nie umieściłem wizerunku tego człowieka w tekście? Bo jest on nieistotny, ważni są tylko ci trzej. Większość już się zorientowała kogo mamy na obrazkach, ale dla porządku opiszę wszystko jeszcze raz choć skrótowo. Ten pierwszy to protestancki szlachcic z Poitu – Guy de Chabot, baron de Jarnac. Drugi to król Franciszek I, a ten trzeci to jego następca Henryk II.

Pan na pierwszym obrazku był szwagrem głównej kochanki pana na drugim obrazku. Kochanka pana na trzecim obrazku jednak – Diana de Poitiers – rozpuściła plotkę, że jest on także  kochankiem swojej teściowej, czyli także matki kochanki króla, swojej szwagierki, a plotkę tę powtórzył Francois de Vivonne, mistrz szermierki i faworyt pana z trzeciego portretu. Pan widoczny na pierwszym zdenerwował się, zażądał pojedynku, ale panujący ciągle król Franciszek, widoczny na drugim obrazku zakazał tego kategorycznie, świadom, że pojedynki prowadzą tylko do serii katastrof. No, ale stary król wkrótce umarł, a nowy, będący w dobrych stosunkach z panem de Vivonne, który – co za zbieg okoliczności – był także wyśmienitym szermierzem, uznał, że sprawę należy rozstrzygnąć po męsku. Jak to wyglądało od zaplecza dokładnie nie wiemy. Ktoś musiał jednak, powiem brzydko, podpuścić młodego króla, który i bez takich sugestii był świadom, że Vivonne to zabójca i nie przegrał nigdy żadnego pojedynku. No, ale potrzebne było propagandowe wspomaganie, bo pamięć o zakazach króla Franciszka ciągle żyła.

Szykowała się niezła zabawa. I teraz rzecz istotna. Wszystkie opisy tej historii jakie znalazłem są pełne znawstwa sztuki szermierczej, wskazują na przewagi jednego i niedostatki drugiego z uczestników starcia. Omawiają rodzaje broni i osłon jakich zdecydowano się użyć w pojedynku, negocjując wcześniej każdy szczegół bardzo długo. Słowem przesiąknięte są te opisy duchem żyjącym na portalu „ciekawostki historyczne”. Ja zaś ciekaw jestem czy ludzie, którzy stworzyli te narracje, mieli choć raz rapier w ręku, albo czy – choćby i bez rapiera – przyjęli właściwą pozycję do walki? Liczę, że tak, bo inaczej skąd by było w nich tyle znawstwa? Ja, choć dwa lata uczestniczyłem w zajęciach z szermierki sportowej, nigdy bym się nie odważył na formułowanie tak fachowych opinii. No, ale ja nie zagłębiam się nigdy za bardzo w temat i – niejako z definicji – jestem człowiekiem powierzchownym. Patrzę tylko na to co widać wyraźnie i na tej podstawie staram się budować narrację. Dlatego tak chętnie powracam zawsze w swoich opisach do praktyk handlowych, bo one się nie zmieniają. Jest zysk, organizacja produkcji, dystrybucja i służące do niej narzędzia. I to są pewne stałe. No, ale nie w tym przypadku. Tu ważne jest coś innego. Pamiętacie Cyrana de Bergerac? Sławnego szermierza z gaskońskiej gwardii króla Ludwika XIII, którego powołał do życia pan Rostand w XIX wieku?. Żył on naprawdę, ale ponoć pochodził z Paryża. Trochę więc nas autor sztuki o jego życiu i przygodach oszukał. No, ale może miał szczere zamiary? Jak pamiętamy Cyrano wyróżniał się pewnym istotnym szczegółem fizjonomii – miał wielki nos. Myślicie, że Edmond Rostand oglądał te nasze portrety, zanim zaczął pisać swoją sztukę? A jeśli oglądał, to jakie myśli mu towarzyszyły i co chciał zasugerować pisząc historię swojego, niezwykłego bohatera?

Wróćmy teraz na chwilę do pojedynku. Guy de Chabot, pan z pierwszego portretu był wyraźnie słabszy i król Henryk II, pan z trzeciego portretu mógł być pewien, że nie przeżyje on pojedynku. Z takim zamiarem go zresztą zorganizowano. Ten wielki nos jest zbyt widoczny, nawet z daleka, żeby można było jego posiadaczowi pozwolić tak po prostu żyć, będąc jednocześnie następcą tronu Franciszka I, którego widzimy na portrecie drugim. Szczególnie, jeśli Diana de Poitiers upierała się, żeby pojedynek się odbył.

Guy nie wystraszył się, choć autorzy czerpiący z ducha ciekawostek historycznych, lubią napisać, że jednak tak. Rozpoczął pewną grę, która jest aż nadto dobrze widoczna. Przez miesiąc targował się o każdy szczegół uzbrojenia i osłony, a w międzyczasie pobierał lekcje od włoskiego mistrza szermierki. Kiedy przyszło do starcia, Francois Vivonne, pewien zwycięstwa, nawet się za bardzo nie starał. Wypełnił wszystkie postanowienia jakie zawarto w trakcie negocjacji i szydził jeszcze, że Chabot chce go zrujnować, bo choć w szermierce sprawniejszy, był znacznie uboższy od swojego przeciwnika. Wiedział też, że choćby nawet wystąpił w tym pojedynku w koszuli i pantalonach, a Chabot w pełnej zbroi, i tak wygra. Stało się inaczej. Jak wiemy szermierka to sztuka odwracania uwagi. Jak wszystko inne zresztą. No i markowania fałszywych cięć, które w istocie skierowane zostają potem w inne miejsce. Dotyczy to nie tylko samego starcia, ale też wszystkiego, co dzieje się poza placem boju.

Vivonne powinien wysłać szpiegów do Chabota, sprawdzić co tamtej robi, a potem zastrzelić szkolącego go mistrza z Italii. Wtedy miałby szansę. Mógł zrobić coś jeszcze bardziej oryginalnego – mógł sprawdzić z kim przyjaźnił się ojciec króla Henryka, kiedy był w wieku swojego syna i kto był wtedy jego kochanką, taką oficjalną i tą trochę mniej widoczną. Następnie z pozyskaną wiedzą powinien udać się do nowego króla, a tamten powinien oskarżyć Chabota o próbę zamachu stanu. Czekajcie, czekajcie…jaki ten świat jest dziwaczny! Wszak wyrażenie coup de Jarnac, oznaczające podstępne i nieoczekiwane cięcie, automat googla tłumaczy jako „zamach stanu Jarnaca”. Oczywiście Francuzi piszą wprost o tym, że cały ten pojedynek był próbą zamachu stanu, ale do świadomości wielbicieli ciekawostek historycznych fakt ten się nie przebija. Wierzą oni bowiem w to, że pojedynki na broń białą, to starcie zręczności z siłą, doświadczenia z entuzjazmem, a także w inne podobne bzdury. Nie rozumieją, że każdy pojedynek to próba przejęcia jakichś aktywów, a jego geneza jest tak długa i tak głęboka, jak nosy panów z pierwszego i drugiego portretu. Ktoś może uznać, że ja tu sugeruję iż nie było legalnego dziedziczenia w rodzinie królewskiej de Valois. Ależ skąd, oczywiście, że było. Wystarczy spojrzeć na profil króla Henryka, tam widać dokładnie, jego wielki nos. Nie jest on jednak tak wielki, jak nos jego ojca i Guya de Chabot.

Kiedy przypomnimy sobie, że Henryk II, był w młodości szykowany na króla Polski, o czym pisze się niewiele, kiedy uświadomimy sobie, że dążył raczej do ułożenia sobie dobrych stosunków z Habsburgami poprzez małżeństwa dzieci, coś nam, się wyjaśni. Przede wszystkim zrozumiemy kim jest król. Nawet działający w systemie tak mu sprzyjającym, jak ten francuski. Król jest kukłą, jego kontakt z poddanymi jest fikcją, a rzeczywistość, dostarczająca mu bodźców, wrażeń i lęków to dwór. Na tym dworze ma swoich zaufanych ludzi, którzy mu gwarantują bezpieczeństwo. I to jest do króla najważniejsze. Myślicie, że kiedy umarł upokorzony Vivonne, król kazał zabić Chabota? A skąd. Zrobił on wielką karierę, był dożywotnim burmistrzem Bordeaux i komendantem twierdzy La Rochelle. Król uznał jego wyższość i postanowił przeciągnąć go na swoją stronę. Pewnie też zrozumiał, że ma do czynienia ze swoim przyrodnim bratem. I zabicie go rozpęta w Europie propagandowe piekło, za którym stać będą oczywiście Anglicy. To oni bowiem rozpętali we Francji piekło wojen religijnych i to oni zajmowali się podsuwaniem kochanek francuskim królom.

My zaś mamy pretensje do Jana Kazimierza, że zachowywał się w sposób daleki od naszych oczekiwań. Popatrzcie na Henryka II, mimo iż zrozumiał on sytuację na początku swojego panowania, pod jego koniec zmieniła się ona tak bardzo, że król musiał umrzeć – bo nie zrozumiał nowych czasów – jak mawiali komuniści. Jak pamiętamy zginął również w pojedynku, który został zaaranżowany. Nikt tego nie wskazuje, poza nami tutaj, ale tak musiało być, bo taka jest logika faktów politycznych, które są niezmienne. Jan Kazimierz musiał liczyć się z dworem pełnym agentów mocarstw, a także – jeszcze groźniejszych – agentów swojego pruskiego lennika. Miał przeciwko sobie szlachtę, która była przekupiona francuskimi pieniędzmi i guzik rozumiała z tego co się rozgrywa wokoło. Nawet jego żona, odziedziczona po bracie, była jego wrogiem. I potem ktoś się dziwi jego decyzjom i zachowaniu? Jan Kazimierz, jak każdy, chciał przede wszystkim przeżyć. Reszta była następstwem tego pragnienia.

Po co ludzie w ogóle zajmują się tymi sensacjami historycznymi? Może zacznę od tego, dlaczego my się tym zajmujemy. No więc ja robię to przede wszystkim dla siebie. Bardzo bowiem lubię układać sobie spójne i logiczne historie, w których główne role grają wyraziści i zdecydowani bohaterowie. Czy to się komuś podoba czy nie, obchodzi mnie mniej. Stąd moja, niezbyt mocna pozycja, w światku autorów i wydawców treści historycznych. Dlaczego jednak robią to inni? Powód jest, w mojej ocenie, dziwaczny. Oni wszyscy chcą być tymi królami, szermierzami, kochankami Franciszków I, a także innych jakichś władców. I widać to za każdym razem, kiedy oglądam jakiś podcast, nieważne czy prowadzony przez kobietę czy mężczyznę. Uderzająca jest także w tym wszystkim niechęć do wszystkiego co dobrze i wyraźnie widoczne. To nawet nie jest niechęć, ale wręcz pogarda. Dominuje zaś pragnienie wpisania się w narracje z przeszłości i wskazania, że oto kontynuuje się je w takim samym duchu. No nie wiem, czy ktokolwiek dobrze rozpoznał ducha, który towarzyszył panu Rostand przy pisaniu historii życia Cyrano de Bergeraca. Raczej powątpiewam. Pozwólmy jednak ludziom dobrze się bawić, mamy bowiem świadomość, że jeśli sprawy dalej będą toczyć się w kierunku, który oni wyznaczają, a do tego będzie przybywać naśladowców, wkrótce cały segment zdechnie śmiercią naturalną i żadnego handlu nie będzie, albowiem wszyscy będą wynudzeni jak mopsy i wrócą do pornografii, piłki nożnej, wędkarstwa, czy co tam ich zajmowało wcześniej, zanim zainteresowały ich „ciekawostki historyczne”.

My raczej tu zostaniemy, bo pracujemy na to, żeby utrzymać się na powierzchni nawet wtedy kiedy zainteresowanie przeszłością będzie naprawdę niskie, prawie bliskie zeru. Bardzo dziękuję wszystkim za uwagę.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-39-poswiecony-szermierce-i-pojedynkom-na-bron-biala/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

 

 

maj 142024
 

Jak wszyscy wiedzą, wczoraj spaliła się szkoła w Grodzisku Mazowieckim, co zapewne było czystym przypadkiem. Stało się to w chwili, kiedy młodzież zdawała matury, a drogi dojazdowe do szoły były remontowane i ruch na nich został zablokowany. Mieści się ona w ścisłym centrum miasta. Obok jest parking, zawsze pełny. Od rana na mieście słychać plotki, że nie było wody w hydrantrach, kiedy przyjechała straż. Nowy burmistrz był na zjeździe samorządowców w Sopocie, skąd zresztą zaraz wrócił, a stary burmistrz, którzy rządził tu 30 lat, pędził ponoć ile sił w nogach ku płonącej szkole, jak tylko poinformowano go, że jest pożar. A jest to pan siedemdziesięcioletni. Okoliczności te skłoniły mnie o zrobienia rzeczy, której normalnie bym nie zrobił, czyli opublikowania fragmentu nowej książki, opowiadającej o porwaniu Jana Kazimierza. Opisany jest tam bowiem również zbieg szeregu nieprzychylnych okoliczności, które doprowadziły w końcu do tragedii. Ktoś powie, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Być może, ale poczekajmy na rozwój wypadków. Bo zapewne nie jest to koniec dziwnych zdarzeń, odbywających się ostatnio w Polsce.

Nowa książka opowiadająca o porwaniu Jana Kazimierza zbudowana jest według pewnego klucza – każdy rozdział nosi tytuł, który jest nazwą tańca dworskiego. Uznałem bowiem, że opisy tych tańców i ich wymowa znakomicie pasują do poszczególnych fragmentów ten niesamowitej historii. Sama zaś książka zbudowana jest tak, że w pewnym momencie, w półobrocie, przechodzimy od figur polityki europejskiej do indywidualnych popisów tanecznych poszczególnych jej bohaterów. Miłej lektury życzę wszystkim.

 

Farandola jest starym, średniowiecznym tańcem prowansalskim, tańczonym w barwnych korowodach przy wtórze specjalnego fletu i dźwiękach tamburynu.

 

 

Dokładny opis okoliczności towarzyszących uprowadzeniu Jana Kazimierza pozostawił nam Ewerhard Wassenberg. Pochodzący z Austrii kronikarz, który zjawił się na polskim dworze wraz z królową Cecylią Renatą. Nie pozostawia nam on żadnych wątpliwości, co do skali przygotowań, jakie poczyniono, by w odpowiednim momencie bezpiecznie i bez narażenia nikogo z Francuzów, przejąć osobę Jana Kazimierza, odstawić go w bezpieczne miejsce, a następnie rozpocząć polityczne szantaże. Mając przed oczami opis Wassenberga czytelnikom i komentatorom nie pozostaje nic innego, jak tylko omówić go akapit po akapicie.

Wyprawa Jana Kazimierza deklarowana była, jako typowa dla tamtych czasów grand tour – wielka podróż zamożnego młodego człowieka, pragnącego poznać świat. Intencja ta była z założenia fałszywa i jako kamuflaż nieprzydatna wcale. Deklarowano, że królewicz pojedzie przez Morawy, Austrię, północną Italię do Barcelony i dalej do Madrytu. Wassenberg nie wspomina na początku swojej relacji o Portugalii, pisze za to, że kolejnym etapem podróży ma być Francja, gdzie królewicz pokłoni się królowi i królowej, następnie wyruszy do Lotaryngii, Belgii i Londynu, stamtąd do Niderlandów, a potem znowu do Italii, żeby pokłonić się papieżowi. Z Rzymu ruszy na północ i zwiedzając miasta Rzeszy dotrze do Polski. Cała podróż zaplanowana była na około trzy lata.

Kolejną informacją, po wskazaniu trasy podróży królewicza, jaką podaje nam Wassenberg, jest udział w przedsięwzięciu Jana Karola Konopackiego, opata Wąchockiego i Tynieckiego, wojewody i biskupa chełmińskiego. Był to człowiek, którego rodzinie królewski dom Francji winien był 300 tysięcy talarów cesarskich, co było potwierdzone na piśmie przez Henryka IV, króla Francji i Nawary, przez księcia Kondeusza I, a także przez Joannę królową Nawarry, matkę Henryka. Ta szokująca informacja nie może się jakoś przebić w polskim piśmiennictwie historycznym, a jest przecież dość istotna. Mamy oto Francję rozrywaną wojnami religijnymi, sponsorowanymi przez Londyn i cesarstwo, mamy protestancką dynastię z Nawarry, która usiłuje zasiąść na tronie w Paryżu, mamy wesele Henryka z Małgorzatą de Valois, a do tego rzeź w noc św. Bartłomieja, w tle zaś rodzinę Konopackich, Kostków i Krokowskich, którzy są w to wszystko uwikłani. Na jakich zasadach? Oto Reinhold von Krockow, czyli Krokowski, widząc co się dzieje we Francji, postanowił pomóc hugonotom i wyłożywszy z własnej szkatuły niemały grosz uzbroił 1500 pancernych zwerbowanych na Pomorzu i w Niemczech, a następnie wyruszył w sukurs królowi Henrykowi. Wojował trzy lata, samemu płacąc za utrzymanie i wyżywienie wojska, a jak się można domyślić, także werbując za swoje pieniądze nowych żołnierzy, w miejsce tych, co zginęli. Wassenberg pisze, że podobnie zachował się Kazimierz, książę Dwóch Mostów. On jednak za swoje usługi został, przez podskarbiego króla Francji, już dawno wynagrodzony. Rodzinie von Krockow i jej potomkom, w tym Konopackiemu, Paryż wciąż zalegał z wypłatą. Konopacki zaproponował więc królewiczowi, że pojedzie z nim, a to w tym celu, żeby okazać weksel kardynałowi Richelieu i odzyskać należne pieniądze. Jan Kazimierz, jak powiada Wassenberg, zgodził się ochoczo na tę propozycję. Konopacki został też mianowany przez Władysława IV oficjalnym posłem do króla Hiszpanii Filipa IV. Znał bowiem biegle kilka języków, a poza tym studiował kiedyś w Bourges. Władysław też, jak to sugeruje Wassenberg, był inicjatorem planu podróży incognito, chciał by odbyła się ona dokładnie tak samo, jak jego własna grand tour, którą odbył w latach 1624-1625.

Królewiczowi Kazimierzowi miał towarzyszyć jedynie niewielki orszak wypróbowanych i zaufanych ludzi. Miało to jeszcze ten cel, by Kazimierz nie był, w każdym większym mieście, fetowany i proszony na uczty oraz festyny, co zwykle było praktykowane. Jako podróżujący incognito miał być nie tylko bezpieczniejszy, ale także swobodniejszy. Oceniając rzecz z dzisiejszej perspektywy należałoby rzec, że sprawa podróży Jana Kazimierza miała najwyższy priorytet i należało ją przedsięwziąć z zachowaniem niestandardowych, ale bardzo poważnych środków ostrożności. Tym było to bardziej potrzebne im więcej artykułów na temat decyzji dworu w Warszawie oraz kontaktów tego dworu z Madrytem ukazywało się w Gazette de la France.

W orszaku, prócz Konopackiego znalazł się także Ferdynand Gonzaga Myszkowski, syn Zygmunta Gonzagi Myszkowskiego, marszałka wielkiego koronnego, adoptowanego przez rodzinę Gonzagów wraz z bratem, w czasie ich pobytu w Mantui, w roku 1597. W świcie królewicza znalazł się także Gotard Wilhelm Butler, zarządzający jego dobrami, a także jezuita Georg Laier, spowiednik Jana Kazimierza. Był tam także Piotr Elert, muzyk, wiolinista, rodem z Fromborka, a także Teodor Denhof, Henryk Korf, Andrzej Kotowicz i Andrzej Basio, czyli Bazjusz, jak się okazało postać najistotniejsza w całym przedsięwzięciu. Orszak liczył 36 osób, a Wassenberg, co jest moim zdaniem zaskakujące, pisze, że wyruszył w podróż pod koniec zimy – 27 stycznia. Dziś powiedzielibyśmy, że to środek zimy, choć klimat mamy ponoć łagodniejszy.

Królewicz, jak pisze Wassenberg – niebawem w Wiedniu stanął. Cesarza Ferdynanda nie było w stolicy, a więc wyruszył za nim do Preszburga, gdzie odbywał się sejm węgierski. Ponoć Jan Kazimierz miał się naradzać z cesarzem nad sposobem dalszego podróżowania. Zapewne też odebrał od Ferdynanda jakieś instrukcje. Kolejnym etapem podróży był Innsbruck, gdzie rezydowała arcyksiężna Klaudia, którą polski królewicz odwiedził. Następnie zatrzymano się na dłużej w Weronie, naradzając się czy zwiedzać Italię teraz czy później, po załatwieniu misji w Hiszpanii. Mając w perspektywie objęcie wicekrólestwa Portugalii, Jan Kazimierz musiał co jakiś czas podkreślać krajoznawczy charakter swojej wyprawy, co daje dzisiaj powód historykom i publicystom do wyszydzania i kwestionowania jej politycznego celu. Można oczywiście dziwić się naiwności Kazimierza i jego królewskiego brata, którzy sądzili, że uda im się przekonać francuskich agentów do tego iż nie ma owa wyprawa charakteru politycznego, ale trudno też było wymagać od nich by sprokurowali jej jakiś specjalny i nie dający się odkryć format. Zapewne też Richelieu wydał rozkaz uprowadzenia królewicza już w momencie kiedy doszły go wieści, że opuścił on granice Polski. Tak naprawdę więc królewicz został pozostawiony sam sobie i mógł liczyć tylko na ludzi z własnej świty. Jak się okazało nie na wszystkich.

Wśród głównych uczestników wyprawy przeważyła opinia, że trzeba jechać do Hiszpanii, póki jest wiosna, żeby zdążyć przed upałami letnimi, które mogłyby wpłynąć na zdrowie i kondycję Jana Kazimierza.

Z Werony brat polskiego króla wyruszył do Mediolanu, a potem do Genui. W obu tych miastach witany był z wyraźną uprzejmością i atencją, aczkolwiek pozostawał cały czas incognito. Wassenberg zwraca na to uwagę, ale nie komentuje w żaden sposób. No, ale jasne staje się, że owa uprzejmość oznaczała tyle jedynie iż los królewicza jest już przesądzony, a pułapka, w którą z całą naiwnością wchodził zatrzasnęła się za nim gdzieś po drodze z Mediolanu do Genui.

Opis pobytu w Genui powinien ostatecznie przekonać wszystkich, że królewicz był w potrzasku. Najpierw dostał gorączki. Potem okazało się, że ma aż trzy możliwości by dostać się do Barcelony. Jedną z nich był angielski statek handlowy, który zmierzał do stolicy Katalonii. Wassenberg nie pisze kto, a szkoda, ale część towarzyszących królewiczowi osób proponowała, żeby jak najszybciej płynąć tym właśnie statkiem, albowiem pośpiech jest istotny, żeby zdążyć przed upałami. Naturalną opcją wydawała się jednak inna możliwość. Kazimierz minął się w Genui z księciem Ramiro Medina de las Torres, wicekrólem Neapolu, który pod eskortą 16 żagli odpłynął właśnie do Neapolu. Okręty miały wrócić za osiem dni. Należało na nie poczekać i bezpiecznie przeprawić się przez Morze Liguryjskie. Do takiej podróży namawiał Kazimierza obecny w Genui, były wicekról Neapolu – hrabia Monterejo. Zamierzał on, świadom wszystkich czyhających po drodze zagrożeń popłynąć na jednym z okrętów tej flotylli, do tego wraz z rodziną i bezpiecznie dostać się do Barcelony. Zróbmy tu małą dygresję – podmiana wicekrólów Neapolu, według pomysłu Olivaresa, odbywa się w tym samym momencie, kiedy do Hiszpanii zmierza, szykowany na wicekróla Portugalii Jan Kazimierz. To raczej nie był przypadek. Tak można określić ich minięcie się w drodze, ale nie okoliczności ogólne, towarzyszące wymianie panujących w tak istotnych prowincjach.

Pojawiła się jednak także trzecia możliwość dotarcia do Barcelony. Oto zjawił się przed Kazimierzem jakiś genueński szlachcic, który poinformował go, że właśnie przybyła z Barcelony galera, która przywiozła posłów republiki bawiących z misją w Madrycie. Jednostka ta ma zaraz płynąć z powrotem i trzeba się szybko decydować, czy na nią wsiąść czy nie. W otoczeniu królewicza było mnóstwo ludzi, którzy doradzają pośpiech, twierdzili oni, że oczekiwanie na eskadrę neapolitańską to błąd, bo nie można zawierzyć morzu, które przecież jest zmienne. Nie chcieli jednak ci ludzie za nic na świecie, by Jan Kazimierz płynął na angielskim statku. My zaś nie możemy zrozumieć, dlaczego Wassenberg, kronikarz dokładny i w sprawę silnie zaangażowany, nie wymienia żadnego z nich z nazwiska i imienia? Przecież było ich ledwie 36, w tym bardzo wpływowych, których słuchał królewicz, ledwie kilkunastu.

Wassenberg pisze dalej rzeczy zupełnie zaskakujące, oto cała Genua z dożą włącznie zaczęła namawiać Jana Kazimierza, by skorzystał ze sposobności i płynął na zachód, po drodze odwiedzając porty francuskie w Zatoce Lyońskiej. Wmawiano Kazimierzowi, że spotka się tam z ciepłym i życzliwym przyjęciem, albowiem jego brat król nie jest przecież skonfliktowany z Francją. Nic złego nie może się więc przydarzyć, a wycieczka taka obfitować będzie w ciekawe wrażenia i przygody. Nie bez znaczenia też będzie to iż Kazimierz przebywać będzie na pokładzie galery genueńskiej, albowiem republika jest także zaprzyjaźniona z Francją.

Presja musiała być naprawdę wielka, a młody królewicz był całkowicie osamotniony. Nie mógł decydować wobec tylu życzliwych i bezinteresownie zaangażowanych w jego misję osób. Wszystkie zaś one były zainteresowane tym jedynie, by bezpiecznie i cało dotarł do celu. Galera, którą ofiarowano Kazimierzowi nosiła miano Diana, albowiem na dziobie wyobrażone było w drewnie popiersie bogini. Cały zaś orszak królewicza, jak nam oznajmia Wassenberg, oburącz chwycił się tej niezwykłej okazji i z entuzjazmem polecił służbie pakować rzeczy królewicza na statek, który w niewiele dni miał wszystkich zanieść do coraz bardziej gorącej Hiszpanii.

Następny akapit w dziele Wassenberga jest wręcz wstrząsający. Oto okazało się, że w Genui przebywało akurat kilku Francuzów, którzy za wszelką cenę musieli dostać się do Francji, a to ze względu na fakt, że cała Sabaudia ogarnięta była wojną. Ryzyko więc lądowej wyprawy przez ten kraj ku granicom królestwa Ludwika XIII było więcej niż poważne. Przybyli oni do kapitana genueńskiej galery, którego Wassenberg wymienia z nazwiska – Jan Mikołaj Saoli – by błagać go o możliwość zaokrętowania. Kapitan stropił się, miał przecież na pokładzie ważnego gościa. Wypadało więc jego najpierw spytać. Udano się więc do królewicza Kazimierza, a ten pełen optymizmu i wiary w przyszłość oraz ludzką uczciwość, zgodził się od razu. Niespodziewani podróżnicy mieli opuścić statek w pierwszym francuskim porcie, do którego zawinie galera. Ekspedycja wyruszyła po wysłuchaniu mszy świętej dnia 4 maja 1638 roku. Pierwszym portem, do którego zawinęła była Savona, gdzie Kazimierz oglądał cudowny obraz, a kolejnymi Noli i Arassi. Pomiędzy tym ostatnim portem, a Saint Tropez, gdzie zawinął statek rozpętała się burza, Kazimierz, który wszedł na pokład z gorączką, przeżył wszystkie te straszliwe chwile, które zwykle przeżywa szczur lądowy, nie przywykły do sztormów. Pokład opuścił w stanie krańcowego osłabienia. Pragnął odpocząć i przespać się na lądzie. I wtedy całkiem niespodziewanie, jeden z Francuzów, a właściwie pół Grek, pół Francuz, który pochodził z Marsylii, a nazywał się Jan Gotfryd, zaproponował, żeby podróż z Saint Tropez do jego rodzinnego miasta, królewicz odbył konno, lądem. – Po co nadwyrężać zdrowie na chybotliwym pokładzie – argumentował – po co narażać się na niebezpieczeństwo burzy i wichrów na morzu, skoro można spokojnie, lekkim kłusem ruszyć wzdłuż wybrzeża i dotrzeć bezpiecznie do miasta, które tylko czeka by ofiarować Kazimierzowi wszystkie swoje wygody i przyjemności. Konopacki i Butler ze wszystkich sił starali się odwieźć królewicza od tego pomysłu. Argumentowali, że morze na pewno nie będzie już takie burzliwe, a Kazimierz bezpieczniejszy będzie na pokładzie niż na lądzie, w kraju, który jest w stanie wojny z Hiszpanią. On sam jednak uważał, że skoro zadeklarował już wcześniej iż po wizycie w stolicy Hiszpanii ruszy do Francji i tam odwiedzi króla, nic złego nie może mu się stać. Ufał ponadto Kazimierz w moc i szacunek jakim Europa darzyła jego brata Władysława. Zdecydował się więc przyjąć propozycję Francuza, a w podróży lądem towarzyszyć mu mieli Ferdynand Gonzaga Myszkowski i Andrzej Kotwicz, a także Piotr Elert, skrzypek z Fromborka. Kiedy Kazimierz zajmował miejsce w szalupie, by wyruszyć ku nieodległemu brzegowi, okazało się, że podróż morska znudziła się wszystkim pozostającym na galerze Francuzom. Oni także więc załadowali się na łódź i odpłynęli.

Ledwie przybito do brzegu Jan Gotfryd zmienił się z przyjaciela w zdrajcę. My zaś czytając opis tych wypadków skreślony ręką Wassenberga nie możemy wyjść ze zdumienia nad naiwnością autora. Grupa dobrze uzbrojonych, obytych z wojną – w końcu przybyli z głębi lądu, gdzie toczyły się walki – francuskich agentów, zostaje dopuszczona do komitywy z gościem tak dostojnym i pełniącym tak delikatną misję, jak Jan Kazimierz. Jakby tego było mało, ich herszt nawiązuje nić porozumienia z częścią orszaku królewskiego brata, jemu samemu zaś doradza co ma robić, żeby strząsnąć z siebie słabość i chorobę. Możemy się domyślić, że Jan Gotfryd był tak zwaną duszą towarzystwa, człowiekiem wymownym, uprzejmym i przyjemnym w obyciu. Wszystkie te cechy spowodowały, że niedoświadczony polski królewicz był wobec niego całkiem bezradny. Jedynymi, którzy rozumieli sytuację byli Konopacki i Butler, ale nie mogli oni przecież decydować za królewskiego brata. Ten zaś zapewne słuchał rad Ferdynanda Myszkowskiego – Gonzagi.

Przemieniony w diabła Jan Gotfryd w tajemnicy przed Kazimierzem zdradził jego tożsamość wszystkim, nawet woźnicy, co miało ten efekt, że każdy widział już złote monety, które otrzyma za dobre wypełnianie swoich obowiązków przy pilnowaniu tak cennego łupu. Posłał następnie umyślnego z listem do Marsylii, żeby oznajmić, iż wszystko poszło tak, jak zostało zaplanowane i trzeba przygotować tylko odpowiednią celę dla tak dostojnego jeńca. Po czym skierował cały, niewielki orszak ku Marsylii. Przed miastem, zupełnie jak w jakiejś komedii granej w teatrze Globe w Londynie, oznajmił że nie może wraz z królewiczem wkroczyć do miasta, albowiem w zagrodzie nieopodal spoczywają zwłoki jego ojca, który właśnie zmarł. Jakby tego było mało, twierdził również, że w Marsylii czekają na niego sędziowie, albowiem zeszłego roku miał tam pojedynek, z którego wyszedł cało, ale stając do starcia złamał prawo. Nie może więc przekroczyć bram miasta. Zdziwieniem powinien napełnić nas opis Wassenberga, który relacjonuje nam tę historię z całkowitym przekonaniem, że przypadkowo znajdujący się na pokładzie genueńskiej galery francuski oficer podjął sam jeden decyzję o porwaniu osoby tak wysoko postawionej. Przecież połamano by go kołem za taką zuchwałość, gdyby nie czynił tego na wyraźne polecenie ludzi z kręgu władzy najwyższej. Jan Gotfryd domagał się także, by zanocowawszy w Marsylii, Jan Kazimierz nie ruszał się z gospody, aż do chwili kiedy on po niego przyjdzie. Prośba ta w żaden sposób nie korespondowała z deklaracjami dotyczącymi pojedynku i kłopotów z prawem, jakie miały czekać na Jana Gotfryda w mieście.

