maj 052022
 

Władzia pojawiła się w naszym życiu nagle. Ponieważ trochę chorujemy, a obowiązków jest dużo, żona postanowiła, że przydałby się nam ktoś do pomocy. Akurat u sąsiadki zainstalowała się pani z Ukrainy, która zaczęła tam sprzątać, sama jednak musiała pomóc swojej siostrzenicy, która uciekła właśnie ze wschodu Ukrainy przed wojną. Kiedy dowiedziałem się, że przyjdzie nam pomagać śpiewaczka z akademii muzycznej, która chce robić karierę na scenie, zacząłem machać rękami i gwałtownie się temu sprzeciwiać. Wszyscy bowiem wiemy, jak to jest z ambitnymi młodymi artystami, którzy marzą o scenie. Nawet jeśli się do czegoś nadają, to na pewno nie do sprzątania i różnych prac domowych. No, ale okazało się, że jednak nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia. Lucyna przyprowadził więc pewnego dnia do domu jakąś osobę wyglądającą jak uczennica trzeciej klasy szkoły podstawowej, a osoba ta powiedziała, że ma na imię Władysława. Próbowałem ją zniechęcić mówiąc, że w domu jest wielki bałagan, ale ona powiedziała, że to bałagan twórczy. No i zabrała się za robotę. Od słowa do słowa weszliśmy wszyscy z Władzią w jakąś komitywę. Okazało się, że jej rodzina ze strony mamy to Polacy, którzy na początku XX wieku mieszkali w obwodzie kijowskim i tam zostali. Władzia zaś od dzieciństwa bardzo chciała śpiewać i tańczyć. Brała udział w jakichś turniejach tańca i zdobywała tam medale. W szkole podstawowej – jak nam wyznała – była głównym punktem wszystkich szkolnych akademii, bo prostu znała dużo piosenek i mogła je zaśpiewać od razu, bez szczególnego angażowania nauczycieli w przygotowanie tych, tak zwanych w Polsce, akademii. Potem poszła do średniej szkoły muzycznej, która – o czym dowiedzieliśmy się niedawno – przejęła wszystkie standardy sowieckich instytucji tego typu. Wzbogacając je pewnie o jakieś lokalne jeszcze koloryty. Z tego co mogłem się zorientować gwiazdorstwo, które jest ulubionym sportem uczącej się w takich miejscach młodzieży, weszło tam w fazę hiperrealną. Nie było to więc miejsce, gdzie pochodzące z daleka, z niewielkiego miasta dziecko o wyglądzie uczennicy trzeciej klasy szkoły powszechnej, mogłoby się odnaleźć. No, ale Władzia jakoś to przetrwała i znalazła się w akademii. Żeby w ogóle studiować i ćwiczyć Władzia musi podejmować różne sezonowe prace. Rodzice nie mogą jej pomagać, bo pracuje w tej rodzinie tylko tata, a mama przewlekle choruje i opiekuje się młodszą siostrą, która także chce studiować w akademii muzycznej i we wszystkim Władzię naśladować. Wszystko to jakoś się układało aż do wojny. Wtedy okazało się, że właściciel domów studenckich, które wynajmuje dla swoich studentów akademia, przeznaczył te budynki dla uchodźców z obwodów wschodnich, a także dla wojska. Studenci musieli się wyprowadzić natychmiast, pozostawiając tam wszystkie swoje rzeczy. W przypadku Władzi była to pościel i nuty, bo resztę spakowała w walizkę. Nie mogła jednak pojechać do domu, albowiem jej rodzinne miasto było już pod okupacją. Sytuacja była więcej niż tragiczna. Władzia została bez domu, z jakimiś zaoszczędzonymi groszami i bez pomysłu na to, co robić dalej. Wtedy okazało się, że może pojechać do cioci, która mieszka w Polsce wraz ze swoimi dziećmi. I tak Władzia zjawiła się u nas. Pracuje bardzo dzielnie, ale musi jednocześnie kontynuować naukę, co czyni zdalnie komunikując się z profesorami poprzez telefon, albowiem nie ma komputera. Okazało się zresztą, że nigdy go nie miała. Zbliża się sesja, a akademia, w której studiuje Władzia, domaga się, by studenci wrócili i stawili się na egzaminach osobiście. Całe szczęście nie wszyscy profesorowie tego chcą. Władzia nie chce jechać, boi się, szczególnie, że na Dnipro, gdzie studiuje spadły właśnie rakiety. Żeby wszystko pozaliczać powinna odbyć też jakąś praktykę pedagogiczną. Znaleźliśmy jej jedną uczennicę i namawiamy naszą córkę, by też się trochę podszkoliła w śpiewie skoro jest okazja. Władzia bowiem śpiewa naprawdę, nie jak Hołdys, Panasewicz czy Podsiadło. Wykonuje repertuar klasyczny, z akompaniamentem fortepianu. Kiedy ją pytamy, co będzie robić w przyszłości mówi, że chce występować na scenie, albo uczyć śpiewu. Nie wiemy jak tam na Ukrainie wyglądają kariery młodych, zdolnych i ambitnych artystów pochodzących z małych miasteczek na wschodzie, ale przypuszczam, że podobnie jak w Polsce, jeśli nie gorzej. Postanowiłem więc, że trzeba Władzi pomóc. Założyłem wczoraj konto na stronie zrzutka.pl z przeznaczeniem na zbiórkę pieniędzy, które będą dla Władzi czymś w rodzaju stypendium. Uważam, że najlepiej jest pomagać indywidualnie, komuś, kto potrafi coś robić naprawdę. No, a Władzia potrafi naprawdę śpiewać. Oczywiście pomagam też anonimowo, jak pewnie wszyscy. We Władzię jednak warto zainwestować, nie tylko dlatego, że nikt inny tego nie zrobi. Władzia ma dwadzieścia jeden lat i musi sobie radzić sama. To nie jest proste, kiedy człowiek chce studiować, a żeby to czynić musi imać się prac sezonowych. Ma jednak też talent, który na pewno zaowocuje w niedalekiej przyszłości, a wszyscy ci, którzy zdecydują się Władzi pomóc, będą mieli swój udział w tym sukcesie. Nie chodzi tylko o to, żeby wręczyć jej pieniądze i wyekspediować na Ukrainę, jak już skończy się wojna. Władzia powinna występować przed publicznością i występy te muszą być rejestrowane, a także prawdziwe, to znaczy, nie może być to żadna symulacja. Pomyślałem więc, że trzeba zorganizować Władzi jakiś koncert, gdzieś w ładnym miejscu, a najlepiej dwa koncerty. Kłopot w tym, że nuty z pieśniami, które śpiewa zostały w akademiku. Część zabrała, ale nie wszystkie. Kolejny kłopot to akompaniament. Władzia współpracowała na Ukrainie z pianistką, starszą panią, której nie uda się jednak tu ściągnąć. Ja już rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który może ją zastąpić, jest wykształconym muzykiem po akademii i gra na fortepianie. No, ale on nie może poświęcać Władzi czasu gratisowo. Też ma rodzinę na utrzymaniu i pracę. Za sam akompaniament w czasie koncertu też chciałby dostać honorarium, które nie jest małe. Mówimy o zatrudnieniu wykształconych muzyków, a nie jakiegoś szarpidruta. Zanim dojdzie do koncertu konieczne są próby. Nie wiem jeszcze ile, bo dopóki nie ma budżetu, trudno cokolwiek planować. Jestem jednak dobrej myśli. Od wczoraj zebraliśmy 1050 zł. Wyznaczyłem wysoki pułap zbiórki, bo aż 20 tysięcy, ale chciałbym, żeby ten koncert lub te koncerty stały się niewielkim, ale jednak wydarzeniem. Myślę, że trzeba je będzie zorganizować w jakichś podwarszawskich pałacach. No i oczywiście zarejestrować, żeby Władzia mogła pokazać to profesorom w akademii. Będę jeszcze rozmawiał z pewną pianistką, która także może prowadzić próby z Władzią, albowiem chciałbym, żeby równolegle odbywały się przygotowania do dwóch koncertów. Wszystko jednak zależy od wielkości zgromadzonych środków. Z tego co zbierzemy chciałbym też kupić Władzi laptop, bo nie łatwo jest śpiewać do telefonu i czekać na ocenę tego śpiewu, która przychodzi z kraju ogarniętego wojną. To co zostanie z naszego budżetu Władzia zabierze ze sobą na Ukrainę, jak wojna się skończy, żeby spokojnie dokończyć studia, bez konieczności dorabiania jako elf w eventach dla dzieci. Jeśli ktoś zechce pomóc i wziąć udział w zrzutce, a potem przyjechać na koncert Władzi i posłuchać jak śpiewa, może to zrobić korzystając z mojej zbiórki na zrzutka.pl https://zrzutka.pl/5pmpg2 Można to też zrobić po prostu, wpłacając pieniądze na konto 41 1140 2004 0000 3202 7656 6218 z dopiskiem – dla Władzi. A tu jest nagranie, jak Władzia zdaje egzamin

https://www.youtube.com/watch?v=9SGeQDyDzt4

maj 042022
 

W naszych tutejszych rozmyślaniach wybraliśmy kierunek, który jest bardzo ciekawy ale oduczył nas niestety od oceniania i rozumienia zjawisk i rzeczy wprost. Cóż to znaczy? Najlepiej wytłumaczyć to na przykładzie posła Brauna, najbardziej bezkompromisowego parlamentarzysty w całej historii polskiego sejmu. Poseł Braun jest tak bezkompromisowy, że Tadeusz Rejtan mógłby mu pozazdrościć. Poseł Braun bez lęku domaga się powieszenia ministra zdrowia, bez lęku nazywa innych ministrów i rząd cały zbrodniarzami. Bez lęku też zapowiada, że zorganizuje powtórkę procesu norymberskiego. I wydawać by się mogło, że nie ma takiej siły, która by kategoryczne oceny i czyny posła Brauna powstrzymała. Okazało się jednak, że jest taka siła, a imię jej Federacja Rosyjska, kiedy bowiem zapytano posła Brauna, czy uważa prezydenta Putina za zbrodniarza, odparł, że nie spieszyłby się z etykietowaniem.

Przyznam, że mnie zatkało, albowiem po kim, jak po kim, ale po Braunie mogliśmy się spodziewać wyłącznie odpowiedzi wprost. Nie dostaliśmy jej jednak, a to wróży nam i naszej postawie, branej jako przykład, bardzo źle. Poseł Braun bowiem pragnie uchodzić i chyba ma po temu podstawy za osobę dobrze poinformowaną, nie wkraczającą na teren grząski i bardzo pewną siebie. To zaś oznacza też, że aby wygłosić ten czy inny komunikat musi czuć się pewnie. Jeśli więc nie spieszy się z etykietowaniem, to znaczy, że coś wie i wyczuwa niebezpieczeństwo. Jakiego rodzaju? Tego z kolei nie wiemy my, biedne żuczki, wpadające w pułapki swoich emocji i poprzez te emocje oceniających w kategoriach ostrych i kategorycznych postawy nie tylko samego Putina, ale także jego generałów. Czynimy to w dodatku nie posiadając dostępu do żadnych informacji istotnych, a to w oczach posła Brauna jest daleko idącą lekkomyślnością. Nie tylko zresztą w jego oczach, ale także  w oczach niektórych naszych kolegów. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego poseł Braun może nazwać ministra zbrodniarzem i domagać się jego egzekucji? Bardzo łatwo można to wyjaśnić – dlatego, że czuje się bezkarny, a do tego uważa, że postawa taka jest niezwykle atrakcyjna i pomaga w promocji. My wiemy, że to nieprawda, ale poseł Braun ze swoich złudzeń dopiero się będzie leczył. Nie wiem tylko czy jest w Polsce odpowiednie sanatorium, gdzie przyjmują tak ciężkie przypadki, ale być może na Białorusi coś się znajdzie. Swego czasu zachwalano mi wysoki poziom tamtejszych placówek.

Po tym wstępie, jakże nieprzychylnym posłowi Braunowi, chciałbym go wziąć w obronę. Jestem bowiem pewien, że nie ma on zbyt wielu możliwości by prezentować swoje poglądy, a wie przy tym iż jakiekolwiek łagodne formuły nie sprawdzają się w obszarze PR. Robi więc co może by zwrócić na siebie uwagę. Putina nie atakuje, bo się go boi i obawia się też, w końcu chciał nam tę koncepcję zaszczepić, że NATO jednak nas zostawi na pastwę Rosji. I on wtedy, ze swoimi poglądami i dorobkiem komunikacyjnym, będzie na wygranej pozycji. Jak przyjdą Rosjanie, wytłumaczy im co i jak, no i ocaleje wraz z rodziną. Nie mówcie mi nawet, że tak bezkompromisowy patriota pomyślał choć raz o ucieczce z kraju, gdyby zaszła opisana wyżej ewentualność. Na pewno nie pomyślał, a jako poseł celowo sekowany w mediach, musi jakoś podkreślać swoje istnienie i zaangażowanie w sprawy dla Polski ważne. Postawmy tu teraz ciężkie bardzo pytanie? A kogóż to telewizje zapraszają do swoich programów publicystycznych, skoro nie zapraszają Brauna? Taki, na przykład, Adrian Klarenbach, najbardziej bojowy redaktor w całej telewizji, bardziej bojowy niż poseł Braun, takie można odnieść wrażenie, regularnie zaprasza tam posła Gdulę. Po co? Nikt nie wie. Braun dałby przynajmniej uczciwe przedstawienie, na poziomie korespondującym z pobieraną przezeń dietą poselską. Gdula zaś jest po prostu synem komunistycznego wiceministra, który nie różni się wiele od tła, a często wręcz wygląda jak zaciek na ścianie. Prócz niego do telewizji zapraszają jeszcze Czarzastego, Lubnauerową, Pisiuk-Gahowicz i inne jakieś stwory z baśni braci Grimm. I to mnie przyznam dziwi, albowiem wskazuje na aspiracje prowadzących programy publicystyczne w państwowej telewizji, a także na kierunek, w którym posłowie partii rządzącej zamierzają się rozwijać. Okay, ktoś może powiedzieć, że Braun i cała Konfederacja to ruska agentura. No, ale Dziambora zapraszają. I posłowie z PiS z nim gadają? Nie za często, ale jednak. Pamiętam co się działo, kiedy u władzy było PO. Flekowanie posłów partii obecnie rządzącej było na porządku dziennym. Ludzie tacy jak Zybertowicz szukali schronienia na blogach w salonie24. Podobnie było z innymi. PiS organizował jakieś tajne komplety, na które Kluby Gazety Polskiej ściągały ludzi. Palikot szalał w telewizjach i organizował konferencje prasowe, gdzie popisywał się chamstwem tak niskim i pretensjonalnym, że dziwić się należy, jak łatwo mu to zapomniano. Dziś telewizja zwana reżimową, jak gdyby nigdy nic, oddaje swój czas antenowy najgorszym wrogom, którzy chętnie utopiliby całą partię w kałuży, podduszając wcześniej wszystkich gołymi rękami. Czyżby oni – odwrotnie niż poseł Braun – uważali, że można całkowicie lekceważyć sprawy komunikacji i wizerunku? Czyżby nie wyobrażali sobie życia bez lewicy i jej prominentnych członków? Jeśli tak, niech przypomną sobie Frasyniuka i jego występy. Może to kogoś tam otrzeźwi. Poseł Braun bierze pod uwagę możliwość gwałtownej zmiany okoliczności politycznych i dlatego nie nazywa Putina zbrodniarzem, twierdzi jedynie, że wybiegł on na aut. Już lepiej byłoby powiedzieć, że jest na spalonym, no ale niech tam. PiS jakby nie liczyło się z tym, że ich obecni polemiści, po możliwych wygranych wyborach, potraktują ich jak nawóz historii. Można oczywiście powiedzieć, że PIS nie ma z kim przegrać, ale do niedawna tak mówiła Platforma. Ludzie zaś, jeśli nie widzą konsekwencji w działaniu, tracą orientację i gotowi są uwierzyć, że w istocie nie ma żadnych zbrodni, a jest tylko jakiś słaby mecz piłkarski. Jeśli nie nazwiemy durnia durniem, przestępcy przestępcą, oszusta oszustem, oni wszyscy natychmiast dostąpią zaszczytu nobilitacji, a dyplomy szlacheckie wręczać będą jeden drugiemu. Potem zaczną przekraczać kolejne granice, tak jak to niedawno uczynił Bartosiak Jacek. Nigdy nie zgadniecie co zrobił – napisał fikcyjne przemówienie Jarosława Kaczyńskiego do żołnierzy. Proszę bardzo:

 

https://strategyandfuture.org/odezwa-jaroslawa-kaczynskiego-do-oficerow-i-zolnierzy-wojska-polskiego-o-potrzebie-zmian-cywilizacyjnych-i-kulturowych-w-wojsku/

 

Ja tylko chciałem przypomnieć, że kiedyś jedna wariatka wydała książkę składającą się z fikcyjnych listów Franza Kafki do jej własnej matki. Jak widzimy poseł Braun nie ma racji. Ani Putin, ani w ogóle nikt nie wybiegnie na żaden aut, albowiem boisko zostało pozbawione linii bocznych, Trzaskowski zaś wypędził kibiców z trybun na Narodowym.

maj 032022
 

Nie da się już w zasadzie włączyć żadnego portalu, żeby nie zauważyć ile zmanipulowanych tytułów, mających przyciągnąć czytelnika znajduje się na stronie głównej. Zwykle chodzi o to, by porządnie człowieka wystraszyć i zasugerować mu iż przez noc, którą spokojnie przespał, wydarzyło się coś absolutnie strasznego i świat cały już jest zupełnie inny. Niech więc ten świeżo obudzony raczej nie przyzwyczaja się do tego, że słońce świeci, a po niebie płyną chmury. Kiedy klikamy w tekst o zmanipulowanym tytule, okazuje się, że w środku nie ma niczego. Po prostu niczego, albowiem ludzie, którzy tych manipulacji dokonują nie mają dostępu do żadnych informacji poza może serwisami PAP. Nie ma też mowy o tym, by wyszli gdzieś poza redakcję i spróbowali zrobić jakiś materiał w terenie. A o tym, żeby ktoś pojechał na Ukrainę i sprawdził jak wygląda wojna, można zapomnieć. Media bowiem, mam na myśli media komercyjne, od dawna nie są mediami, ale wielkim działem rozrywki dystrybuowanej „po taniości”. Na Ukrainie jest ledwie kilku polskich reporterów, którzy przygotowują serwisy i to wszystko. Wojna toczy się drugi miesiąc, a nie ma jeszcze o niej żadnej książki, co jest moim zdaniem zdumiewające, bo pierwsze co należało zrobić – gdybyśmy mieli do czynienia z reporterami prawdziwymi – to założyć dziennik wojenny. Tam zaś zapisywać wszystko co się dzieje wokół i publikować po kawałku czekając na jej zakończenie. Potem wydać całość i promować gdzie się da. Tymczasem mamy, cenne bardzo, doniesienia z Kijowa i innych miast emitowane w TV, oraz przetłumaczoną z automatu na polski i podawaną na surowo sieczkę z zagranicznych serwisów. Nie takie jednak „gorzkie żale” będą przedmiotem naszej dzisiejszej dyskusji. Oto na twitterze trwa dyskusja o tym, że PiS mimo posiadania własnych mediów nie wykorzystuje potencjału komunikacyjnego, jaki oferują mu ludzie szczerze zaangażowani w sprawę. Nie wiem co powiedzieć, bo przecież ćwiczone to było już tyle razy i tyle razy dochodziliśmy do tych samych wniosków. Może jednak spróbuję raz jeszcze. Mamy cały ten emocjonalnie i patriotycznie nastawiony tłum, który samą tylko energią wewnętrzną zmiótłby wszystkie peesele i eselde i inne jakieś truchła, ale tłum ten jest traktowany jak zagrożenie. To znaczy nie ma żadnej formuły, która pozwalałaby na wykorzystanie jego energii, nie ma też żadnej formuły, która pozwalałaby na promocję ludzi potrafiących coś zrobić tak po prostu – sami z siebie. Nie są tą formułą te całe Kluby Gazety Polskiej, choćby nie wiem co wydawało się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Pierwszą bowiem rzeczą, jaką musi zrobić człowiek, który chciałby popracować w komunikacji na rzecz wizji, jaką prezentuje dziś PiS, jest uwiarygodnienie się. Ja sam uwiarygodniałem się tyle razy, że aż mnie palce bolą od liczenia, jak sobie to przypominam. Wszyscy wiecie czym to się skończyło. Jeśli nie – przypominam – promocją Matki Kurki i Pińskiego w Klubie Ronina. Dobrze, że nie zaproszono tam Roli, ale pewnie było blisko. Wczoraj ogłoszono, że ABW zamknęło stronę Marcina Roli, a także kilka innych stron rozsiewających ruską propagandę. No i na takie dictum odezwał się dobrze niektórym tu znany Cezary Krysztopa, bardzo przeciętny rysownik z wielkimi aspiracjami, zatrudniony przez redakcję Tygodnika Solidarność. Zwrócił on wszystkim uwagę, że nie można wrzucać do jednego worka Roli i Russia Today, albowiem jak będziemy tak czynić, to od wzajemnego poklepywania się po plecach w końcu nas te plecy rozbolą. Nas to znaczy ich, bo z nami tutaj nikt się po plecach poklepywał nie będzie, albowiem mimo wielokrotnych prób uwiarygodnienia się w oczach kacyków medialno-społecznościowych reprezentujących partię rządzącą, ciągle jesteśmy ciałem obcym. Nie to, co Marcin Rola, który odpowiedział Krysztopie słowami – dzięki Czarku, a potem napisał, że reżim będzie musiał jego i jego kolegów zabić, żeby przestali mówić prawdę i walczyć o bezpieczeństwo Polski.

Ktoś znowu może powiedzieć, że ja się zajmuję jakimiś paprochami, zamiast poważnymi sprawami. To nie ja się nimi zajmuję, czyni to cały wielki internet, w którym ja muszę sprzedawać książki, żeby się utrzymać i w ogóle żyć. To nie ja wyznaczam standardy dyskusji w sieci, czynią to tak zwani dziennikarze, którzy – co było do okazania – wszyscy jak jeden są ze sobą w najlepszej komitywie. I jeden dla drugiego stanowią odniesienie w dyskusji na najważniejsze dzisiaj tematy. Krysztopa nie wyobraża sobie, że Rola może po prostu zniknąć, bo jakże to tak – o czym wtedy rozmawiać? Rola zaś – któremu nie zamknięto przecież wszystkich możliwości emisji komunikatów – stawia się w roli męczennika prawdy. Nie przyjdzie mu do głowy, żeby przeprosić za swoje kłamstwa i przeinaczenia, nie zamilknie tak po prostu, ale będzie aktywny dalej, albowiem jest to branżowo i społecznie akceptowana postawa. I ona jest zrozumiała dla wszystkich, albowiem odbiorcy uważają, że komunikacja to przede wszystkim rozrywka. I tak będzie dopóki koledzy Roli nie zaczną spuszczać nam na głowę rakiet, ale i wtedy podejrzewam, niewiele się zmieni. Chodzi bowiem o to, by ocalić obowiązujący i zrozumiały dla ostatniego łachudry zestaw memów i póz, które pozwalają na odgrywanie przed publicznością dziennikarza lub może lepiej – publicysty, eksperta, konsultanta, człowieka mediów. Bartosiak, na przykład, zaczął się wczoraj powoływać na wiersze Miłosza. To jest doprawdy niezwykłe. Państwo, które chce przetrwać i kontynuować swoją tradycję, buduje komunikacje z narodem na fikcjach historycznych zakończonych nie dość, że klęską to jeszcze zdradą. Mamy dziś kolejną rocznicę uchwalenia konstytucji majowej, która nie była ani pierwsza w Europie, ani druga na świecie, ale bełkot ten jest powtarzany w sieci. Do niego bowiem mogą odnieść się dziennikarze nowego wzoru. I tylko to się liczy, nic więcej. Jak wobec tego – pytam grzecznie – chcecie się obronić przed złem? Bo Ukraińcy na przykład wyprodukowali najpierw komedię o nauczycielu, który został prezydentem, a potem grającego go aktora rzeczywiście prezydentem zrobili. I okazało się – co za niespodzianka – że ten aktor w rzeczywistości zachowuje się tak, jak ten nauczyciel w filmie.