Na szczęście Jan Kazimierz wstał rano i wysławszy Elerta na targ po sprawunki, ruszył do kościoła. Cała Marsylia musiała już wiedzieć o tym, kto śpi w tej gospodzie, albowiem fromborski skrzypek (Wassenberg utrzymuje, że pochodził on jednak z Krakowa) słyszał, jak plotkuje się o zatrzymaniu dostojnego gościa i odstawieniu go do Paryża, pod dozór.

Powiadomiony o wszystkim Kazimierz wynajął łódź i wrócił na statek nie zamierzając już opuszczać pokładu. Wassenberg nie mówi nam chyba całej prawdy, albowiem nie wiadomo co działo się w tym czasie z Ferdynandem Myszkowskim i Kotwiczem. Powróćmy jednak do jego gawędy – złym zrządzeniem losu wiatr ucichł i galera, siłą samych wioseł musiała zawinąć do niewielkiego portu Tour de Bouc. Była tam twierdza dowodzona przez srogiego kapitana Nargona, który wysłał na galerę swoich ludzi, by sprawdzić kogo też ona przewozi. Poinformowano ich, że królewskiego posła z Polski, który zmierza do Barcelony. Francuzi zorientowawszy się, kogo mają przed sobą, albo tylko upewniwszy się co to tego, wrócili na ląd. Jan Kazimierz zaś, inspirowany przez nie wiadomo kogo, ale na pewno kogoś ze swojej świty, wsiadł na łódź i korzystając ze spokojnego morza popłynął do miasteczka Martigues. Po co? Nie wiadomo. Wrócił jednak szczęśliwie na pokład.

W tym czasie z portu przybyło na statek dwóch oficerów z żądaniem by kapitan Mikołaj Saoli udał się w niecierpiących zwłoki sprawach do dowódcy garnizonu. Ten uprzejmie się wymówił, a oficerowie odpłynęli. Wrócili jednak pod wieczór z żądaniami o wiele bardziej kategorycznymi. Powiedzieli też, że wszystkie portowe działa, a także te z cytadeli skierowane są na genueński statek. Kapitan więc, musi się dobrze zastanowić, czy rzeczywiście ma zamiar odmówić gościny dowódcy francuskiego garnizonu. Jak pisze Wassenberg na statku rozgorzała dyskusja. Genueńczycy chcieli uciekać, niektórzy z nich uważali, że należy opuścić redę, ale dobrze by było, żeby kapitan poszedł jednak do dowódcy francuskiego garnizonu, bo być może nie chodzi wcale o to, by zrobić coś złego im – Genueńczykom, ale przyczyną całego zamieszania są Polacy. Ci ostatni, wśród których było wielu znających Francję, w ogóle nie wierzyli w to, że przedstawiciele tak kulturalnej i grzecznej nacji, mogą stosować wobec gości metody tak brudne i nieprzyzwoite. Jan Kazimierz przychylił się do opinii, że kapitan powinien zejść na ląd i złożyć kurtuazyjną wizytę dowódcy twierdzy. Saoli nie miał wyjścia, albowiem doża nakazał mu by we wszystkim słuchał królewicza polskiego. Kiedy tylko znalazł się w twierdzy, natychmiast został uwięziony. Nie pozwolono mu opuszczać komnat, odmówiono także wieczerzy. Mógł wysłać jedynie posłańca na statek, by przywiózł mu stamtąd coś do jedzenia. Konsternacja wśród Polaków była wielka, Konopacki wraz z sekretarzem Jana Kazimierza, Andrzejem Basio wyruszył do twierdzy, by rozpoznać okoliczności zatrzymania kapitana. Tam dowiedział się, że stało się to na rozkaz hrabiego Ludwika de Valois, namiestnika Prowansji, który domagał się, by tak dostojny gość zaszczycił swoją obecnością jego zamek, oczywiście dla własnego dobra i bezpieczeństwa. Morze bywa bowiem, o czym wszyscy wiedzą, bardzo zdradliwe, szczególnie jeśli znajdujące się na nim statki mogą być ostrzelane z bliskiej odległości przez armaty nadbrzeżnych twierdz.

Sytuacja była kuriozalna, polski poseł z oficjalną akredytacją i francuski oficer niższego szczebla stali w otoczeniu zbrojnych i prawili sobie uprzejmości, a każdy z nich był całkowicie świadom sytuacji. Konopacki wiedział, że jeśli Jan Kazimierz nie skorzysta z gościny Nargona, zginie ostrzelany przez portowe armaty na genueńskiej galerze. Kapitan twierdzy bowiem nie żartował, miał wyraźne rozkazy i nie zamierzał ich łamać. Był również na tyle stary, by nie przejmować się już swoją karierą w armii, czy nawet losem w razie ewentualnych żądań strony polskiej, by wymierzono mu sprawiedliwość za taką zbrodnię. Nie pozostało nic innego, jak wrócić na statek i sprowadzić Kazimierza, wraz z całym orszakiem, na francuską ziemię. Kiedy doszło do spotkania królewskiego brata z dowódcą twierdzy, ujawniła się cała naiwność i prostota planu obmyślonego w Warszawie. Nargon bowiem po wymianie uprzejmości zarządzał urzędowych paszportów od wszystkich obecnych. Nikt takiego dokumentu nie posiadał, albowiem nikt nie wpadł nawet na pomysł, że Francuzi mogą go zażądać. Nikt nawet nie pomyślał o tym, że można by sfałszować takie dokumenty i na wszelki wypadek mieć je ze sobą.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gniew-bitwa-wazow-gabriel-maciejewski/

maj 132024
 

Tak, jak zapowiadałem, trochę dla relaksu, a trochę z tego powodu, że mamy dużo znakomitych książek w magazynie, których treść należałoby zareklamować, będę tu umieszczał ich fragmenty. Czynię to również z innego powodu, chciałbym uświadomić tym, którzy już dokonali ich zakupu, że zrobili naprawdę dobrze, bo książki są świetne, a kiedy nasz nakład się wyczerpie, nikt ich w Polsce nie wznowi. Staną się białymi krukami, których cena będzie stale rosła. Tak więc zaczynamy od mojej ulubionej pozycji, którą wydaliśmy w zeszłym roku, a przez dynamikę wydarzeń bieżących nigdy jej należycie nie promowaliśmy. Zwróćcie uwagę ile wątków znanych nam z Kredytu i wojny łączy się w tym rozdziane. Jest nawe Iwo z Narbonny, heretyk, który schronił się – przed papieżem w Wiener Neustadt. Przed papieżem w Wiener Neustadt!!!! No i oczywiście jest Anglik, którego usiłujemy rozpoznać brnąc przez opisy zawarte w kronice Mateusza Parisa.

Anglik tatarskiego chana. Pełne zeznanie

Rok pański 1241 nie był dobrym rokiem dla Europy. Świat zachodniochrześcijański był podzielony, królowie Anglii i Francji zajęci byli swoimi nieskończonymi waśniami, a Papież Grzegorz i Święty Cesarz Rzymski Fryderyk II toczyli ze sobą krwawą i niechlubną wojnę, by za pomocą miecza zdecydować o „władzy duchowej” na naszym kontynencie.

Chrześcijaństwo, zmęczone krucjatami, nie mogło już zatrzymać ekspansji islamu w Ziemi Świętej. Nie bez znaczenia był też fakt, że trwała krucjata przeciwko własnym heretykom, takim jak Albigensi i Waldensi, toteż chrześcijaństwo zachodnie wolało nie konfrontować się z Arabami, wciąż przepełnionymi żarliwym zapałem do walki za wiarę.

Jak pisał każdy szanujący się kronikarz tamtego czasu, wszystko sugerowało, że rok będzie okropny. Zaćmienie słońca uznano za omen przepowiadający niezliczone katastrofy, a kilku wykształconych mnichów stwierdziło, że jego krwawoczerwony kolor był niebiańskim znakiem tego, że świat chrześcijański zatopi się w morzu krwi, nim rok dobiegnie końca.

Niektórzy obawiali się, że będzie znacznie gorzej. Duchowny Tomasz ze Splitu, pisząc w swoim ojczystym porcie nad Adriatykiem, obrazowo przedstawił strach, który ogarnął ówczesnych Europejczyków.

 

Zdarzyło się niezwykle zdumiewające i przerażające zaćmienie słońca; dzień          pomroczniał, powietrze wypełniło się ciemnością, a gwiazdy na niebie wyglądały, jak gdyby była noc, a na zachód od słońca rozpromieniła się inna, większa gwiazda. Wszystkich objęło tak silne przerażenie, że ludzie zaczęli biegać dookoła bez celu, jak gdyby w demencji, myśląc, że oto nastąpił koniec świata.

                   Mimo tego, że widziano je w całej Europie, mówi się, że w Azji i Afryce nie wystąpiło. W tym samym roku  na północy pojawiła się kometa, która          wydawała się zwisać przez kilka dni nad samym Królestwem Węgier; i wzięto ją za omen wielkich i niesamowitych wydarzeń.

 

Wydarzenia przepowiedziane przez te i inne znaki z niebios wkrótce przekroczyły najgorsze oczekiwania i wryły się głęboko w zbiorową pamięć Europy. Trzeba przyznać, że kronikarzom nie było trudno przepowiadać wielkie katastrofy w 1241, słuchali oni bowiem opowieści naocznych świadków o tym, że wschodnia połowa kontynentu leżała w ruinie, a jej mieszkańcy zostali wyrżnięci w pień lub zniewoleni przez przerażających jeźdźców pochodzących z Azji.

Mateusz Paris, dobrze poinformowany mnich z St Albans, już w poprzednim roku  zapisał w swoich kronikach, że „wstrętny lud Szatana, nieskończone zastępy Tatarów wyruszyły ze swojego otoczonego górami domostwa i przebijając twarde skały [Kaukazu] rozlały się dalej jak diabły z czeluści piekielnych albo z Tartaru, słusznie więc nazywa się ich Tartari albo Tartarianami. Jak chmara szarańczy na obliczu świata przynieśli straszliwą ruinę Wschodnim Krańcom [Europy] pustosząc je ogniem i mieczem’.

W tym samym czasie książęta i królowie Europejscy udawali zaskoczenie i, w swojej ignorancji, woleli zrównywać zagrożenie imperium Czyngis Chana, które w tamtym momencie rozciągało się od Morza Chińskiego po Dniestr, z tymczasowymi wypadami band koczowniczych jeźdźców, z którymi doskonale radzili sobie uzbrojeni rycerze europejscy.

Liczono także, że nasyceni obfitymi łupami z ziemi książąt ruskich Tatarzy lub, jak powinniśmy ich poprawnie nazywać, Mongołowie, niepokojeni przez nikogo powróciliby, skąd przyszli.

W międzyczasie „zagrożenie tatarskie” jak wszystkie zagrożenia śmiertelnie niebezpiecznie wobec samego istnienia Europy wykorzystywane było przez wojujących na kontynencie władców do spełniania ich błahych ambicji.

Strona papieża Grzegorza zaczęła rozpuszczać plotki, jakoby Święty Cesarz Rzymski Fryderyk, „ten słynny przyjaciel i sojusznik Arabów, Żydów i heretyków” miał wezwać Tatarów i że „zagrożenie tatarskie” było niczym innym jak tylko podstępną strategią służącą do tego, by „zjednoczyć świat chrześcijański przeciwko Papieżowi”.

Inni woleli kontynuować dalej swoje pomniejsze zatargi i lokalne wojny, widząc w tatarskich zniszczeniach nawet swoistą okazję. Gdy do króla Anglii Henryka III przybyła delegacja złożona z Ismaelitów i Chrześcijan Rytu Wschodniego w poszukiwaniu pomocy przeciwko Tatarom,  Piotr, Biskup Winchester, przestrzegał króla przed jej udzieleniem: „Pozwólmy tym psom pozagryzać się nawzajem, aż się całkowicie wyplenią; wtedy, na ruinach, zbudujemy uniwersalny Kościół Katolicki i nastaną czasy jednego pasterza i jednego stada”.

Jednak wiosną tego fatalnego roku, kiedy okazało się, że Mongołowie są już w samym centrum Europy i mordują miliony wiernych katolickich – a nie wschodnich „psów” – na Węgrzech, w Czechach, na Śląsku i w Polsce, niektórzy zachodni władcy zaczęli dostrzegać ogromne rozmiary siły zagrażającej kontynentowi.

Kilku zrozumiało nawet, że jeśli nie udałoby się zjednoczyć świata chrześcijańskiego przeciwko Mongołom. to oni z ich krucjatami, wojenkami i niekończącym się sporem między Papieżem a Świętym Cesarzem Rzymskim wkrótce zostaliby zatopieni w morzu krwi przelanej przez azjatyckich najeźdźców.

Landgraf Turyngii wystosował następujące wezwanie do broni do księcia Boulogne i jego angielskich wasali:

 

Słuchajcie, wszystkie ludy Chrześcijaństwa, które wyznajecie krzyż    naszego Pana, i jęczycie w worach pokutnych, w poście i łzach i żałobie; niech wasze łzy płyną strumieniami. Bo oto nadszedł dzień pański, ten wielki i gorzki dzień. Niesłychane  prześladowanie Krzyża Chrystusowego przyszło z północy i zza morza, a ja, z niespokojnym umysłem i rozdartym sercem, ze strachliwym spojrzeniem i jękiem ducha, co jakiś czas oddychając głęboko, zamierzam opowiedzieć wam te historie najlepiej, jak mogę. Niepoliczalne ludy, ziejące nienawiścią do bliźniego i pełne niespotykanej nieprawości, krocząc po Ziemi z pogardą, spustoszyły cały świat od wschodu aż do granic naszego królestwa. Zniszczyli miasta, zamki, a nawet miasteczka handlowe, a życia nie darowali ani Chrześcijanom, ani Poganom, ani Żydom, mordując wszystkich bezlitośnie. Oni nie zjadają ludzi, tylko ich pożerają…

Ale by podsumować to wszystko w kilku słowach, wspomniani Tatarzy doszczętnie zniszczyli całą Ruś i Polskę aż do granic Królestwa Czech, i środkową część Węgier, i z zaskoczenia wkroczyli do miast, a ich włodarzy powywieszali na placach…

Proponujemy więc, by pochwycić broń i wziąć do ręki tarczę, i zasiąść w Królestwie Niebieskim. Bo wolelibyśmy zginąć w walce, niż zobaczyć, jak zło niszczy naszą ojczyznę. A jeśli nasza tarcza załamie się od pierwszych szczepów, jeśli nasz dom stanie w ogniu, jeśli nasza ziemia zostanie spustoszona, to okoliczne domostwa i prowincje dostaną sygnał. Żegnajcie!

 

Gdy mongolscy jeźdźcy wdzierali się coraz głębiej na zachód, dzwony zaczęły bić na alarm w całej Europie. Cesarz Fryderyk napisał do królów Anglii i Francji, zachęcając ich do tego, by się zbroili i szykowali na świętą wojnę.

Również i Papież zorientował się wkrótce, że Tatarzy nie byli wcale wytworem wyobraźni jego adwersarza i, kiedy ludzie Batu Chana wznosili stosy ofiarne z ciał pomordowanych Europejczyków, wezwał chrześcijan do krucjaty i wysłał duchownych, by nieśli krzyż. Jednak jego wezwanie zostało zignorowane, a krucjata nigdy nie doszła do skutku.

Stolica Apostolska, wciąż uznająca islam za najważniejszego wroga chrześcijańskiej Europy, wysłała trochę środków finansowych do znajdującego się w ciężkiej sytuacji Króla Węgier, by mógł kontynuować swoją walkę przeciwko Mongołom, a w tym samym czasie starała się prowadzić łagodną politykę wobec wyznających szamanizm – a więc, z religijnego punktu widzenia niezaangażowanych – Tatarów tak, aby mogli oni posłużyć w jej wielkim przedsięwzięciu: ostatecznym zniszczeniu potęgi Arabskiej i odzyskaniu Ziemi Świętej.

Rozniosła się wieść o tym, że gdy Europa płonęła, papież wolał walczyć z Tatarami bronią duchową i przekonwertować ich na chrześcijaństwo.

Tatarzy natomiast, nieświadomi zupełnie planów i machinacji Europejczyków, kontynuowali swój plan podboju świata. W napisanym w 1242 raporcie do swojego suwerena, zachowanym w Tajnej historii Mongołów,  Batu Chan zeznawał: „Dzięki mocy Wiecznych Niebios i błogosławieństwu Dworu Wielkiego Chana zrobiliśmy z ludów Rusi naszych niewolników. Jedenaście innych królestw znalazło się pod naszym jarzmem, a złote wędzidło zostało włożone im w usta.”

Nasz dygocący z przerażenia kontynent nagle zobaczył w tatarskich hordach „miecz Gniewu Boskiego za grzechy chrześcijan”, a w Batu Chanie, ich księciu, który przewodził inwazji w stronę Atlantyku „karzącą rózgę Boga”. Porównywano go również do Attyli.

Pod koniec roku rozmiar przeprowadzanego przez Tatarów holokaustu dał się poznać w całej swojej okazałości. Strach, panika i zamęt rozprzestrzeniły się po całym kontynencie wraz z przekazywanymi z ust do ust opowieściami o przerażającym tatarskim okrucieństwie i ich dokonywanych z zimną krwią mordach na milionach niewinnych ludzi.

Filip Mousket van Doornik, flamandzki kronikarz, pisał:

 

Et li Tartare fort et rice

Gueroiierent viers Osterrice

Et viers Hungrie derement…

Et s’ierent encor li Tataire

Dieu anemi, Dieu aviersaire

En la grant tiere de Roussie

Et voloient destuire Austriie.

 

(„Potężni i silni Tatarzy/Walczyli przeciwko Austrii/I przeciwko Węgrom straszliwie… I Tatarzy/Wrogowie Boga/Adwersarze Boga/Ruszyli przeciwko wielkiej ziemi Rusi/I chcieli zniszczyć Austrię.”)

W Nowy Rok droga na zachód Europy stała otworem, gdyż Tatarzy przekroczyli zamarznięty Dunaj i dostali się do Austrii. Wkrótce dotarli już pod dobrze ufortyfikowane miasto Wiener Neustadt. Heretycki ksiądz, pochodzący z Francji Iwo z Narbonny, który ukrywał się w miasteczku przed papieskim inkwizytorem,  zeznawał potem w liście do swojego biskupa, Malemorta z Bordeaux, przebieg oblężenia i następujące po nim wydarzenia:

 

Obecnego lata wspomniany lud zwany Tatarami, wyruszywszy z Węgier, które napadł zdradziecko, obległ miasteczko, które uczyniłem moim domem, wieloma tysiącami żołnierzy.     W owym miasteczku po naszej stronie nie było więcej niż 50 wojów, których wraz z 20 kusznikami kapitan pozostawił w miejscowym garnizonie. Wszyscy oni, widząc z góry ogromną armię przeciwnika i jej szatańską brutalność, tak zeznawali swoim przełożonym: Przerażające jęki chrześcijańskich poddanych jego wysokości, zaskoczonych nagle we wszystkich sąsiadujących prowincjach zostały brutalnie uciszone, bez względu na zdrowie, majątek, płeć czy wiek. A ich truchłami wodzowie tatarscy i ich dzicy podwładni obżerali się niczym najlepszymi ciastami, pozostawiając sępom jedynie gołe kości. Co dziwne, chciwe i wygłodniałe sępy stroniły jednak od pożywiania się tymi resztkami. Stare i niedołężne kobiety oddawali na pożarcie swoim psigłowym kanibalom, zwanym antropophagi tych piękniejszych nie zjadali, za to dusili je w przerażających i krwawych orgiach. Barbarzyńsko rozdziewiczali dziewki, aż umierały z wycieńczenia, po czym odcinali im piersi, by później przekazać je swoim dowódcom, które oni traktowali jako przysmak.

 

Tatarzy opuścili Środkową Europę tak szybko, jak się pojawili, a francuski heretyk mógł opowiedzieć swoją historię. Ich odwrót spowodowany był śmiercią Wielkiego Chana Ugedeja i następującym po niej kryzysem sukcesji, a nie – jak przekazywali duchowni kronikarze – męstwem kilku zachodnioeuropejskich książąt.

W każdym razie, zyskawszy na odwadze, siły chrześcijańskie pochwyciły pod Wiener Neustadt ośmiu tatarskich oficerów. Jeden z nich został przez austriackiego księcia Fryderyka Bitnego zidentyfikowany jako Anglik.

Było to zdumiewające odkrycie, graniczące z niemożliwością. Prawdopodobieństwo napotkania pośród pustoszących kontynent azjatyckich hord pochodzących z zachodnich rubieży naszego kontynentu Anglików podobne było do znalezienia tam Marsjan. Nie chodziło nawet o to, że Anglik przybył do Austrii z zupełnie odwrotnego kierunku, a raczej o to, w jak nieprawdopodobnym towarzystwie się tam znalazł. Za czasów Henryka III Anglia była krajem bardzo pobożnym i ostoją wiary katolickiej. Oprócz tego, w powszechnej świadomości większości Europejczyków Anglicy utożsamiani byli z wierną służbą kościołowi, królowi i ojczyźnie, a nie z realizowaną z zimną krwią zagładą milionów niewinnych. Ale jednak on się tam znalazł, rodowity Anglik, nie tylko ubrany jak reszta krwiożerczych jeźdźców, ale jako jeden z nich.

Ojciec księcia Fryderyka, Leopold, jedna z centralnych postaci piątej krucjaty, poznał go w Ziemi Świętej jakieś dwadzieścia cztery lata wcześniej. Ale sam Fryderyk również był świadomy istnienia „Anglika”, jak zwali go ci, z którymi przyszło mu negocjować jako pełnomocnikowi Tatarskiego Chana, jego osobistemu tłumaczowi i, według pogłosek, głowie jego siatki szpiegowskiej na Zachodzie.

Jego ostre metody negocjacji i dwulicowość nadawały mu aurę złowrogości. Jego imię nie było znane ani przez królów i książąt, z którymi negocjował, ani przez żadnych europejskich dyplomatów. Był dla nich po prostu „Anglikiem”, który zdradził wiarę chrześcijańską, zbrodniarzem wojennym.

Pierwszą poszlaką w poszukiwaniu tożsamości tej tajemniczej postaci i tego, jak wspomógł swoimi dyplomatycznymi umiejętnościami obce hordy niosące destrukcję Europie, jest jego przeszłość jako krzyżowca i obecność w Ziemi Świętej około roku 1218 i piątej wyprawy krzyżowej.

Inną wskazówką jest fakt, że musiał poruszać się w najwyższych kręgach dowództwa wyprawy, jeśli jego spotkanie z austriackim władcą zapamiętał na ponad dwadzieścia lat syn tego drugiego, bowiem książęta nie mieli w zwyczaju zwracać uwagi na zwykłych pielgrzymów.

Pomimo tego, że będąc ambasadorem Batu Chana ściśle strzegł swojej tożsamości, coś o jego pochodzeniu musiało być wiadome księciu Austrii. Niestety, francuski heretyk nic o tym nie napisał.

Uznał go jednak za na tyle fascynującego, by poświęcić mu cały list, umożliwiając w ten sposób ponowne odkrycie tego szczególnego Anglika ponad siedem wieków później.

Ojciec Iwo zapisał w liście niektóre fakty zeznane przez tajemniczego Anglika, niektóre natomiast pominął, najprawdopodobniej dlatego, że chciał wykorzystać tatarskiego ambasadora do odnowienia korespondencji ze swoim biskupem, by pokazać mu, że wyleczył się już z herezji. W pełnej emocji prośbie zachęcał biskupa Malemorta „by przekonać królów Francji, Anglii i Hiszpanii, pomiędzy którymi znajduje się ekscelencja, każdym możliwym sposobem, aby odłożyli na bok swoje prywatne spory na zawsze lub nawet na chwilę, i bezzwłocznie zwołali między sobą naradę, aby obmyślić, jak mogliby bezpiecznie pokonać wiele tysięcy tak zdziczały ludzi. Bo przysięgam na wiarę w Chrystusa, w której mam nadzieję odnaleźć zbawienie, że razem posłaliby te tatarskie potwory do piekła, samotnie natomiast zostaliby przez nie zniszczeni.”

W liście Ojca Iwo wiele informacji jest niepełnych, zniekształconych, a czasami nawet wewnętrznie sprzecznych; był on jednak ważnym punktem wyjścia w moim przedsięwzięciu, którego celem było poskładanie w całość zagadki niezwykłej kariery Anglika.

Po zabrnięciu w wiele ślepych zaułków i podjęciu kilku fałszywych tropów w archiwach tuzina państw europejskich i azjatyckich, udało mi się odnaleźć wystarczająco dużo źródeł z epoki, aby móc wskazać tajemnicze siły stojące za jego niezwykłymi przygodami i ustalić okoliczności, które pozwoliły mu przejść z szeregów „Armii Boga” do zastępów mongolskich hord.

Te nowe informacje, wraz z trzeźwym spojrzeniem na wybitnego człowieka porwanego przez wichry przeznaczenia, pozwolą nam na uczciwsze przesłuchanie Anglika niż to, któremu został poddany w Wiener Neustadt w 1242.

Anglik na pewno rozumiał, że jego szczęście się wyczerpało, a jego życie nie było warte nawet złamanego grosza. W ogarniętej wojną trzynastowiecznej Europie nawet obszerne i szczere zeznania mogłyby uratować życie co najwyżej pospolitego rabusia, a już na pewno nie jego.

Zeznając pod „takimi przysięgami, pod którymi można by zaufać nawet diabłu”, Anglik musiał liczyć na coś więcej niż tylko nikłą szansę wywinięcia się z bardzo ciężkiego położenia. Nawet z mglistego obrazu wyłaniającego się z tendencyjnego listu Ojca Iwo wyraźnie widać, że dyplomata próbował uzasadnić pobudki swoich działań i czyny w służbie Tatarskiej oraz odeprzeć zarzuty zdrady Chrześcijaństwa.

Pomimo tego, że na pewno był skłonny i chętny do mówienia, został, zgodnie z duchem epoki „zachęcony [torturowany to bliższy rzeczywistości termin] przez książąt, by wyznać prawdę o Tatarach, co bez wahania uczynił.”

Swoje zeznanie, przy którym obecny był Ojciec Iwo, zaczął od przyznania, że został „na wieczność wygnany z Królestwa Anglii ze względu na jego głośne zbrodnie”.

Następnie powiedział, że „wkrótce po wygnaniu, gdy liczył sobie 30 lat” wyjechał do miasta Akka w Ziemi Świętej.

Natura „popełnionych przez niego głośnych zbrodni” była dla Ojca Iwo albo zbyt skomplikowana, albo, co bardziej prawdopodobne, pozornie niepowiązana z oskarżeniami wysuniętymi wobec Anglika w Wiener Neustadt, nie napisał więc o nich nic więcej. Wiedząc jednak, że dożywotnie wygnanie było ulubioną metodą królów Anglii na pozbywanie się niebezpiecznych przestępców politycznych albo wysoko postawionych buntowników, których egzekucja przyniosłaby więcej problemów, niż by rozwiązała, możemy założyć, że tatarski dyplomata należał właśnie do tej kategorii.

Jeszcze poważniejszym dowodem na polityczny charakter jego kary był fakt, że „wkrótce po wygnaniu” udał się do Akki, a jego przyjazd tam pokrywa się z przybyciem   do Ziemi Świętej angielskiego kontyngentu piątej wyprawy krzyżowej.

Dokładny przegląd listy angielskich krzyżowców-pielgrzymów ukazuje nam wśród nich kilku przywódców – baronów walczących z królem Janem, a później jego synem Henrykiem, o Wielką Kartę Swobód, którzy zostali ekskomunikowani lub zesłani na wieczne wygnanie po stłumieniu powstania w 1217 roku.

Jedynym wyjściem dla ekskomunikowanych przez nieubłaganego legata papieskiego z obozu króla Henryka była pielgrzymka do Ziemi Świętej, która oferowała zdjęcie ekskomuniki i umożliwiała rozpoczęcie nowego życia. Całkowicie wyjaśnia to obecność Anglika w Akce w 1218.

Opowiedziawszy o incydencie, przez który został z miasta wyrzucony, Anglik zrelacjonował swoją dalszą tułaczkę po państwach Bliskiego Wschodu.

Wydaje się, że jego wybawieniem stał się nadzwyczajny talent do języków. Nawet Ojciec Iwo przyznał, niechętnie co prawda, że Anglik był „raczej zaznajomiony z literami”, co było wśród awanturniczych baronów Anglii niespotykane.

Ojciec Iwo relacjonował słowa Anglika: „w Chaldei począł zapisywać te słowa, które udało mu się usłyszeć i w krótkim czasie opanował ich wymowę do tego stopnia, że brano go za rdzennego mieszkańca; w ten sposób nauczył się jeszcze wielu języków”.

Jak wynika z zeznań Anglika, jego dar przyswajania języków obcych i mówienia nimi jak rodowity mieszkaniec obcych krajów przykuł uwagę tatarskich szpiegów zbierających informacje o słabościach rywali świata chrześcijańskiego. Wydaje się, że tatarscy agenci szukali dobrze wykształconych ludzi, których brakowało wśród koczowniczych ludów. Anglik, ze swoim talentem do języków i znajomością politycznych zawiłości Zachodniej Europy, był osobą, jakiej dwór Tatarskiego Chana potrzebował najbardziej.

„Tatarzy, dowiedziawszy się o nim dzięki szpiegom, siłą wciągnęli go do swojej społeczności…  Zwabili go wieloma nagrodami, które oferowali za wierną służbę, dlatego że potrzebowali tłumaczy” opowiadał Ojciec Iwo.

Ten nowy etap w burzliwym życiu usprawiedliwiany był przez oskarżonego tym, że Tatarzy rzekomo „siłą wciągnęli go do swojej społeczności” i, jako że nie miał wyboru, „służył im wiernie” zapewne również ze względu na „wiele nagród” oferowanych mu przez jego nowych panów. To dramatyczne zerwanie ze Światem Chrześcijańskim zaowocowało długą i męczącą podróżą do Karakorum, siedziby mongolskiej potęgi, do której nie trafił wcześniej jeszcze żaden Europejczyk. Wyprzedził Marco Polo o ponad pół wieku, jednak to sprawozdanie z podróży Wenecjanina zapewniło mu miejsce między wybitnymi postaciami Europy, podczas gdy Anglik został przez historię zapomniany,

Możliwe, że podczas przesłuchania kazano mu nie marnować czasu na nieważne szczegóły jego podróży, a może Ojciec Iwo po prostu nie widział powodu, aby umieszczać je w swoim liście. Francuski heretyk miał w końcu ważniejsze sprawy na głowie. Poza tym, w czasach kiedy, za wyjątkiem krzyżowców, większość Europejczyków nie ruszała się raczej ze swojej parafii, ludzie nie interesowali się podróżami rozumianymi dosłownie jako wyprawy poza granice świata. Musimy więc ruszyć śladami Anglika i dzięki nowo odnalezionym dokumentom, uzupełnić brakujące detale.

Relacja Ojca Iwo zawiera ważną wskazówkę dotyczącą szybkich awansów Anglika w służbie Mongolskiej oraz tego, w jak druzgocący sposób używał on swojej potęgi podczas swoich misji dyplomatycznych prawie dwie dekady później:

 

Człowiek ten, w imieniu najbrutalniejszego Króla Tatarów, dwukrotnie spotkał      się, jako posłaniec i tłumacz, z królem Węgier, grożąc i przepowiadając tragedie,        które miały stać się później, jeżeli król nie zostałby tatarskim lennikiem.