W Polsce zaś dyskusja o państwie toczy się pomiędzy kilkoma osobami, które nie mają stosownych kompetencji do tego, by wydrapywać gwoździem napisy na tynku, zdołały się jednak jakoś uwiarygodnić i mowy nie ma, by zniknęły z przestrzeni publicznej. Ich obecność utrwala bowiem paradygmaty komunikacyjne wygodne dla wszystkich. Utrwala także i fosylizuje wręcz rosyjską narrację propagandową, która już na stałe będzie obecna w publicznej komunikacji w Polsce, albowiem utrwalony został wcześniej schemat dyskursu i granic jego wolności. Nie ma w nim miejsca na nas, ale jest w nim miejsce na Matkę Kurkę i jego ideologiczne wolty, a także na Marcina Rolę i emitowany przezeń bełkot. Jest w nim też miejsce na posła Brauna, całą Konfę i na Monikę Jaruzelską. I to jest, proszę Państwa, właśnie ta sławna wolność słowa. A bez wolności, jak wiemy nie ma solidarności.

maj 022022
 

Zaprowadzenie amerykańskich porządków w Europie powstrzymywane jest przez tępy opór Niemiec i ich obleśną kokieterię. Niemcy bowiem chcą, żeby stabilizacja i korzyści płynące z tych porządków zatrzymały się na ich terytorium, dając im przy tym bezwzględną przewagę nad innymi narodami, głównie nad Polakami, których będą mogli potem cywilizować, używając narzędzi nie przez siebie przecież wymyślonych. Kiedy koniunktury układają się pomyślnie dla Niemiec, natychmiast pojawia się w tamtejszych kręgach władzy myśl, by korzystając z parasola jaki dają im Amerykanie, stworzyć system niezależny od nich, przy współudziale innych sił. Na przykład Rosji lub Chin. Niemcy są bowiem pewni, że w razie zagrożenia ze strony tych, jakże niepewnych sojuszników, Amerykanie będą musieli bronić przede wszystkim Niemiec, żeby zachować swoje wpływy w Europie. To wydaje mi się dość jasne. Dla polityków, także amerykańskich, może owa konstatacja nie być tak oczywista, albowiem oni pracują w realiach prawno ekonomicznych, które stwarzają różne złudzenia i dają ośrodkom decyzyjnym sporo czasu na przygotowanie różnych kamuflaży. Te jednak, w obecnej sytuacji, zostały zdemaskowane, albowiem Putin uwierzył we własną i w niemiecką propagandę. Wraz z nim uczyniło to wiele osób, którym wydawało się, że zarówno polityka USA, jak i polityka rządów lojalnych wobec Waszyngtonu, to już przeszłość. Na jakim założeniu opierało się takie myślenie? Na nie wiadomo skąd wziętym przekonaniu, że w razie zagrożenia NATO, kierując się jakimiś interesami wypnie się nie tylko na Ukrainę, ale także na Europę Środkową, a wtedy jedynymi gwarantami bezpieczeństwa regionu pozostaną Niemcy. I oni będą mogli wtedy zabawić się w dobrych wujciów, którzy podają łaknącym miskę ryżu i blokują złych Rosjan, pragnących napoić konie w Wiśle. Tak się nie stało, a my widzimy, że idiotyczne było przekonanie o niemocy NATO. Nikt jednak, żaden dziennikarz, nie zadał sobie do tej pory trudu by wyśledzić ośrodki, w których tworzono założenia tej koncepcji propagandowej. Wszyscy koncentrują się na jej emitentach, zwanych ruskimi trolami lub ruskimi onucami. Ja, jak wiecie, nie używam takich wyrazów, a jeśli ktoś tu przychodzi i sam z siebie próbuje rozładować to dziwne napięcie wołając, że jest ruską onucą, odpowiadam – nie ruską, a niemiecką. O tym jestem przekonany, albowiem praktyczne znaczenie osób rozsiewających prorosyjską lub antyukraińską propagandę w sieci, jest dla przedstawicieli Moskwy zerowe. Być może mają oni jakieś wpływy na Olszańskiego lub Sykulskiego, ale istoty nie mające takiego publicystycznego i propagandowego wypływu jak oni, istoty bardziej dyskretne, nie są Moskwie do niczego potrzebne. Można je co najwyżej wrzucić do jakiegoś szybu pokopalnianego, albo wysłać – jeśli są kobietami – do burdelu dla buriackich żołnierzy. To wszystko. Utrzymywanie rzesz całych opłacanych propagandystów nie ma w Rosji ani tradycji, ani sensu. Mówimy o kraju, który oswajał swój wizerunek, przez dekady całe za pomocą jednej, puszczanej na okrągło kreskówki – o wilku i zającu. Teraz czyni to samo za pomocą innego filmu dla dzieci – o Maszy i niedźwiedziu. Za tymi produkcjami rozciąga się prawdziwe piekło, gdzie nie działają żadne kokieterie ani żadne umowy. Co innego w Niemczech – tak sądzę, bo na pewno tego nie wiem – w Niemczech musi być inaczej, albowiem Niemcy muszą uważać, żeby im ktoś nie podrzucił do walizki puszki z Cyklonem B, a potem, żeby się ta walizka, sama z siebie, nie otworzyła na jakimś dworcu. Poza tym Niemcy zawdzięczają wszystko Amerykanom i ich przebiegły plan zbudowania Euroazji opierał się przede wszystkim na założeniu, że uda się wykiwać Amerykanów. Przypomnę, że jedną z istot firmujących ten projekt była stara wariatka, której się wydawało, że jest Katarzyną II. Ułożyła go zaś do spółki ze oszustem i bałwanem, któremu z kolei zdawało się, że jest Piotrem I i św. Mikołajem w jednym kawałku. Dziś ta lokomobila właśnie się wykoleiła. Wariatka uciekła i gdzieś się schowała, a bałwan wysyła swoich najwierniejszych ludzi, którzy się modlili do jego wizerunków na pierwszą linię frontu – żeby coś wymyślili. Oni nie mogą niczego wymyślić, albowiem cała koncepcja oparta jest na fałszywym paradygmacie. NATO nie jest słabe, a Kongres podejmuje decyzje w zadziwiającej zgodzie. Ta zgoda jest automatycznie powodem degradacji politycznej Niemiec, czego Niemcy nie rozumieją. Bo niby jak kto? Byli tak ważni, tak istotni, dla polityki USA, które musiały się z nimi liczyć, a teraz co? Teraz jajco, bo osobnik, w którego Niemcy zainwestowały, wraz z całą swoją drużyną, okazał się kanciarzem i postacią z kreskówki, która wydaje miliardy na złote kible i przeróżne imitacje, zamiast się zbroić. On także myślał, że będzie się dogadywał z USA. Tymczasem już wiadomo, że nikt z nim rozmawiał nie będzie.

Gdzie dziś są wszyscy ci, którzy mówili, że NATO tylko czeka, by wystawić Polskę do wiatru? Gdzie są ci, którzy powtarzali, że USA odchodzą na Pacyfik, niech pokażą paski z wypłatą, za to gadanie. Co tam jest na nich napisane? Czy nie fur Deutschland czasem? Ja dziś jeszcze słyszę głosy zatroskanych o los kraju, którzy mówią – uważam jednakowoż, że znowu zostaniemy wykorzystani. Nie wierzę ani Ukraińcom, ani Amerykanom. Jasne – nie wierzcie, ani Ukraińcom, ani Amerykanom. Przyznajcie sobie sami jednak w duchu, jaka jest alternatywa. Taka oto: Cyklon B, szyb w kopalni na Uralu, albo burdel dla Buriatów. Hamletyzować i wieszczyć zaś możecie tylko dlatego właśnie, że tu na miejscu są ci Amerykanie, którym tak bardzo nie ufacie, a także dlatego, ze Ukraińcy się bronią, nie zważając na straty i zniszczenia.

Wczoraj to widziałem – dziesiątki amerykańskich żołnierzy, w mundurach, po cywilnemu, z plecakami, czarni, latynosi, biali, żółci. Wymieszani z tłumem, który przybył na majówkę do średniej wielkości polskiego miasta. Widok naprawdę budujący. Powtórzę – tylko dzięki temu, że oni tu są możecie uprawiać swoje polityczne manifestacje. Bez nich jesteście nawozem historii, nędzą zmuszoną do podpisywania coraz to gorszych wersji tej samej lojalki, na podstawie której będziecie pobierać z magazynu szare mydło, papier toaletowy marszczony i solone śledzie.

Jechałem sobie wczoraj przez Polskę i myślałem o tym komu mogą pomóc Amerykanie. Przede wszystkim temu, kto tego chce, potem temu, kto na swoim terenie zadba o infrastrukturę umożliwiającą sprawną logistykę w razie konfliktu lub tylko zabezpieczenia konfliktu toczącego się gdzieś dalej. Dlatego ludzie podnoszący kwestie lojalności Amerykanów wobec sojuszników powinni się zastanowić przede wszystkim nad sobą i pogrzebać po kieszeniach, sprawdzając czy nie ma w nich jakiegoś zapomnianego paska z wypłatą, nieznanej proweniencji. Każdy bowiem kto w wątpi w sojuszniczą lojalność powołując się na przykłady z przeszłości, nie traktowane dziś serio ani przez sekundę sam jest sobie winien. Ci zaś, którzy publicznie wskazują na to, że inwestycje jakie podjął rząd w ostatnich latach są niepotrzebne, są po prostu niemieckimi agentami, albowiem to Niemcom najbardziej zależy, by za ich wschodnią granicą rozciągały się stepy i puszcze nie tknięte cywilizacją. Na szczęście te czasy już minęły. I ci żołnierze, których widziałem wczoraj, jeżdżąc po Polsce z pewnością nie widzieli dużej różnicy pomiędzy infrastrukturą amerykańską, a polską. Pewnie tylko kraj wydawał im się nieco bardziej egzotyczny i tajemniczy. Mi bowiem się taki wydawał, albowiem dawno nie byłem w tamtych stronach.

maj 012022
 

Taki tytuł podsunął mi wczoraj kolega onyx i powiedział jeszcze, że jest to wzięte z Monty Pythona. Ja nie wiem, bo nie oglądałem. Uważam jednak, że sprawy mają się tak właśnie. Ustawieni w miejscu kluczowych, propagandowych sworzni, pardon pivotów, ludzie, kontrolujący przekaz dla maluczkich, czyli wszystkich innych niż oni, nie uważają, że kompromitacja ich unieważnia. Przeciwnie, są przekonani, a przekonanie to daje im usadowienie ich tam przez jakieś zakulisowe siły, że kompromitacja im pomaga. Jest to proste przeniesienie okoliczności politycznych w publicystykę i wskazanie, że publicystyka ta jest częścią polityki, bynajmniej nie najmniej ważną. Wszak Donald Tusk kompromituje się każdego dnia, ale dopóki może to robić jest górą. No, a w promocji pomaga mu państwowa telewizja, przekonana, że wchodzi Tuskowi w szkodę. Myślę, że jest inaczej – ona go promuje. Od pewnego bowiem momentu, tak zwana siara, której pełne są wypowiedzi Tuska, przestaje mieć znaczenie. I ludzie zaczynają wierzyć, że może on nie jest taki zły? Może go prześladują?

Szkoda mi już strzępić język na Bartosiaka, ale słowo jeszcze powiem. Ja zdarzy mi się powiedzieć – dupa, lata całe przychodzą na blog różni trole, żeby mi o tym przypominać. Bartosiak ułożył plan zagłady kraju, przekonał do niego wpływowe osoby, także wojskowych, stręczył ten plan przez długie godziny przy zaangażowaniu tak zwanych niezależnych mediów i równie niezależnych dziennikarzy. Takie numery w świecie, kiedy kompromitacja jest barierą dla słów i czynów powinny mieć jakieś konsekwencje. Nie mają, a to świadczy, że jako odbiorcy komunikatów o pivotach jesteśmy traktowani źle. To znaczy nie mamy dostępu do mechanizmu unieważniającego prelegenta. Nie możemy mu pokazać kciuka skierowanego do dołu, albowiem on nie komunikuje się z nami. Jego dintojra– jak to powiedział pewien pan w filmie o kasiarzu Szpicbródce – jest gdzie indziej. My możemy go tylko słuchać i akceptować, a jeśli tego nie czynimy przestajemy być obiektem zainteresowania. Czy to oznacza degradację? W mniemaniu prelegenta pewnie tak. Ja uważam jednak, że to awans, tak jak awansem jest brak zainteresowania osób, które próbowały nam wcisnąć podobną do Stihla pilarkę na parkingu pod Lidlem. Bo do tego właśnie sprowadza się ich funkcja. To jednak nie koniec zastosowań kompromitacji. Są bowiem ludzie zajmujący się nią celowo. Mam na myśli aktorów zaangażowanych w wystąpienia uliczne i starających się, by ich przekaz zabrzmiał mądrze. Nie będę tu wymieniał nazwisk, podobnie jak nie będę omawiał sposobów zastosowania i rodzajów kompromitacji, jakimi posługują się ci ludzie. Istotne jest tylko to, że próbują oni ciągle zdobyć zwolenników, ci zaś z całą powagą domagają się otwartej polemiki z kompromitacją. I przed tym już trudniej się obronić, albowiem każdy jest w duszy trochę belferem i jak widzi błądzącą gdzieś po manowcach młodzież, stara się – w dobrej wierze – jakoś ją naprostować. Jest to jeden z poważniejszych życiowych błędów. Tak zwanej młodzieży nie da się wychować i nie wolno nawet próbować tego robić. Trzeba tych ludzi lekceważyć, pogardzać nimi szczerze i wystawiać poza nawias. I nie daj Bóg niczego im nie tłumaczyć. Ja sam się na takie numery kiedyś łapałem, ale już przestałem. To jest strata czasu. Wróćmy jednak do kompromitacji. Zychowicz, jak gdyby nigdy nic nagrał jakąś nową pogadankę z Radkiem Sikorskim, a treść jej obraca się wokół bohaterskich walk Sikorskiego z ruskim wojskiem w Afganistanie. Takie tam wspominki o dawnych, dobrych czasach.

W przypadku Zychowicza kompromitacja również nie istnieje, albowiem świat pełen jest dwudziestoletnich młodzieńców, którym się zdaje, że powtarzając przemielone wielokrotnie banały, będą mogli pozować na starych profesorów.

Mam nieco ograniczony ogląd spraw jeśli idzie o ruskich agentów wpływu, albowiem nigdy prawie nie oglądałem ich wystąpień. Nie czyniłem tego ponieważ nie mieli oni nic ciekawego do powiedzenia. Zwykle absorbowały ich sprawy ortodoksji religijnej, na której znali się lepiej niż księża – jawni przecież zdrajcy Kościoła – albo jakieś elementy antyamerykańskich programów propagandowych, wplatane w gawędy, z nadzieją, że ktoś to kupi i uzna, że USA już się skończyły jako mocarstwo. Słyszałem kilka takich wystąpień i to mi wystarczyło. Nikt nigdy nie wskazał otwarcie jak silnie skompromitowali się ci ludzie, a jest to – powtórzę – efektem tego, że są oni częścią wpływowych środowisk, które taką kompromitację uznałyby za podważenie własnego status quo. Poza tym ich obecność jest ciągle potrzebna, albowiem ciągle ktoś liczy na to, że ich przekaz to doskonała przynęta.

No więc trzeba powiedzieć wprost – Sykulski, Wielomscy, Otoka Frąckiewicz, Gadowski i cała reszta niech zaczną lepiej przemawiać do lustra, bo może się wkrótce okazać, że cała ich publiczność to wynajęta przez ruską agenturę klaka.

Wrócę do Sykulskiego, nie ma on bowiem wstydu i w nosie ma kompromitację, jest bowiem przekonany, ze zawsze będzie komuś potrzebny. Wystosował do Stanisława Żaryna twitt o treści mniej więcej takiej – ABW przynosiła mi do domu różne papiery, za pańskiej kadencji. Z tym że ABW określił wyrazem „abwehra”. To taki slang funkcjonariuszy i osób do ich kręgów zbliżonych. Jeszcze bowiem nie słyszałem, żeby ktoś spoza takich środowisk zastosował ten zwrot. No, ale może za mało bywam w towarzystwie.

Chodzi o to, że Sykulski pokazał Żarynowi środkowy palec i powiedział mu, że jego rzecznikowanie nie ma żadnego znaczenia, albowiem prawdziwi funkcjonariusze idą na konsultacje do Sykulskiego. Jeśli tak rzeczywiście jest, to miej nas Panie Boże w swojej opiece. Jeśli tak rzeczywiście jest, a ten bałwan jeszcze się tym chwali, to mam nadzieję, że armia amerykańska i takież służby zainstalują się tu na stałe i jawnie. Żeby samą swoją obecnością dyscyplinować skompromitowanych gawędziarzy. Widać bowiem wyraźnie, po Sykulskim i po innych, że ludzie ci poza tajnymi nie posiadają żadnych charyzmatów. To znaczy muszą w pewnym momencie wskazać na swoje powiązania ze służbami, żeby utrzymać pozycję i poczuć się pewniej. Inni zaś muszą pójść na wizytację do Moniki J., w tym samym celu.

Nasz problem polega na tym, że nie ma żadnej nieformalnej struktury, która by narzucała swoje standardy przeciwstawiając się rządom kompromitacji. SN, jako środowisko jest zbyt mała, a poza tym – co było do okazania ostatnio – ilość osób lansujących tu treści bliskie sercu Sykulskiego przekroczyła o kilka poziomów moje najśmielsze podejrzenia. Większa część publiczności konsumującej treści w internecie nie sucha niczego poza przekazem spreparowanym, do którego na stałe weszły pojęcia spreparowane – takie jak pivot. I to jest właśnie wielki sukces grupy Monty Pythona.

kw. 302022
 

Mój dawno nie żyjący, a pamietający II Rzeczpospolitą znajomy, wyrażał przy różnych okazjach taki oto pogląd: Rzeczpospolita, w swojej nieopisanej łaskawości, wsadzała komunistów do więzień, zamiast ich od razu wieszać. Pogląd ten, w ustach, jakby nie było starszego pana, w czasach, kiedy komuniści w Polsce rządzili w najlepsze, choć było już po 1989 roku, wydawał się być nieco ekscentryczny. Od wczoraj zastanawiam się czy on jest ekscentryczny także dzisiaj. Wygląda na to, że tak. I choć nie domagam się wieszania nikogo w trybie natychmiastowym, widzimy wszyscy, że są ludzie, którzy takie postulaty stawiają. Choćby poseł Braun, który publicznie zagroził powieszeniem ministrowi zdrowia. Nie wiem czy toczy się w tej sprawie jakieś postępowanie, ale powinno. Ja zaś, choć zacząłem od wieszania, będę dziś mówił o sprawach nieco mniej drastycznych. Oto przestrzeń publiczna pełna jest bardzo bezczelnych, agresywnych i kłamliwych wypowiedzi rosyjskich propagandystów. Ludzie ci, nawet mitygowani przez komentujących pod ich tekstami i nagraniami, nie zamierzają przestać. To mnie, przyznam dziwi, albowiem publiczne łgarstwa wbrew faktom, to domena istoty najpodlejszych lub po prostu kupionych. Jeśli więc Sykulski Leszek najpierw idzie na wywiad do ambasadora Rosji, a potem publicznie mówi o rządzie polskim – rząd warszawski, a do tego jeszcze uważa, że ów warszawski rząd, pcha Polskę pod rozpędzonego rosyjskiego TIR-a, to znaczy, że panem tym powinny zająć się służby. Czy tak czynią? Nie wiem. I pewnie nigdy się nie dowiem. Wiem natomiast, że Sykulski występował wcześniej z Bartosiakiem i Zychowiczem, że dostał order od prezydenta i jest człowiekiem rozpoznawalnym i znanym w różnych środowiskach. Czy te środowiska obłożą go chociaż ostracyzmem? Nie sądzę. Na ostracyzm bowiem zasługujemy my tutaj, albowiem nikt nie wie spod jakiego kamienia wypełzliśmy. Sykulski jest dobrze umocowany i może mówić co chce, podobnie jak inni, którzy wygłaszają różne nieoczywiste opinie, będące w istocie jawnym poparciem wobec ludobójstwa na Ukrainie, ubranym w polityczny realizm, troskę o przyszłość świata, troskę o cenę energii i gazu. Szefowie poważnych periodyków nie odmawiają sobie komentowania wypowiedzi nawet najgłupszych i najbardziej prymitywnych trolli. My zaś pamiętamy, że Marek Budzisz, kiedy prowadził tu jeszcze bloga nie wygenerował chyba żadnej odpowiedzi na komentarze pod jego tekstami. Być może się mylę, ale chyba jednak nie. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś zwracał na nas uwagę, bo to się na pewno nie stanie. Cenckiewicza zapytałem wprost, czy nie powiedziałby czegoś o książce Sujkowskiego i nie doczekałem się odpowiedzi. Chodzi o to, że przestrzeń publicystyczna i tak zwany dyskurs konstruowane są w oparciu o jawnych agentów i pożytecznych idiotów. I z tym nie da się nic zrobić, albowiem tworzą oni wygodną alternatywę dla wypowiedzi zgodnych – przynajmniej z pozoru – z polską racją stanu. Komunikaty o treści ważkiej lub za takowe uchodzące, nie mogą funkcjonować bez bredni Sykulskiego, albowiem nie nadaje im to stosownego kolorytu. Żeby ten się pojawił, trzeba by jechać na Ukrainę i nadawać stamtąd, a nie każdy ma odwagę. Standardowe paplanie o wojnie i jej konsekwencjach, powtarzane ciągle i ciągle potrzebuje jakiegoś kontrastu i ten zapewniają agenci wpływu. Dlatego – przypuszczam – a także ze względu na towarzyskie z nimi związki nie znikną oni ze sceny. Trochę szkoda.

Słowo o uwiarygodnianiu się tych ludzi, do czego używają oni ciągle tych samych wytrychów. Weźmy za przykład Wielomskiego i Sykulskiego, wymachują oni obaj swoimi habilitacjami i powtarzają w co drugim zdaniu – ja jako naukowiec. Jest to zabawne i kompromitujące jeszcze do tego, ale w Polsce działa i odnosi skutek. To dziwne, albowiem facet nazwiskiem Musk, wypuszcza w niebo całe eskadry satelitów, a nie ma nawet magistra. Ostatnio zaś kupił twitter. Ludzie w Polsce nadal jednak wierzą, że bredzący trzy po trzy, powtarzający teksty z notatnika agitatora oszust, ma coś wspólnego z nauką. Przez wiele lat konsekwentnie zwalczałem cybernetyków, szczególnie zaś Józefa Koseckiego, którego mi stręczono – bo tak mądrze mówił. Ja sobie raz tego Koseckiego obejrzałem i stwierdziłem, że osoba tak nieestetyczna fizycznie, nie może mieć nic ciekawego do powiedzenia. Limit bowiem brudasów i niechlujów w przestrzeni naukowego dyskursu został wyczerpany już dawno przez Diogenesa z Synopy. Do, którego Kosecki nie miał tak zwanego wstanu. Dziś tradycja reprezentowana przez Koseckiego, który donosił na Kuczyńskiego, a miał pseudonim Rosomak, odżywa we wszystkich tych młodych ludziach, którzy uważają się za geopolityków rozumiejących polską rację stanu. Reprezentują oni w istocie rosyjską rację imperialną, której najważniejszym założeniem  jest usunięcie USA z Europy. Do czego by to doprowadziło wszyscy dobrze wiemy – do kolejnej hekatomby na niewyobrażalną skalę. Nie może być w przestrzeni publicznej miejsca na brednie w rodzaju – polityka wielowektorowa, które powtarza towarzysz Winnicki. Nie ma żadnej wielowektorowej polityki i nie może jej być w przypadku Polski, bo to oznacza po prostu pożarcie nas przez silniejszych, którzy najpierw wykorzystają lub wręcz stworzą w Polsce antyamerykańskie koniunktury, a następnie korzystając z aktywności i wiary pożytecznych idiotów, Polskę zniszczą.