 

Wiele źródeł z epoki potwierdza, że pomiędzy 1238 i 1240 król Bela IV był wielokrotnie odwiedzany przez tatarskiego ambasadora, który groził mu i próbował nakłonić do bezwarunkowej kapitulacji. Bela, dumny władca wtedy silnego chrześcijańskiego królestwa, pełen religijnego zapału po prostu zignorował wiadomości niewiernych tatarów, czego ostatecznie pożałował.

Co jednak ważniejsze, nasz Anglik przyznał się podczas przesłuchania, że to on kierował tymi poselstwami. Oprócz zaskakującego odkrycia, że umiał porozumiewać się również po węgiersku, daje nam to większy wgląd w charakter jego służby u Tatarów niż cała reszta pozostawionych przezeń zeznań.

Widzimy zatem, że Anglik nie był jakimś prostym tłumaczem, od którego pozycji zaczynał, a pełnomocnikiem z prawdziwego zdarzenia. Gdy przyjrzymy się nazwiskom sześćdziesięciu mongolskich ambasadorów, którzy występowali w imieniu Chanów w Europie Wschodniej między połową trzynastego a czternastym wiekiem, zorientujemy się, że stanowisko to, z jedynie dwoma wyjątkami, zarezerwowane było dla Mongołów i innych narodów Azji Centralnej, co podkreśla szacunek i zaufanie, jakim Batu Chan darzył Anglika.

Kim zatem był ów tajemniczy Anglik, który, kierując się sprytem w całkowicie obcym mu świecie, pokonał z niewielkim wysiłkiem wszelkie przeciwności, i używał swojej pozycji by tak bezdusznie zwodzić i niszczyć nieostrożne królestwa. Sam bowiem wspomniał, że „tymi bzdurami [Mongołowie] nakłaniali pomniejszych władców by wchodzili z nimi w układy, książęta ci ginęli jednak tak samo jak reszta”.

Aby zidentyfikować go i rozwiać po 736 latach aurę tajemniczości, którą sam wokół siebie roztoczył, koniecznym było przyjrzeć się bliżej przyczynom i okolicznościom jego wygnania z Anglii.

Krytyczne spojrzenie na powstanie baronów przeciwko despotycznym rządom króla Jana pomogło umieścić „zbrodnię” Anglika w odpowiednim kontekście społeczno-politycznym, a zagłębienie się w materiały zebrane przez kronikarzy, „którzy żyli podczas panowania królów i wszystko, co widzieli lub słyszeli, skrupulatnie spisywali”, jak wyraził to jeden z nich, pozwoliło dowiedzieć się prawdy o owym Angliku.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gabriel-ronay-anglik-tatarskiego-chana-tlumaczenie-gabriel-maciejewski-jr/

No i nowości

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

maj 122024
 

Co jakiś czas, ktoś prosi mnie, bym napisał coś pozytywnego. Jest mi niezmiernie trudno, albowiem im głębiej analizujemy przeszłość, tym mniej pozytywów tam znajdujemy. Kiedy zabieramy się za ocenę teraźniejszości jest jeszcze gorzej bo trafiamy, dla przykładu, na informację, że Tomasz Sakiewicz będzie sprzedawał czapki a la Trump z napisem – make great Poland again. Premier Morawiecki już się w takiej czapce fotografuje. Jeśli to skonfrontujemy z komentarzami, tymi nocnymi, czyli tłumaczeniem pana Vestera między innymi, umieszczonymi pod wczorajszym tekstem, odechce nam się wszystkiego. Tak, jak napisałem wczoraj, nie da się jednak żyć bez optymizmu, bo zwariujemy. Mamy świadomość pewnych spraw i już tego, co nam się w głowach pootwierało nie zamkniemy. Czytanie zaś o historykach, którzy w archiwum wiedeńskim nie widzieli dokumentów dotyczących Zygmunta III jest gorsze niż oglądanie filmów z Karolakiem. Zacząłem się więc zastanawiać gdzie szukać tego optymizmu? No i po umieszczeniu tu notki na temat Podlasia zrozumiałem, że w terenie. Nigdzie więcej go nie ma. Polska, szczególnie prowincjonalna wygląda świetnie. Nikt tego nie pokazuje, bo wszyscy są zajęci mejkowaniem grejt egejn, albo innymi jakimiś pierdołami, czyli głównie lansem własnych osób. Postanowiłem więc, że wzorem dawnym, kiedy to na blogu ukazywały się różne cykle, będzie tu istniał cykl notek zatytułowanych „Krajobraz z wilgą”. Wszyscy wiedzą skąd pochodzi ten cytat i niczego dodawać nie trzeba. W notkach tych będziemy pokazywać uroki Polski prowincjonalnej, które nie wiadomo kiedy mogą przeminąć, albowiem nikogo ta Polska nie obchodzi. Wszyscy są tak silnie zajęci budowaniem wspólnej Europy, albo wizją przyszłości pod własnym, światłym przywództwem, że nie zauważają tego co jest. I nie traktują tego, jako wartości najważniejszej. Potem będą się dziwić dlaczego znów ktoś nas zrujnował.

Zaczynamy więc. Dziś to, co mam najbliżej czyli ścisłe centrum Grodziska Mazowieckiego. Obiecuję Wam, że będą też inne ciekawe rzeczy. Powtarzam też Polska jaką widzimy dziś z okien aut i pociągów, to jedne źródło optymizmu, jakie mamy. Korzystajmy więc z niego, póki jest. No, a teraz lecimy…

To co tu widzicie to nowy ratusz w Grodzisku. Podkreślam – w Grodzisku Mazowieckim – mieście na nizinie, gdzie nie ma żadnych terenowych atrakcji, poza gliniankami przy wylocie na autorstadę, położonymi po obu stronach obwodnicy, a architektura była do niedawna zestandaryzowana i jak wszędzie i składała się z pożydowskich kamienic. Ratusz to ten budynek z ciemnego szkła, okalający półkolem willę z wieżą, gdzie mieści się urząd stanu cywilnego. Naprzeciwko mamy Centrum Kultury, którego nie fotografowałem, choć jest fajne, może kiedyś to nadrobię. To co widać za willą, to jeden z budynków sądu rejonowego, też świetnie odnowionym charakterystyczny dla przedwojennej architektury miasta.

 

To co mamy tutaj, na tej fotografii, to fontanna w parku, przy samym niemal dworcu. Właśnie kwitną głogi. Park przy restauracji „Piknik”, gdzie wystawione są leżaki, to fragment dawnego, dworskiego parku Skarbków. W ich dworze mieści się dziś szkoła muzyczna, stoi on kawałek od tego miejsca. Jak zjeżdżamy z wiaduktu i stajemy w korku, to mamy ten dworek po lewej stronie. Ten fragment miasta był kiedyś osobną miejscowością i nosił nazwę – Jordanowice. Jest to chyba najbardziej uczęszczane miejsce w Grodzisku, ale jest gdzie się tam schować, miejsca jest dużo i nikt nikomu nie przeszkadza. I co najważniejsze – wieczorami jest oświetlone, nawet zimą więc, szczególnie kiedy spadnie trochę śniegu, wygląda świetnie.

 

 

W parku jest tężnia. Bynajmniej nie mała, stale ktoś tam siedzi i poprawia sobie kondycje i samopoczucie inhalacjami. Tężnie są też w niektórych wsiach, wokół Groziska, na przykład w Cegłowie. Podkreślam to, żeby po kolejnej katastrofie dziejowej, którą wywołają jacyś durnie lub agenci, ludzie mogli sobie westchnąć i powiedzieć – ech, kiedyś to nawet w Cegłowie była tężnia. A tu tężnia Grodziska

Dworzec w Grodzisku, jak wszystkie dworce na trasie kolej Warszawsko-Wiedeńskiej, ma osobny styl. Nazwijmy go klasycyzującym. Ciągle czekamy, kiedy będą się tu zatrzymywać pociągi dalekobieżne, na razie stają tylko niektóre. Na przykład w wakacje da się stąd dojechać bezpośrednio do Krakowa. I ponoć też nad morze, ale pewien nie jestem. Dworzec jest wielki i dobrze utrzymany, co podkreślam.

Przy dworcu jest pomnik kolejarza. I tu krótka gawęda. Co jakiś czas, nieznani mi durnie kradną kolejarzowi lampę. Potem lampa wraca, a oni znów ją kradną. Kiedyś o mało nie doszło do takiej kradzieży przy mnie. Facet z brodą, na dobrym rowerze, lat około 30, wyglądający na bywalca siłowni, podjechał w ekspresowym tempie do kolejarza, zsiadł z roweru i usiłował oderwać lampę, którą dopiero co zawieszono. Wiem, bo byłem tam dzień wcześniej i jej nie było. Zorientował się, że stoję z boku, uśmiechnął się głupkowato, wsiadł na rower i odjechał. Dziś lampa znów wisi, mam nadzieję, że już zostanie. Nie wiem kim trzeba być, żeby wpadać na takie pomysły. Wyborcą Trzeciej Drogi chyba….

 

W Grodzisku są dwa kompleksy stawów. Jeden duży, gdzie jest przystań i można pływać rowerami wodnymi, kajakami, a nawet żaglówkami, a drugi mniejszy, gdzie jest czystsza woda i pływają tam wielkie ryby. Zacznę od tego pierwszego, bo tylko stamtąd mam zdjęcia. To są tak zwane Stawy Walczewskiego, czyli kompleks rekreacyjny z boiskami do siatkówki plażowej, przystanią i punktami gastronomicznymi, a także restauracją „Winogrono”. Stawy przedzielone są zwężeniem, nad którym zawieszona jest kładka. Wokół nich porozstawiane są altanki, które zwykle okupuje młodzież popijająca piwo, ale jest ona przeważnie grzeczna. Tam też zwykle jest dużo ludzi, ale trendt wypoczynkowy jest o wiele bardziej dynamiczny niż w parku przy dworcu. Ten drugi staw, to Staw Goliana, tam też jest boisko do siatkówki, ale twarde i plac zabaw dla dzieci, przychodzą tam głównie matki z wózkami i przedszkolakami.

Tu macie przystań i totem, który został wyrzeźbiony z olbrzymiej topoli, tak wielkiej że zaczęła w końcu zagrażać życiu odwiedzających Stawy Walczewskiego. Gałęzie spadały z niej przy każdym, większym podmuchu wiatru i coś trzeba było z tym zrobić. Ponoć jest to najwyższa tego typu rzeźba w Europie? Głowy nie dam, ale ludzie tak gadają.

Na koniec zostawiam Wam kościół św. Anny, znajdujący się w środku miasta, tuż przy deptaku. Z drugiej strony deptaka jest dworzec. Jak ktoś się chce wybrać do Grodziska, zjeść coś smacznego, spróbować miejscowych lodów z mobilnej budki, prowadzonej przez bardzo sympatyczną panią, zapraszam. Po spacerze można iść na mszę. Musicie jednak wygospodarować ze trzy godziny, bo tyle Wam zajmie obejście tylko tych obiektów, które tu pokazałem, a są jeszcze inne.

 

Ale, ale…to jeszcze nie koniec. Kościół jest z jednej strony deptaka, z drugiej dworzec, ale na samym końcu deptaka, przy dworcu stoi pomnik Józefa Chełmońskiego. Przy okazji pokażę Wam kilka miejsc wokół Grodziska związanych z Chełmońskim, który mieszkał tu po powrocie z Paryża, kiedy koniunktura na jego obrazy sie załamała. Udało mu się uciec z resztą pieniędzy i zainstalować w Kuklówce pod Grodziskiem. W mieście jest kilka kopi obrazów Chełmońskiego, wiszą na ścianach kamienic przy deptaku, jest też kilka żartów malarskich korespondujących z jego twórczością. Gołębie trochę zapaskudziły pana Józefa, ale tak to już jest z gołębiami.

I nie mówcie mi, że nie ma w tym optymizmu? Przeleciałem pędem przez miasto, zrobiłem kilka zdjęć i jeszcze zakupy w Lidlu, no i wyszedł taki reportaż. Jestem zbudowany swoją postawą. I tym, że wpadłem na taki pomysł. To be continued. Poland is already great.

Przypominam, że sprzedajemy tu książki. Także takie, które opisują panowanie Zygmunta III Wazy.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gniew-bitwa-wazow-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/o-ujscie-wisly-wielka-wojna-pruska-adam-szelagowski/

maj 112024
 

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Musimy zmienić nieco strategię, albowiem gołym okiem widoczny jest odpływ czytelników z naszego bloga. Nie będę tu wskazywał przyczyn, ale każdy może się tego sam domyślić. Ja sam nie jestem tu bez winy. Wobec przypadków jawnego obłędu jakie mnożą się w otaczającym nas świecie politycznym, czytelnicy nie chcą najwyraźniej zajmować się tematami, które tu poruszamy. Traktują je – jak sądzę – jako dodatkowe jeszcze obciążenie. I jakiś ciężar, który wrzucamy im na plecy. Ja to rozumiem, ale także domagam się zrozumienia. Kierowanie wydawnictwem przypomina manewrowanie wielką jakąś jednostką pływającą na małym akwenie. Raz podjęta decyzja musi być zrealizowana i nie można się wycofać, bo straty będą poważne. Jakoś tak się złożyło, że treści naszego bloga bardziej są złączone z polityką rozumianą ogólnie, a mniej z polityką wydawniczą, od której zależy nasza egzystencja. Tymczasem koniunktura, która nas wyniosła do góry, koniunktura polityczna zaczyna słabnąć, a przyczyną tego są sukcesy KO i promocja Donalda Tuska przez wszystkie media, z prawicowymi włącznie. Przypomnę, że w chwili kiedy PiS zaczynał iść do sukcesu cały Internet, w dodatku za darmo, pracował na rzecz partii. Dziś w mediach społecznościowych ludzie nie radzący sobie z tekstem większym niż tweet wskazują na różnych partyjnych zbawicieli, którzy mają nas uratować przez Tuskiem. Wszyscy ci wskazani są niestety jakimiś niewydolnymi komediantami. To się zakończy katastrofą. Trzeba więc ciąć liny, zanim upadek politycznej koniunktury pociągnie nas na dno. Tak się nie musi stać, albowiem jako byt ważymy mało i jest szansa, że utrzymamy się na powierzchni, nawet wtedy kiedy wszyscy pisowscy aktywiści napakują kieszenie ołowiem i wejdą na pokład podśpiewując wesoło. Trzeba jednak uważać. Całe szczęście mamy magazyn pełen książek i możemy posługiwać się ich treścią kreując nową zupełnie jakość. Może to coś da, kto wie…

Dziś zacznę publikować fragmenty wydanych przez nas książek. Trochę dlatego, żeby przypomnieć o tym, że są. Trochę dlatego, by wskazać jak ważne tematy poruszają, a trochę też dlatego, że mam masę pracy z kolejnymi książkami i muszę się trochę oderwać od bloga. Nie powiem – jestem też rozczarowany nieco wcale nie nadmiernym zainteresowaniem naszymi nowymi publikacjami. Spodziewałem się, że będzie lepiej. No, ale składam to na karb zbyt wielkiego obciążenia czytelników, widzów, wyborców w ogóle, nędzą ogólną życia publicznego i narastającym szaleństwem. Bo i cóż tu rzec, kiedy okazuje się, że sędzia NSA, który wywodzi się ze środowiska kibiców ultrasów, okazuje się być szpiegiem i ucieka do wrogiego kraju? Jakie z takiej sytuacji płyną wnioski? No niewesołe, a da się je ująć w taką formułę: administracja państwa wykuwana jest w środowiskach marginesowych, niemal przestępczych, które są kreacją służb – już od dawna. Nie wiadomo tylko czyich. Jaka jest skala tego zjawiska? Nie wiemy. Coś jednak możemy powiedzieć o urzędnikach wyłonionych  z tego systemu. To, na przykład, że nie będzie się już w nim liczyć kim jest urzędnik, co posiada, kogo zna i kto za nim stoi. Liczyć się będzie wyłącznie to do czego jest zdolny. Niektórzy się łudzą, że pan sędzia, co uciekł na Białoruś, to jakiś niedorobieniec, gapcio czy ktoś podobny. Nie przypuszczam. Myślę, że jest to osobnik, który byłby w stanie, bez większego problemu, zaatakować człowieka kijem do bejsbola. Bo o to w tej rekrutacji chodzi. Dlatego też wybrałem dla Was, na dzień dzisiejszy, fragment książki Adama Szelągowskiego „O ujście Wisły. Wielka wojna pruska”, o tym, jak w czasach, o których wiemy naprawdę mało, rekrutowano urzędników państwa. I jakie cechy się wówczas dla władzy liczyły. Oto opowieść o Jakubie Zadziku.

Jeżeli prawdą jest, że w Rzeczypospolitej brakowało sprawnego rządu, a jeszcze bardziej podwładnych i zależnych od niego prowincjonalnych organów; jeżeli prawdą jest, że urzędy i dostojeństwa Rzeczypospolitej były prawie niezależne od króla, a od ich inicjatywy, rozumu i poświęcenia zawisł był nieraz spokój, porządek i bezpieczeństwo granic, to zrozumiemy, jaką wagę w takiej chwili, kiedy nieprzyjaciel z północy przedsiębrał najazd na Rzeczpospolitą, posiadało pytanie, kogo ma ta prowincja na swoim czele, kto weźmie na siebie ciężar obrony, ciężą tylu spraw połączonych z wojną i obroną granic.

Pod tym względem tytuł pierwszeństwa przypadał był księciu biskupowi warmińskiemu, ale osobą jego był małoletni syn Zygmunta III, królewicz Jan Albert. Z dygnitarzy świeckich – najdzielniejszy Jan Wejher, wojewoda malborski, później chełmiński, legł był w grobie właśnie przed samą wyprawą. Mówiliśmy, jak pozostali dostojnicy ratowali się ucieczką w obliczu nieprzyjaciela – zarówno administrator Warmii, Michał Działyński, biskup hyppoński, jak i biskup kujawski, Andrzej Lipski, jak i kasztelan elbląski, Fabian Czema, oraz wojewoda malborski, Samuel Konarski. Na szczęście Zygmunt III mógł liczyć na jedną osobistość z pośród dygnitarzy pruskich, która niestety w czasie najazdu Gustawa była nieobecną w Prusiech, a tą byt biskup chełmiński, Jakub Zadzik.

Byt to człowiek, o którym późniejszy król Władysław IV, polecając go Stolicy Apostolskiej na jedno z najwyższych dostojeństw kościelnych Rzeczypospolitej – biskupstwo krakowskie, wyraża się jako o ozdobie i podporze (fulcrum) panowania jego i jego ojca, człowiek, któremu po zgonie współcześni (Starowolski) wystawili świadectwo ostatniego wielkiego biskupa krakowskiego, typ tak powszedni dygnitarza duchownego w Rzeczypospolitej, który podług wyrażenia nuncjusza więcej ma do czynienia z polityką, aniżeli z mszałem i brewiarzem, lecz zarazem jednostka, którą historyk może włączyć w liczbę tych nadzwyczajnych postaci XVII st., będących mistrzami sztuki dyplomatycznej na arenie wielkoświatowej na równi z Oxenstierną, Richelieu’m; dla nas samych zjawisko niezrozumiałe ze względu na swój wpływ znaczenia i poważania nie tylko w kraju, ale i poza granicami jego, co potwierdzają świadectwa najznakomitszych ludzi ówczesnych w Europie, jak cesarza Ferdynanda II, Gustawa Adolfa, Oxenstierny – godnością swą w Rzeczypospolitej tak samo wielki, jak i majątkiem swoim, a raczej nie swoim, tylko biskupim – w każdym razie magnackim, którego miarą mogą służyć choćby te pałace, które odnawiał, jak lubawski, kielecki, albo i sam budował, jak warszawski, nie mówiąc o innych rezydencjach biskupich, które posiadał, jak w Szczurowie, Lipowie, Radłowie. Z tym człowiekiem musimy się teraz zapoznać.

Dziwna rzecz, przyzwyczailiśmy się patrzeć na społeczeństwo polskie XVII w. jako na bagno, przykryte pleśnią skostniałości i strupieszałości szlacheckiej. Na pozór znikąd dopływu jakiegoś prądu młodszego, świeższego – wszystko trwa jakby zakamieniałe, i tę ostygłość, i to skostnienie uważa się za dogmat polityczny, dogmat szlachecki. Nad społeczeństwem polskim pierwszej polowy XVII w. unosi się atmosfera kastowości. «Czystość krwi» – alboż nie wiemy, jak pilnie jej strzeżono w domu i na polu publicznym, co za obraza mieściła się w zarzucie nieszlachectwa, i jak trudno, prawie niepodobieństwem było przedzierżgnąć się plebejuszowi w szlachcica i na odwrót szlachcica pogrążyć w odmęcie szarej masy pospólstwa.

Nie uwierzylibyśmy prawie oczom swoim, gdybyśmy znaleźli poza tymi herbami, które przybierano sobie, Korabia, Janiny, plebejuszowskie pochodzenie, gdybyśmy się później nie przekonali, że niejedna z tych genealogii, które podał Niesiecki, była przyczepioną do istotnych zasług, ale nie rodowych tylko osobistych człowieka, który się wybił. Przypisywalibyśmy, jak współcześni, zarzut taki nieszlachectwa wymysłowi wrogów, paszkwilstwu, które też istotnie nieraz z umysłu wyciągało takie sprawy. Ale najmniej będziemy skłonni w to wątpić, jeśli spotkamy się ze świadectwem poufnym osób, które takie jednostki plebejuszowskiego pochodzenia najczęściej pomimo i wbrew szlachty, popierały, a zwłaszcza, jeśli tą osobą jest sam król Zygmunt III.

O królu Zygmuncie, jako panującym, można mówić, co się chce, ale jako monarcha, pełen poczucia swej władzy zwierzchniczej nad poddanymi, nie miał żadnych uprzedzeń i przesądów kastowych. Nie posiadał nawet tego, co miał jego brat stryjeczny, Gustaw Adolf – słabości do szlachty, jako do sfery, która z obowiązku w pierwszym rzędzie powinna pomagać mu i dzielić się z nim pracą w służbie wojennej i zarządzie państwa. Zygmunt III nadto stawiał wysoko osobę swą w tej Rzeczypospolitej, w której chciano mieć króla za lalkę malowaną, i może nawet czynił to ze szkodą swoją, nie próbując tak spopularyzować się i zbliżyć do warstwy szlacheckiej, jak to uczynił jego następca i syn Władysław IV.

Nie dziwmy się przeto, jeśli w otoczeniu króla spotkamy sekretarza królewskiego, Pawła Piaseckiego, późniejszego biskupa przemyskiego i znanego historyka, i to w liczbie «najmilszych i najzaufańszych sług», który nie jest nobilis natu. Podobnież łatwiej przychodzi pojąć wybicie się za rządów takiego króla na pierwsze stanowisko w państwie i na jedną z głównych godności duchownych w następstwie po królewiczu i kardynale (Janie Albercie), człowieka, o którym na początku jego kariery w liście własnoręcznym do papieża Zygmunt III wyraża się, jako o mieszczaninie z pochodzenia.

Jakąż więc wartość posiada dla nas cały rodowód Zadzika, podany przez Starowolskiego a przytoczony za nim u Niesieckiego, w którym obydwaj podają, że biskup nasz wywodzi się z bardzo starożytnego rodu Korabitów, że już w XII w. jeden z jego przodków zasiadał na stolicy krakowskiej, że Zadzikowie pochodzą z Rawskiego, skąd przesiedlili się później w Sieradzkie, że uczynił to Piotr z Wielkiego Poradowa (w rawskiem), który pojął za żonę niejaką Drużbińską (z województwa sieradzkiego), że syn tegoż Piotra a dziad naszego bohatera – Wojciech Zadzik biegle władał językiem arabskim i był używany do poselstw na Wschód przez króla Zygmunta Augusta, tudzież odznaczył się żołnierką, i że z jego dzieci (byt ożeniony z Puczkówną) jeden Stefan, wojski sieradzki, umarł bezpotomnie, a drugi Jan wydał na świat 6 córek i tyleż synów, w liczbie których był i przyszły kanclerz.

Z tej genealogii jedynie prawdziwymi mogą być tylko imiona rodziców i rodzeństwa Jakuba Zadzika. Ojciec jego byt ożeniony z Jadwigą Borszówną (rodem z Pruskiego). Rodzice byli ubodzy (patrimonio tenui), ale gdzie mieszkali i czym się trudnili nie da się tego powiedzieć. Nawet miejsce urodzenia przyszłego wielkiego dyplomaty i męża stanu podawane jest sprzecznie. Rzechta (Rzgów?) w województwie Sieradzkim, jak chce Starowolski, czy Drużbin tamże, miejsce spoczynku wiecznego jego rodziców, gdzie wybudował kościół.

Z tego mroku i niewiadomości atmosfery i stosunków rodzinnych Zadzika mogłaby nas w części wyprowadzić historia jego braci i sióstr, których, jakeśmy widzieli, było aż dwanaścioro. Imiona i losy tych ostatnich nie mogły być tak łatwo zmyślone, jak ów mityczny Piotr z Poradowa, albo Wojciech, tłumacz arabski, bo przecież biskup stykał się z nimi, zgłosili się po nim o jakąś schedę, ale i tutaj niewiele szczegółów nowych przybywa. Z sześciu sióstr trzy umarły; jedna Katarzyna była zakonnicą u Franciszkanek w Krakowie, dwie drugie powychodziły za mąż za szlachciców: Anna za Wojciecha Sarnowskiego, chorążego łęczyckiego, Ewa za Jana Łowickiego, kasztelana inowrocławskiego (był posłem a nawet marszałkiem koła rycerskiego na Sejmie w r. 1624). Obydwóch partie średnie ziemiańskie, łatwe do wytłumaczenia ze względu na karierę i stanowisko duchowne brata. Męskie jego rodzeństwo nie odznaczyło się również niczym. Jeden z braci, Hieronim, w szkołach młodo umarł. Inni służyli wojskowo: ten poległ na wyprawie moskiewskiej (Maciej), ów zginął przy oblężeniu Kamieńca (Remigiusz), trzeci (Stanisław), a zapewne także i czwarty Jan, chorąży sieradzki, który pojął za żonę nawet córkę senatorską, Teofilę Kretkowską, wojewodziankę brzeskokujawską, byli też żołnierzami. Ale komu mógł w tych czasach imponować zawód żołnierski, bezwarunkowo jeden z najuboższych, a dodajmy, niestety, i najbardziej poniewieranych w Polsce, tak dalece to pojęcie żołnierza łączyło się z pojęciem swawoli, rozboju, łupiestwa (lisowczycy), tyle w tym zawodzie mieściło się szumowin i wyrzutków społeczeństwa najróżnorodniejszego pochodzenia, już nie mówię, miejscowego szlacheckiego czy plebejuszowskiego, ale i kresowego, kozackiego.

W takich warunkach rodzinnych potrzeba było jakiegoś nadzwyczajnego trafu, szczęśliwego zrządzenia losów, ażeby się wybić, ażeby utorować sobie drogę w świecie. Nie mogli to być przecież rodzice, którzy daliby odpowiednie po temu zasoby i przygotowanie Zadzikowi.

Urodził się Jakub około r. 1582, choć data ta nie jest stwierdzona. Pierwsze nauki pobierał w kraju – początkowo w Kolegium jezuickiem w Kaliszu, a później w Akademii krakowskiej, gdzie uczył się wszystkiego, a więc historii i geografii, prawa świeckiego i kanonicznego przez lat pięć. Następnie wyjechał na dalsze studia za granicę. Na czyj koszt, nie wiadomo: Warzyckiego, jak mówi Starowolski, czy Boboli, jak mówi inna wersja – trudno orzec. W Perugii słuchał przez 3 lata prawa rzymskiego, tutaj na lawie szkolnej zadzierzgnął się węzeł przyjaźni pomiędzy nim a Stanisławem Łubieńskim, późniejszym biskupem łuckim i płockim, oraz podkanclerzem Zygmunta. Tutaj otrzymał stopień doktorski. W Rzymie włożył na siebie suknię kapłańską.

Od pierwszych kroków życia młodocianego Jakuba Zadzika musimy przypuszczać czyjąś opiekę, czyjąś życzliwą rękę, rozciągającą się nad nim. Kto byt tym jego protektorem? Mamy świadectwa o popieraniu go przez Stanisława Warzyckiego, podskarbiego kor., oraz jakiegoś dalekiego jego powinowatego. Inna wersja mówi o słynnym podkomorzym kor., Andrzeju Boboli, pod którego okiem miał być wychowany, i przez którego miał być lubiany i polecany królowi jeszcze w czasie swej małoletniości. To pewne, że lubił i popierał go Maciej Pstrokoński, kanclerz kor. Tymi samymi względami Zadzik cieszył się i u jego następcy, Wawrzyńca Gembickiego. Miał kolegów szkolnych nawet przyjaciół pośród ludzi tak znakomitych, jak obydwaj bracia Łubieńscy, jeden Stanisław, znakomity historyk, późniejszy biskup płocki; drugi Maciej, późniejszy prymas Rzpltej, oraz Jan Wężyk, który doszedł do tego samego zaszczytu. Co więcej, żył nawet podobno w zażyłych stosunkach z Jerzym Zbaraskim, co mu chyba w karierze dworskiej pomagać nie mogło. Tylu przyjaciół, tylu opiekunów, tak możnych i tak różnorodnych, trzebaż było istotnie mieć jakieś niezwykle dary umysłu i serca, ażeby ich do siebie pociągnąć.

Po powrocie do kraju Zadzik od razu rozpoczyna służbę dyplomatyczną w kancelarii królewskiej przy boku biskupa przemyskiego, Macieja Pstrokońskiego. Był już kanonikiem gnieźnieńskim i opatem tynieckim, kiedy zwierzchnik jego, a także i protektor składał pieczęć wielką kor., posuwając się w hierarchii duchownej na wyższy szczebel z biskupstwa przemyskiego na kujawskie. Król wysłał był wtedy Zadzika po tę nominacyę do Rzymu, ale w gruncie rzeczy celem jego misji musiała być jakaś inna sprawa dyplomatyczna, którą powierzył mu król, a której tłem była zapewne gotująca się wyprawa moskiewska.

Także i czasu tego drugiego pobytu swego w stolicy ówczesnego świata Zadzik użył na kształcenie się w polityce, wymowie, historii i prawie kanonicznym. Nie wiemy, jak długo trwał powtórny pobyt jego w Rzymie, ale już w 3 lata później znów go zastajemy przy boku następcy Pstrokońskiego, kanclerzego Wawrzyńca Gembickiego, który poleca mu jakąś misję tajną do króla, bawiącego wówczas w obozie pod Smoleńskiem. Zadzik wypełnią ją ku zadowoleniu króla, czego dowodem list tegoż, polecający go papieżowi na kanonię krakowską po śmierci Zygmunta Rościszewskiego. Stamtąd Zadzik jedzie w imieniu króla na sejmik wielkopolski do środy, aby nakłonić szlachtę do podatków na tę wojnę.

W tymże czasie Gembicki używał go i do innych misji. Tak w dwa lata później znajdujemy go znów przy boku tegoż dygnitarza, zajmującego podówczas stolicę biskupią kujawską, wysłanego na komisję bydgoską dla zapłaty żołnierza. Rola, jaką tam Zadzik wypełniał, streszcza się w tych własnoręcznie przez niego napisanych wyrazach: «kiedy już wróciłem teraz z obcych krajów i zaczynam przystępować do służby Rzeczypospolitej, sądzę być rzeczą piękną i użyteczną zajmować umysł radami i czynami tych, którzy służąc długo i wiele Rzeczypospolitej, są i uchodzą zgodnie za ludzi mądrych». Pod tymi ludźmi Zadzik ma na myśli przede wszystkim swego opiekuna Gembickiego, na pochwały którego nie szczędzi miejsca. Nie wpada przy tym Zadzik w ton panegiryczny, zastrzegając, że zasługa mierzy się nie siwizną, nie zmarszczkami, nie szeregiem lat, lecz czynami chwalebnymi.