Nie może być w polskiej przestrzeni publicystycznej miejsca na anachroniczne brednie rodem z publikacji Stanisława Mackiewicza, dotyczące tak zwanych sojuszy egzotycznych. Jakże często formuła ta jest powtarzana przez różnych mędrców, nie zauważających, że technologia unieważniła to pojęcie już dawno. Nawet jednak, kiedy transport wojsk i cywilów nie był tak prosty jak dziś, nie miała ta formuła racji istnienia, albowiem liczą się wyłącznie sojusze „egzotyczne” z partnerami posiadającymi wyraźną i wielką przewagę technologiczną. Teoria sojuszy egzotycznych służy zaś do jednego tylko – do instalowania agentur opartych na autorytetach naukowych, takich jak Wielomski i Sykulski.

Pojawiały się tu głosy krytykujące postawę rządu. Myślę, że nie mamy najmniejszego powodu, żeby krytykować ten rząd. Możemy co najwyżej powiedzieć, że poprzez zaniechania poprzednich gabinetów, brak doktryny oraz fatalną sytuację kadrową, która uniemożliwia realizację istotnych celów w odpowiednio szybkim tempie pole manewru tego rządu jest niewielkie. No, ale i tak jest ono większe niż pole manewru rządów poprzednich. I tak wpływ polityków rządzących obecnie – premiera i prezydenta – na postawę Europejczyków jest o stokroć większy niż wpływ Tuska, Pawlaka czy innych jakichś komunistycznych złogów. Myślę więc, że krytycy powinni zamilknąć. Ja mogę się też wycofać z krytyki postaw prorządowych publicystów. Chcą się kolegować ze szpionami i tolerować ich w przestrzeni publicznej – proszę bardzo. Ja mam wystarczająco dużo pomysłów, na to, by funkcjonować, publikować, działać i zarabiać, bez tych wszystkich płaskich i dennych formuł, które wypełniają ich mózgi. I tego się trzymajmy.

kw. 292022
 

Nie wiem czy jakiemuś problemowi poświęciliśmy tyle uwagi ile personaliom. Ja się nad kwestią personaliów zastanawiam jeszcze bardziej intensywnie, od kiedy zacząłem regularnie czytać twittera. Dziś z rana dotarło do mnie – w całej, jak powiada poeta – jaskrawości, gdzie żyjemy. Otóż, tak jak to zaznaczyłem w ostatniej pogadance z Wrocławia, żyjemy na obszarze objętym herezją. Jej istotą zaś jest próba stworzenia alternatywnych dla oficjalnych struktur. To znaczy przejęcie władzy w kluczowych dla państwa obszarach, bez rozlewu krwi. Tę bowiem opcję rezerwuje się dla ludzi i organizacji, które mają trwale zniknąć z powierzchni ziemi. I w naszym przypadku jest to Ukraina. Całą reszta miała i nada ma, bo plan ciągle jest aktualny, być przejęta przez struktury niejawne. Poznajemy to po nieustannej aktywności i całkowitej bezkarności osób uprawiających rosyjską propagandę w mediach społecznościowych. Nic nie jest w stanie tych ludzi zatrzymać, albowiem kłamstwo jest powietrzem, którym oddychają. Czują się całkowicie bezpieczni, całkowicie spokojni i  w przeciwieństwie do nas, przerażonych codziennymi doniesieniami z wojny, mogą spokojnie budować swoje strategie. Nie przeszkadza im nawet to, że są zwyczajnie głupi, mają nieusuwalne deficyty, nie potrafią pisać w języku polskim, ani żadnym innym. To są szczegóły mało istotne, ważne jest tylko uwiarygodnienie heretyckiego przekazu w sposób jak najbardziej bezczelny.

Ten zaś utrwalany jest nie tylko przez kolportaż określonych treści, ale także przez zaniechanie kolportowania innych. I tak tygodnik Do rzeczy puszcza na swoich łamach bezczelne wypowiedzi rosyjskiego ambasadora opatrując je epitetem – kuriozalne. Nie wiem po co, chyba żeby robić temu facetowi reklamę? W tym samym czasie przez sieć przelatuje wypowiedź brytyjskiej minister spraw zagranicznych, która mówi, że trzy lata temu Putin ogłosił koniec liberalnych demokracji na Zachodzie, a szef Chińczyków, potwierdził tę przepowiednię. Czy ktoś może widział ślad tych jakże ciężkich od znaczeń wypowiedzi w polskich mediach? Nie, albowiem te zainteresowane były maseczkami, covidem i respiratorami. Boże, jak się cieszę, żem mam odruch ucieczki od stręczonych na chama tematów. No, ale od pisania o covidzie, nawet ja się nie ustrzegłem. Jeśli rusek z Żółtym ogłaszali takie rewelacje, w Paryżu strajkowały żółte kamizelki, a Niemiec udawał, że wszystko jest w porządku, to musimy uznać, że Pan Bóg wziął nas osobiście w swoją opiekę. Wszyscy ci ludzie bowiem szykowali się do założenia w Euroazji wielkiego obozu zagłady, w którym jeden donosi na drugiego nie za miskę ryżu, ale za możliwość obejrzenia jej w filmie dokumentalnym. Koniec naszego świata nastąpiłby nagle i niespodziewanie. To zaś, co zwykle nazywamy postkomuną, a co jest normalną herezją, wypełzłoby na powierzchnię, by przejąć władzę na zasadach znanych z roku 1945. Okazałoby się jednak wtedy, że oni także zostali oszukani i poszliby do dołów z wapnem, jak wszyscy. Tak się jednak nie stało i dziś mogą się – całkowicie bezpiecznie – wymądrzać na różne tematy. W naszych bowiem okolicznościach herezja to postkomuna. I nie ma najmniejszych szans na jej likwidację, albowiem są nią poprzerastane wszystkie absolutnie środowiska. Wczoraj pani rzecznik kontrolerów lotów – Anna Garwolińska – znana niektórym z Pamiętników Anastazji P., kochanka Janusza Lewandowskiego powiedziała, że porozumienie zawarte z rządem to nie koniec wojny, a jedynie rozejm – do lipca. Rozumiecie? Ukryta, całkowicie spenetrowana przez wrogie krajowi siły struktura, dzierżąca władzę nad jednym z kluczowych obszarów funkcjonowania państwa stawia temu państwu warunki i otwartym tekstem przyznaje, że prowadzi z nim wojnę. Czy teraz już wszyscy rozumieją gdzie są i co to znaczy – niech mowa wasza będzie – tak – tak, nie – nie? Jeśli nie wszyscy, tłumaczę raz jeszcze – nie można uprawiać patriotyzmu i miłości bliźniego pokątnie, a publicznie realizować się w geopolitycznych strategiach, albowiem przyjęcie takiej postawy uniemożliwili towarzysze Putin i Żółty deklarując koniec cywilizacji jaką znamy. Nie można, wobec trwającej wojny i wyzwań, przed jakimi stoi państwo, ogłaszać się obrońcą jakiejś grupy zawodowej, rzekomo uciskanej i prześladowanej, która nie jest ani uciskana, ani prześladowana. To bowiem – w świecie poważnym i traktującym się serio – byłby powód do zbudowania stosu z dobrze przesuszonych bierwion. Oznacza bowiem taka postawa, że deklarująca ją osoba wysługuje się Żółtemu albo Putinowi, czyli tym cesarzom, którzy na naszym terenie sponsorują herezję. Jeśli ktoś chce mi teraz wyjechać z argumentem ad papieżum, przypominam, że uporczywa walka z herezją toczona przez stulecie XIII i XIV na zachodzie Europy, zakończyła się schizmą awiniońską, czyli triumfem odstępców i ubezwłasnowolnieniem papieża. I to mimo zastosowania w walce o wiele bardziej restrykcyjnych środków.

Z postkomuną nie można polemizować, albowiem jej przedstawiciele są traktowani lepiej niż ludzie, którzy nie mają z nią nic wspólnego. Tylko bowiem ktoś posiadający gwarancje obcych dworów lub organizacji niejawnych może być w Polsce uznany za partnera w dyskusji politycznej. Bierze się to z prostej zależności – politycy, szczególnie młodego pokolenia są całkowicie pozbawieni pewności siebie i możliwości dyskutowania o sprawach ważnych inaczej niż reaktywnie, w odniesieniu do bieżących wydarzeń. O tym, by napisać coś takiego, jak pani minister spraw zagranicznych z GB, w sążnistym i długim artykule nie może być nawet mowy. https://www.gov.uk/government/speeches/foreign-secretarys-mansion-house-speech-at-the-lord-mayors-easter-banquet-the-return-of-geopolitics

Poza tym nie czują oni żadnego zagrożenia, uważając że osobnicy tacy jak Bartosiak czy Sykluski, że o żywiołkach drobniejszego płazu nie wspomnę, są naturalną częścią rynku publicystyki. Parę dni temu w kurskiej telewizji znów wystąpił Witold Modzelewski, który lansuje swoje prorosyjskie produkcje publicystyczne przez postkomunistyczny tygodnik Przegląd. Jest on za każdym razem przedstawiany jako fachowiec. Postawa taka – mam na myśli postawę ośrodków decyzyjnych w partii rządzącej – powoduje natychmiastowe uaktywnienie się trolli wskazujących, że Kaczyński brata się z postkomuną, że chodził na pochody pierwszomajowe, co zostało obfotografowane i jest do odnalezienia w sieci. No i co jest jawnym dowodem na jego współpracę ze spadkobiercami komuny dzisiaj, mam na myśli globalnych spadkobierców, czyli Putina i Żółtego. Taka narracja tworzy bardzo silny nurt, który z oczywistych względów wyklucza polemikę, tak jak polemikę wykluczała herezja. Jej celem bowiem nie było prowadzenie dyskusji, ale zastawianie pułapek, ułatwiających możliwie tanie przejęcie władzy na dużym obszarze. Ja to wyczuwam na kilometr, albowiem po trzynastu latach codziennej pracy i ponad dwudziestu napisanych książkach, jestem dość dobrze rozpoznawalny, choć mało kto się do rozpoznawania przyznaje. Kiedy więc widzę, jak jakaś nie potrafiąca napisać zdania po polsku, pardon, kutasina, zastanawia się kim też mogę być, sprawa jest dla mnie jasna. Ludzie ci, wskazani, opatrzeni szatańskimi zaklęciami i obwieszeni amuletami wywiezionym z Berlina w 1945 roku, szukają swoich ofiar czyli polityków, publicystów, urzędników i oficerów, którzy mają z serca bądź z obowiązku za zadanie bronić racji stanu. I tylko z nimi będą polemizować, dokładnie po to, by ich zdegradować i upokorzyć publicznie. I tak dla przykładu, Bartosiak ogłosił, że będzie prowadził dyskusję, w której udział wezmą on sam, Rokita, Patryk Jaki i Żurawski vel Grajewski. Nie wiem po co to jest Jakiemu i Żurawskiemu, ale moim zdaniem ilustruje owa dyskusja dokładnie mechanizm przeze mnie opisany. Czyli stałe uwiarygodnianie przedstawicieli sił Polsce wrogich i grających na demontaż państwa.

Winnicki został dziś rano zaproszony do Radia Wnet, żeby tam opowiadać o polityce wielowektorowej. To znaczy – w języku zrozumiałym dla ludzi – o zainstalowaniu na stałe w Polsce ruskiej agentury. To z kolei oznacza, że żadna myśl formułująca rację stanu naszego państwa, bez uczestnictwa w niej koncepcji moskiewskich nie ma prawa się pojawić. I teraz powiedzcie mi czego w tym wszystkim nie rozumieją ci durnie dziennikarze ze Skowrońskim na czele?

W XIII wieku ojcowie cystersi, a potem św. Dominik wielokrotnie próbowali dyskutować z heretykami o różnych sprawach, za każdym razem była to pułapka. Papież długo bardzo nie mógł zdecydować się na ogłoszenie krucjaty, albowiem liczył na opamiętanie i współpracę. I dokładnie taką samą sytuację mamy dzisiaj, to znaczy prawie taką samą, albowiem rachuby na opamiętanie są już tylko figurą retoryczno-aktorską, które musi być odegrana. Jasne jest, że nie ma szans na żadne opamiętanie. Polska nie wytworzy własnej elity, nie będzie mowy o doktrynie i racji stanu. Jeśli nie będzie tu wojsk amerykańskich, zostaniemy natychmiast zamienieni w gnój. Jednym strasznym zaklęciem.

Na koniec wisienka ta torcie – Pawlak zapytany przez Rymanowskiego o możliwość ataku Rosji na kraje NATO powiedział: Putin NIESTETY jest w rozpaczliwej sytuacji.

kw. 282022
 

Bardzo rzadko, ale jednak używamy do opisu obecnej sytuacji formuł z zakresu etnologii. I dziś właśnie tak zrobimy. Głównym zaś wątkiem naszych dzisiejszych rozważań będzie pojęcie „prawdziwi ludzie”. Otóż w społecznościach prymitywnych określenie to służyły do odczłowieczania i degradowania innych grup, równie prymitywnych i zorganizowanych wsobnie, wokół własnych wierzeń, własnych hierarchii i własnego porządku. Dla każdego kto miał okazję obserwować takie społeczności z zewnątrz jasne było, że w istocie nie różnią się one od siebie niczym. Pojęcie zaś „prawdziwi ludzie” stosowane za każdym razem w odniesieniu do swojego plemienia, nie służy temu, by rzeczywiście wyróżnić to plemię czymś pozytywnym, bo takich kategorii w ogóle nie było wśród pojęć, którymi operowały ludy prymitywne. Prawdziwi ludzie musieli degradować bliźnich z innych grup, by móc ocalić swoje człowieczeństwo. Możemy śmiało rzec, że w obszarach gdzie nieznane było chrześcijaństwo prawdziwi ludzie musieli do skrajności doprowadzić okrucieństwo wobec bliźnich, podstępy i podwójne myślenie, by ocalić swoją „prawdziwość”. Niczym poza tymi cechami bowiem się nie wyróżniali. Cywilizacja zachodnia potrafiła z tego szydzić, ale w miarę jak oddalała się od chrześcijaństwa stawała się podobna to tych właśnie „prawdziwych ludzi”, którzy w wyrafinowany sposób zabijali bliźnich, niszczyli ich dorobek, palili domy lub sprzedawali dzieci w niewolę. Podkreślam – w świecie zorganizowanym bez miłosierdzia Bożego, gwarancją prawdziwego człowieczeństwa jest tylko okrucieństwo i podstęp. I dziś widzimy to wszystko w pełnej krasie. Prawdziwi ludzie, którzy nie odróżniają sracza od umywalki wkroczyli na ziemie swoich odwiecznych wrogów, którzy nie są „prawdziwymi ludźmi”, są chachłami, Ukrami, dziczą, swołoczą, faszystami i czym tam jeszcze chcecie. Mają co prawda lepsze lodówki, a także inne rzeczy potrzebne prawdziwym ludziom,  ale właśnie dlatego wielki Manitou, który mieszka pod czapką Hitlera pozwolił prawdziwym ludziom ich atakować, by mogli pozyskać oni wymienione dobra i przewieźć je do swoich wigwamów. Tylko bowiem prawdziwi ludzie zasługują na to, by posiadać te cudowne sprzęty. Reszta jest tego prawa pozbawiona.

Ponieważ od czasów kiedy Irokezi mordowali misjonarzy w kanadyjskich lasach wiele się na świecie zmieniło, prawdziwi ludzie mają jeszcze kilka innych narzędzi niż tylko naga przemoc, które służą do tego, żeby pokazać wszystkim dookoła, dlaczego są najlepsi. Na pierwszym miejscu wymieniłby rytualne tańce i śpiewy, które wykonywane są zwykle po spożyciu dużych ilości środków odurzających pozyskiwanych z ekstraktu pochodzącego z gnijących ziemniaków. To może się wydawać dziwne, że akurat substancja takiego pochodzenia służy prawdziwym ludziom, jako podkreślenie ich wyjątkowej pozycji w świecie, ale wynika to wprost z warunków klimatycznych, panujących na obszarach zamieszkałych przez prawdziwych ludzi. Nic poza kartoflami tam nie rośnie. O dziwo wielu ludzi uważa, że trwające nieraz całe tygodnie rytuały prawdziwych ludzi, połączone ze śpiewami i tańcem, to coś niesłychanie atrakcyjnego, choć jasno widać przecież, że wyziera spod tych upozorowanych figur jedynie chęć mordu i zniszczenia. Wielu jednak daje się porwać tym inscenizacjom. Prawdziwi ludzie wiedzą o tym i dlatego produkcja owego ekstraktu z kartofli jest u nich jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki. Prawdziwi ludzie prowadzą też grę dyplomatyczną. Ona jest przez przedstawicieli innych narodów, nie mających bezpośredniego kontaktu z prawdziwymi ludźmi, traktowana serio, a to dlatego, że na okoliczność tychże, prawdziwi ludzie myją się, czeszą, czyszczą zęby i paznokcie, a także przebierają się w stroje obowiązujące w świecie dyplomacji. Ponieważ nie potrafią jednak wyzbyć się tego, co w podkreślaniu prawdziwości najważniejsze czyli okrucieństwa i podstępu, uprawiają swego rodzaju kokieterię. To znaczy w świecie sztywnych zasad, próbują przekonać słabych i znudzonych, że można te zasady łamać i to jest coś niesłychanie atrakcyjnego, podkreślającego wyjątkowy status człowieka. Coś, co czyni go człowiekiem prawdziwym, w odróżnieniu od innych, słabych, miękkich, przejmujących się niepotrzebnymi zupełnie skrupułami. W tym miejscu, należy wskazać, że propaganda uprawiana przez prawdziwych ludzi dotyczy każdej sfery życia, także intymnej. Żebyście wiedzieli ile to ja się nasłuchałem od różnych niewiast niesamowitych szczegółów dotyczących żywiołowej bezpośredniości prawdziwych ludzi. Ho, ho…może kiedyś to opiszę w jakiejś powieści obyczajowej. To jest postrzegane, przez wiele osób ze świata, nie znającego realiów, w których żyją na co dzień prawdziwi ludzie, jako cecha niezwykle atrakcyjna i ubarwiająca życie. Mam inne zdanie na ten temat, ale sami wiecie, że nie ma nawet co próbować dyskusji z dziewczynami o takich sprawach. Trzeba by im było postawić przed nosem wiadro gnijących kartofli. Może wtedy jakaś perswazja by odniosła skutek.

Największym triumfem prawdziwych ludzi, który mógł się zdarzyć tylko dlatego, że świat poza ich światem odsunął się od Ewangelii, jest przekonanie, że wtajemniczenie i podstęp to osobisty i społeczny awans. Wobec zaburzonych i niejasnych kryteriów awansu w innych plemionach, wobec – spotykanej bardzo często – degradacji wartości ewangelicznych i usunięciu miłosierdzia z przestrzeni publicznej, na tej niwie prawdziwi ludzie święcą triumfy. I naprawdę nie muszą nikomu aranżować intymnych spotkań z nieletnią czy nieletnim, nie muszą nikomu proponować narkotyków czy udziału w zbiorowym, mającym oczyszczające właściwości, gwałcie, albo morderstwie połączonym z torturami, wystarczy, że rozbudzą czyjąś ambicję i pozyskają kilka średnio wpływowych osób, które zabezpieczą obecność lansowanych przez nich treści w przestrzeni publicznej. To wystarczy, by uniemożliwić usunięcia ich przekazu i otrzeźwienie ludzi, dla których oni – prawdziwi ludzie – szykują różne niepiękne niespodzianki. I tak, dla przykładu, znany geopolityk, odznaczony przez prezydenta, Leszek Sykulski, opublikował wczoraj nagranie wywiadu, jaki przeprowadził z ambasadorem prawdziwych ludzi w Warszawie. W końcu mamy wolność słowa, o co chodzi? Powiedział też, że ci, którzy noszą dziś niebiesko żółte kotyliony będą niebawem nosić czarno czerwone. Takie formuły, połączone ze wspomnieniami żywiołowości prawdziwych ludzi oraz środkami odurzającymi pozyskiwanymi ze zgniłych kartofli utrwalają wiarę w to, że prawdziwi ludzie nie chcą nikomu zrobić nic złego. Jest to wiara, nawet nie naiwna, jest to wiara ofiar, które nie wierzą – sekundy przed egzekucją – że coś złego może im się przytrafić. Ma ona słabe podstawy, jak wszystkie pochodzące spoza zakresu badań etnologicznych argumenty, ale uderza w osobiste deficyty, zaniechania i grzechy ludzi pochodzących z innego porządku niż porządek prawdziwych ludzi. Uważam, że musimy o tym wszystkim mówić otwarcie. Przede wszystkim zaś nie powinniśmy dać sobie narzucić optyki prawdziwych ludzi. Nie jesteśmy bowiem, jako naród i jako osoby przedmiotem badań etnologicznych. Mamy misję. Każdy kto z niej rezygnuje w wymiarze osobistym, społecznym i politycznym, podpisuje cyrograf. Nawet jeśli zdaje mu się, że tego nie czyni. Dotyczy to także tych ludzi, którzy przychodzą tu z przekazem wprost zaczerpniętym z uniwersum prawdziwych ludzi i usiłują mnie przekonać, że się mylę, a oni mają rację. Nie mają. I nawet niech nie próbują.

kw. 272022
 

Pisałem już o tym sto razy, ale nie zaszkodzi powtórzyć. O żadnej realnej dyskusji w mediach społecznościowych, poza oczywiście SN, nie może być nawet mowy. Nie może być albowiem rządzą formaty. Bez formatów nie ma komunikacji z tak zwanym zwykłym człowiekiem, który od samego początku, jak tylko zacznie odbierać jakieś sygnały z otaczającego świat, poddany jest tyranii formatów.