Kanonik, później kustosz warszawski, dziekan poznański, kanonik krakowski, proboszcz kościoła św. Michała na zamku krakowskim, opat tyniecki – tak «zlekka rósł Zadzik do najwyższych preletur». Na dworze był lubiany przez króla, przez wszystkich poważany, «dla dowcipu z natury wielkiego, rozsądku wytwornego, zdrowej rady», jak powiadali współcześni.

Niemało przyczyniał się do tego sam wygląd zewnętrzny Zadzika: wzrostu wysokiego, szczupły choć silnie zbudowany, o wesołych oczach i krzaczastych brwiach, tak przedstawiają go nam współcześni. W stroju i w gościnie pomiarkowany, choć wystawny, mógł dobrze znaleźć się w życiu towarzyskim ówczesnym, obdarzony był przy tym piękną wymową, co zawsze w krajach wolnych reprezentacyjnych ma duże znaczenie.

Za kanclerstwa Stanisława Żółkiewskiego przypadł mu obowiązek zarządzania kancelarią królewską (regensa kancelarii) wraz z tytułem wielkiego sekretarza. Godność ta na dworze królewskim była bardzo wybitna. Sekretarz znosił się w imieniu króla ze wszystkimi najwyższymi urzędnikami. Stał wyżej ponad wszystkie inne urzędy dworskie, nawet przed referendarzem kor. Brał udział w tajnych naradach senatu, (oczywista nie zasiadając pośród senatorów, ale stojąc za królem), z których nawet mniejsi kasztelanowie byli wykluczeni.

Po tragicznym zgonie w. hetmana i kanclerza kor., Stanisława Żółkiewskiego, pod Cecorą i po uchwaleniu przez Sejm wyprawy tureckiej, na Zadzika spadł ciężar zawiadywania sprawami nie tylko administracyjnymi, ale i wojskowymi. Zadzik płacił żołd i zaciągał żołnierzy: «turbatim (tłumnie) za mną, jako za jakim pułkownikiem chodzą», pisał żartobliwie do ks. Wołłowicza, biskupa wileńskiego. Jakie przy tym były trudności, widać stąd, że dla 15 tys. husarii nie można było znaleźć dostatecznej liczby rotmistrzów. Na 50 tys. żołnierza – warunek, pod którym Karol Chodkiewicz zgodził się objąć naczelne dowództwo – nie starczyło 8 poborów, uchwalonych na Sejmie. Z drugiej znów strony trzeba było myśleć i o wyprawie inflanckiej, z naczelnikiem której, hetmanem pol. lit., Krzysztofem Radziwiłłem, Zadzik nieustannie się znosił. W tym czasie zabiega w. sekretarz o opactwo czerwieńskie, ale z małym skutkiem, snać sprzeciwił się temu konwent, który chciał mieć swym przełożonym mnicha, a już zapewne nie takiego wpół świeckiego dyplomatę, jakim byt Zadzik. Ale godność jego w. sekretarza otwierała mu drogę do najwyższych dostojeństw, przede wszystkim do krzesła biskupiego. Jakoż niedługo na nie czekał. W r. 1624 umarł biskup chełmiński, Jan Kuczborski. a król zaproponował na jego miejsce sekretarza swego w., Jakuba Zadzika. Dostojeństwa pruskie z zasady winny byty przypadać na rzecz obywateli tejże prowincji, a Zadzik był Wielkopolaninem. I dziwna rzecz, chociaż szlachta na sejmiku radzyńskim zastrzegała sobie godność tę dla swojaka, gdy jednak w następnym roku Zadzik zjawił się na generale grudziądzkim, bez przeszkody został dopuszczony do złożenia przysięgi.

Był-że to urok jego osoby, czy też zręczne ujęcie sobie umysłów szlachty?

Jakub Zadzik był urodzonym dyplomatą, byt po prostu stworzonym na to, aby wodzić za nos tych wszystkich wodzów stronnictw i fanatyków partyjnych. Każdy mu wierzył, każdy mu ufał. I wielkopański pyszałek, jakim byt Jerzy Zbaraski, i zapalczywy wódz kalwinów litewskich, Krzysztof Radziwiłł, który, jak sam mówił «bezpiecznie się sadził na jego przyjaźń» i «swoją nawzajem powolność zawżdy chciał dotrzymać», i cały ów szereg postaci, kupiących się około osoby króla, czy to dla służby Rzpltej, czy też dla łask i faworów pańskich, jak Opalińscy, Wolscy, Przyjemscy i inni.

Czy to był brak zasad, brak charakteru; nie sądzimy. To był raczej takt dyplomatyczny, pewien dar niemówienia nigdy więcej, ponadto co trzeba, i nie robienia więcej, ponadto co można. Mała a ciekawa próbka talentu dyplomatycznego Zadzika. Król w zastępstwie własnym, posyła go na pogrzeb swego przeciwnika, Jerzego Zbaraskiego, kasztelana krakowskiego. Ze Zbaraskim Zadzik żył w bliskich stosunkach, a przecież chwaląc pamięć nieboszczyka, nie przekraczał granic tonu i charakteru urzędowego, w jakim był przysłany.

Zadzik walczył z różnowierstwem nie gorzej od samego króla i jego zwolenników. Nikt inny nie zadał mu później takich ciosów, jak Zadzik, w charakterze biskupa krakowskiego przez wypędzenie Arianów z Rakowa i zniesienie ich szkól, tudzież zborów tamtejszych, a przecież nienawiści ku sobie tymi środkami w społeczeństwie szlacheckim nie spowodował. Rzecz dziwniejsza, nie doszły do nas prawie żadne głosy, zarzucające mu nieszlachectwo, chociaż Piasecki nasłuchał się ich dosyć i na dworze, i wśród ziemian, i od obrońców polityki Zygmunta III i od jego krytyków.

I oto ku schyłkowi jaśniejszych dni Rzeczypospolitej w pierwszej połowie XVII w. mamy niezwykły widok tego plebejusza, mieszczanina, a może nawet chłopa z pochodzenia (homo novus), kierującego już nie tylko w charakterze pieczętarza kor. nawą Rzpltej w najcięższych chwilach wojennych za panowania Zygmunta III, ale co więcej przeprowadzającego po śmierci tego ostatniego wybór na króla jego syna Władysława, bez cienia zarzutu ze strony współobywateli i wśród największej zgody braci szlachty.

W tym naprężeniu stosunków między stanami – senatem a izbą poselską, ba więcej, bo między królem i narodem, jakie panowało przez całą prawie drugą połowę panowania Zygmunta, nie narazić się żadnej stronie, a przecież wiernie służyć Rzeczypospolitej; wśród zacietrzewienia wyznaniowego utrzymać się na poziomie równowagi obywatelskiej, a przecież niczego nie uronić z powagi dostojnika kościoła i z przekonań dobrego katolika; pośród waśni i animozji królewiąt, na tle współzawodnictwa dzielnicowego szlachty mieć przyjaciół we wszystkich częściach kraju i najwybitniejszych ludzi w Polsce, a przecież nie sprzedawać się na służbę nikomu, ani z pośród magnaterii, ani z pośród braci szlachty – do tego trzeba było posiadać zalety nie małe, a tak rzadkie w Rzpltej, gdzie było zawsze dużo intryg a mało polityki, dużo frazesów a mało zasad, dużo krzyku i animozji, a mało chłodnej rozwagi, dużo serc poczciwych i słabych, a mało umysłów trzeźwych i zimnych, – umysłów dyplomatów, oraz mężów stanu.

I jeszcze jedną rzadką w społeczeństwie polskim posiadał Zadzik zaletę. Był znakomitym administratorem i gospodarzem. Żywopis jego powiada: «a że był w ekonomicznych rzeczach przeciętnie chciwie zabiegły, dlatego znaczną reparacją wszędzie dobra biskupie zakwitnęły. Świadectwem tego są pałace, kościoły, kaplice, które powznosił, świadectwem jest majątek blisko półmilionowy, który zostawił.

Było to łatwo człowiekowi, który posiadał kolejno dwa z najbogatszych biskupstw, a oprócz tego, inne beneficja. Ale gdy się zważy, że inni biskupi kupowali za ten majątek fortuny swoim krewnym, Zadzik zaś «z afektu ku krewnym swoim prawie się był wyzuł, dlatego ani ich bogacił, ani nie wynosił», to przyznamy, że pod tym względem stanowił ciekawy wyjątek. Natomiast dotował szpitale, podnosił podupadłe bursy, wysyłał po naukę za granicę dzieci, i to nie tylko szlacheckie, ale również plebejuszowskie (Starowolski), karmił w czasie głodu swoich poddanych.

Ten dożywotni posiadacz królewskiej prawie fortuny stał w XVII w. na poziomie wymogów dobra publicznego, o jakich współcześni nie marzyli, a których nawet pojąć nie mogli.

«Gdy się go kto spytał, za coby tak wielkie sumy od siebie zebrane przechowywał, a nie raczej jeszcze za żywota swego niebo sobie nimi skarbił, odpowiadał: «wiem dobrze, jako w opłakanej tej ojczyźnie, gdy nagła czy wojna, czy potrzeba zwali się na nią, ciężko o sukurs pieniężny, to jest, niż przez sejm podatki uchwalą, też same zbiorą, tymczasem ginąć jej trzeba. Dlatego ja (prawi) gotowe chcę mieć dla niej w domu moim posiłki». Czy legenda, czy słowa autentyczne, mniejsza o to, żadną miarą nie frazes, bo jak się przekonamy Zadzik istotnie w potrzebie własną szkatułą ojczyznę ratował, nie wymawiając się tym, że jest «ubogi pleban», tak, jak magnat z urodzenia, Jerzy Zbaraski, tym że jest «ubogi ziemianin».

Historia jest sztuką wyrozumienia i wyrozumiałości dla wszystkiego, i dla wszystkich, ale tam, gdzie sprowadza wszystko i wszystkich do jednej miary: złe czy dobre, występek czy cnotę, zbrodnię czy zasługę, przestaje być zdrowym sądem, a staje się jakąś chorobliwą anomalią duszy ludzkiej. Miasto wznosić się na wyżyny spokoju i bezstronności naukowej, łamie się i wali sama w otchłań nicości moralnej. Przeciwko przykazaniu: «nie zabijaj tego, co było»: stoi przykazanie «nie zabijaj tego, co będzie, i co być powinno».

Takiego to człowieka osadził król Zygmunt na ważnym a trudnym posterunku w Prusiech, na biskupstwie chełmińskim, jak się domyślamy nie przypadkowo, nie gwoli wysłudze, ale świadomie, z myślą polityczną posiadania rozważnego o wytrawnym sądzie i wypróbowanej zręczności, a przede wszystkim oddanego całą duszą służbie dla kraju urzędnika na północnych krańcach swego państwa, gdzie miały się rozegrać rozstrzygające w jego dziejach i w dziejach narodu wypadki.

Kiedy Gustaw Adolf przedsiębrał wyprawę do Prus, Zadzik byt nieobecny w swej prowincyj. Wyjechał do Niemiec zachodnich dla poratowania zdrowia i bawił w Augsburgu (Augusta Vindelicorum).

Teraz na wieść o wypadkach w Prusiech rzuca kurację i spieszy na powrót do kraju, nie przez Marchię, lecz na Wrocław, którędy droga była krótsza i bezpieczniejsza, obsyłając w drodze elektora brandenburskiego listem, w celu porozumienia się z nim o zaszłych wypadkach.

Zajęcie portu Piławy, z natury obronnego i zdawało się zabezpieczonego przez samego elektora, budziło nieufność względem niego po stronie polskiej.

Nieufność tę wyrażano ze wszech stron, ale czy była pora do pociągania za to do odpowiedzialności lennika? Raczej przeciwnie, trzeba było ukrywać podejrzenia, a lepiej używać je, jako bodźca, dla ujęcia sobie elektora brandenburskiego i wyraźnego skłonienia go na swoją stronę. Tego środka chwycono się w zabiegach o wierność lennika, a przede wszystkim taki kierunek nadał sprawie Jakub Zadzik.

W liście do elektora mówi o podejrzeniach, jakie ze wszech stron są skierowane na niego w kraju, ale z góry nie daje im wiary i przypisuje sam fakt zajęcia Piławy raczej niedbalstwu i tchórzostwu urzędników, którzy będą po uspokojeniu kraju niezawodnie ukarani, aniżeli winie elektora. Podejmuje się go bronić w radzie królewskiej, kiedy ta sprawa będzie poruszona, i żałuje, że minęła go sposobność osobistego widzenia się z nim w przejeździe z zagranicy.

Za powrotem swoim do kraju Zadzik ustawicznie porozumiewał się z elektorem listownie i przez posła Adersbacha, który przybył do obozu królewskiego. Chodziło mu o to, aby nakłonić elektora do przybycia do obozu królewskiego. Najlepiej byłoby naturalnie, gdyby się udało namówić go przy tym do wspólnej walki z wrogiem, ale niechby i pośredniczył w traktatach. Wiedząc, jak trudno było uzyskać pierwsze, Zadzik ciągnął ku stronie polskiej elektora traktatami, które najbardziej uśmiechały się tchórzliwemu lennikowi.

Przez cały ten czas znajdujemy Zadzika przy boku króla zarówno na wyprawie, w obozie królewskim, jak i w radzie, na sejmie toruńskim, walczącego za sprawę reform wojskowych i skarbowych pośród szlachty, jak i toczącego układy z wrogami.

Rzeczpospolita znalazła się w szczęśliwym położeniu posiadania dwóch mężów, godnych swych dostojeństw i zaufania, które w nich pokładała – dyplomaty, Jakuba Zadzika, biskupa chełmińskiego, i wodza Stanisława Koniecpolskiego, hetmana pol. kor. Na ich to barkach spoczął teraz cały ciężar wojny pruskiej – wojny, która się toczyła pod hasłem utrzymania ujścia Wisty i wybrzeży Bałtyku, tak jak poprzednia przed półtora wiekiem pod hasłem odzyskania ich i utorowania sobie drogi do morza.

Na koniec jeszcze reklama:

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gniew-bitwa-wazow-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/o-ujscie-wisly-wielka-wojna-pruska-adam-szelagowski/

 

maj 102024
 

Ponieważ cały Internet ze szczególnym wskazaniem na prawicę zajmuje się promocją Tuska podbijając i przenosząc dalej jego wypowiedzi, my tutaj nie możemy tego czynić. Ja rozumiem, że kogoś może to niesłychanie ekscytować, ale jest to zła droga. Komunikacja taka bowiem w tempie kosmicznym oddala się od realiów, które za dekadę już nie będą mogły być w żaden sposób rozpoznane. Dlaczego tak? Ponieważ ustawienie dyskusji w fałszywych rejestrach daje złudzenie mocy wszystkim, którzy ją podejmują. I nikt nie rozumie, że basuje w skali, która brzmi źle, a do tego jest wskazana przez osoby, nie pragnące bynajmniej tego, żeby uczestnicy cokolwiek zrozumieli. I tak jest w Polszcze naszej ze wszystkim. Pewne, najczęściej bardzo prymitywne opisy i redakcje zdarzeń i osób, stawiane są za wzór i wręcz narzucane jako nie wizja nawet, ale szczera prawda. Tyle tytułem wstępu. Ponieważ napisałem właśnie książkę o porwaniu Jana Kazimierza, nie będziemy dziś rozmawiać o Tusku, ale o Janie Kazimierzu właśnie, a jak ktoś ma inne zdanie, niech lepiej od razu opuści lokal.

W każdej biografii króla znajduje się informacja, że niewiele o nim wiadomo. Mam wobec tego taką propozycję – może ludzie, którzy mają po temu odpowiednie kwalifikacje przejrzeliby inne zasoby dokumentów niż te, które przeglądali do tej pory, w których tak samo jak dawniej, nic nowego nie ma? Bo przecież nikt tam niczego nie dołożył. Jak to zwykle bywa w przypadku takich postaci jak Jan Kazimierz, oglądamy go przez pryzmat publikacji XIX i XX wiecznych, czyli skrajnie królowi nieprzychylnych, wskazujących na to,  że przez niego spadły na Rzeczpospolitą same nieszczęścia. Pozwolę sobie wyrazić inne zdanie w tej kwestii. Nieszczęścia na Rzeczpospolitą spadły, albowiem źle rozpoznano przeciwników i sojusznika. To po pierwsze, po drugie zaś dlatego, że dwa razy zlikwidowano zbudowaną za pieniądze Rzeczpospolitej flotę inwazyjną, która miała walczyć ze Szwedami na Bałtyku. Takich drobiazgów w biografii Jana Kazimierza się nie umieszcza, albowiem żył on na dworze, a nie w portach, nie mają więc one znaczenia. Za do wielkie znaczenie ma fakt, że król urodził się 22 marca pod znakiem barana. Po takiej konstatacji można już do upojenia, pardon, pieprzyć, że Polacy nie byli narodem morskim.

Zacznijmy  jednak od początku – dlaczego w ogóle wybrano Zygmunta Wazę na króla Polski? Bo był Jagiellonem po kądzieli i miał kontynuować politykę swojego ojca – zbliżenia z Rzymem oraz odwrócenia skutków rewolucji protestanckiej w Szwecji. Miał też zagwarantować, że korony polska i szwedzka znajdą się na głowach przedstawicieli tej samej dynastii. Jak nazywamy taką formułę? Otóż jest to doktryna państwa, którą należy mieć zawsze w sercu i umyśle, kiedy człowiek nazywa siebie samego politykiem i swoje otoczenie polityką. Doktryna ta zaplanowana przez umysły świadome okoliczności, została całkowicie wyszydzona przez historyków późniejszych, którzy nie tylko nie potrafili ustać na pokładzie żadnego statku, ale nawet nie urodzili się pod znakiem barana. Nazwano ją „polityką dynastyczną Wazów”, co było i jest nadal określeniem pejoratywnym i wskazuje, jak bardzo ta polityka była oddalona od realiów. To znaczy od czego? Od wykreowanych przez posłów na sejm założeń i programów, których podstawę stanowiła kondycja ekonomiczna szlachty. Stąd wzięły się opisy późniejsze, mówiące, że szlachta to byli sami pacyfiści. Ta sama szlachta, w opisach sytuacji o sto lat późniejszych, już nie jest nazywana pacyfistami, ale zatabaczonymi wrogami reform, firmującymi upadek państwa. Co to oznacza? No, że szlachta broniła się, instynktownie, przez politycznymi prowokacjami. Było już jednak za późno.

Jak wobec takich ocen możemy nazwać następujące po sobie pokolenia historyków imające się różnych definicji i opisów? Nie powiem, bo moja żona urodzona 22 marca pod znakiem barana, bardzo się denerwuje w takich momentach, kiedy ja tu na kogoś wyklinam i nie chcę jej wkurzać niepotrzebnie.

W podręcznikach mamy taki schemat – polityka dynastyczna Wazów vs pacyfizm szlachty, która nie chce wojny. Bo kto by chciał, prawda? Kiedy to „nie nasza wojna”. Czy ktokolwiek kiedykolwiek zajmował się strukturą systemu łapówkarskiego w polskim sejmie pierwszej połowy XVII wieku? Nie wiem, ale może tak? Byłoby dobrze. Kiedy bowiem czytamy sobie w hiszpańskich artykułach, jak Olivares i jego ludzie oceniali przydatność dla polityki Madrytu Adama Kazanowskiego i Jerzego Ossolińskiego, rozumiemy sami, bez pomocy tak zwanych ekspertów, że wręczane tym ludziom sumy, musiałby być puszczane w dół drabiny społecznej, w różnych wysokościach. Kiedy zaś orientujemy się, że nie na wiele się te miliony zdały, rozumiemy, także bez niczyjej pomocy, że Francuzi musieli dać więcej. A skąd wzięli te pieniądze, wszak prowadzili wojnę na dwa fronty? Z rabunków, których dokonywali na Atlantyku, atakując hiszpańskiej galeony ze srebrem i złotem. Hiszpania bowiem nie dysponowała wówczas żadną flotą. Istniała tylko eskadra Dunkierki broniąca miast i wybrzeża Flandrii oraz kilka okrętów patrolujących Karaiby. Cały, wielki ocean wydany był na pastwę Anglików, Francuzów, Holendrów i Portugalczyków. Hiszpańska piechota nie mogła przedostać się z północnej Italii do Flandrii inaczej jak lądem, bo nie było okrętów osłonowych. Wszyscy to wiedzą, ale każdy uważa, że wniosków z tego nie można wyciągnąć żadnych. Polacy zaś wystawili za Zygmunta III jedną eskadrę, a potem za Władysława IV drugą, częściową pochodzącą z zakupów od Gdańska. Hiszpanie nie mieli nawet takiej możliwości. Mając te fakty przed oczami dalej słuchamy bredni o tym, że „Polacy nie byli narodem morskim”.

Wszystko zależy od budżetu i jego celowego wykorzystania. Zależy od tego również flota, nie mówiąc już głosowaniach w sejmie. Czy ktoś zadał sobie może trud i zbadał, jak wyglądała struktura dystrybucji hiszpańskiej i francuskiej gotówki w sejmach I połowy XVII wieku? Nie wiem, ale może ktoś jednak ten temat ruszył. Byłoby dobrze. Z grubsza wyglądało to tak – Hiszpanie, świadomi, że nie zbudują własnej floty, która mogłaby pokonać wszystkich wrogów na oceanie, obrali strategię taką – dołożymy Polakom pieniędzy na budowę floty, oni zrobią inwazję na Szwedów i najważniejszy czynnik decydujący o wyniku bitew w Rzeszy zostanie unieważniony. Przekupimy też magnatów, dla pewności obydwu przywódców stronnictw – Ossolińskiego i Kazanowskiego, który jest przyjacielem króla.

Co na to Francuzi? Zapewne przekupili posłów. I tu właśnie doszliśmy do istoty tego, co nazywamy „pacyfizmem szlachty”. Dla pewności jednak jeszcze postanowili sprowokować Władysława IV do akcji dyplomatycznej i porwać jego brata. Dowodów na przekupstwo izby i hetmana Koniecpolskiego przez Francuzów nie mamy, ale wiemy przecież, że ze wszystkich sił, za każdym razem kiedy powstawała polska eskadra inwazyjna, starali się ją zniszczyć. I za każdym razem się to udawało. Oni też zapewne rozpuszczali informacje, że „Polacy nie są narodem morskim”.

Takie były realia panowania i życia obydwu pozostałych przy życiu synów Zygmunta III. Ekscytowanie się więc w opisach tym, że król Jan Kazimierz był nerwowy, że miewał zmienne nastroje, że klął w żywy kamień i dostawał furii słuchając propozycji szlachty i obserwując wyczyny panów braci w izbie poselskiej, jest trochę dziwaczne. Oto państwo, którego polityka została zaplanowana dawno temu, wbrew pomysłom cesarskim, które zakładały podział Rzeczpospolitej, degeneruje się na oczach wszystkich za francuskie pieniądze. W imię wolności i realiów politycznych ponoć. W rzeczywistości zaś po to, by Francuzi i Szwedzi mogli zyskać na czasie. Najpierw zlikwidować „hiszpańską drogę” prowadzącą z Mediolanu przez Palatynat do Flandrii, drogę, którą przerzucano tertios na wojnę, a po tym wstępie nabrać rozmachu i skierować całą uwagę ze splądrowanej już Rzeszy na Polskę i Litwę. Gdzie żywioł protestancki oczekiwał swojej szansy. Katolicka zaś szlachta chciała żyć w pokoju. I Szwedzi tej szlachcie pokój dali, pozwalając jej handlować z Gdańskiem. Potem odczekali 20 lat, porobili inwentaryzację w zamkach i pałacach, przekupili kolejne pokolenie zdrajców i ruszyli na wojnę. Kiedy się zjawili w Polsce i na Litwie, naród szlachecki urobiony przez francuską propagandę, grzecznie podniósł ręce do góry, albowiem chciał żyć w pokoju. A przeszkadzała mu w tym polityka dynastyczna Wazów, egoistyczna i krótkowzroczna. I taką wizją żyjemy do dzisiaj. Jan Kazimierz zaś to dla nas „początek nieszczęść królestwa”. Początkiem nieszczęść królestwa był pokój w Sztumskiej Wsi. Wszyscy, którzy go podpisali powinni zawisnąć. Tak się jednak nie stało.

Władysław IV nazywany jest w opracowaniach optymistą. A jak miał nie być optymistą? Wygrał dwie wojny, z Turkiem i Moskwą, lekką ręką wystawił flotę i zwerbował kozaków, zaciągnął nowych najemników, zbudował dwie twierdze nad wybrzeżu, mające być zapleczem inwazji. Wszystko szło dobrze…no, ale okazało się, że „Polacy nie są narodem morskim”. Szlachta zaś to pacyfiści. Jego brat zaś nazwany został furiatem, a często też wskazuje się, że był nieodpowiedzialny. Przypomnę, że człowiek ten, będąc w niewoli nie oddał broni, choć próbowano mu ją odebrać. Ryzykował życiem, bo całe to porwanie zmierzało prostą drogą do tego, by go zamordować, a następnie jeszcze obarczyć odpowiedzialnością za własną śmierć. Infantylizm i brak zrozumienia tragizmu sytuacji obydwu braci uderza w opisach historyków. Nie tylko takiego durnia jak prof. Tomkiewicz (żona mnie zabije, sami rozumiecie – baran, 22 marca), ale też prof. Ryszarda Skowrona. To jest więcej niż zasmucające. Najbardziej jednak zasmucająca jest fraza, która powraca w każdym w zasadzie opisie postaci Jana Kazimierza – niewiele wiadomo o tym, kim był polski królewicz.

Na dziś to tyle. Prócz mojej książki o porwaniu Jana Kazimierza mamy jeszcze nową książkę Wacka Grzybowskiego.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

maj 092024
 

Wczoraj przyjechał do nas nakład nowej książki, na którą bardzo czekałem. Zrobiliśmy ją wspólnie z Hubertem, a nosi ona tytuł „Porwanie królewicza Jana Kazimierza”. Nie będę tu dziś opowiadał o jej treści, ani nikogo zachęcał do jej zakupu. Napiszę o czymś innym, choć z jej treścią związanym. Temat porwania Jana Kazimierza w zasadzie w świadomości ludzi interesujących się historią nie istnieje, albo jest całkowicie marginalizowany. Sam zaś królewicz uważany jest przez historyków za osobnika lekkomyślnego i słabego, który po prostu w coś się uwikłał. To są oczywiście brednie i po raz kolejny musimy dojść do wniosku, że cały garnitur polskich tekstów na temat XVII wieku, z wyjątkiem tych napisanych przez Ludwika Kubalę, powinien być wymieniony. Nie ma też co słuchać historyków zajmujących się tym okresem, bo oni wszyscy mają jedno marzenie. No dobra dwa – być jak lew Lechistanu i mieć taką kochankę jak Maria Kazimiera. Innych motywacji przy wyborze specjalizacji wśród historyków nie ma.

No to teraz patrzcie. Będą czary. Kto został porwany wiosną roku 1638? Królewski brat i potencjalny następca tronu w Polsce? Też, ale przede wszystkim legalny dziedzic tronu szwedzkiego. Francuzi popierali oczywiście uzurpatorską dynastię rządzącą w Sztokholmie, ale posiadanie w ręku takiego atutu, jak Jan Kazimierz wzmacniało ich pozycję wobec Szwedów bardzo i czyniło z nich zakładnika, w razie, gdyby ktoś w Szwecji nagle się rozmyślił i zaczął prowadzić niezgodną z planami Paryża politykę. Kwestia ta pozostaje niezauważona w zasadzie. A niektórzy autorzy wskazują, że Jan Kazimierz został uwolniony, ponieważ pojawił się legalny potomek Władysława IV. No tak, pojawił się, a potem zmarł, jak wszyscy pozostali bracia obydwu Wazów, umierający nagle na dziwne i nie zdiagnozowane choroby. Dwa razy przechodzili wietrzną ospę, myloną czasem z syfilisem. To nie zmieniało faktu, że Jan Kazimierz cały czas pozostawał legalnym władcą Szwecji. Wojny zaś z Rzeczpospolitą, które rozpoczęły się po podpisaniu Pokoju Westfalskiego, służyły nie tyle zdyscyplinowaniu Wazów, co rozwiązaniu problemu dziedziczenia obydwu koron poprzez rozbiór Rzeczpospolitej.

No, ale odbiegłem trochę od tematu zasugerowanego w tytule. Sprawa porwania królewicza Jana Kazimierza jest bardzo rozwojowa literacko. Kłopot w tym, że nie ma już literatury historycznej w dawniejszym rozumieniu. Nie ma jej od dawna, bo jedyne co rozumieli i nadal rozumieją autorzy biorący się za taką tematykę sprowadza się do formuł sienkiewiczowskich. To jest katastrofa, bo Sienkiewicz posługiwał się optyką dworu, który znał i kochał. I z okien tego dworu patrzył na historię. Dziś taka perspektywa nie jest dostępna, choć Jackowi Komudzie może się wydawać inaczej. Kolejny kłopot polega na tym, że książki jako takie przestały być potrzebne, zastąpiły je podcasty, których autorzy są coraz nieznośniej wystylizowani, próbując w czasie tych swoich nagrań odgrywać sceny, których nie rozumieją. Chcą być tak samo kokieteryjni jak Sienkiewicz, który miał – nigdy o tym nie zapominajmy – 155 cm wzrostu i musiał się naprawdę postarać, żeby zwrócić na siebie uwagę kobiet. No, ale do rzeczy. Kiedy czytamy relacje Ewerharda Wassenberga, który bardzo szczegółowo zrelacjonował okoliczności podróży na zachód i zatrzymania Jana Kazimierza oraz jego orszaku, rzuca nam się w oczy kilka kwestii, najważniejsza z nich jest jednak taka – państwo rządzone przez kardynała de Richelieu było państwem policyjnym. W takim samym znaczeniu, w jakim państwem policyjnym była komunistyczna Rosja, albo hitlerowskie Niemcy. To jest wizja trudna do zaakceptowania, ale raczej prawdziwa. Przypomnijmy, że Francja po latach wojen na swoim terenie w XVI i XVII wieku wyeksportowała wojnę do Włoch i Niemiec, stając się dla tych wojen zapleczem. Sama jednak miała ten kłopot, że za Pirenejami byli Hiszpanie, potęga nie do zlekceważenia. Organizacja państwa musiała więc zmienić się drastycznie i nie było już w nim miejsca na różne wybryki. Łatwo było zawisnąć w Paryżu, w stuleciu XVII i równie łatwo można było zostać połamanym kołem. Ilość szpiegów kręcących się po drogach całej Europy, którzy dostawali wynagrodzenie ze szkatuły króla Ludwika XIII przekraczała wszelkie dopuszczalne normy. Byli oni liczni jak szczury i równie bezczelni. Prowokatorzy czynni na miejscu gotowi byli zorganizować każdą demonstrację niezadowolenia ludu, jaka była potrzebna. Wassenberg opisuje scenę kiedy lud francuski poinformowany został, że Jan Kazimierz to wysokiej rangi hiszpański szpieg. Rozjuszony tłum o mało nie zamordował królewicza. Ten i podobne wypadki były to, rzecz jasna, prowokacje służące złamaniu więźnia. Żaden prosty lud, szczególnie w miastach i portach, do których zawijają hiszpańskie, portugalskie, genueńskie i weneckie statki nie zawraca sobie głowy hiszpańskimi szpiegami, bo oficerowie i marynarze króla Hiszpanii kręcą się tam całkiem jawnie i wybierają ostrygi na straganach. Mimo trwającej wojny. A o tym, że Jan Kazimierz to Jan Kazimierz wiedział w Marsylii każdy. O czym informuje nas tenże sam Ewerhard Wassenberg.

Zwróćmy teraz uwagę na taką oto kwestię – Francja ma za sobą, zorganizowany w Londynie, udany zamach na króla Henryka IV. Polska ma za sobą nieudany zamach na króla Zygmunta III, który ponoć był wybrykiem niejakiego Piekarskiego, szlachcica powiązanego z arianami, w dodatku wariata. Nikt przez czterysta lat w Polsce nie podjął poważnego śledztwa, które wyjaśniłoby kim był ten Piekarski, wszyscy zadowalają się powtarzaniem powiedzonka, że plótł na mękach. No właśnie – ciekawe co wyjawił Piekarski, że zaraz go uciszono, a jego zeznanie zostało zabetonowane takim bon motem?