Najlepiej widoczne jest to na rynku książki. Nie ma mowy, by do szerszej publiczności przebiły się jakieś treści kontestujące format, albo tylko próbujące z nim polemizować. Książka bowiem dzięki uporczywej pracy autorów pozbawionych talentu, spełnia dziś tę samą funkcję, jaką dawniej spełniały piosenki ludowe. Ma wywołać określone emocje w określonych momentach. To jest oczywiście wygodne dla kolportażu informacji potrzebnych władzy, ale w istocie dewastuje grupy docelowe i czyni je podatnymi na coraz bardziej prymitywne przekazy. Odbiorca zamienia się w dziecko, albo w młodą wieśniaczkę słuchającą przy płocie tęsknych pieśni dobiegających z pola, gdzie pracują chłopcy, w tym jej przyszły narzeczony. W końcu dochodzimy do takiego momentu, że przestawienie fraz w ostatniej zwrotce, wywołuje już nie fascynację, ale inne emocje, z wściekłością włącznie i odbiorca treści zaczyna interesować się czymś zupełnie innym. Trochę oczywiście żartuję, bo chodzi mi o przekaz polityczny i propagandowy emitowany na poziomie państwa. Maciej Świrski powtórzył wczoraj na twitterze raz jeszcze, że od 10 lat informuje wszystkich iż wszystkie zarzuty dotyczące udziału Polaków w mordowaniu Żydów są kolportowane z inspiracji Rosji. Ja się ze Świrskim zgadzam, ale nie rozumiem jednego – dlaczego przez te 10 lat nie wskazał on personalnie o kogo chodzi? Przecież takie treści kolportował Zychowicz, czynił to także Matka Kurka i paru jeszcze innych ludzi, zajmujących się normalnie lansowaniem prymitywnych formatów patriotycznych bądź demaskatorskich, rzekomo pobudzających ludzi do myślenia. Ta konstatacja ostatecznie mnie przekonała, że gadanie Świrskiego nie ma najmniejszego znaczenia, a zarzuty stawiane Polakom rzekomo uczestniczącym w holocauście nadal będą obecne w przestrzeni publicznej, bo zyskały już status popularnej piosenki ludowej. Próba unieważnienia ich, a co za tym idzie obronienia prawdy nie wchodzi w grę, albowiem formatotwórstwo w ogóle nie idzie w tę stronę. Nie można wyprodukować nośnego schematu o odwrotnym znaczeniu, bo każdy odbierze to jako próbę wybielenia się z zarzutów. Poza tym, żeby wyprodukować format, trzeba mieć o tym pojęcie, a także dostęp do dystrybucji. Producenci formatów antypolskich nie mają takich problemów, albowiem dostają gotowe schematy, które następnie mają połączyć tak, by sprawiały wrażenie przekonujące. Tak to działa i nie chce być inaczej. Jest to oczywiście pułapka. Czy można z niej wyjść? Jak widać nie. Będę to powtarzał tyle razy ile zdołam – nie można wyjść z tej pułapki, albowiem twórcy antypolskich formatów są akceptowani w przestrzeni publicznej, a to z tego względu, że markują różnorodność poglądów. Ta zaś jest utożsamiana z wolnością słowa i tu się dyskusja kończy. Ta różnorodność poglądów to w rzeczywistości dostęp do propagandowych formatów, przez ludzi, którzy już od dawna są obecni w polskiej publicystyce i mają pilnować, żeby ta publicystyka nie wykraczała poza pewne ramy. To znaczy, że trzeba bez przerwy gadać to samo i urządzać fikcyjne spory na ciągle te same tematy. A w dodatku muszą to czynić ciągle ci sami ludzie. Nie sposób włączyć żadnego materiału z logo tygodnika Do rzeczy, albowiem pokazuje się tam zaraz coś, co z daleka wygląda jak czeluść piekielna, a w istocie jest otwartą paszczą Ziemkiewicza Rafała, nie wiadomo dlaczego tak ujętego, która okolona jest rzecz oczywista trzydniowym zarostem. Czasem zamiast niego pokazuje się tam zamyślony Semka, albo Lisicki. Ten ostatni przechodzi już samego siebie w dywagacjach na temat możliwego zwycięstwa Rosji w wojnie z całym światem i nikt nie potrafi mu zwrócić uwagi, a o wyproszeniu go za drzwi nie ma nawet mowy. Oznacza to jedno – wszystkie dyskusje są sfingowane i służą utrzymaniu na powierzchni ciągle tych samych ludzi. Zawodzą oni od lat tę samą piosenkę, mimo iż żaden nie umie śpiewać. I nikt nie chce innej piosenki. Ja się o tym przekonałem na własnej skórze obserwując spadek zainteresowania konferencją w Wąsowie po wybuchu wojny i mojej nieprzejednanej wobec tej wojny postawie. Zrozumiałem, że wszyscy stęsknili się za starymi piosenkami, albowiem przy ich dźwiękach mogą ocalić najskrytsze skarby swojej duszy, a także nie muszą dokonywać publicznie wyborów, których dokonywać nie chcą. W mojej ocenie zamiast wolności wybierają przymus, ale jak powiedziałem – rozumiem to – zrozumieć zaś znaczy wybaczyć. I choć pracuję na 10 krotnie niższych budżetach niż zarobki kontrolerów ruchu lotniczego, którzy swoje pensje pakują do kieszeni, a nie organizują za nie imprezy dla ludzi, postanowiłem tę swoją działalność kontynuować.

Napisał dziś do mnie z rana prof. Piotr Tryjanowski, co sądzę o pomyśle zorganizowania w piątek – 10 czerwca wieczorem – spaceru ornitologicznego po wąsowskim parku. Dla uczestników konferencji oczywiście. Pomysł uważam za znakomity. I taki spacer się odbędzie. Ornitologów będzie dwóch, a ilu będzie uczestników to się jeszcze zobaczy. Ci, którzy się już zapisali niech wezmą ze sobą lornetki.

Nie będziemy lansować tandety. I nie będziemy lansować zdrady ubranej w szaty przenikliwości politycznej. Nie będziemy też lansować innych słabizn i nędz. Taki jak, na przykład ta https://twitter.com/JHlebowicz/status/1518894965476237312/photo/1

To jest efekt pracy całego zespołu ludzi, którzy wydusili z siebie zbiór felietonów czy też opowiadań mających inspirować młodych do działania. Już to widzę. Nędza ta jest opłacana z budżetu IPN chyba i utrwala jeden z wielu formatów nie usuwalnych, a przy tym nieskutecznych, żenujących i powtarzalnych. Czy można coś z tym zrobić? Można. Wczoraj wpadłem na świetny pomysł i być może zacznę go realizować, ale później. Umieściłem tu wczoraj pogadankę o herezji, gdzie pojawił się wątek upadku królestwa Wizygotów. Puściłem to na twitterze i ktoś się nawet zainteresował. Potem zaś doznałem olśnienia. Pomyślałem, że dobrze by było zorganizować tematyczne konkursy literackie. Na przykład na opis ostatnich dni królestwa Wizygotów. Konkursy odbywałyby się w miastach wojewódzkich, brali by w nich udział lokalni autorzy, ale nagród by nie było. To znaczy nie byłoby nagród rzeczowych. Nagrodą byłaby konferencja z udziałem publiczności, gdzie wynajęci do tego specjalnie aktorzy czytaliby napisane przez uczestników konkursu teksty, a publiczność głosowałaby na jej zdaniem najlepszy materiał. Potem prace, które się do tego nadają byłyby drukowane. Uważam, że pomysł jest świetny, ale muszę zgromadzić nań budżet. Na razie zebrałem trochę pieniędzy na stworzenie projektu dotyczącego wojny Rzeczpospolitej z Chmielnickim. Powstanie z tego, tak, jak obiecałem kwartalni, który wyjdzie pewnie w maju, bo już poszedł do składu, a na początku miesiąca pójdzie do druku. W ogóle liczę na to, że od maja zacznie się w naszym wydawnictwie większy ruch. Nie pytam Was, co sądzicie o moich pomysłach, albowiem będę je realizował sam i na własną odpowiedzialność, bez względu na to, jaki będzie odzew tutaj i na skrzynce mailowej.

Od wczoraj udział w konferencji można sobie wykupić tak oto:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/udzial-w-6-konferencji-lul/

kw. 262022
 

Jest tylko jeden dobry sposób ochrony wolności słowa – całkowita cenzura. O tym chcą nas przekonać ludzie, którzy na twitterze dołączają do swoich profilów tęczowe flagi, a także flagi unijne. Czynią to, albowiem Elon Musk kupił właśnie całą platformę i zapowiada, że pewne praktyki się tam skończą. Optymizm wśród użytkowników jest umiarkowany, bo nikt tak do końca nie wie kim jest Elon Musk. Wycie jednak już się zaczęło i przedstawiciele uciskanej, tęczowej mniejszości piszą wprost, że Musk jest zwolennikiem fikcji wolności słowa. Uważają więc, że nowa polityka twittera będzie wymierzona głównie w nich, a to oznacza, że nie będą mogli pisać donosów na ludzi, którzy im podpadli. Być może też odblokowane zostanie konto Donalda Trumpa.

Niestety polityka Muska nie wpłynie pewnie znacząco na ograniczenie rosyjskiej propagandy na twitterze i w sieci w ogóle, ani na kolportaż zwykłych idiotyzmów, przeinaczeń, fałszywych interpretacji i całej reszty śmiecia, która się tam wala. Do wolności słowa bowiem aspirują wszyscy. Z jawnymi kłamcami na czele. Taki na przykład Sykulski Leszek, nagrodzony przez prezydenta Dudę brązowym krzyżem zasługi napisał dziś z rana, że nie powinniśmy iść na wojnę, albowiem narażamy się na działania odwetowe Rosji. Działania odwetowe Rosji???????! Jawna okupacja, której gwarantem był Ławrow kontrolujący polską dyplomację, a wykonawcą Tusk, nie była według Sykulskiego działaniem odwetowym Rosji?!!!!! Była, a jej ofiarą padł prezydent Kaczyński i wszystkie towarzyszące mu osoby, które nie zorientowały się, że okupacja właśnie się zaczęła. Rozpoczął ją Obama swoim idiotycznym resetem. Kiedy się zorientował, że Putin robi go w bambuko, zmienił front, ale życia zamordowanym w Smoleńsku to nie przywróciło. Sykulski jednak pisze o możliwych działaniach odwetowych Rosjan. Czy ten człowiek w ogóle rozumie co się dzieje? Żaden rosyjski samolot wojskowy nie może wlecieć na polskie niebo. Jakiś jeden cywilny poleciał na Węgry z ładunkiem paliwa do elektrowni atomowej, to wszystko. Całą Europa wykonuje właśnie powolny, ale nie dający się zatrzymać obrót niczym wielka obrotnica w dęblińskiej parowozowni, na którą wjeżdżały lokomotywy kierowane potem na poszczególne tory. Już nic nie będzie takie samo, bez względu na to co się wydarzy. Sykulski musi zaś wiedzieć, że nie będzie żył wiecznie. Odwet Rosji zaś oznacza koniec Rosji, albowiem nikt nie ma dziś zamiaru ani Putina słuchać, ani tym bardziej z nim rozmawiać. Pozostaje jednak kwestia obecności takich komunikatów w sieci. One niestety nie znikną. Nie mogą zniknąć, albowiem ich emitentami są ludzie, którzy środowiskowo należą do tej samej paczki, co wszyscy szczerzy patrioci. Gdyby było inaczej, Sykulski nie odebrałby brązowego krzyża zasługi od prezydenta Dudy. Ktoś go do tego krzyża podprowadził, ktoś stwierdził, że on na odznaczenie zasługuje, a prezydent dokonał dekoracji. Potem Sykulski, w ramach wolności słowa mógł już wrócić do swoich stałych zajęć czyli do działalności antypolskiej. Tak to już zostanie niestety, albowiem formaty absorbowane przez publiczność nie dają się łatwo zmienić. Nie poradzi sobie z tym nawet Elon Musk. Priorytetem zaś środowisk dominujących na rynku treści w Polsce jest zachowanie na nim postaci takich jak Warzecha czy Sykulski właśnie, bez nich bowiem nic się nie może obejść. Jestem też spokojny co do losu posła Brauna, który stanie się niebawem piewcą Rosji bez Putina i zacznie publicznie deklamować co ciekawsze fragmenty poezji Puszkina, oczywiście w oryginale.

Nic się także nie stanie ludziom podającym się za gospodarczych liberałów, takim jak pan Mentzen, który otworzył właśnie pub w Toruniu, a w nim powiesił atrapę banknotu w wizerunkiem Mikołaja Kopernika, który ma twarz Mateusza Morawieckiego. Nominał tego banknotu to pierdyliard złotych i ma on zaświadczyć o tym, że rząd pcha nas w przepaść inflacji. Im bardziej stara się ocalić nas przed skutkami wojny, tym bardziej nas pcha. Nie wiem doprawdy ile osób jest w stanie jeszcze słuchać tych bredni, ale frekwencja na otwarciu pubu była duża. Jak mniemam przyszli tam wyłącznie młodzi ludzie zatrudnieni na etatach w toruńskich urzędach. Nie sądzę, bowiem, żeby ktokolwiek z liberalnych wolnościowców był na tyle nierozsądny, żeby zakładać własną firmę i troszczyć się o jej los. Poza tym wolnościowcy mają zwyczaj wykorzystywać frajerów, czyli w tym wypadku opresyjne państwo, które daje im i ich rodzinom zasiłki. Oni je biorą, a potem domagają się wprost, by wprowadzić – dla innych, bo nie dla nich przecież – systemowe piekło na ziemi.