Jaki jest efekt zamachu na króla Henryka IV? Wzmocnienie struktur państwa, terror, pokawałkowanie zamachowca Ravaillaca i ogólne wzmożenie prowadzące w konsekwencji do szeregu reform w armii. Francja nie rozpoczyna co prawda podboju Niemiec, bo szok królobójstwa jest zbyt wielki, ale przynajmniej rozpoznaje przeciwnika i jej dyplomacja rozpoczyna serię poważnych rozgrywek, które rzutują na całą Europę, także na Polskę i Litwę.

Co się dzieje w Polsce po zamachu na króla Zygmunta? Nic. Choć związek pomiędzy obydwoma zamachami jest oczywisty i wskazują go nawet ludzie tak ograniczeni jak polscy historycy. Po zamachu na króla Zygmunta możliwa jest akcja polegająca na uprowadzeniu jego syna, w akcji zaplanowanej w sposób najbardziej oczywisty. Czy ktoś spróbował może podobnej sztuki w Paryżu z Ludwikiem XIII? Nie wiem. Może ktoś zna takie przykłady?  Król Ludwik podróżował także poza stolicę, był na wojnie we Flandrii, wraz z kardynałem. Nikt chyba nawet nie pomyślał, że można go stamtąd uprowadzić lub zabić. To samo z książętami, otoczonymi zawsze zgrają uzbrojonych w szpady lub rapiery szermierzy. Jak porównamy to z orszakiem, który towarzyszył Janowi Kazimierzowi, mocno się zdziwimy. Byli w nim bowiem prócz magnackich synów, także muzycy. Polska prowadziła do niedawna wojnę w Prusach ze Szwedami, zakończoną najbardziej obfitującym w konsekwencje wydarzeniem w naszej historii – pokojem w Sztumskiej Wsi. Ktoś mógł więc pomyśleć, że kraj nastawiony przyjaźnie do wszystkich, który zgodził się na niełatwe i w zasadzie upokarzające warunki, nie musi się niczego obawiać. Stąd lekkomyślność w przygotowaniu wyprawy Jana Kazimierza do Hiszpanii. Ponoć nie, wynikała ta lekkomyślność ze sprytu. Król Władysław zdawał sobie sprawę z tego w jakiej sytuacji postawili go magnaci i przedstawiciele stanów uniemożliwiając wyprawę wojenną do Szwecji. I wyjazd Jana Kazimierza miał być kamuflażem. Można pęknąć ze śmiechu. Kiedy czytamy Wassenberga musimy dojść do wniosku, że nie tylko w orszaku królewicza byli agenci kardynała, ale także  w każdej mijanej przez ten orszak karczmie, siedziało ich przynajmniej ze czterech.

Możemy teraz dokonać podziału potencjałów politycznych na przełomie XVI i XVII wieku. Otóż państwa dzielą się na te, w których można dokonać zamachu na panującego i te, gdzie nie można tego zrobić. Te, w których dochodzi do zamachu, dzielą się z kolei na takie, które rozumieją konsekwencje i takie, gdzie są one lekceważone. Idźmy dalej tym tropem – tam gdzie zamach jest lekceważony, dochodzi wkrótce do próby terytorialnego podziału państwa i rozwałki totalnej. Te zaś państwa, gdzie zamach został zrozumiany właściwie, rozpoczynają akcję odwetową, którą przygotowują bardzo starannie. Jej celem nie jest bynajmniej panujący, ale cała struktura państwa i jego elity. Rodzi się mechanizm rewolucyjny, którego źródłem są tajne struktury państwa agresora, zamierzającego rewolucję wyeksportować. Czy wobec tego sojusz pomiędzy Stuartami i Habsburgami, o którym wspomina się niewiele, skłonił Francuzów do przyspieszenia prac nad rewolucją wymierzoną w Stuartów? To jest temat na prawdziwą literaturę historyczną, którą powinien napisać ktoś, kto ma jednakowoż trochę więcej wzrostu niż miał go Henryk Sienkiewicz. Stulecie XVII pełne jest rozwojowych tematów.  Żeby się jednak z nimi zmierzyć jak należy trzeba odrzucić wszelkie kokieterie. Na razie macie to:

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

maj 082024
 

Ktoś może powiedzieć, że zmieniłem sposób komunikacji z czytelnikami. Bo zamiast miłego ciepełka, jak co dzień, odwaliło się tu wczoraj coś dziwnego. Otóż niczego nie zmieniłem. Pokazałem tylko, przez moment jak wygląda rzeczywista komunikacja z czytelnikiem uprawiana przez cały okres tak zwanej wolnej Polski, ku wielkiej tego czytelnika radości i zadowoleniu. W dodatku z pełną akceptacją i przekonaniem, że oto zaszły wielkie zmiany.

Niczego też nie zrobiłem gwałtownie, były znaki na niebie i ziemi, które należało przeczytać, albowiem od czytania znaków zależy nasza przyszłość. Wszyscy to niby wiedzą, ale myślą, że ktoś te znaki daje z taką intencją, żeby wszystkim nam żyło się jeszcze lepiej. Taki sposób rozumowania dominuje szczególnie w tych grupach, które głoszą rychłe nadejście apokalipsy, bo szczerze wierzą, że ich ona dotyczyć nie będzie, albo że mają sposób, by się przed nią uchronić.

Jakie to były znaki? Napisałem najpierw tekst – Wykluczenie komunikacyjne. Potem drugi – Nauka czytania ze zrozumieniem. Potem kolejny – pod tym samym tytułem. A dziś wreszcie postanowiłem napisać tekst o wychowaniu w trzeźwości, albowiem jest nam takie wychowanie koniecznie potrzebne. Zanim zaaplikuję wszystkim pierwszą sesję takiego wychowania, chcę zwrócić uwagę na to, jak łatwo wszyscy dają się zasugerować. I to nie autorom wybitnym, nie mówcom przebiegłym i przygotowanym, ale ludziom, którzy najpewniej nawet sami nie tknęli pióra czy klawiatury, a to co zostało podpisane ich nazwiskiem sprokurował wynajęty naprędce sekretarz. Mam na myśli wczorajszą notkę i komentarze pod nią. O mówcach to nawet szkoda wspominać, bo oni od razu walą w najczulsze deficyty publiczności, czyli zaliczają ją do wybrańców rozumiejących najbardziej skomplikowane problemy tego świata. Potem już mogą wszystko. I numer ten działa zawsze. U mnie jest odwrotnie. Nie ma tu żadnych wybrańców, myśli które są treścią naszych tutaj rozmów i emocje, które wszyscy przeżywamy, nie wydają się jakoś szczególnie nadzwyczajne. Są standardowe. No, ale komunikacja jaką nasz, uwolniony od komunistycznej zarazy, świat ma nam do zaproponowania jest niestandardowa, choć nam się zdaje inaczej. I na tym polega żart, którego nie rozumiemy. Nie potrafimy nawet wskazać kto jest jego autorem. Dla pocieszenia powiem Wam, że ja też nie potrafię. No, ale do rzeczy. Przedstawię Wam dziś prof. Dembowskiego, wybitnego biologa i wiernego propagatora teorii Trofima Denisowicza Łysenki. Prof. Dembowski urodził się w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej. Taka informacja paraliżuje zwykle czytelnika już na początku i zaczyna on słuchać uważniej, bo może się okazać, że jest w czymś do urodzonego w rodzinie inteligenckiej profesora podobny. No raczej się nie spodziewam, ale co ja tam mogę wiedzieć.

Prof. Dembowski pracował przed wojną w Instytucie Nenckiego, a także na Uniwersytecie w Warszawie. Potem przeniósł się do Wilna, a tam, kiedy w roku 1939 wkroczyli sowieci, został wykładowcą uniwersytetu marksizmu-leninizmu. Potem przeniósł się do Moskwy i został w roku 1944 atache naukowym przy ambasadzie RP w Moskwie. O ambasadę którego rządu chodziło? To chyba raczej jasne. Działał też w Związku Patriotów Polskich. Po powrocie do Polski został prof. Uniwersytetu Łódzkiego. W latach 1952-1957 był marszałkiem sejmu I kadencji, a także zastępcą przewodniczącego rady państwa. Prócz tego był delegatem Krajowej Rady Obrońców Pokoju, na kongres Obrońców Pokoju, który odbył się w Paryżu w roku 1949. Był też przewodniczącym Krajowej Rady Obrońców Pokoju. Należał też do Ogólnokrajowego Komitetu Obchodów 70 lecia Urodzin Józefa Stalina. W okresie 1951–1953 przewodniczący Komitetu Nagród Państwowych, w latach 1952–1956 zastępca przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego. 6 marca 1953 wszedł w skład Ogólnonarodowego Komitetu Uczczenia Pamięci Józefa Stalina.

Dobry profesor Dembowski odszedł z tego świata w roku 1963 i został pochowany z honorami na Powązkach, w Alei Zasłużonych. Na płycie nagrobnej nie ma oczywiście krzyża, bo i skąd miałby się tam znaleźć?

Jakby mało było tych zasług, ma prof. Dembowski, marszałek sejmu I kadencji także zasługi dla polskiego podziemia niepodległościowego. Nie wiecie tego zapewne, ale to właśnie u niego, w stacji badawczej w Mikołajkach, ukrywał się sławny, „odkryty” przez Krzysztofa Kąkolewskiego, Stanisław Kosicki, czyli pierwowzór Maćka Chełmickiego z powieści „Popiół i diament”. Kąkolewski odkrył prawdę o tym człowieku – pseudonim „Czarny” albo „Bohun” – w swojej książce „Diament odnaleziony w popiele”, która rozgrzewa serca wszystkich prawdziwych patriotów. O samym profesorze Dembowskim jest w niej co prawda niewiele, ale wystarczy, by wyrobić sobie opinię. Kosicki ukrywał się przed UB pod zmienionym nazwiskiem i studiował biologię. Był zdolny i wyróżniał się na tle innych studentów. Prof. Dembowski propagator idei Trofima Denisowicza, zauważył go i wziął pod swoje skrzydła. Kosicki mógł więc bezpiecznie żyć na Mazurach, ale UB w końcu go znalazło. Tak się jednak złożyło, że już było późnawo i nie wykonywano kar śmierci. Nie został więc na takową skazany za zabicie niedoszłego kieleckiego wojewody. Można zapytać – a skąd Andrzejewski znał tę historię? Krzysztof Kąkolewski wyznaje nam to wprost – opowiedzieli mu o tym Różański i Borejsza, którym nakazał to sam Jakub Berman.

Jak widzimy wiara w dobre i uczciwe intencje autora jest czymś fenomenalnym. I w zasadzie nie da się jej zwalczać, bo sami czytelnicy rzucą się takiemu, który tego próbuje do gardła. Stanisław Kosicki jest jednym z ulubionych bohaterów wszystkich patriotycznych portali i tych, którzy szukają na nich inspiracji dla swoich własnych postaw wobec zła i komunizmu. Kąkolewski opisał jego epopeję na stu siedemdziesięciu kilku stronach z wielkim znawstwem psychologii młodzieńczej i emocji ludzi działających pod ogromnymi ciśnieniami. Przeżywanie tych przygód wraz ze Stanisławem Kosickim było zapewne marzeniem wielu czytelników, którzy siedząc  w miękkim fotelu, wyobrażali sobie, że też muszą kluczyć leśnymi duktami, by wymknąć się obławie zastawionej przez MO. No, a poza tym – jaka frajda. Można sobie porównać książkę Andrzejewskiego, film Wajdy, całkowicie przecież zakłamane, z prawdą, jaką ujawnił przed nami Krzysztof Kąkolewski. I to odkrycie może dać człowiekowi nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone. Bo w popiele kryją się prawdziwe diamenty.

Tak sobie myślę, że prozę wielu tworzących po wojnie, a związanych z milicją autorów, jak choćby takiego Nienackiego, należałoby czytać jak instrukcje postępowania z więźniami schwytanymi w lesie, z pistoletem w ręku. Trzeba im dać nadzieję, uzależnić od siebie, potem pokazać, że prawdziwa tajemnica w studni templariuszy nie kryje się na 9 metrach, ale głębiej i dopiero po takiej obróbce złożyć więźniowi propozycję współpracy. I wierzcie mi, że nie ma znaczenia, w jakim wieku byłby schwytany, bo choć młodzież łatwiej jest skusić, starsi też lubią się ekscytować odkrywaniem prawdziwych tajemnic.

Wczoraj kolega Kuldahrus zapytał mnie czy będą jakieś instrukcje ułatwiające czytanie ze zrozumieniem. Nie będzie. Jesteśmy już w większości w tym wieku, że albo sami stajemy w prawdzie albo łykamy prochy nasenne dla paralityków, jak to celnie ujął Papcio Chmiel. Każdy musi wziąć odpowiedzialność za siebie i sam rozumieć co ten świat, pełen uwodzicielskich narracji, do niego mówi. Każdy też powinien zdecydować, do której dziury w ocembrowaniu studni chce wejść – tej pierwszej? Tej drugiej, czy może zamierza szukać jeszcze kolejnej, położonej tuż nad lustrem wody.

Jak wiecie od dawna jestem przeciwnikiem demaskacji. Uważam bowiem, że jak ktoś raz wskazał na prawdziwego bohatera, takiego jak Kosicki, nie ma sensu go z bohaterstwa odzierać, tak jak nie ma sensu zastanawiać się jak to było z tym odbiciem go z więzienia w Kielcach, na które ze swoim oddziałem napadł Antoni Cheda – Szary. Mamy świetną historię, z wieloma bohaterami, nieoczywistymi postawami, która znakomicie nadaje się na film. Szkoda, że Maciej Świrski, kiedy był jeszcze szefem w Polskiej Fundacji Narodowej nie wpadł na pomysł, żeby wyłożyć pieniądze na taką produkcję. Sprzedawałaby się za granicą, jak świeże bułki.

Życzę wszystkim miłego dnia. Jak ktoś ma ochotę, może sobie zakupić książkę o naszych bohaterach.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 072024
 

Świadom jestem tego, że nie mam szans, by kogokolwiek nauczyć czytać ze zrozumieniem, podejmuję jednak ten trud po raz kolejny. Mamy takie oto informacje:

Piętnastego sierpnia 2006 roku prezydent Lech Kaczyński awansował do stopnia generała brygady pułkownika Zygmunta Szumowskiego, dowódcę WiN we Włodawie, kawalera krzyża srebrnego orderu Virtuti Militari. Zygmunt Szumowski nie mógł być obecny na uroczystości, więc akt nominacji wręczono mu w innym terminie.

Bardzo trudno jest znaleźć jakiekolwiek informacje o Zygmuncie Szumowskim. W zasadzie coś w rodzaju biogramu pojawia się jedynie na stronie Fundacji Kwartalnika Wyklęci, gdzie Szumowski umieszczony jest na tak zwanej Liście Wyklętych. Oto treść poświęconej mu notatki:

Przed wojną ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty w Brześciu n. Bugiem i Szkołę Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej-Komorowie. W wojnie 1939 walczył w szeregach 40. pp. Od grudnia 1939 w ZWZ, komendant placówki w Turobinie. Od lutego 1942 do kwietnia 1944 komendant 1. Rejonu w Obwodzie AK Krasnystaw. Od kwietnia 1944 organizator i dowódca oddziału partyzanckiego, podczas akcji „Burza” występującego jako oddział zgrupowania 7. pp AK. Po wkroczeniu armii sowieckiej pozostał w konspiracji. Od sierpnia 1945 komendant Obwodu DSZ-WiN Włodawa. W lipcu 1946 opuścił szeregi konspiracji i wyjechał do Wrocławia. Ujawnił się w kwietniu 1947 w PUBP w Jeleniej Górze. Studiował na SGGW w Warszawie. Aresztowany 19.06.1950 pod fałszywym nazwiskiem Zygmunt Grodziński w Sokolnikach, pow. Dzierżoniów. Skazany 12.09.1951 przez WSR w Lublinie na karę 5 lat pozbawienia wolności, złagodzoną na podstawie amnestii z sierpnia 1945 i lutego 1947 do 1 roku i 10 miesięcy więzienia. Zwolniony w kwietniu 1952, mieszkał we Wrocławiu.

Jeszcze trudniej znaleźć jest wydane w roku 2001 notatki Szumowskiego, które ukazały się pod tytułem „Zapiski żołnierskie”. Jest to mała, ledwie 90 stron licząca książeczka. Dzięki uprzejmości kolegi dostałem jej skan i mogę tu przed Wami zaprezentować kilka jej fragmentów. Wyboru dokonałem z tych fragmentów, które sam przeczytałem. Dodam od razu, że lekturę przerwałem w pewnym momencie i już do niej nie wróciłem. Może kiedyś to nadrobię.

Oto wyimki z przedwojennych i wojennych wspomnień generała brygady, kawalera srebrnego krzyża Virtuti Militari, Zygmunta Szumowskiego.

 

Wyniki badań, jak również egzaminów, ustnego i pisemnego, były korzystne i zostałem przyjęty do Szkoły Podchorążych Lotnictwa, o czym zawiadomiłem prof. Grodzińską, mego ojca i ciotkę, która uważała się za moją faktyczną opiekunkę. Z tej trójki jedynie ciotka potraktowała tę wiadomość dość tragicznie. Polały się łzy, posypały gromy na głowę mojego ojca i błagania, abym się też opamiętał. Łzy ciotki wzru­szyły mnie, lecz nie zdołały zmienić mojej decyzji i pierwszego paź­dziernika 1935 r. zameldowałem się w Komendzie Szkoły w Dęblinie wraz z wieloma innymi kandydatami na pilotów.

 

Dopiero później przekonaliśmy się, jakimi to gagatkami są nasi starsi koledzy! Chyba tu nie przesadzę mówiąc, że młodsi oficerowie, a szczególnie starsze roczniki podchorążych, traktowali nasz najmłodszy rocznik jak surowiec, z którego przy dużym wysiłku da się coś uformować. Dlatego dawali nam w kość ile wlezie

– a to z powodu niedbale pościelonych łóżek, fatalnie ustawionych butów, niedopiętego guzika przy mundurze, wydawania z opóźnieniem komendy. Krytycznie ocenialiśmy między sobą zwłaszcza starszych podchorążych, przyrzekając sobie solennie, że my tak kretyńsko nie będziemy się w przyszłości zachowywać.

Zupełnie inny klimat panował na wykładach, gdyż byliśmy w pełni świadomi ich wartości, a także ceny, jaką nam przyjdzie zapłacić na egzaminach za brak wiedzy. Dlatego uważnie słuchaliśmy ich treści i sta­rannie robiliśmy notatki. Oficer, opiekun naszego rocznika, poinformował nas, iż wykłady z balistyki, meteorologii oraz roli lotnictwa we współczesnej wojnie mają ogromne znaczenie, dlatego materiał należy solidnie opanować.

Pewnego dnia zostałem wezwany do Komendanta Szkoły płk. Iwaszkiewi­cza. Stawiłem się u niego bardzo zdenerwowany w obawie, iż zostanę niezwłocznie wydalony ze Szkoły. Pułkownik potraktował mnie łagodniej niż się spodziewałem i powiedział: ,,Daję panu termin dostarcze­nia zgody ojca do końca grudnia”. Zameldowałem komendantowi Szkoły swoje odejście i od razu napisałem do ojca z serdeczną prośbą o zgodę. Niestety, nie odniosła ona skutku. Z odpowiedzią ojca ponownie zameldowałem się u płk. Iwaszkiewicza, a ten po przeczytaniu listu orzekł: ,,Postaram się o przeniesienie pana do Szkoły Podchorążych Piechoty w Komorowie po ukończeniu pierwszego roku u nas”, co było dla mnie i tak szczęśliwym rozwiązaniem. Gdy opowiedziałem moje­ mu przyjacielowi Stanisławowi Sierpińskiemu, podchorążemu pierwszego rocznika, o przebiegu rozmowy z płk. Iwaszkiewiczem, uznał, iż mam duże fory u komendanta Szkoły. Mnie zaś wydawało się wtedy, że wstawiła się chyba za mną pani profesor Grodzińska. Niezależnie od wszystkiego do dziś mam wysokie mniemanie o komendancie Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie.

Komenda Szkoły na okres lipca i sierpnia kierowała podchorążych dwu starszych roczników na praktykę do pułków. Taką też praktykę odbyłem w 82 pp w Brześciu nad Bugiem i w 8 pp Leg. w Lublinie. Dowódcą 82 pp był wtedy ppłk Antoni Chruściel, późniejszy d-ca Powstania Warszawskiego, gen. bryg. ,,Monter”. Jako absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty w Komorowie z piątą lokatą miałem prawo wyboru pułku i zdecydowałem się na 40 pułk piechoty Dzieci Lwowa.

Pod osłoną ognia artyleryjskiego ruszyły do ataku czołgi niemieckie. Z naszej strony odpowiedziały ciężkie karabiny maszynowe, artyleria i działka przeciwpancerne. Huk dział i rozrywające się pociski, trzask karabinów maszynowych, świst kul, fontanny kamieni, głazów, połamanych gałęzi, jęk rannych uniemożliwiał porozumiewanie się. Stojąc przy obsłudze działka przeciwpancernego starałem się panować nad własnym zdenerwowaniem i tak nasilić głos, by mnie słyszały ob­sługi wszystkich trzech działek, gdy wydawałem rozkazy. Tymczasem Niemcy wzmogli ostrzał artyleryjski i zdawało się, że nigdy on się nie skończy. Na szczęście zapadający zmrok przyniósł ulgę, zamilkła artyleria i znieruchomiały czołgi nieprzyjaciela. Dokonałem przeglądu każdej z trzech obsług. Wszyscy żołnierze byli na miejscu, cali i zdrowi, żaden nie odniósł rany. Twarze mieli ponure, brudne, o nic nie pytali. Prawie całą noc czuwałem, dopiero nad ranem zmorzył mnie sen.

Następnego dnia o świcie zbudził mnie huk armat niemieckich. Na­ sza artyleria natychmiast odpowiedziała ogniem. Moje działka milczały, bo na przedpolu nie było czołgów. Nasilenie ognia artylerii niemiec­kiej wzmagało się z minuty na minutę. Za chwilę usłyszeliśmy warkot motorów i chrzęst gąsienic czołgowych. Dałem rozkaz otwarcia ognia i przez lornetkę obserwowałem efekt. Strzelaliśmy do czołgów z odległości 600-800 mi bardzo skutecznie.

 

W nocy wycofaliśmy się z Przełęczy, omijając Duklę. Dwa działka ciągnęli żołnierze, bo konie, pozostawione na tyłach, zagubiły się w ogromnym zamieszaniu. Cofaliśmy się na północny wschód w kierunku Lwowa i po trzech dniach marszu dotarliśmy do miasta, gdzie zakwaterowano nas w koszarach 40 pp Dzieci Lwowa. W tamtych dniach Lwów był wypełniony po brzegi wojskowymi różnych formacji. Przeważali wyżsi oficerowie – pułkownicy, podpułkownicy, majorzy – eleganccy, w wyprasowanych mundurach, umyci, wyspani i najedzeni. Nie zwracali uwagi na oddawane im honory wojskowe ani na nasze mocno sfatygowane umundurowanie. Były to jakby dwa światy, niby takie same, a jakże różne. W nienajlepszym nastroju zameldowałem się u ppłk. Fronczaka (chyba nie przekręciłem nazwiska). Podpułkownik polecił mi utrzymać rygor w oddziale, wymienić mocno zniszczone umundurowanie i zaprowiantować żołnierzy.

 

Odcinka przy ul. Gródeckiej broniliśmy z por. Warą aż do poddania Lwowa wojskom sowieckim. Przygotowując się do obrony przed atakiem Niemców byliśmy bardzo pewni swego. 10 września ujrzeliśmy na przedpolu pojazd niemiecki, a za nim w szyku bojowym piechotę. Nauczony doświadczeniem walk na Przełęczy Dukielskiej wydałem rozkaz otwarcia ognia dopiero wtedy, gdy pojazd zbliżył się na ok. 500 m. Ogień był celny, pojazd mocno uszkodzony stanął, a żołnierze niemieccy pospiesznie wycofali się. Nieprzyjaciel prawie codziennie powtarzał ataki ogniowe artylerii i oddziałów pancernych na nasze stanowiska. Przez cały ten czas czuliśmy moralne wsparcie mieszkańców ul. Gródeckiej. Moim zastępcą wówczas był ppor. rez. Antoni Kowal, z za­wodu prawnik, z którym później przeżyliśmy trudne dni już po poddaniu Lwowa wojskom sowieckim. Przypomnę, iż gen. Władysław Lan­gner, d-ca VI Okręgu Wojskowego id-ca Obrony Lwowa, poddał miasto Armii Czerwonej na rozkaz Naczelnego Wodza Wojsk Polskich marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.

 

Do dziś mam przed oczami wielotysięczną kolumnę polskich oficerów na trasie do Winnik tuż po kapitulacji. Smutne twarze, milczące, pochylone postacie. Wśród tych wielu staliśmy z ppor. Antonim Kowa­ lem, obaj ponurzy jak listopadowa noc. Na dobitek w ostatnim dniu walki z Niemcami zostałem ranny w kolano. Po założeniu opatrunku nie opuściłem swego szwadronu. Teraz, stojąc w kolumnie, czułem nasilający się ból. Upomniałem się o lekarza. Oficer sowiecki zbył mnie krótko: ,,Zaraz przyślę wam wracza”. Po załadowaniu nas do samochodów ciężarowych odczułem pewną ulgę, gdyż wygodniej mi było sie­dzieć niż stać.

Ze Lwowa, a właściwie z Winnik do Tarnopola wieźli nas nocą. Samochody zatrzymywały się tylko na krótko w Zbarażu. Niestety, pono­wił się ból kolana i znów zwróciłem się o pomoc do oficera sowieckie­ go, który opryskliwie odparł: ,,Lekarz opatrzy was, gdy przyjedziemy na miejsce”. O świcie samochody zatrzymały się na dużym placu tuż przed Tarnopolem. Kazano nam wysiąść, a następnie rozmieszczono nas grupami i otoczono strażą. Moje kolano dawało mi się coraz bar­ dziej we znaki, w dodatku było gorące. Lekarza sowieckiego, mimo mojego dalszego upominania się o pomoc, oczywiście nie było. Zaczęła się wówczas we mnie wykluwać myśl o ucieczce, tym bardziej że wi­działem jej realną szansę, gdyż jeszcze we Lwowie ppor. Kowal wspomniał mi, iż jego rodzice mieszkają we wsi pod Tarnopolem. Zaproponowałem Antosiowi, byśmy uciekli w najbliższą noc. Nie sprzeciwił się, ale wyraził obawę, czy z moim rannym kolanem zdołam dojść do jego wsi. To jest 9 km drogi – dodał.

 

Nie mogliśmy wprost doczekać się nocy, a gdy nadeszła przemknęliśmy cicho jak duchy między strażami sowieckimi. W rezultacie ucieczka, wbrew naszym przewidywaniom, okazała się nie taka trudna. Natomiast dalsza wędrówka w terenie falistym wymagała dużego wysiłku. Antoś Kowal właściwie niósł mnie na plecach, przy każdym stąpnięciu bowiem ból stawał się nieznośny. Do domu rodziców Antosia dotarliśmy nad ranem straszliwie zmęczeni. Przywitali oni mnie bardzo serdecznie, a swego syna z radością i wzruszeniem. Zostałem przedstawiony przez Antosia jako jego kolega z wojny i przyjaciel. Po­ wiedział też, że jestem ranny i potrzebuję pomocy lekarskiej, przy tym dodał, iż uciekliśmy z niewoli sowieckiej. Ojciec Antosia niezwłocznie zaprzągł konia i pojechał do Tarnowa po dr. Wiślickiego, który – jestem o tym przekonany – uchronił mnie przed gangreną i jej groźnymi następstwami. Dr Wiślicki był dobrym fachowcem i gorącym patriotą. Leczył i przywoził mi medykamenty, udzielał cennych rad, jak również informował o poczynaniach sowieckiego najeźdźcy.

 

Pobyt w domu państwa Kowalów uważam za bardzo ważny, gdyż umocnił on we mnie szacunek dla ludzi polskich wsi i wiarę w ich patriotyzm. Opiekowali się mną, opłacali lekarza i żywili bez względu na konsekwencje. Obaj z Antosiem unikaliśmy kontaktów z sąsiadami i osobami odwiedzającymi państwa Kowalów, uważając, że tak będzie bezpieczniej i dla nas, i dla rodziców Antosia, tym bardziej że połowę wsi zamieszkiwali Ukraińcy. Mimo to zaczęto się nami interesować. Ktoś zapytywał o cel tak częstych wizyt lekarskich, a znany skądinąd mamie Antosia Ukrainiec zapytał wręcz co to za ludzie przebywają w jej mieszkaniu. Zaczęliśmy przeto rozważać wyjazd z gościnnego do­ mu państwa Kowalów i ustaliliśmy, że 10 października udamy się do Lwowa. Do tego czasu należało postarać się dla mnie o dowód tożsamości, co załatwił dr Wiślicki. Od tej pory przyjąłem nazwisko Zygmunt Grodziński. Mama Antosia z kolei zaopatrzyła nas w żywność, a ja otrzymałem ubranie cywilne. Zapakowała nam też na drogę butelkę wódki, która okazała się cennym argumentem w staraniach o bile­ ty kolejowe.

Do Lwowa dojechaliśmy bez przeszkód i zatrzymaliśmy się u narze­czonej Antosia. Pani Agnieszka i jej rodzice powitali Antosia serdecz­nie. Czułem się tam nieco skrępowany, dlatego od pierwszego już dnia szukałem wolnego lokalu, a nie było to wcale łatwe, gdyż Lwów był wówczas pełen uciekinierów. Nie mogłem odnowić swoich znajomości z rodzinami wojskowymi w obawie przed ludźmi zaprzedanymi komunistom. Był jeszcze jeden szkopuł, nie miałem pieniędzy. To głównie, a także szczęśliwy przypadek, zaważyły na moich dalszych losach. Otóż spotkałem w mieście Zbigniewa Kiełczewskiego, adiunkta Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, syna właściciela majątku ziemskiego Guzówka (lubelskie) i mojego dobrego znajomego. Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy wracać w strony rodzinne. Plan był prosty, ale jego realizacja okazała się trudna. Wprawdzie ze Lwow do Lublina jest tylko 85 km i można było założyć, iż w ciągu jednego dnia jazdy pociągiem uda się dotrzeć do celu. Niestety, tuż przed granicą sowiec­ko-niemiecką zaaresztowano nas obu. Śledztwu nie było końca. W pewnym momencie wszystko zawisło na włosku. Enkawudzista przesłuchujący Zbyszka spytał go o moje nazwisko i imię. Ścierpłem, bo Zbyszek znał tylko moje nazwisko rodowe i nie wiedział wtedy o przybranym. Pomógł czysty przypadek. Przesłuchującego enkawudzistę nagle wywołano, a zastąpił go inny umundurowany sowiet. Wykorzystałem ten moment, by powiedzieć Kiełczewskiemu, że teraz na­zywam się Zygmunt Grodziński. Pomocny w tych przesłuchaniach okazał się argument, iż Zbyszek Kiełczewski od urodzenia bez dłoni u lewej ręki leczył się we Lwowie, a ja sprawuję nad nim opiekę. W końcu na tej stacji granicznej uwolniono nas.

Od granicy do Szczebrzeszyna wędrowaliśmy pieszo, jechali furmanką, by wreszcie, brudni i zmęczeni, dotrzeć do mieszkania Jana Turowskiego, mojego kolegi ze Szkoły Podchorążych w Komorowie. Drzwi otworzyła nam siostra Jasia, która po przedstawieniu się jej przywołała brata. Spotkanie z ppor. Jasiem Turowskim zapoczątkowało nową erę w moim życiu.

Wkrótce po przyjeździe do Szczebrzeszyna z inicjatywy kol. Jasia Turowskiego pojechaliśmy we dwóch do Zamościa, by skontaktować się z por. Józefem Maślanką, oficerem 9 pp Leg., który wg relacji Jasia działał w tajnej organizacji wojskowej. Rozmowa z por. Maślanką, naszym starszym kolegą, była wyczerpująca i długa. Poinformował nas, iż w Kraju powołana została tajna organizacja wojskowa o nazwie Służba Zwycięstwu Polski. Podkreślił, że oficerowie służby stałej mają obowiązek wstąpienia do tej organizacji, gdyż jest to dalszy ciąg służby w wojsku polskim. Odradzał wyjazd za granicę. Bez wahania złożyli­śmy przysięgę. Por. Maślanka zapoznał nas ze schematem organizacyjnym SZP oraz określił jej cel i zadania. Koledze Turowskiemu zlecił komendę w Szczebrzeszynie, mnie zaś wyznaczył na komendanta gminy Turobin i Żółkiewka w pow. Krasnystaw. Tuż po przyjeździe do rodzinnego Turobina rozpocząłem działalność konspiracyjną. Zanim jed­nak rozpocznę omawiać jej szczegóły, przedstawię w skrócie dane o woj. lubelskim, jak również o Turobinie i Żółkiewce, dotyczące granic, ludności i spraw gospodarczych.

 

Na tym fragmencie, jak wspomniałem, zakończyłem lekturę. Dołączę może jeszcze przedmowę do książki Zygmunta Szumowskiego, którą napisał Jerzy Woźniak, podsekretarz stanu w Urzędzie do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych

Historia jednego życia osnuta na kanwie wydarzeń XX wieku pasjonuje i zmusza do zadumy. Bardzo wielu z nas – z pokolenia Kolumbów – do dziś przeżywa własne dzieje, wspomnienia często ubarwione nie­ doskonałością pamięci, bliskie sercu, a odległe upływającym czasem. Nie potrafimy lub nie chcemy przenieść ich na karty wspomnień. Dlatego każda praca mówiąca o dziejach tamtych dni jest ważna i po­ trzebna. Zapiski żołnierskie przelane na papier przez jednego ze znaczących dowódców AK ziemi lubelskiej mają swoją wymowę. Autora wspomnień znam wiele lat, cenię jego sumienność oceny faktów, wierność prawdzie historycznej, a zwłaszcza perfekcyjną znajomość historii Ar­mii Krajowej. Wydaje się, że przedstawiając fakty i ludzi na kanwie własnych przeżyć i przemyśleń pokazuje dzieje tamtych trudnych dni w prawdziwych wymiarach.

Otrzymujemy cenny przyczynek do poznania historii tak trudnej i skomplikowanej, której my byliśmy świadkami, a młode pokolenie winno ją poznać z przekazu ojców i dziadów. Cieszę się, że przypadł mi zaszczyt napisania paru zdań wprowadze­nia do książki mojego Przyjaciela.

Jerzy Woźniak podsekretarz stanu

w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych

 

 

 

O dalszych losach naszego bohatera możecie sobie poczytać tutaj

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 062024
 

Oczywiste jest dla wszystkich, że ja nikogo czytać ze zrozumieniem nie nauczę, ale możemy się chwilę pobawić w taką, grę, że jednak jest to możliwe. A nóż widelec uda się nam wspólnie dociec czegoś naprawdę interesującego. Oto dostałem dziś, po raz kolejny, list od księgarni Agere contra, która organizuje spotkania z najprzeróżniejszymi tuzami intelektu, pisarzami i analitykami i sprasza na te eventy ludzi. Można wręcz nawet rzec, że ich spędza, nie bacząc na fakt, że ci mogą sobie nie życzyć spamu w swoich skrzynkach. No i dziś dostałem od księgarni Agere contra wiadomość, w której takie oto są passusy:

Nasza ciężka praca z wieloma ekspertami, pozwoliła nam stworzyć całkowicie nowy projekt, który jest w stanie zmienić oblicze naszego kraju. Mamy dość diagnozowania rzeczywistości oraz mówienia, że jest nam źle. Mamy świadomość tego, że żyjemy w bardzo trudnych czasach, gdzie przyszłość naszej suwerenności oraz tożsamości narodowej jest zachwiana. Czujemy to bardzo mocno! Dlatego chcemy zaprosić Państwa (nieoficjalnie) na pierwszą niejawną, prezentacje naszego projektu wspólnie z Fundacją Wiara w Biznesie, który nazwaliśmy Nowy Wymiar Biznesu.

I dalej:

Pokażemy Państwu, jak dzięki naszemu projektowi możemy doprowadzić do rewolucyjnych zmian, które pozwolą na wprowadzenie spektakularnych zastosowań — pod Nowy Wymiar Biznesu, którego jeszcze dotąd nikt na Świecie nie realizował. Nie rzucamy słów na wiatr i mamy świadomość wielkości tego dzieła, ale jesteśmy zdeterminowani do działania, bo możliwe, że jest to ostatni dzwonek! Jeśli czujesz podobnie do nas i chcesz pokazać moc swojego działania, czyniąc dobro, które może rozlać się na całą Europę i Świat-zapraszamy na spotkanie 8 czerwca do Agere Contra. 

No i na koniec tradycyjnie to:

Dzięki Państwu, po mimo wielu trudności, działamy i tworzymy coraz większą społeczność. To nieocenione wsparcie, które Państwo mogą nam okazać i świadomy wybór niezależnego miejsca promującego wartości.
– 
https://patronite.pl/agerecontra

Czy nam to czegoś nie przypomina? Oczywiście, że przypomina, a nawet bardzo. Oto przypominajka:

Jeszcze więcej czasu zabrała wniesiona sprawa przeciwko Ponińskiemu – marszałkowi sejmu 1775 r. Nie mógł się usprawiedliwić, dlaczego widząc przemoc, dążącą do zagrabienia najlepszych prowincji naszych, przyjął ten urząd. Dano rok Ponińskiemu, by się stawił przed sąd sejmowy. Wówczas zjawił się człowiek z wielu względów współczesnym podobny. Urodzony w ubogim stanie, wyperswadował sobie, że był obdarzony przez Boga większym nad wszystkich ludzi światłem, geniuszem i umiejętnościami, i że jako takiemu wszelka władza, wszelkie dostojeństwa jemu jednemu się należą. Z rzadką bezczelnością powtarzał po innych, sięgał po wszystko. Że jednak zdolności nie odpowiadały pretensjom, grzecznie się go wszędy pozbywano. Chwycił się więc sprawy Ponińskiego, by wyjść na widok publiczny i otrzymał tytuł instygatora publicznego przy sądzie sejmowym. Jak łatwo, jak wymownie można było oskarżać tak wielkiego zbrodniarza, przecież mowa Turskiego, ckliwą bez związku była banialuką. Oskarżyciel dopiął swego celu; zażądał 1 000 cz. zł za fatygę i te otrzymał.   

Instygator to, dla tych co nie wiedzą, najwyższy prokurator. I teraz kwestia najważniejsza – jak to się stało, że jakiś przybłęda został najwyższym prokuratorem w sprawie tak ważkiej, jak oskarżenie Ponińskiego, odpowiedzialnego przecież za pierwszy rozbiór kraju? Niestety Niemcewicz nie zdradza kto mianował Turskiego Wojciecha instygatorem w sprawie Ponińskiego, ale wychodzi na to, że król. Zapewne więc też król nie był takim nierozgarniętym gapciem, ciepłym i serdecznym, jak to próbuje nam przedstawić Julian Ursyn. Wyniesienie bowiem człowieka cechującego się rzadką bezczelnością i miernymi zdolnościami, do sprawy tak poważnej, wymaga perfidii i determinacji. Jeśli zaś nie król to zrobił, to znaczy, że były w kraju siły, dla których sztuka taka nie była niczym nadzwyczajnym. Z opisu Niemcewicza wnioskujemy także, że Turski miał tak zwane plecy, albowiem „pozbywano się go uprzejmie”. Przypominam, że dziesięć lat wcześniej w zaaranżowanym pojedynku rodzina Poniatowskich załatwiła wojewodę lubelskiego Adama Tarłę, przywódcę zrewoltowanej szlachty. A tu mamy rok 1775 i kłopot z wyeliminowaniem jakiegoś Turskiego, osobnika który wziął się nie wiadomo skąd.

Dlaczego ja to kojarzę z ofertą księgarni Agere Contra? Bo dalej w pamiętnikach Niemcewicza czytamy:

Gdy w roku 1792 Moskale z targowiczanami wkroczyli zbrojnie do Polski, znów Turski pokazał się na scenie. Udał się do rządu przysięgając na wszystko, co najświętsze, że ma sposób niezawodny z kilkuset danych ludzi zniszczyć wojsko nieprzyjacielskie. Pytano go, jaki to był sposób. Odpowiedział, że wyjawić go byłoby to całkiem zniszczyć. Żądał 2 000 cz. zł. Tylko nieograniczona żądza zgubienia zajadłego wroga zaślepić mogła rząd, że przyjął jego propozycję i żądaną sumę wypłacił.

Nie wiem czy wszyscy dobrze rozumieją, co się tu, pardon, odjaniepawla? Oto mamy rząd narodowy, króla, oficerów, do tego jeszcze armię w całkiem dobrym stanie, która co prawda cofa się, na froncie ukraińskim, ale zadaje wrogowi straty. Armią tą dowodzą ludzie tacy jak książę Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko. No i nagle zjawia się ten sam gość, co skompromitował państwo przy sprawie Ponińskiego z propozycją zastosowania cudownej broni, która zgubi nadciągające hufce moskiewskie. Nie może jednak powiedzieć o co chodzi, dopóki nie dostanie dwóch tysięcy złotych. Przejęty rząd narodowy, w składzie, jak wyżej, pieniądze wypłaca, ale pan Turski nie realizuje swojego projektu. Kim on w takim razie był? Mnie dziwi jedno, że w tej naszej Polsce tak przecież zainteresowanej historią, nikt się jeszcze nie zdecydował na przeprowadzenie śledztwa w sprawie nie tylko Turskiego, ale takiego Caligostro, który zapewne był jeszcze bardziej odpowiedzialny za I rozbiór niż Poniński. No, ale to mogłoby być uznane przez różne środowiska za niepoważne. Co innego taka propozycja:

Pokażemy Państwu, jak dzięki naszemu projektowi możemy doprowadzić do rewolucyjnych zmian, które pozwolą na wprowadzenie spektakularnych zastosowań — pod Nowy Wymiar Biznesu, którego jeszcze dotąd nikt na Świecie nie realizował. Nie rzucamy słów na wiatr i mamy świadomość wielkości tego dzieła, ale jesteśmy zdeterminowani do działania, bo możliwe, że jest to ostatni dzwonek!

Jak pamiętamy Turski nie zrealizował swojego planu, a był przez cały czas kampanii roku 1792 w sztabie przy księciu Józefie Poniatowskim, opowiadając mu, że już za chwileczkę już za momencik, jego chytry sposób na zniszczenie Moskwy zostanie zrealizowany. Aż się chce zapytać – kto chronił Turskiego, że książę Józef, człowiek raczej popędliwy niż rozsądny, nie kazał go rozstrzelać? Jego obecność musiała bowiem wpływać na morale oficerów. W jaki sposób, każdy może się domyślić.

Turski, po ostatecznej klęsce, zniknął. Wprost ze sztabu, z szeregów kapitulującej armii. Odnalazł się w Paryżu:

W ciągu krótkiej wyprawy w 1792 r. wódz Józef Poniatowski, przy którego kwaterze czepiał się Turski, przypominał mu przyjęty przez niego obowiązek zniszczenia wojska moskiewskiego, ale ciągle otrzymywał odpowiedź, że jeszcze pora nie przyszła. Dopiero w Kurowie,  gdy dotarła wiadomość, że król konfederację targowicką podpisał i wojsku cofać się kazał, Turski zniknął, a w miesiąc później dowiedzieliśmy się, że był w Paryżu. Zapoznawszy się z wodzami jakobinów, Robespierre, Marat, S. Just i drugimi, nadał sobie tytuł reprezentanta narodu polskiego. Nazwał się Albert le Sarmate, otrzymał audiencję w konwencji narodowej, i miał tę zapalczywą jakobińską mowę, którą w dziennikach owej epoki czytać można.

 

Może rzecz ujmijmy tak: masoni służą temu, by rosyjska agentura mogła działać z większym jeszcze rozmachem i miała otwarte drzwi do salonów, w których obradują ciała kolegialne. A przez to nie otoczone tak zwanymi zaufanymi osobami, stanowiącymi często przeszkody nie do przebycia. Wierność bowiem osobista jest dla agentury przeszkodą największą. Trzeba zbudować całą fikcyjną i udającą powagę hierarchię, by ją złamać albo unieważnić.

Czy Turski działając przy sztabie nie był czasem główną przyczyną tego, że zamiast planu strategicznego i szeregu działań powstrzymujących wroga, armia się cofała, czekając, aż pan Turski odpali swoją wunderwaffe? Na to pytanie nikt odpowiedzi nie udzieli, albowiem wszyscy byli wtajemniczeni, ale nie w te arkana, w które należało. Niemcewicz udaje, że sztabem i rządem powodowały najszczersze intencje. Powątpiewam w to szczerze.

No nic kończymy powoli, pointy nie będzie. Wszystkich szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Agere contra i wysłuchania tego, co tam prelegenci mają do powiedzenia. Nie wiem tylko, co mam zrobić, żeby mi tego spamu nie przysyłali, bo ja się do nich nie wybieram i nie sądzę, żeby kiedykolwiek się to zmieniło.

Jak zwykle przypominam o naszej nowej książce

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 052024
 

Wróciłem właśnie z majówki i postanowiłem podzielić się z Wami wrażeniami z Polski, zwanej przez Nitrasa i jemu podobnych Polską C. Tak się przy tym składa, że ja doskonale znam ten kawałek kraju, który Nitras i marszałek Polak uważają za Polskę A, czyli Lubuskie i południową część Zachodniopomorskiego. I wiem już na czym polega nasz problem. Otóż Polacy z Polski A nie chcą być Polakami z Polski C, a ci, którzy w Polsce C głosują na Nitrasa, nie wierzą, że on ich kantuje na chama i myślą, że w Polsce A, jest tak, jak w Grecji co najmniej, a może nawet lepiej i taniej. To jest bowiem główny problem ludzi, którzy zmagają się z frustracjami związanymi z podziałem kraju na strefy A, B i C – gdzie jest taniej. I za każdym razem kiedy o tym myślą, wychodzi im, że najtaniej jest w Egipcie, dokąd jeżdżą na wakacje, by tam „poznawać świat” leżąc na plaży w towarzystwie ruskiej bandyterki i gapiąc się na miejscowych usiłujących im wcisnąć jakiś szajs z tysiąckrotnym przebiciem. Wyjaśnienie takim istotom, że za jakość płaci się niezależnie od tego, pod jaką szerokością geograficzną usługodawca ją świadczy, to problem z którym nie radzą sobie najtęższe umysły. Powszechne jest bowiem przekonanie, że jak coś jest krajowe musi być za darmo, albowiem nie serwuje tego Murzyn, który swoje towary ściąga w chińskich kontenerach, zamawiając je na aliexpress. No, ale dobrze, dość tych wstępów. Zapraszam na wycieczke po Polsce C.

Oto proszę wycieczki hotel Lipowy most, obiekt położony w środku lasu, z dala od asfaltowych dróg, do którego dojeżdża się, jak za króla Ćwieczka bitym traktem, po wybojach

 

Można mieć oczywiście różne zastrzeżenia, że komary, że strefa spa za mała, że to, że tamto. Powiem Wam jedno – na Podlasiu, w upał, majowy czy letni, człowiek czuje się jak na wakacjach za dawnych czasów. Jakby przyjechał do dziadka, który mu pozwala na wszystko i nie łazi za nim, jak matka, krok w krok. Las, woda, w wodzie ryby, rzeczki i strumienie są czyste i można, stojąc na mostku rozpoznawać gatunki ryb pływające w nurcie. Przestrzeń jest na tyle duża, że można skryć się przed licznym gośćmi i nie wchodzić z nimi w żadne interakcje.

A to jest jedno z miasteczek w Polsce C. Konkretnie Supraśl i odbudowany w latach osiemdziesiątych klasztor prawosławny. W czasie okupacji wysadzili go Niemcy, zostawiając kupę ruin. Dziś miejsce to ciąga turystów z regionu i z całego kraju, z wyjątkiem Polski A oczywiście, która nie zhańbi się nigdy tym, by wybrać się w rejony tak zdegradowane jak Podlasie. Skoro pod ręką jest Gorzów Wielkopolski…

 

W budynkach klasztornych znajdują się dwa muzea, ale ponieważ mnie, tak samo, jak większość turystów polskich jeżdżących po świecie muzea i zabytki nie interesują, pokaże Wam coś innego, co też się tam znajduje. Oto reastauracja „Duchowe łąki”, gdzie na pewno jest drożej niż w grecki burger Kingu.

 

Przy rynku w Supraślu jest jeszcze kilka takich, a cały rynek, dziś niestety w remoncie, bo wymieniają nawierzchnię, pełen jest straganów. Jak to na Podlasiu: z miodami, sękaczami, wędlinami i wszelkimi pysznościami. Na które oczywiście można ponarzekać i można się nawet zawstydzić, że takie rzeczy znajdują się w Polsce C, a przecież jest jeszcze Polska A, gdzie na pewno jest lepiej. Od rynku odchodzą dwie osie widokowe, a na końcu każdej znajduje się kościół. Obydwa kościoły są dziś katolickie, ale dawniej jeden był protestancki.

 

A tak wygląda budynek liceum plastycznego w Polsce C.

Czasem zdarza mi się tu przywoływać taką myśl, którą Andrzej Bobkowski, autor niegdyś popularny i popularyzowany, przypisał Balzakowi – Francja jest krainą najbardziej obcą dla Francuza. Nikt jej nie zna i znać nie chce. Balzak miał to powiedzieć w czasach kiedy Francja nie była jeszcze poprzecinana liniami kolejowymi. Musiał więc mieć rację. Potem, w czasach III Republiki wszystko się zmieniło. My dziś znajdujemy się w sytuacji analogicznej. Mamy drogi, mamy kolej, ale nie widzimy co znajduje się poza drogami i poza pernonami. Mamy piękny kraj, który powinien nas inspirować, a szukamy wrażeń i atrakcji, które nie istnieją lub wręcz nigdy nie istniały. Ludzie patrzą a nie widzą. Interesują ich głupkowate stylizacje a la PRL, albo wycieczki do egzotycznych krajów, gdzie na obiad dają robaki. Ciągle też słyszymy o politykach kupujących nieruchomości za granicą, bo wiecie, w tej Polsce to wszystko może się wydarzyć. Uważam, że za coś takiego powinien grozić sąd polowy. Nie zdają sobie bowiem ci biedacy sprawy z tego, że bez Polski są nikim, a ich prawo własności zakwestionuje każdy. Nie chcę się tu rozwodzić nad kwestiami takimi, jak przypadek muzeum polskiego w Rapperswilu. Dobrze jednak na tym przykładzie widać, jak traktowana jest w dłuższej perspektywie, kwestia własności nieruchomej.

Jak już wielokrotnie pisałem Białystok jest jednym z moich ulubionych miast w Polsce. Pałac Branickich wygląda dziś tak (zdjęcie z zeszłego roku)

 

W Tykocinie ludzie narzekają, że odbudowany przez prywatnego właściciela zamek, nie jest tak naprawdę zamkiem średniowiecznym. To mnie zdumiewa, albowiem ci, którzy tak mówią nie mają pojęcia ani o średniowieczu, ani o tym, do czego dziś potrzebne są zamki

A tu rynek w Tykocinie, byłem tam w zeszłym roku, także w majówkę. Na ulicach słyszało się wszystkie chyba języki Europy, a najlepsze jedzenie sprzedawała taka pani z Litwy, która specjalnie przyjechała na długi weekend do Polski, żeby sobie zarobić.

 

To zaś, proszę wycieczki jest wnętrze salonu we dworze nad Narwią, koło Tykocina, który nosi nazwę Stanica Rzeczna Łabędzie. Na okolicznych łąkach, w każdą pierwszą sobotę miesiąca odbywają się największe w kraju targi staroci.

 

W Kiermusach jest jeszcze jeden obiekt, znacznie większy niż Stanica, nazywa się Dworek nad Łąkami, ale tam nie nocowałem i nie mam zdjęć. Z zewnątrz wygląda ładnie i jest duża karczma do tego. No, ale w Stanicy rzecznej są śniadania wegetariańskie przygotowywane każdego ranka przez dwie sympatyczne panie. Ludzie tam jeżdżą, żeby posiedzieć w ciszy, wśród tych mebli i koronek, albo przejechać się rowerem tuż przy brzegu Narwi. Można też iść na spacer, albo z pobliskiej górki oglądać zachód słońca. Można też oczywiście zawsze ponarzekać. Bo cóż to szkodzi. Pora wyjaśnić istotną różnicę między Polską A, B i C. Obiekty przeznaczone dla turystów w Polsce A, nastawione są głównie na Niemców. Kiedy w zeszłym roku byłem w Mierzęcinie, znajdujący się tam Niemcy kłaniali mi się i mówili guten tag, albowiem byli przekonani, że jesteśmy ich ziomkami.

 

I powiem Wam, że miejsca, gdzie zjeżdżaj się Niemcy, nie są wcale najdroższe. Polska B, to tereny wokół Poznania, Gdańska i te bliżej Warszawy. I tam dominuje klient miejscowy, który nie narzeka. Wiem bo byłem. Tam też najlepsze jest obsługa. Nie będę tu jednak pisał dlaczego, pogadamy kiedyś o tym prywatnie. Powiem tyle, że zdarza się, że właściciel naprawdę dużego obiektu jest na miejscu i rozwiązuje problemy gości. Są też miejsca gdzie szef kuchni siedzi sobie przy stoliku z gośćmi i przyjmuje różne uwagi. Jak ktoś ma zastrzeżenia co do menu może z nim pogadać. Tyle, że w miejscach takich, gdzie szef albo właściciel są na miejscu, nikt przeważnie do niczego nie ma zastrzeżeń. Słabiej jest w obiektach zarządzanych przez spółki, fundacje i wielkie zakłady przemysłowe, bo tam tworzą się wewnętrzne hierarchie i odpowiedzialność się rozmywa, a cierpi na tym komfort gości. No, ale to są i tak drobiazgi.

Czasem zdarza mi się pytać ludzi o wrażenia z wycieczek zagranicznych. Zawszę słyszę to samo. Te same dyrdymały o bazarach, kłótniach o cenę jakiegoś dywanika, czy czegoś. O Arabach, który te ceny zawyżają i znając kilka słów po polsku usiłują okantować gościa. Ja rozumiem chęć poznania świata, ale widzę coraz wyraźniej, że jest to pragnienie całkowicie fikcyjne, z zakresu programu jakiegoś iluzjonisty. Sam nie jeżdżę nie tylko za granicę, ale nawet w Zakopanem nigdy nie byłem. Nie szukam bowiem dostępnych tam wrażeń. Na koniec pokażę Wam zdjęcie zamku w Gniewie, gdzie wybieramy się w sierpniu.

 

I widok ze wzgórza zamkowego na Prusy Królewskie

 

Aha, chciałem pokazać Wam jeszcze moje ulubione zdjęcie z Podlasia, czli ten fragment autostrady, nad którym wisi tablica z napisem – Choroszcz dzikie Żółtki

 

 

Pomyślcie teraz o wszystkich szajbach politycznych, osobistych, towarzyskich, dla których ludzie gotowi są zdewastować wszystko, co widać na tych zdjęciach, byle tylko udowodnić sobie i bliźnim, że mieli rację. Miłej niedzieli życzę wszystkim. Nie zapominajcie o naszej nowej książce

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 042024
 

Dziś, dla odmiany, fragmenty wspomnień Edwarda Czapskiego. Pozwolę sobie bowiem odebrać kolejny dzień wolny od pracy. W odróżnieniu od Niemcewicza, Edward Czaspki został wysłany na Syberię. Okoliczności tego zdarzenia są, z każdego punktu widzenia, wstrząsające. I w zasadzie dziś nie do wyobrażenia.

Obóz Sierakowskiego

Tymczasem powstanie szerzyło się. Sierakowski po dość szczęśliwej bitwie rozłożył obóz w Dobejkach i przysłał do mnie kartkę, w której było napisane, że każe mi pod karą śmierci stawić się natychmiast w dobejskim lesie. Przyjechałem w takim razie do obozu, było tam zbrojnych ludzi kilkaset. W głównej kwaterze zastałem Sierakowskiego z szefem sztabu Laskowskim i adiutantem Kossakowskim Jarosławem.

Sierakowski schylony siedział nad mapą, bardzo mnie uprzejmie przyjął i zapowiedział, że na osobności ma ze mną do pomówienia zaraz po odbyciu rady wojennej. Na posiedzenie wezwano potem kilku oficerów, a kiedy ci wyszli z kwatery głównej, wezwano mnie do Sierakowskiego. Czytał mi list swój do Miliutyna proszący o dymisję, następnie przypominał mi naszą dawną znajomość w Petersburgu przed 20 laty. Wspominał o tym poważnie i pochlebnie dla mnie.

„Dam Ci panie Edwardzie teraz dowód największej ufności w twój rozum  wyjawię ci plan mój, idę do Kurlandii, wszyscy są temu przeciwni, bo nie rozumieją znaczenia historycznego takiego kroku wojennego. Przecież Kurlandia do Polski należała. Cóż o tym powiesz?”

„Jestem przeciwny takim hazardom  odparłem. Usposobienie ludu lepsze jest tutaj jak gdziekolwiek, z tego więc korzystać by należało”.

Długo o tym mówiliśmy. Sierakowski nie wierzył w interwencję, ale nadzieję na nią podtrzymywał najstaranniej. Wątpliwa walka pierwsza, którą stoczył w lasach poniewieskich, dodawała mu otuchy, chociaż jedna trzecia tylko wojska jego była w palną broń zaopatrzona. Po obiedzie odbywał rewię oraz marsze i czytał nowe nominacje oraz awanse, potem do zgromadzonych powstańców przemówił z wielkim zapałem. Okrzyki wojska świadczyły, że wodza kochali i wierzyli mu…

Wieczorem wróciłem do domu z bardzo bolesnym uczuciem. Plan wojny, usposobienie poetyczne, pretensje historyczne i upodobania retoryczne wodza wydały mi się mniej niebezpieczne. Nade wszystko porażały mnie skromne rozmiary tej demonstracji wojennej  niedostatek ludzi i broni.

W dniach tych otrzymałem list od żony zaklinający mnie, abym wracał do Wilna. Razem wtedy z obywatelem jednym wyjechałem do Wilna, razem prezentowaliśmy się u gen. gubernatora Nazimowa, wśród ciżby generałów, między którymi było kilku, którzy z bitwy pod Siemiatyczami i z pogromu Langiewicza wrócili. Usposobienie publiczności wojskowej było przerażające, trzeba było przewidywać, że ta wojna nie skończy się na pobojowiskach. Na nas patrzyli ci panowie z gniewem i zadziwieniem, zaś Nazimow zdawał się zażenowany naszą obecnością.

Mój sąsiad mieszkał u mnie w Wilnie  późno w noc wrócił do wyznaczonego dla siebie pokoju a nazajutrz z samego rana proponował mi, abym wstąpił do rządu tajemnego. Odmówiłem, mówiąc, że w tak zdesperowanym położeniu rzeczy nic nie poradzę, że nigdy ci którzy na czele ruchu stali nie mieli ufności do mnie, ani mnie się radzili, że teraz powinni sami kończyć co sami poczynali, że jeżeli bym stał razem z nimi na czele rządu nie doprowadziłbym rzeczy do wybuchu, że w tym ostatnim kroku rządu, w propozycji tej, widzę słabość wielką, ale uprzedzam, że chociaż do niego należeć nie chcę, wszystkie jego rozkazy do końca wypełniać będę…

Natychmiast proszono mnie abym jechał do Rygi i zakupił tam kilka egzemplarzy karty głównego sztabu Petersburskiego i takowe Sierakowskiemu przesłał.

W Rydze wielki był ruch; już wiedziano tam o rozgromie i aresztowaniu Sierakowskiego, wojska liczne na placach przez dzień cały odbywały musztrę. Niepotrzebne tedy były już karty…

Wróciłem do Wilna. Fizjonomia miasta po tych wypadkach była nie do opisania, fraszka morowe powietrze. Szeptano spotykając się na ulicy, w domach zza uszaków trwożnie na ulicę wyglądano, w przejeżdżających, eskortowanych przez żandarmów, rozpoznawano swoich znajomych…

 

 

Adres wiernopoddańczy

Żona Antoniego Jeleńskiego wręczyła mi na ulicy 30 tysięcy rsr. do schowania, powiedziałem jej, że wręczę tę sumę żonie, bo sam wątpię, abym mógł pozostać długo na straży tego depozytu. Pamiętam jak Cyprian Cywiński uciekał ode mnie ze znajomymi, którzy mnie unikali.

Późną nocą przysłał po mnie Tyzenhaus prosząc, abym koniecznie go nawiedził. Zastałem go w wielkiej niespokojności, mówił, że Murawjow każe adresa podpisywać, że mnie wkrótce mają uwięzić za to, żem kluczwójta kazał powiesić, prosił mnie, abym mu szczegółowo ten wypadek opowiedział. Kiedy mu wszystko opisałem: „No to będzie źle bardzo.  A tak  rzekę  ale ja adresu nie podpiszę”.

Nazajutrz było kilku obywateli i marszałków u gubernialnego marszałka Domeyki; między nimi faworyt Murawjowa p. Snitko. Domeyko mówił, że trzeba adres podpisać, a ja odparłem, że nie masz żadnej przyczyny do tego: że srogości rządu tak są wielkie, że tylko bierny opór pozostawił nam doprowadzonym do ostateczności.

P. Snitko, faworyt Murawjowa zapowiedział, że jeżeli szlachta nie podpisze adresów, to niezwłocznie wszystkich obywateli bez wyjątku wyślą na Sybir. Ja mu na to powiadam, że chociażby rząd miał takie zamiary, to nie ma mocy aby je uskutecznić. Na to on mi prawi, że Napoleon w 1851 r. 200.000 Francuzów wysłał do Cayenne. Ja temu zaprzeczyłem z impetem. Tu marszałek Domeyko odprowadził mnie na stronę i ostrzegł, że p. Snitko w wielkich jest łaskach u Murawjowa.

Na ulicy spotkałem nazajutrz p. Henryka Bielińskiego z powiatu trockiego i on bywał u Murawjowa, którego od 30 lat znał jeszcze w Grodnie; ostrzegał mnie, że jeżeli nie będę nakłaniał ludzi do podpisania adresu, to Wiżuny mi zabiorą, a śledztwo o Kluczwójcie tak poprowadzą, że bez katorgi i Syberii się nie obejdzie  jeden na to sposób: wziąć na siebie zbieranie podpisów. Odpowiedziałem p. Bielińskiemu, że raczej wszystko stracę niżbym miał cześć oddać.

Moja żona była jeszcze bardzo osłabiona. Radziłem jej, aby wyjeżdżała zagranicę, kiedy jeszcze czas był po temu, ale nie mogłem nakłonić. Coraz nowe aresztowania kazały mi obawiać się najgorszych dla mnie skutków ze stosunków jakie miałem z ludźmi, których uważano za naczelników rządu. Kilku z nich już uwięziono. Kiedy wracałem do domu zastawałem zawsze moją Antosię u drzwi, czekającą na mnie z niewymowną trwogą.

 

Aresztowanie

Była to niedziela 1863 r. 9 czerwca. Po wielkiej mszy w katedrze, kiedy mijałem kamienicę biskupa na ulicy Zamkowej, spostrzegłem u bramy dwóch policjantów, wejrzeliśmy w głąb bramy  cisza była. Od przechodzących przez ulicę dowiedzieliśmy się, że księdza biskupa Krasińskiego wywożą natychmiast.

Po obiedzie kuzynki moje, księżniczki Radziwiłłówny i baron Hartingh byli u nas  piliśmy herbatę.

Kiedy p. Tenczyńska podawała mi szklankę, ja, stawiając ją na stole, przewróciłem i herbatę rozlałem. Zwracając się do gości głośno wyrzekłem: malum omen.

W tej chwili wchodzi służący i mówi, że dwóch policjantów stoi w bramie naszego domu. Chciałem sam zejść na dół, aby się o tym przekonać, ale nagle wchodzi oficer żandarmów, a za nim czasny prystaw (komisarz policji) i oznajmiają mi, że mają polecenie wyższej władzy moje mieszkanie zrewidować. Poszukiwania trwały więcej jak godzinę, nie oszczędzono chorej i przerażonej gospodyni: ze szczególną dokładnością bieliznę jej przetrząsając. Po tej ceremonii żandarm obwieścił, że jestem aresztowany.

Zawieziono mnie na dróżkach miejskich do fortecy, tu żandarm zdał mnie generałowi Wiatkinowi, komendantowi fortecy. Ten mnie zdał jakiemuś oficerowi, z nim wyszedłem z salonu Wiatkina na podwórze cytadeli i przeszedłszy paręset kroków między wałami ujrzałem przed sobą kazamaty więzienne. Korytarzem trafiliśmy do jakichś drzwi na prawo, otworzono, wpuszczono mnie i drzwi za mną zamknięto na klucz i zasuwkę.

Była już godzina 9-ta; pamiętny w życiu moim pierwszy wieczór niewoli  pamiętny ostatni dzień wolności.

Dwóch miałem towarzyszów, zastałem ich przy herbacie; zaprosili mnie do niej p. Małecki i… (brak nazwiska).

Po pierwszych zwyczajnych zapytaniach, wszyscy zamyśliliśmy się nad przyszłością, wszyscy w milczeniu na własne wątpliwości sobie sami odpowiadaliśmy, a odpowiedzi złe być musiały, bo do rozmowy niechętnie się braliśmy.

Byłem dla moich gospodarzy, ludzi zacnych, przedmiotem szczególnych względów. Przyzwyczajeni więcej jak nowy ich kolega, do moralnej trucizny więziennej ze współczuciem śledzili na nowym subiekcie skutków wrażeń tej trucizny, której pierwsze gorycze już sami przemogli. W milczeniu po gorącej modlitwie rzuciłem się na łoże, ale sen nie przychodził zasłonić swoim upragnionym cieniem przepaść groźnej przyszłości jaka teraz stała przed oczami.

Wołania straży, częste stąpania po korytarzu kamiennym, brzęk zawiasów i kluczy, chrzęst bagnetu wewnętrznej warty, to był najstosowniejszy wtór do cichych westchnień, głębokich bólów moich palących się myśli. Łzy rzęsiste spadły mi na rozpaloną twarz kiedym w tej przerażającej wędrówce myśli żegnając się ze wszystkim co po Ojczyźnie najdroższe sercu człowieka, stanął naprzeciw mojej opuszczonej i zrozpaczonej Antosi; widziałem ją jak z załamanymi rękami stała przede mną… Widzenie było tak wyraźne, tak zupełne, że w głos przemówiłem do niej: „Przebacz! cierpisz za to, że Twój mąż ulec nie chciał przemocy, że się nie spodlił”.

Własnym głosem przebudzony ujrzałem się w więzieniu i znowu piłem truciznę, która odganiała ode mnie sen.

Nagle słyszę chrzęst karabinu, wyraźny jakby nad łóżkiem  skrzypnęły zasuwy i klucz we drzwiach. Wchodzi z latarnią trzech wąsatych drabów, jeden z nich zamaskowany położył się prawie na łóżku, tak blisko mi się przypatrywał. Przez otwory maski widziałem dwoje błyszczących oczu  wpatrywałem się uważnie w oczy zdrajcy, a kiedy skończyła się ta ceremonia, spojrzałem po jego towarzyszach, jeden z nich wyraźnie był przebrany, bo na cywilnym odzieniu miał palto wojskowe, ten z niecierpliwością i chciwością jakąś zdawał się czekać skutku odbywającej się próby. Zwróciłem się aby tej hienie w oczy spojrzeć  nie wytrzymał mojego wzroku, trącił szpiega i wszyscy trzej wybiegli z pośpiechem.

Moi koledzy wytłumaczyli mi, że takie nocne wizyty praktykują się tu zwyczajnie; szpiedzy z obozów powstańczych służą komisji śledczej za świadków, oni zeznają, że więźnia tego lub owego widzieli w obozie, że go znają.

Nazajutrz przeprowadzono mnie do osobnego więzienia, tu byłem sam jeden przez dni kilka, innej nie miałem książki jedno Missale Romanum. Z niezmierną chciwością czytałem głośno modlitwy rytuału katolickiego. Na skrzydłach modlitwy duch opuszczał ziemię a z nią i więzienie. Skarga do Boga nie poniża natury człowieka; modlitwa na usposobieniu choćby najbardziej zrozpaczonym nie obejdzie się bez wyraźnego skutku, byle dotrwać w niej aż do tej chwili, kiedy człek upada przed samym Stwórcą, poruszony skruchą za przeszłość swoją, której szczerze żałuje i gotów z poddaniem się znosić nawiedzenia kary w obecnym nieszczęściu.

Później przeprowadzono mnie do hauptwachy fortecznej. Tu zastałem Jarosława Kossakowskiego, mojego pupila, który mnie serdecznie uściskał. Kilka tygodni z nim razem przesiedziałem. Matka i siostry przychodziły do Jarosława, bo nad nim śledztwo już było zakończone, do mnie nikogo nie dopuszczano, ale wołano mnie do komisji bardzo często tak, że szesnaście razy na zapytania ich odpowiadać musiałem. Z początku chodziłem do prezesa indagacyjnej komisji gen. Wiesiołowskiego, bohatera sewastopolskiego, później odrębna komisja z dwóch członków a czasami z trzech złożona, przychodziła do mnie. W ich natarczywości widziałem wyraźnie, że chcą mnie zgubić, a co gorsza wyprowadzić z granic cierpliwości.

Że zawsze źle mówiłem i pisałem po rosyjsku więc któryś z godnych sług Murawjowa zapytuje mnie kiedyś wśród śledztwa, dla czego tak źle mówię i tak niejasno piszę po rosyjsku. Wielce niestosowne to pytanie zakończył morałem, że rosyjski poddany takiego stanowiska powinien koniecznie umieć doskonale panujący język. Na to mu odpowiedziałem: „wielmożny pan widzisz z siwiejących włosów moich, że nauczyciele moi wszyscy już prawie piasek gryzą i nie rozumiem jakim prawem ktokolwiek, choćby członek komisji śledczej, może sobie pozwolić na tego rodzaju niewczesne pouczenia”. […]

Często miewałem bóle głowy. Któregoś dnia miasto grzmiało od huku armat i parady, której Murawjow prezydował. Te triumfy najgorzej wpłynęły na moje usposobienie; odpowiadałem na piśmie i ustnie jednostajnie lakonicznie.

Dwaj panowie sędziowie niedobrze to poniekąd przyjęli. Pan major żandarmów zbliżył się do stolika, przy którym pisałem i uroczyście oznajmił, że życie moje jest w rękach Jego Ekscelencji gen. Murawjowa, żebym więc odpowiedzi moich, które gen. Murawjow sam czytać będzie nie lekceważył sobie.

Odpowiedziałem, że życie moje jest w ręku jedynego PANA, któremu wierzę i któremu służę, a nawet nie w rękach cesarza. Bóg mi dał życie, Bóg mi je odbierze, bez Jego dopuszczenia nic p. Murawjow nie poradzi. […]

Po długich korowodach wręcz mi zadano mężobójstwo: sędziowie powiedzieli mi, że to ja kazałem powiesić kluczwójta Lebiediewa. […]

Jarosława Kossakowskiego wywieźli na Sybir, zostałem sam jeden.

Po 8-miu tygodniach pobytu w fortecy wyprawiono mnie z żandarmem do Kowna. Było to w połowie sierpnia. Deszcz wielki padał kiedy przejeżdżałem przez miasto. Na dworcu kolei żelaznej zastałem dziatki z p. Tenczyńską. Żona tak była chorą, że nie mogła przyjechać…

To było największą boleścią w tym spotkaniu  pamiętam  uściskałem miłe dziatki zapłakane  sam odwróciwszy się do ściany  też zapłakałem.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pamietniki-sybiraka-edward-czapski/

Jak co dzień też promuję nową książkę

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

 

maj 032024
 

Będę dziś uprawiał rekreację, więc zostawiam Wam fragment pamiętników Niemcewicza. Bawcie się dobrze. Książkę wydamy, mam nadzieję jeszcze w maju.

Mocarstwa europejskie, widząc słabą, poniżoną pod względem politycznym Polskę, poddaną woli moskiewskiej carowej, nie trzymali u niej posłów. Francja, Hiszpania nie miały żadnego w Warszawie; Austria i Prusy, nie chcąc widzieć swych przedstawicieli przytłumionych przez dumnego posła moskiewskiego, miały tylko drobnych rezydentów. Takimi byli: Decachet – austriacki, Buchholtz – pruski. W tym ostatnim widziano tylko materializm, ledwie odrobinę ducha nieśmiertelnego. Uchodziło to póki strategią systemu dworu berlińskiego było nie sprzeciwiać się panowaniu Moskwy nad Polską. Lecz gdy wydarcie jej ze szponów moskiewskich stało się niepoślednim przedmiotem tego dworu, uległy Stackelbergowi przez długi nałóg Buchholtz w nowym systemie, przestał być właściwy. Herzberg rzucił okiem na margrabię Lucchesini. Wspomniałem już o nim, dodać tylko muszę, że był rodem z Lukki. Biegły w polityce, czynny, ruchawy do niewypowiedzenia, gotowy podjąć się wszystkiego, by dopiąć celu. I to tak dalece, że gdy szło o wybór arcybiskupa elektora mogunckiego, Lucchesini przebrany za kupca jubilera, kręcił się między kanonikami, i to darami, to obietnicami, otrzymał, że kandydat sprzyjający Prusom obranym został. Mam tę anegdotę od żony jego.

W opisywanym zdarzeniu już nie przebrany, ale wysłany w całej krasie posła przybył do niepodległego narodu. Nie dosyć na tym; ile Stackelberg, nie we wszystkim w obejściu swym Moskal, dumny i z brwią wyniosłą, tyle zręczny Włoch był grzecznym i zalecającym się. Zapewnił on sejmujących z oświadczeniem imieniem króla swego, iż monarcha ten szczerze chce pomyślności i niepodległości szlachetnego narodu polskiego i użyje silnych środków, by mu takowe zapewnić. Sądziliśmy w owym czasie, że interes jego zgadzał się z myślą podniesienia nas i wyrazy te były szczere. Niestety! W trzy lata potem chciwość zaborów zawiodła zaręczane obietnice, przytłumiła wszelki wstyd, pogwałciła dobrą wiarę w przymierzu.

Któż tę zdradę mógł na tamten czas przewidzieć, gdy i interes Wilhelma, i coraz nowe dowody życzliwych jego chęci szczerość tę zaręczały. Najmocniejszy dowód jego przychylności ku Polsce był ten, gdy oświadczył, iż przymierze zamierzał zawrzeć ze stanami. Dodał, aby na ów czas zniosły liberum veto i zagwarantowane im anarchiczne prawa. Mógł lepiej dobrze życzący ojczyźnie swej Polak do serc i umysłów przemawiać? Oświadczenie to przekonało wahających się jeszcze; z zapałem właściwym Polakom rzucono się do zniesienia gwarancji moskiewskiej, Rady Nieustającej i wszystkiego co nas gubiło, i w haniebnej podległości trzymało. Napróżno król drżący na samą myśl obrażenia carowej, przedkładał niebezpieczeństwo ściągnięcia jej gniewu. Napróżno Branicki, Szczęsny Potocki, Massalski, Gurowski w tenże sposób mówili. Napróżno sam poseł moskiewski, Stackelberg, groził gniewem swej pani; nic szlachetnego popędu wstrzymać nie mogło. Choć nieznaczną większością Rada Nieustająca, tak nienawistna krajowi, zniesioną została. Z podobnym zapałem uchwalono sto tysięcy wojska, dobrowolne składki i podatek dziesiątego grosza z dóbr ziemskich i duchownych, a połowę ze starostw. Gorący duch Polaków jak ognista raca wzbija się rączo w górę, jaśnieje żywym ogniem, lecz jak raca pęka i spada na ziemię. Złożono natychmiast kilkakroć dobrowolne ofiary. Sejmujący dali przykład, i ja mając naówczas 1 000 zł gotowych zaniosłem 500. Marjański, kowal warszawski, ofiarował dwa wozy amunicyjne. Podatek ze skór skarb nieco zasilił, lecz w przywiedzeniu do skutku podatku dziesiątego grosza wielkie znalazły się trudności i opóźnienia. Wstyd powiedzieć, że niewielka tylko liczba obywateli była co dochody swoje wiernie podała, większa nierównie zataiła.

Skoro zrzucono gwarancję moskiewską, nowy porządek rzeczy zaczęto wprowadzać. Najpierw Seweryn Rzewuski widząc, że o przywróceniu władzy hetmańskiej wzmianki nie było, bez tego uważając wszystko za stracone, rozdąsany wyjechał do Wiednia. Dotąd za prawego obywatela uważany Szczęsny Potocki, uniesiony w swej dumie, że stany rad jego słuchać nie chciały, w żarliwej mowie pożegnał Sejm. Oświadczył, że przewidując w nowym porządku zamach na wolność szlachecką, rozważa z dziesięciorgiem dzieci przenieść się do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Szalony nie wiedział, że przeniósłszy się tam i chcąc zostać obywatelem, sam szlachectwa swego zrzec by się musiał. Nie udał się jednak do Ameryki, lecz najprzód do Wiednia, gdzie wspólnie z niespełna rozumu Rzewuskim wszedł zaraz w praktyki z Razumowskim – posłem moskiewskim, względem wywrócenia dzieła Sejmu. Stamtąd do Targowicy dla zawiązania tam konfederacji pod moskiewską protekcją. Dalej do Petersburga, znów do Hamburga, gdzie gdy dla senatu tego miasta chciał obiad wydać, żaden z zaproszonych nie przyszedł. Wrócił na koniec do swych dóbr w Tulczynie, gdzie budując wystawne gmachy, tworząc i upiększając Sofijówkę, rozwodząc się i żeniąc, na próżno wyrzuty sumienia usiłował zagłuszyć. Robak ciężkich zarzutów nie przestał go toczyć, zmarł okryty niesławą; ofiara dumy i oszustw moskiewskich. Wystawił on wspaniały kościół z grobem dla siebie. Jak gdyby nieba ukarać go chciały za zbrodnie przeciw ojczyźnie, Moskale obrócili ten kościół na cerkiew. Wyrzucili jego ciało, a car Sofijówkę jego zabrał i żonie swej darował.

Na nieszczęście nasze nie wszyscy naczelnicy partii moskiewskiej oddalili się od Sejmu, najniebezpieczniejsi może zostali: Branicki i Kossakowski, biskup inflancki. Wspomniałem o pierwszym, jak od dawna znany carowej, spokrewniony z Potiomkinem, przewrotny, śmiały, popularny z kielichem, stawał się niebezpiecznym. Inny był w powierzchowności biskup Kossakowski. Bardzo rzadko odzywał się on w senacie, wszystko pokątnie i szeptami działając. Nigdy on wręcz i otwarcie nie sprzeciwiał się żadnemu projektowi, lecz nie umiał on lepiej wzniecać przeszkody, zwlekać dłużej, a nie mogąc całkiem odrzucić, przynajmniej go ile można zepsuć. Wszystko to czynił, żeby za wpływem moskiewskim otrzymać intratne biskupstwo wileńskie, cel gorących swych życzeń. Biskup Massalski, przez bojaźń Moskali i wadę ulegania, trzymał się tejże strony. Gurowski pobierał pensję. Poniński, Raczyński tak samo; wielu zyski lub trwoga związywały z nimi.

Pomnożenie wojska najmilszym było zajęciem sejmu. Zaczęto drobne dotąd pułki, a raczej ich zawiązki, do przyzwoitej liczby doprowadzać. Przywołano Polaków w obcych krajach służących. Przybyli z Austrii: książę Józef Poniatowski, Michał Wielhorski, Wieniawski; z Prus Grochowski; z Saksonii tak znany później Henryk Dąbrowski; z Francji Mokronowski i Michał Zabiełło. Wszystkim im wyższe zapewniono stopnie. Gdy przyszło do podziału wojska na rozmaite właściwe mu bronie, stanął mocno hetman Branicki za wystawieniem jak najliczniejszej kawalerii narodowej. Wiedzieć tu należy, że od dawnych czasów, czoło jazdy polskiej składało się z poważnych, jak je nazywano znaków; husarzy, pancernych, w Litwie petyhorców. Służyła w nich kiedyś majętna szlachta. Chorągwie, acz nieliczne, lecz zagrzane obywatelstwem i chęcią sławy, nie raz stanowiły zwycięstwa. Nie raz wrodzona w szlachcie polskiej skłonność do nieposłuszeństwa, pod pozorem zaległej płacy, prowadziła do rokoszów i konfederacji, ostatecznie dla ojczyzny zgubnych. Jak liczne są w dziejach dowody tego! Nie idąc daleko, patrz za Jana Kazimierza pamiętniki Paska i przed nim jeszcze Maszkiewicza za Zygmunta III w wyprawach na Moskwę. Na sejmie 1775 r., gdy nasze wojsko urządzano na nowo, zostawiono nieliczne chorągwie. Za taką to jazdą w rubasznej mowie obstawiał Branicki.

– Niewiele bym ja ufał – wykrzykiwał. – Tej z chłopstwa złożonej piechocie, lecz udowodnię, kiedy obróciwszy się do szlachty, do chorągwi poważnych, zawołam: Panie Piotrze, panie Pawle, hejże bracia za mną!

Wytknąłem te słowa w komedii Powrót posła, w 1791 r. pierwszy raz wystawianej. Gdy przyszło do ustanowienia etatu wojska, rynsztunku i płacy, zeszła na tym znaczna część długiego sejmu. Naówczas nie znano jeszcze komisji rozpatrującej projekt pod kątem prawa. Dopiero przy końcu sejmu wprowadzono ten tak potrzebny porządek. Pisarz koronny Kazimierz Rzewuski, znany z przeprowadzonych pojedynków, mało z odwagi przed nieprzyjacielem, niesłużący nigdy wojsku, ckliwymi uwagami najwięcej przyczynił się do straty drogiego czasu.

Nie mając ani materiałów, ani nawet notatek żadnych, sięgając starą znękaną pamięcią czasów blisko sprzed pół wieku, przedniejsze tylko perypetie sejmu tego pokrótce opisać mogę. Nie przestawał król pruski nakłaniać sejmujących do pośpiechu z poprawą zdrożnych ustaw; równie jak do pomnożenia sił zbrojnych królestwa. Ustąpił skarbowi za słuszną opłatą do 30 000 sztuk broni, wsparł silnie w Petersburgu naciski sejmu, aby wojska moskiewskie wyszły z Podola i Ukrainy. Wtedy kniaź Potiomkin, zamyślając wcześnie (jak to wszystkie jego kroki dowodzą) o polskiej koronie, doniósł stanom, że już wojska moskiewskie wyszły z granic polskich. On jako indygenat szlachectwa polskiego zaszczycony, pewną liczbę palnej strzelby ofiaruje Rzeczypospolitej. Ofiara ta dowodzi, że Potiomkin zamyślał o berle polskim, to jedno bowiem brakowało mu do żądz i zamysłów jego. Rozmyślał ponadto, co po śmierci Katarzyny go czeka, gdy srogi gniew jej następcy Pawła I, ściągnie na siebie.

Sejm zarzuciwszy gwarancję moskiewską, usunąwszy radę nienawistną krajowi, zaczął na zgliszczach wznosić fundamenty nowego porządku. Wyznaczono więc deputację dla ułożenia projektu względem nowej formy rządu. W jej skład wchodzili znakomici obywatele: Krasiński – biskup kamieniecki, Potocki – marszałek lit., Chreptowicz – podkanclerzy lit., Wawrzecki, Hugo Kołłątaj i Weyssenhoff – poseł inflancki; wprowadzili wkrótce do stanów projekt pod tytułem Zasady rządu. Zawierał tylko główne części tego, co miało się rozciągnąć w dalszym czasie. Postanowiono w nim zniesienie na zawsze liberum veto, poprawiwszy sposób elekcji królów, wezwanie króla saskiego, a po nim jego córki infantki do berła polskiego, opisanie rządzących komisji; wojskowej, skarbowej i edukacyjnej. Zasady te przeszły zgodnie.

Zwrócono uwagę na stan wiejski i miejski. Śliska jeszcze była wtedy kwestia ze szlachtą uważającą kmieci jak swą ziemską własność. Pamiętam, że i ja w żywych wyrazach, opisując sytuację wieśniaków, wstawiłem się za nimi. Głos mój tak niektórych oburzył, że po zakończonej sesji Walewski – wojewoda sieradzki, przystąpiwszy do mnie na pozór z miną rubasznie przyjacielską, którą wewnętrzny gniew źle pokrywał, rzecze:

– Wyrodku, i ty sam dawny szlachcic za chłopami odzywać się odważasz?

– Panie wojewodo – rzekłem – mam to sobie za zaszczyt i chrześcijańską powinność. On, silny nadzwyczaj, ściskając mnie za rękę tak, żem zakrzyczał: – Bez urazy – rzecze – bądź że u mnie wieczorem na ostrzygach.

Walewski był w konfederacji barskiej; Dumourier wspomina o nim, jak o odważnym mężu. Był on dość gorliwym obywatelem, kochał ojczyznę, lecz po swojemu. Książę Eustachy Sanguszko, sąsiad jego na Wołyniu, opowiadał o nim szczególną anegdotę. W roku 1795 już po ostatnim podziale Polski, gdy wojewoda był dużo słabszy, Sanguszko przyjechał go odwiedzić. Ucieszony tą wizytą Walewski, porwał się z łoża, wyprowadzić kazał się na ganek i podać im ulubionego starego węgrzyna. Podchmieliwszy już sobie dobrze, nalał nareszcie duży kielich i podnosząc go w niebo:

– Twoje zdrowie, o Boże – zawołał. – Wkrótce stanę przed Tobą, zapytam się Ciebie, dlaczego tak uporczywie prześladujesz Polskę i dzisiaj zgubiłeś ją na wieki, a jeżeli nie dasz mi dobrej rady, będziesz się musiał wybić ze mną.

Niech Bóg pijanemu odpuści to bluźnierstwo i świeci nad duszą jego. Stronnicy Moskwy nie przestawali szukać wszelkich sposobów, by w sejmie coraz to nowe wzniecać przeszkody i zwłoki. Wspomnę o dwóch znaczniejszych. Odkryto, że władyka na Wołyniu, namawiał pospólstwo wiejskie do wykonania przysięgi wierności carowej, jako najwyższej głowie kościoła dyzunickiego. Pobudzeni mowami chłopi, jęli się przeciw panom swoim buntować. Jeden z obywateli wołyńskich – Wieleżyński, został przez nich zabity. Władyka wzięty i osadzony w więzieniu w Warszawie.

Jeszcze więcej czasu zabrała wniesiona sprawa przeciwko Ponińskiemu – marszałkowi sejmu 1775 r. Nie mógł się usprawiedliwić, dlaczego widząc przemoc, dążącą do zagrabienia najlepszych prowincji naszych, przyjął ten urząd. Dano rok Ponińskiemu, by się stawił przed sąd sejmowy. Wówczas zjawił się człowiek z wielu względów współczesnym podobny. Urodzony w ubogim stanie, wyperswadował sobie, że był obdarzony przez Boga większym nad wszystkich ludzi światłem, geniuszem i umiejętnościami, i że jako takiemu wszelka władza, wszelkie dostojeństwa jemu jednemu się należą. Z rzadką bezczelnością powtarzał po innych, sięgał po wszystko. Że jednak zdolności nie odpowiadały pretensjom, grzecznie się go wszędy pozbywano. Chwycił się więc sprawy Ponińskiego, by wyjść na widok publiczny i otrzymał tytuł instygatora publicznego przy sądzie sejmowym. Jak łatwo, jak wymownie można było oskarżać tak wielkiego zbrodniarza, przecież mowa Turskiego, ckliwą bez związku była banialuką. Oskarżyciel dopiął swego celu; zażądał 1 000 cz. zł za fatygę i te otrzymał.

Poniński, dekretem sejmowym skazany na wieczne wygnanie, stratę urzędów, bojąc się nawet o życie ze strony oburzonego ludu, ratował się ucieczką do Prus. Jednak i tam dościgniony, schwytany, uwięziony aż do czasu opanowania stolicy przez Moskali w roku 1794.

Nie będzie od rzeczy powiedzieć jaki był koniec oskarżonego i oskarżyciela. Poniński urodzony w Wielkiej Polsce z miernym majątkiem, nie bez wrodzonych jednak talentów, rozwiązły i rozpasany, nieoglądający się na nic, byle tylko chuciom swoim dogodzić, bezwstydnie podejmował się wszystkiego, byle zapłacono hojnie. Acz z hańbą i krzywdą kraju wzbogacony na sejmie, którego był marszałkiem, gdy miary w marnotrawstwie swym nie znał, źle nabyte dostatki, przy początku sejmu wszystkie prawie utracił. Gdy w 1795 Warszawa dostała się Prusakom i on uwolniony został, żył w takiej nędzy, że wierny służący jego dostarczał mu żywności. Rozpacz uczyniła go pijakiem, obdarty chodził po ulicach, wstępując do każdej szynkowni i pijąc prostą gorzałkę. Zimą 1799 r. znaleziono go bez duszy leżącego pod murem. Godny koniec sprzedawcy ojczyzny swojej…

Nie brzydził się Wojciech Turski podobnymi jak Poniński zbrodniami. Nie można go oskarżać, jak o rozkiełznaną aż do szaleństwa próżność, żądzę pieniędzy, przerzucanie się z jednej strony na drugą, bez myślenia czy złej czy dobrej. Zaczął on być z początku nadskakiwaczem i zausznikiem brata królewskiego – księcia podkomorzego, który mu nawet szambelaństwo wyrobił u króla. Wkrótce coraz nowe roszczenia o zaszczyty, poróżniły go z jego mecenasem. Rzucił się do Rzewuskiego – hetmana kor. i stał się obrońcą władzy hetmańskiej, liberum veto i elekcji królów. Napisał książkę, dowodząc, że na tych trzech zasadach ugruntowała się pomyślność Polski. Gdy w roku 1792 Moskale z targowiczanami wkroczyli zbrojnie do Polski, znów Turski pokazał się na scenie. Udał się do rządu przysięgając na wszystko, co najświętsze, że ma sposób niezawodny z kilkuset danych ludzi zniszczyć wojsko nieprzyjacielskie. Pytano go, jaki to był sposób. Odpowiedział, że wyjawić go byłoby to całkiem zniszczyć. Żądał 2 000 cz. zł. Tylko nieograniczona żądza zgubienia zajadłego wroga zaślepić mogła rząd, że przyjął jego propozycję i żądaną sumę wypłacił.

W ciągu krótkiej wyprawy w 1792 r. wódz Józef Poniatowski, przy którego kwaterze czepiał się Turski, przypominał mu przyjęty przez niego obowiązek zniszczenia wojska moskiewskiego, ale ciągle otrzymywał odpowiedź, że jeszcze pora nie przyszła. Dopiero w Kurowie,  gdy dotarła wiadomość, że król konfederację targowicką podpisał i wojsku cofać się kazał, Turski zniknął, a w miesiąc później dowiedzieliśmy się, że był w Paryżu. Zapoznawszy się z wodzami jakobinów, Robespierre, Marat, S. Just i drugimi, nadał sobie tytuł reprezentanta narodu polskiego. Nazwał się Albert le Sarmate, otrzymał audiencję w konwencji narodowej, i miał tę zapalczywą jakobińską mowę, którą w dziennikach owej epoki czytać można.

Tymczasem, gdy po rozbiciu Polski generałowie Kniaziewicz, Zajączek, Dąbrowski, i wielu innych mieli szczęście unieść osoby, iskrę jakąś nadziei do obcej ziemi, gdy za ich staraniem uformowały się legie polskie. Turski wyrobił sobie mocny list od Barrasa do generała Kniaziewicza, aby jeden z tych pułków dał mu w przywództwo. Przymuszony generał tak uczynił. Wkrótce i tam pokazał się Albert Turski w swym właściwym świetle. Gdy korpus generała Moreau, którego części przywodził Kniaziewicz, ciągnął pod Hohen-Linden, Turski przystąpił do Kniaziewicza, mówiąc mu:

– Panie generale, pozwól bym się oddalił.

– Chcesz się oddalić w dzień bitwy? – z gniewem zawołał Kniaziewicz. – Precz od wojska i jeżeli jutro nie podasz się do dymisji, rozstrzelać cię każę!

Przerażony fanfaron złożył dymisję. Wrócił do Paryża, zaczął znów konszachty z rządem; otrzymał prywatną misję do Carogrodu oraz znaczną sumę na podróż. Nic nie zrobiwszy roztrwonił ją, narobił długów i został odwołany. Poznał nie młodą, nie piękną, lecz majętną Francuzkę i otrzymał jej rękę. Jaki był w małżeńskim pożyciu powiedzieć mi trudno. W 1812 r. w czasie wyprawy na Moskwę, niespodziewanie zjawił się w Warszawie z dawnymi pretensjami, lecz odgłos świeżych a pamięć dawnych jego czynów, nigdzie nie zjednały mu ufności. Roztrwoniwszy majątek żony, nie miał po co wrócić do Francji. Okryty niesławą, tyle razy bogaty i znów w nędzy, umarł gdzieś w Wielkiej Polsce.

Zbyt rozwlekle może zatrzymałem się nad Albertem Turskim, lecz widzę w nim doskonały obraz polskiego rewolucyjnego awanturnika. I tak bywa w rewolucjach; mianowicie w epoce, gdzie egzystencja narodu zniszczona zostaje, a najnieznośniejsze ze wszystkich jarzm, to jarzmo obcego despotyzmu, które przygniata bez nadziei. W taki czas, gdy już zniknie jedyny punkt centralny, do którego zmierzają uczucia naszych serc, gdy zniknie ojczyzna; człowiek zostawiony sam sobie, bez obowiązku, gdy go religia i prawidła uczciwości nie zatrzymają, podaje wolne wodze rozpaczy, chuciom swoim, samolubstwu. Niesprawiedliwy, nieuważny, rozjątrzony, że nie dostał tych korzyści, miota się, pryska zajadłością bez względu na prawdę. Podobny do wściekłego zwierzęcia, długo warczy, kąsa, pieni się i zdycha.

Czy widzielibyśmy takie obłąkania, gdyby ci co się im poddają, mieli własną ojczyznę, niepodległą od obcych, ustaloną bezpiecznie? W taki czas każdy na rodzinnej ziemi wśród krewnych, w zajęciach odpowiadających zdolności każdego, niedrażniony prześladowaniem, niezepsuty zagranicznymi przykładami, wznosiłby się w miarę zasług swoich, żył i umierał spokojnie. I któż przeszkodził, że tak nie jest? Bezbożni despoci co nas rozszarpali.

Niech darowane mi będą te ustawiczne dygresje, to zastanawianie się nad poszczególnymi osobami, ale jako naoczny świadek, pamiętając jak podobni awanturnicy szkodzili i szkodzą ojczyźnie. Wymieniam ich, aby podobni im wiedząc, że imiona ich i czyny odkryte będą przed światem, hamowali się w bezczelności swojej.

 

Jak zwykle zachęcam do zakupu nowej książki

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 022024
 

Nie wiem czy pamiętacie, ale w początkowym okresie popularności tytułu, promocja serii o Harrym Potterze polegała na tym, że wmawiano ludziom iż powieści te rozbudzają wyobraźnię. No i chyba przenoszą czytelników do innego świata. Marketingowo numer ten się sprawdza i prawie zawsze skutkuje, ale jako element edukacji – bo z nią też próbowano Harry’ego łączyć – egzaminu nie zdaje. Nie ma gwarancji, że ktoś czytający Joan Rowling będzie dociekał intensywniej i badał z większym zaangażowaniem problemy podsuwane mu przez nauczycieli. Sądzę nawet, że prawdopodobniejsze jest, że zacznie brać narkotyki, żeby się bez wysiłku przenieść do tego całego, innego świata. No, a jeśli prawdą jest, że Harry Potter, to literatura werbunkowa, wielce jest prawdopodobne, że inny świat sam się do wielbiciela jego przygód zgłosi i zaproponuje mu jakieś szkolenia. W mojej biednej głowie rozbudzanie wyobraźni łączy się z usypianiem sumień. Spróbuję to jakoś przystępnie wyjaśnić.

Schemat jaki występuje w literaturze rozbudzającej wyobraźnię polega na usuwaniu realnych przeszkód z życia bohatera. I to chyba jest istotą tego całego rozbudzania. Drugim elementem równie istotnym i występującym niejako w zastępstwie jest nadanie bohaterowi cech nadludzkich. Nie koniecznie czarnoksięskich, ale takich, których nie posiada nikt poza nim. Można też dodać mu tajemniczego asystenta, który potrafi coś, czego inni nie potrafią. Ten zestaw służy zwykle do dewastacji rzeczywistości powieściowej, która w jakiś sposób przeszkadza w rozbudzaniu wyobraźni. Taka jest wewnętrzna logika dzieła. A jak jest z relacjami pomiędzy dziełem a rzeczywistością prawdziwą? Zwykle takich relacji nie ma. Pomiędzy prozą Zbigniewa Nienackiego, a życiem muzealników i historyków sztuki nie ma żadnych połączeń. Czasem ktoś się wygłupia, zaczyna świrować i kogoś udawać, ale generalnie takie relacje nie występują.

Są jednak momenty kiedy samotny mściciel obdarzony wyobraźnią nadludzką i umiejętnościami, których jego wrogowie nie posiadają jest jednak jakoś opisany bez tych atrybutów i można jego wizję połączyć z relacjami archiwalnymi, pamiętnikarskimi i dziełami historyków. I tak jest, na przykład, z Kościuszką. Wczoraj jeden z kolegów wspomniał, że był na filmie Kos, który jak wiemy zbliżony jest poetyką do Harry’ego Pottera. Tak się akurat składa, że czasy, w których umieszczono akcję są dobrze opisane przez pamiętnikarzy, a relacje te zostały opublikowane w latach sześćdziesiątych XX wieku przez państwowe wydawnictwa. Ekscytacja tym filmem, która głównie dotyka publicystów lewicowych jest co najmniej podejrzana. Tym bardziej, że Kościuszko wymagałby innej raczej dekonstrukcji, a nie takich idiotyzmów. Samo istnienie tego filmu jest katastrofą, albowiem obejrzy go masa ludzi nie mających pojęcia o epoce i logice wydarzeń końca XVIII wieku. Co w związku z tym możemy powiedzieć o dziełach rozbudzających wyobraźnię i emocje? Są one wrogie prawdzie, do odkrycia której powinniśmy dążyć. Nie czynimy tego, albowiem na drodze stają nam rozmaite swobodne interpretacje zdarzeń, a także państwowotwórcza mitomania. Do niej już się przyzwyczailiśmy i wielu ludzi traktuje ją serio, jako zestaw nie podlegających dyskusji faktów. Jeśli rzecz pociągniemy dalej, okaże się, że znakomita większość autorów uprawiających rozbudzanie wyobraźni działa na zlecenie. Samotni zaś bohaterowie, tacy jak ci z książek Nienackiego, mają za sobą, podobnie jak autorzy, cały aparat administracyjno opresyjny. Są milicjantami, ormowcami, kosmitami, reptilianami, albo czym tam jeszcze. Kościuszko z filmu Kos jest nikim. Ma kolegę Murzyna i zajmuje się dewastacją majątków szlacheckich. Czyli z całej kościuszkowskiej epopei autorzy filmu zrozumieli tyle, że ich bohater chciał uwolnić chłopów. O tym, że chciał ich uwolnić by szli do wojska, w samym środku sezonu prac polowych nikt nie pisze, bo to są drobiazgi. Kwestie takie, jak minimalny udział chłopów w całej insurekcji i przewaga wojska regularnego, które dostawało od upadającego państwa żołd, a także poświęcenie oficerów pochodzących ze stanu szlacheckiego i mieszczańskiego nikogo nie obchodzą, bo zaburzają proces rozbudzania wyobraźni. Ta zaś nie może napotykać żadnych przeszkód, albowiem autor i czytelnik muszą, poprzez triumf bohatera tekstu, uwierzyć w swoje własne, nadnaturalne zdolności.

Pamiętniki Niemcewicza są tekstem wstrząsającym. A jednym z najbardziej wstrząsających fragmentów jest ten dotyczący narady przed bitwą maciejowicką. Pisaliśmy tu już kiedyś o tym, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Kościuszko wraz z autorem pamiętnika obserwuje skoncentrowaną na nadwiślańskich łąkach pod Maciejowicami armię Fersena. Zdaje sobie sprawę z przewagi wroga, ale uważa, że zajęcie pozycji umocnionej na niewysokim pagórku, pozwoli mu wygrać bitwę. Ma odwody, ale znajdują się one o pond 20 km od Maciejowic. Mało tego, 9 października, Kościuszko organizuje naradę wojenną, na której jest dowódca tego odwodu – Adam Poniński, syn sławnego zdrajcy, ale człowiek lojalny. Kościuszko nie wydaje mu żadnych rozkazów, choć wszyscy mają zegarki i można się umówić, o której godzinie 4 tysiące wojska stojącego nad Wieprzem ma się znaleźć pod Maciejowicami. Żaden rozkaz nie pada. Kościuszko do późnych godzin nocnych rozmawia z Niemcewiczem, czytają stare, pochodzące z czasów saskich gazety. Potem idą spać. Po krótkim czasie, około drugiej, Kościuszko budzi Niemcewicza i każe mu pisać list do Ponińskiego, który cztery godziny wcześniej odjechał z Maciejowic i pewnie jeszcze nie dotarł do swoich ludzi, albo dotarł ledwo co.

Bitwa rozpoczyna się o świcie. Przewaga wroga jest znaczna. Kościuszko zaś uznał, że nie przedostanie się on przez zabagniony teren w rozlewiskach rzeki Okrzejki, o którą oparł jedną flankę swojego wojska. Był to pomysł zbrodniczy. Nie wiemy jak wyglądały bagna Okrzejki w październiku roku 1794, ale pewnie nie za bardzo się różniły do tego co widać dzisiaj. Każdy w miarę sprawny i zdeterminowany człowiek może je przejść. To nie jest duży teren. Kościuszko po dwóch godzinach walki na odległość, został zaskoczony manewrem oskrzydlającym, a jego armię wybito. W zasadzie należałoby go postawić przed sądem wojennym. No, ale nie było komu tego zrobić. Żaden fragment pamiętników Niemcewicza nie doczekał się ekranizacji, choć opisują one z punktu widzenia współczesnych rzeczy najważniejsze – sposób funkcjonowania państwa w dobie upadku, działania zdrajców, tych oczywistych i tych mniej oczywistych. Opisują wszystkie złudzenia jakich doświadczają ludzie poddani silnej politycznej presji. Chamstwo, które wzięło się za kręcenie filmu Kos, ma to wszystko w nosie. Ono realizuje swój własny program, całkowicie wrogi wszystkim tu obecnym. Posiada jednak na tyle dobre umocowania, że może sobie pozwolić na masową dystrybucję swoich kłamstw. Posiada też carte blanche na rozbudzanie wyobraźni młodych ludzi, poprzez tę właśnie dystrybucję. I nie ma w tym śladu obecności reptilian. Co z prawdą? Nie ma żadnych szans, albowiem nawet hagady obowiązujące w naszym teoretycznie państwie nie przewidują jej kolportażu. A przekonałem się o tym pisząc tę oto książkę. Ma ona teoretycznie niewiele wspólnego z Kościuszką, ale wiele z mitem uwalniania chłopów z opresji podłej szlachty.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

maj 012024
 

Zdecydowanie nie. Potrzebują treści, które każdego indywidualnie przekonają o tym, że jest wyjątkowy. Treści określone tu, jako wspólnotowe tylko w tym przeszkadzają. No, a najgorszej jest kiedy nie mają żadnego imprimatur. I nie chodzi mi tu o pozwolenie Kościoła na druk, ale o coś innego. O wtajemniczenie w sprawy dla innych nierozpoznane. Dobrze to opisał w jednym z komentarzy ojciec dyrektor. Człowiek bardzo łatwo może udać, że zna się na kosmosie, wystarczy, że zapamięta kilka trudnych nazw, albo nauczy się gwiazdozbiorów i będzie potrafił wskazać je na niebie. To cenne wtajemniczenie, albowiem nie wymaga ono od wtajemniczanego i wtajemniczającego żadnego wysiłku. I tego właśnie oczekują Polacy. Valser, który był tu ostatnio pokazał mi krucyfiks, który sam wyrzeźbił. Było to jego pierwsze dzieło, które otworzyło przed nim szereg furtek do różnych wtajemniczeń, znacznie bardziej skomplikowanych niż poznawanie kosmosu poprzez gapienie się w gwiazdy z pagórka gdzieś za miastem. Gadaliśmy z valserem o drewnie i możliwościach zakupu różnych jego gatunków. No, ale też trochę o polityce. Temat ten – drewno i jego ceny – jako obszar jednoczący ludzi jest w Polsce, podobnie jak inne kwestie związane z konkretnymi decyzjami i szczególnymi umiejętnościami, traktowane jako próba spostponowania rozmówcy. Polacy bowiem mogą rozmawiać tylko o kosmosie, albo – jeśli nie czują do tego tak zwanej mięty – mogą przysłuchiwać się rozmowom o kosmosie. Bo to jest skala, do której aspirują. Krucyfiks mało kto potrafi wyrzeźbić. A już o tym, żeby posprzątać po tej robocie, to mowy nie ma. Na szczęście jest kosmos i można się nań pogapić.

Można rzec, że nie ma wyjścia, albowiem wszelkie próby zorganizowania się wokół aktywności przynoszącej satysfakcje lub korzyści są albo torpedowane albo marginalizowane. Czasem kontrolowane, jeśli nie zagrażają systemowi, który firmują w Polsce partie polityczne.

Poprawiam cały czas tekst pamiętników Niemcewicza i zdumiewa mnie jedno – skala i celowość redystrybucji pieniądza w państwie polskim doby upadku. To jest niezwykłe. Niemcewicz lekko opowiada o tym, jak to ktoś jemu czy on komuś, wręczył dużą sumę z przeznaczeniem na jakiś cel i cel ten został zrealizowany. Mechanizm ten – ciągły obrót gotówką z przeznaczeniem na konkretne działania jest dla autora tak oczywisty, że niezauważalny. Budżety są rzecz jasna sporo większe niż zapotrzebowanie, co szczególnie widać przy wspominkach więziennych. Kiedy na utrzymanie więźnia przeznaczano jakąś sumę, pożywiał się na niej również strażnik, a więzień nie cierpiał z głodu.

Wszyscy wiemy jaką prasę miał i ma Stanisław August Poniatowski. No, ale – przy całej niechęci do niego – musimy jednak stwierdzić, że pieniądze którymi szastał zostały jednak – w widocznych przykładach – przeznaczone na cel deklarowany. Myślę, że to ten powszechny obrót gotówką w dodatku w złocie i srebrze jednoczył Polaków przed ostatnimi rozbiorami i czynił z nich wspólnotę oraz naród polityczny, a nie idee oświecenia czy też tradycja. Niemcewicz opisuje jak bardzo się zdziwił widząc po raz pierwszy papierowe bilety wydawane rosyjskim żołnierzom jako uposażenie. W Polsce w obiegu był tylko kruszec, nawet monety miedziane, choć istniały nie miały nad nim przewagi. Mówimy o kraju w dobie upadku. Po reformie monetarnej, ale jednak w dobie upadku. Zaskakujące jest to, że przez dwadzieścia lat pomiędzy rozbiorami Polska podniosła się ekonomicznie i to mimo straty Wieliczki i Bochni, czyli dwóch najważniejszych źródeł dochodu korony. Po co jak tak daleko odbiegam od treści wspólnotowych? Wcale nie odbiegam. Oto przez dwadzieścia lat, nie bacząc w dodatku na nowe kordony naród się bogacił. Następnie zaś dyplomacja pruska podsunęła przedstawicielom tego narodu pomysł, żeby zamiast dalej się bogacić, zmienić system rządów na lepszy. Cóż to oznaczało w praktyce? Same dobre rzeczy – zamiast wydawania pieniędzy na inwestycje budowlane trzeba było je wydać na armię, albowiem wokół armii jednoczyłby się naród. Po odwróceniu uwagi od spraw istotnych i skierowaniu ich ku sprawom niewykonalnym, czyli kosmicznym, wystarczyło już tylko – za pomocą przekupionych i to nie przez siebie, a przez Rosjan posłów – torpedować i opóźniać aukcję wojska. Do momentu, kiedy główny zainteresowany upadkiem Polski i jej ograbieniem czyli Rosja, zakończy swoją wojnę z Turcją. Reszta zrobiła się sama.

Uchwalenie konstytucji majowej, której Niemcewicz ani razu nie nazywa pierwszą, demokratyczną ustawą rządową, a po prostu zmianą, dawało każdemu Polakowi poczucie indywidualnego wyróżnienia. I wielu odczuwa tę satysfakcję do dziś. I wielu wierzy, że to jest ta treść wokół której należy się jednoczyć. Nie, to jest właśnie ten kosmos, w który mamy się gapić niczego nie osiągając. Jak straszliwe były konsekwencje opisywanych tu kroków, każdy wie i rozumie, ale też każdy się łudzi, że mogło się udać. Nie mogło, albowiem swobodny obrót dobrym pieniądzem, który odbywał się w skali makro i w skali mikro za bardzo ekscytował zaborców. Skala zaś nagromadzenia dóbr w domach prywatnych była dla wielu pruskich urzędników wprost nie do pojęcia. Dla Polaków zaś, którzy czuli i czują się nadal spadkobiercami konstytucji, w tym dla wszystkich komunistów, wpisujących tę konstytucję do dziedzictwa narodowej myśli politycznej i do podręczników historii, prosperity państwa to było błoto nic nie warte.

Czy od tego, tragicznego momentu w dziejach datować możemy działanie mechanizmu, który odwraca uwagę od spraw istotnych, a kieruje ją ku kosmosowi czyli uszczęśliwianiu ludzkości i narodu? Myślę, że rzecz miała miejsce już wcześniej, ale to temat na inną pogadankę. Wtedy tylko nastąpiło delikatne przesunięcie akcentów w istotnym obszarze działań człowieczych. Priorytetem stało się wyznaczenie głównego redystrybutora pieniędzy, którym miało być państwo. Tradycja ta była podtrzymywana w czasie wszystkich insurekcji późniejszych. Kłopot był w tym, że państwa nie było. Polak jednak, zapatrzony w kosmos i niezainteresowany rzeźbieniem krucyfiksów, zachowywał się tak, jakby państwo istniało i wręczał pieniądze przeznaczone do redystrybucji osobom występującym w imieniu państwa. Kim one były? Tego do końca nie wie nikt. System jednak kontrybucji się utrwalił, zarówno w ekonomii jak i przekazie treści. Więcej – działa on do dziś. I nic, co wykracza ponad jego normy nie znajduje w Polsce uznania. Działa ów mechanizm na dobrze znanej zasadzie – przybywa emisariusz, pokazuje zapisany czymś papier, którego nikt nawet nie czyta. Ktoś tam rzuca okiem na nagłówek i rozumie, że rzecz dotyczy spraw wielkich jak cały kosmos. Emisariusz obwieszony jest pieczęciami i pierścieniami o symbolice narodowej. Mówi – wyskakujcie z kasy bracia – będzie rewolucja co się zowie, a potem rząd zorganizuje redystrybucję gotówki, by żyło się lepiej – wszystkim. Ktoś z ostatnich rzędów woła – ale mnie się już dobrze żyje! Wszyscy się odwracają i patrzą nań ze wstrętem. Następnie rozsupłują mieszki i wręczają emisariuszowi gotówkę w kruszcu. On w zamian daje im paczkę broszur wydrukowanych na słabym papierze, z narodowymi pieczęciami. Broszury brudzą ręce i nie da się ich potem domyć, bo wiadomo – rząd powstańczy oszczędzał na farbie drukarskiej. Potem odbywa się ceremonia całowania pierścienia i emisariusz odjeżdża galopem w nieznane.

Takie rzeczy odbywają się ciągle, mimo że mamy państwo i ono zajmuje się od jakiegoś czasu redystrybucją gotówki na zasadach, które mogą budzić nadzieję, bo przecież nie satysfakcję. Można wiele złego powiedzieć o ostatnim królu Polski, ale brał on pieniądze od obcych, a inwestował w Warszawie. Jak jest urzędnikami współczesnymi, którzy pracują dla dobra kraju? Ja co jakiś czas słyszę, że pracują oni za pieniądze z naszych podatków, a nieruchomości kupują sobie w Portugalii lub Chorwacji, wiecie, w razie gdyby system powstańczej redystrybucji pieniądza został zakwestionowane przez maszerujące z Petersburga roty.  Takie, szczere jak mniemam, wyznania krążą po sieci. No, ale Polacy nie zwracają uwagi na te sprawy, albowiem pochłonięci są od pokoleń gromadzeniem broszur przywożonych przez tych emisariuszy. Kiedy one już dobrze wyblakną i nie brudzą rąk, kiedy papier zaczyna się już rozpadać, pokazuje się je wnukom jako skarb największy. Treść wokół której należy się jednoczyć i tworzyć wspólnotę. Dziad pamiętający Kościuszkę powoli rozwija skrzyneczkę z jedwabnej szmatki, przeciera nią inkrustowane mosiądzem wieczko. Powoli je otwiera i wyjmuje zetlałe już dobrze papiery, rozkłada je na stole i pokazuje wnukom. Ci ziewają i nie wiedzą o co chodzi. Jeden w końcu, żeby dziadkowi nie było przykro, odczytuje ledwie już widoczny tytuł na stronie pierwszej odbitki. A tam jest napisane – encyklopedia antykultury. Dziadek wzdycha ciężko i przymyka oczy ze wzruszenia. Łza toczy się po jego pooranym zmarszczkami policzku. Wnuki patrzą się nań głupowato i niczego nie rozumieją.  W końcu jeden nie wytrzymuje i szarpie dziadka za wylot kontusza, w którym starzec kochający tradycję chodzi na co dzień. Mimo iż dawno już wszyscy przebierają się za Niemców i noszą pudrowane peruczki. – Dziadku – mówi – dajcie na lody. Starzec kręci głową, wyjmuje zza pazuchy pugilares i wyciąga zeń, zamiast królewskiego srebra, bilety petersburskiego banku, drukowane na trochę tylko lepszym papierze niż te powstańcze broszury. Tymi biletami właśnie najjaśniejsza imperatorowa płacić kazała żołnierzom rabującym dwory i pałace nad Wisłą. Zrabowane dobro zaś nakazała przewozić do Carskiego Sioła. Nie miała bowiem zamiaru niczego redystrybuować, ale gromadzić i wymieniać na bezwartościowy papier. Po latach, jakiś dociekliwy badacza starożytności odkrył, że zarówno te carskie bilety, jak i odezwy powstańcze o antykulturze były drukowane w tej samej drukarni. Uśmiechnął się pod nosem i chciał zrobić z tego sensację na skalę międzynarodową, ale okazało się, że nikogo to nie obchodzi, albowiem nie miał się on czym uwiarygodnić. Nie posiadał ani pierścienia, ani pieczęci powstańczej. W obiegu zaś były wówczas treści kolportowane przez nowych emisariuszy przypominających wszystkim, że każdy Polak to cham, od chłopa pańszczyźnianego pochodzący. Prym w tym dziele wiódł redaktor Janicki, dawniej szef portalu o nazwie „Ciekawostki historyczne”.

Na dziś to tyle. Pamiętajcie o naszej nowej książce

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

kw. 302024
 

Mój syn był przez pół roku w Hiszpanii. Kiedy wrócił opowiadał różne ciekawe rzeczy, a ja słuchałem uważnie. Czynię tak zawsze, choć zawsze też udaję, że wcale nie słucham. Spod tych wszystkich szczegółów, które ujawnił, spod dziwactw i rzeczy całkowicie pokręconych, wyłonił mi się przed oczami pewien istotny schemat, którego nie widać w doniesieniach z Iberii, w reportażach stamtąd i w ogóle we wszelkich gawędach tak zwanych podróżników ciekawych świata. Tu dygresja – ludzie ci nie są ani podróżnikami, ani nie są ciekawi świata. Chcą tylko zwrócić na siebie uwagę, a najłatwiej zrobić to poprzez kupienie biletu w dalekie kraje, a potem serię zdjęć z talerzem po którym łażą jakieś robaki do jedzenia. No, ale wróćmy do Hiszpanii. Z opowieści mojego syna wynikało, że w Hiszpanii jest ikonografia państwowa i ona jest w dodatku widoczna. Nawet jeśli młodzi Hiszpanie nie kojarzą postaci wyobrażonych na murach i wewnętrznych ścianach gmachów państwowych, to niczego ten fakt nie zmienia, albowiem te postaci tam nadal będą. A jest też duże prawdopodobieństwo, że w nowych budowlach ich wizerunki także się znajdą, podobnie jak w publikacjach historyków, polemistów i w filmach. Schemat państwowej ikonografii hiszpańskiej jest – takie odniosłem wrażenie – sztywny. Nie dołącza się doń pochopnie jakichś nowinek, jakichś podejrzanych generałów czy polityków unijnych. Okay, można powiedzieć, że jest lewicowy, albo trochę lewicowy. No, ale taki Pelagiusz nie jest lewicowy, a jego obecność w tej ikonografii to pewna stała i chyba nikt go z niej nie usunie.

Co z naszą ikonografią państwową. Tu większość z czytelników uśmiechnie się pod nosem, albo wręcz zaśmieje się głośno. Nasza ikonografia państwowa sztukowana jest na bieżąco, z postaci żyjących lub ledwie zmarłych, albowiem – tu musi paść jedyna słuszna konstatacja – państwo nasze istnieje teoretycznie. I nie jest w stanie – na poziomie ministeriów – stworzyć żadnej wizualizacji swoich celów i swojej tradycji. To już komuniści robili to lepiej. Podłączyli się pod Polskę piastowską i jechali na tym, póki kobyła nie zdechła. Mieli odpowiednich autorów, których promowali, a ci autorzy do dziś uchodzą za wartość samą w sobie. I nikt nie usiłuje nawet wskazać, jaka była istotna funkcja ich działalności literackiej i filmowej. Jest nawet jeszcze gorzej, bo ikonografia państwowa, powstała w zasadzie w zaborze austriackim, przed I wojną światową, a jej podwaliny położyli ludzie tacy jak Matejko i Wyspiański. Niestety dziś ich dzieła traktowane są jak ramoty i nikt nawet nie próbuje się w ich stronę oglądać, albowiem nasze państwo, które nie samo siebie nie potrafi przedstawić w żadnej wizualizacji, zajmuje się dystrybucją pieniędzy na jakieś, pardon, gówna. Nazywane potem kulturą, wolnością twórczą czy jakoś podobnie. To jest złodziejstwo, które akceptują urzędnicy, bo dostają z tego dolę. W takich bowiem kategoriach oceniać trzeba pensje w ministerstwie kultury – jako dolę. Cała zaś ikonografia państwowa dzisiaj to pomniki Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego, plus pomnik smoleński w Warszawie. Wokół tych wizerunków władza próbuje organizować naród, raz dzieła te afirmując, a raz oblewając je farbą i profanując. Co to ma wspólnego z ikonografią państwową w wykonaniu hiszpańskim? Nic.

I teraz mała dygresja a propos wczorajszych tu komentarzy dotyczących Jana Olszewskiego. Jak wiecie ja akurat nie mam żadnych sentymentów związanych z tą postacią. Jednak powtarzające się zawodzenie, że był on masonem i przez to stanowił zagrożenie dla kraju, stawia nas w rzędzie ludów z szoszońskiej grupy językowej oddających cześć błyskawicy. Wobec uporczywie i coraz wyraźniej widocznego faktu, że nie posiadamy ikonografii państwowej, a nawet więcej – szydzimy z tego faktu, bo zdaje nam się, że my sami niczym dobry pieniądz w pokerowej rozgrywce – obstoimy za te wizerunki, gadanie takie jest degradujące. Zwłaszcza, że Jan Olszewski nie żyje. Zostali tylko biskupi, którzy w czasie mszy świętej pokazywali kiedyś masoński znak – oko – łącząc kciuk i palec wskazujący prawej ręki. Nie przypuszczam, by kolportaż tej metody ocen wizerunków i żywych ludzi wśród wyborców zaangażowanych politycznie, albo takich, co im się zdaje, że są zaangażowani, był przypadkowy. Odciąga owa metoda bowiem uwagę od kwestii z punktu widzenia państwa istotnych i skupia ją na sprawach które prowadzą do dekonstrukcji. Bo masoni…No, ale skupmy się na dwóch filarach państwowej ikonografii współczesnej – papieżu i Lechu Kaczyńskim. Nic więcej nie mamy i nic więcej mieć nie będziemy, albowiem te dwie postaci wyznaczają linię podziału w narodzie. I nie ma chyba ani jednej osoby w Polsce, która byłaby zainteresowana zatarciem tej linii. Myślę także o politykach PiS, którzy uważają, że Smoleńsk jest tym momentem w dziejach, który jednoczy zwolenników partii i tak zwanych prawdziwych Polaków. To znaczy których? Tych co widzą więcej i jak biskup na mszy łączy te dwa palce, to dla nich sprawa jest jasna. Podobnie z Olszewskim, który dla wyborców PiS z kręgu wewnętrznego jest świętością dla reszty zaś masonem.

Co jest na spodzie tego konstruktu? Przekonanie, że ten pomnik smoleński, jak również pomniki i tablice ku czci Lecha Kaczyńskiego, to w rzeczywistości wyraz czci dla żyjących, którzy podnoszą swoje znaczenie i wartość poprzez hołdy składane pod wspomnianymi monumentami. Papież jest tu trochę z boku i liczy się jakby mniej, co też jest silnie demaskatorskie. Smoleńsk jednoczy grupę, ale jednoczy ją coraz słabiej i grupa jest coraz mniejsza, co warto by było zauważyć. Dzieje się tak, albowiem państwo rządzone przez PiS nie potrafiło zmontować schematu ikonograficznego, który by obowiązywał wszystkich. Przeciwnie – z całą premedytacją dążyło do pogłębiania podziałów, albowiem wydawało się wielu ludziom, że w ten sposób wypchną przeciwnika z ringu i przekonają naród do własnych wyobrażeń o Polsce. Skoro tak, po co było w ogóle zajmować się takimi historiami, jak męczeństwo rodziny Ulmów? Po to, żeby założyć instytut ich imienia i rozdać tam synekury? Identycznie było z Pileckim, z IPN i całym szeregiem państwowych rzekomo instytucji, które wszystkie razem i każda z osobna nie potrafiły nawet stworzyć wyobrażeń na temat państwa. Za owe wyobrażenia bowiem starczyć nam miały zdjęcia kadry kierującej tymi instytucjami umieszczane na stronach internetowych. Z podprogową sugestią, że o to starają się oni robić wszystko dla Polski. Dla siebie się staraliście, nie dla Polski. Może trzeba to wreszcie wyartykułować głośno.  O instytucjach takich jak Muzeum Powstania Warszawskiego nie chce mi się nawet mówić. To już Tomek Bereźnicki starał się lepiej o stworzenie państwowej ikonografii niż wszystkie te instytucje. On przynajmniej zaprojektował witraż z rodziną Ulmów, a państwo polskie zablokowało pieniądze na film o tej rodzinie, bo nie produkowali go ludzie z właściwego środowiska. Gdyby nasze państwo zatrudniło grafików współpracujących z Kliniką Języka – Tomka, Huberta, Pawła i Rafała, mielibyśmy taką ikonografię państwową, że wszyscy by klęknęli. Niestety instytucje, stowarzyszenia, środowiska zajmują się wychowywaniem państwowotwórczych fetyszystów. I sugerowaniem, że gromada przypadkowych osób, bez pojęcia o czymkolwiek, zebrana według towarzyskiego klucza, reprezentuje państwo. Wszyscy wiemy, że tak nie jest. Osoby te, traktując ludzi jak idiotów, mają im rzucać ochłapy w postaci produkcji z zakresu kultury, po to, żeby odwrócić ich uwagę od rządzenia. Taką politykę prowadził rząd premiera Morawieckiego i wszyscy wiemy jak się to skończyło. Dziś bohaterowie tamtych dni wpisywani są na listy wyborcze do PE i kłócą się kto ma być na pierwszym miejscu. Prezes Kaczyński zaś nazywa te listy – uwaga – listami śmierci. Czy on nie rozumie co mówi? Czy też może chce nam powiedzieć, że ludzie znajdujący się na nich to kamikadze, gotowi poświęcić życie dla ojczyzny. Jakby nie było, ta retoryka jest fatalna, także z tego powodu, że jej konfrontacja z rzeczywistością wywołuje efekt komiczny.

Tych efektów komicznych jest więcej. Ten sposób prowadzenia polityki komunikacyjnej, wywołuje także reakcję następującą – przeciwnik uruchamia ludzi, którzy – nie przejmując się ani faktami ani prawdopodobieństwem – szkalują polityków PiS. W zasadzie bezkarnie. Takich jak Piątek. Dzieje się tak, albowiem to politycy PiS chcą się zamienić w ikonografię państwową, w dodatku już za życia. Z tymi atakami zaś nie wiedzą, co zrobić, bo w istocie bardzo trudno doczyścić się z tego błota. Sprowadzanie zaś dyskusji w rejony, o których tu wyżej wspomniałem kończy się tym, z czym mieliśmy do czynienia wczoraj – oskarżeniem Obajtka, że współpracował z Hezbollahem. Powiedział to nie jakiś tam Piątek czy inny wybitny autor związany z obozem postępu, ale sam premier Tusk. Jak sprawy pójdą dalej w tę stronę i zachowają swoje tempo, przy wyborach prezydenckich zapomnimy o masonach, a dyskutować będziemy jedynie o tym, który z kandydatów ma, przepraszam panie, większego. I to będzie clou całej kampanii.

Wróćmy do ikonografii państwowo-masońskiej. To Tomek Bereźnicki na zlecenie Fundacji im. Jana Olszewskiego, narysował komiks o nim właśnie. To Paweł Zych stworzył dwa fantastyczne albumy o życiu w Polsce średniowiecznej i XVII wiecznej. To Hubert narysował komiks o Stefanie Batorym, a teraz rysuje drugi o Zygmuncie III. Co robo Rafał na razie nie zdradzę. Wszyscy oni są dorosłymi ludźmi, którzy posiedli w stopniu mistrzowskim pewne umiejętności. Nie zatrudnia ich – jeśli nie licząc okazyjnych zleceń Tomka – żadna instytucja państwowa. Czy to nie jest niezwykłe? Żadna instytucja państwowa, także IPN nie postarała się także o to, by stworzyć serię wizerunków żołnierzy wyklętych. Nie obchodzą oni bowiem już nikogo, poza jakimiś zaburzonymi badaczami, którym się zdaje, że pisząc przyczynki, zrobią karierę naukową w instytucjach państwowych właśnie. To jest obłąkanie. I chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Albo wyjdziemy z tych nor, w których się pochowaliśmy, albo nas tam zagrzebią. Albo stworzymy swoją wizualizację państwa i jego historii, albo zrobi to za nas Tomasz Piątek i jego koledzy z lewicy. Kupujcie więc do cholery naszą nową książkę, bo los tych wizerunków zależy także od was. Ja sam zaś nie mogę ponosić odpowiedzialności za ich dystrybucję. Bo nie robi tego żaden urzędnik państwowy, wliczając w to najbardziej patriotycznych ministrów kierujących resortem kultury.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

Teraz zaproszenie na konferencję poświęconą masonowi Janowi Olszewskiemu