Powrócę do tak przecież istotnych przykładów z dawnych czasów, których dziś nikt nie rozumie. Kościół w XII i XIII wieku, żeby stworzyć i ocalić wolny rynek, którego emanacją były targi w Szampanii, powołał do życia Milicję Chrystusową, czyli zakon templariuszy. Dziś zaś paru durniom wydaje się, że, że wystarczy skasować zasiłki dla najbiedniejszych i potrzebujących, żeby był wolny rynek, a także zrezygnować z opieki państwa nad instytucjami porządku publicznego. To każdy sam się obroni. Kwestia obrony też bowiem jest podnoszona przez wolnościowców. W średniowieczu wielu ludzi miało broń, w czasach nam bliższych także, ale to nie znaczyło wcale, że oni potrafią się przed kimkolwiek obronić, a już na pewno nie znaczyło to, że potrafią obronić swoje – nawet nie szczególnie rozległe – interesy. Posiadanie broni, a umiejętność obrony to dwie różne kwestie. I żadna z nich nie wyklucza istnienia organizacji, które dbają o poddanych i gwarantują im bezpieczeństwo. Także bezpieczeństwo zawierania umów, bezpieczeństwo transportu towarów i bezpieczeństwo ich magazynowania. Ludzie zaś mieniący się liberałami,  są w istocie aplikantami starającymi się o etat w organizacjach tajnych, niszczących konkurencję politycznych bytów jawnych, takich jak państwa i Kościół. Czynią to w imię zniewolenia, a nie żadnej wolności. Tak, jak w imię zniewolenia działacze LGBT piszą o fikcji wolności słowa, a Sykulski i Warzecha w imię tegoż samego zniewolenia piszą o odwecie Rosji i niepotrzebnej wojnie.

 

 

kw. 252022
 

Proszę Państwa, zostało jeszcze tylko nieco ponad miesiąc do 29 maja kiedy zamkniemy listę uczestników konferencji w Wąsowie. Nie radzę czekać do ostatniego dnia, bo nie wciągnę na listę spóźnialskich. Mamy już pełną listę tematów. Oto ona:

 

Piotr Tryjanowski – Sokolnictwo – polityka i łowy

 

Rafał Czerniak – Św. Ludwik – krucjaty i imperia

 

Hubert Czajkowski – Od Żółtego Brzdąca do Stefana Wielkiego – Siła obrazu w kulturze masowej. Proces powstawania komiksu o Stefanie Batorym.

 

Paweł Zych – „Dobre czasy, czyli jak zarobić w średniowieczu” – książka o

średniowiecznej ekonomii dla dzieci i nie tylko

 

Gabriel Maciejewski – Ludowa i Europejska – dwie wizje wojny Rzeczpospolitej z Bohdanem Chmielnickim

 

„Akcja pod Arsenałem” czy „Wielka ucieczka”? Oblicza okupacji na podstawie losów braci Walterów i oficera kontrwywiadu AK

Na razie zapisalo się bardzo mało osób, jeśli ktoś wybiera się do Wąsowa niech nie zwleka z wpłatą. Konfernecja na pewno się odbędzie, nawet przy minimalnej liczbie uczestników. Następnej jednak już nie będzie. Absencja bowiem jest aż nadto wyraźnym świadectwem niechęci do tego typu imprez. Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się przybyć.

O marginalizacji Rosjan i wartościowych komentatorów w polskiej przestrzeni publicznej

 Możliwość komentowania O marginalizacji Rosjan i wartościowych komentatorów w polskiej przestrzeni publicznej została wyłączona
kw. 252022
 

Dlaczego ja już na samym początku zestawiam Rosjan z komentatorami wydarzeń bieżących czynnymi w Polsce? Wszystko przez kolegę umami, który wczoraj napisał, że ulegamy manipulacji, albowiem ekscytujemy się linkami do scen z filmów fabularnych, które udają prawdziwe życie. I tak rzeczywiście było. Po sieci krążył straszliwy zupełnie fragment filmu, pokazujący zachowanie żołnierzy rosyjskich w Czeczenii, w roku 1997. Po tej samej sieci krąży jednak wielka ilość nagrań pokazujących świeże całkiem, ukraińskie trupy, zburzone domy i inne okropieństwa. Czy więc zasłużyliśmy na epitet, którym nas poczęstował umami? Czy zostaliśmy zmanipulowani tym fragmentem filmu? No nie wiem…Podejrzewam, że jednak nie. Ja wręcz sądzę, że troska z jaką niektórzy komentatorzy pochylają się nad treściami publikowanymi w SN jest podszyta intencją skrajnie nieszczerą. Ponieważ SN jest to forum, gdzie dokonuje się ocen, nawet jeśli się ich nie wyraża wprost, wielokrotnie próbowałem różnym osobom wytłumaczyć, że zbyt gwałtowne przywiązanie do pewnych formuł, które na naszych oczach ulegają degradacji i unieważnieniu, stawia ich w świetle złym. I nie zyskują oni przez to sympatii innych komentujących i blogerów. Okazało się jednak, nie raz i nie dwa, że wszelkie zawoalowane próby porozumienia się są odbierane słabo, bądź jako przyzwolenie na dalsze wyrażanie wspomnianych formuł. I w żaden sposób nie byłem w stanie nikogo przekonać, żeby przestał. Każdy bowiem uważa, że brak gwałtownej reakcji to jawne przyzwolenie. Często dochodzi nawet do tego, że moja gwałtowna reakcja także jest uznawana za przyzwolenie. Jak w takich warunkach można w ogóle mówić o komunikacji? Niech się wszyscy zastanowią. Jest na to czas, a ja dziś postaram się opisać najdokładniej jak potrafię to, co zwykle nazywamy realiami. Zacznę od anegdoty. Oto Antoni Słonimski opisał kiedyś wizytę Majakowskiego w Warszawie, jeszcze przed wojną. Majakowski był podejmowany z wielką pompą, było przyjęcie, na przyjęciu stół, na stole zakąski. Majakowski, bardzo swobodny, podszedł do tego stołu i palcami wziął z talerzyka kiszony ogórek. Na co Słonimski, patrząc uważnie na Majakowskiego, zanurzył całą dłoń w misce z sałatką jarzynową. Majakowski się zreflektował i ogórek odłożył, sięgają po stosowny do jego konsumpcji sztuciec. Ja, przyznaję ze wstydem, nigdy nie osiągnąłem tak dobrego efektu. Za każdym razem ogórek lądował w paszczy, a Majakowski rozpoczynał ze mną dyskusję o wartościach, prawdzie i standardach. Nierzadko czuł się jeszcze śmiertelnie obrażony. Dlaczego on tak czynił? Z troski o jakość. O to, by na naszym blogu poziom dyskusji był poza wszelką krytyką. A także dlatego, byśmy dyskutując nie pominęli żadnego aspektu omawianych zagadnień i nie stracili tak przecież ważnego, obiektywnego spojrzenia na bieżące wydarzenia. Co to znaczy w obecnej sytuacji? To znaczy, że nie można marginalizować i jednoznacznie źle oceniać Rosjan. Wskazują na to wszyscy wybitni komentatorzy czynni w sieci, redaktorzy sławnych periodyków i publicyści z telewizora. I oni robią wszystko, by do takiej marginalizacji nie doszło. Podobnie jak czynią wszystko, by zespawać na stałe prezesa Kaczyńskiego z Putinem. Idą nawet dalej. Ponieważ wojna trwa już drugi miesiąc, a oni – w większości – nie mają zamiaru jechać na Ukrainę, uważają, że należy powrócić do bezpieczniejszych tematów. Na przykład do plandemii i zbrodni jakich rząd PiS dopuścił się na narodzie polskim. Celuje w tym szczególnie tygodnik Do rzeczy. Sekundują mu dzielnie publicyści niezależni, tacy jak Witold Gadowski, który dla uzyskania obiektywizmu w swoich wystąpieniach nie waha się przed niczym. Wczoraj widziałem, jak zaczynał swoją pogadankę od dokładnego pokazania cygara przed kamerą, następnie pokazał, jak odgryza od tego cygara końcówkę, jak pluje nią na balkon, bo siedział akurat na balkonie, i jak to cygaro na koniec zapala. Dalej nie oglądałem z obawy, żeby mnie nie zabiła tak silna dawka autentyczności. Igor Janke zaś, przejęty sytuacją na Ukrainie prowadzi dyskusje z Warzechą o realizmie politycznym i tenże Warzecha – do bólu realistyczny – jak piszą jego wielbiciele, wykłada przed kamerą, ileż to niepotrzebnych środków rząd polski wydał na uchodźców. Co by na to powiedzieli niektórzy komentatorzy z SN? Ja to wiem dokładnie, bo już nie raz takie argumenty padały – nie możesz Gabriel oglądać się na taką nędzę, musisz pilnować jakości. Oczywiście, że muszę, to zaś znaczy, że powinienem sprawdzać po trzykroć każdy link, który umieszczam w swoim tekście. Dlaczego tylko ja mam się tym przejmować w tak gorącym okresie, kiedy wszyscy są podminowani i dzieją się rzeczy wielkie? Jak myślicie – że pojadę klasykiem. No właśnie…

Spróbuję to wyjaśnić. Oto każde wydarzenie, szczególnie takie jak wojna domaga się komentarza. Burzy ono także, nie tylko na obszarze gdzie się toczy, wszystkie ustalone porządki. Jest zagrożeniem, ale jest też szansą. W polskiej publicystyce wojna jest przede wszystkim zagrożeniem dla tych, którzy żyli z powtarzania ciągle tych samych bredni, a teraz muszą – bo takie są okoliczności – mówić coś innego. Oni tego nie wytrzymują, a jeśli dodamy, że wśród nich jest sporo ludzi, którzy pod przymusem emitują przekaz prorosyjski, widzimy że ¾ polskiej publicystyki zajęte jest tym tylko, żeby Rosjanie nie zostali w naszym przekazie zmarginalizowani. Sposobów na to jest kilka i one wszystkie zawierają słowo realizm, ewentualnie słowo autentyczność, może być też prawda. Chodzi o to, żeby wzmożeni emocjonalnie, a co za tym idzie podatni na manipulację ludzie, tacy jak na przykład ja, nie tracili z oczu pewnych ważnych wątków. A kto tu ostatnio pisał coś o manipulacji? Aha, kolega umami…Dlatego trzeba słuchać realisty Warzechy, bo on myśli o pieniądzach i twardo stąpa po ziemi. Należy słuchać Gadowskiego, bo to człowiek odważny i bezkompromisowy. Aha, byłbym zapomniał, wczoraj jacyś trolle obrzucili błotem Tomasza Jędruchowa, który od początku wojny jest na Ukrainie, bo powiedział coś, co się nie wpisywało w lokalne standardy autentyczności i zalatywało manipulacją. Nie pamiętam co, ale może umami w trosce o standardy odnajdzie stosowny fragment i nam go zaprezentuje.

Sytuacje takie jak wojna są też groźne dla mnie, albowiem istotą tego bloga jest autentyczność i unikanie kompromisów. Także wobec osób zaprzyjaźnionych, które – w imię fałszywych całkiem paradygmatów – usiłują zrobić sobie krzywdę. Dlatego tyle czasu poświęcam na wkładanie rąk w miskę z sałatką, żeby wreszcie odłożyli tego ogórka i sięgnęli po widelec. Niestety – o czym już wspomniałem – efekt jest taki, że oni myślą iż ja się celowo postanowiłem skompromitować pakując łapy do sałatki. I to jest proszę Państwa naprawdę niezwykłe. Musimy bowiem uznać, że oni są naprawdę silnie niezorientowani w tak zwanych relacjach towarzyskich, co przyznam niesłychanie trudno zaakceptować, albo że czynią to wszystko celowo, robią ze mnie i innych czytelników durnia. Ja o tym robieniu durnia już kilka razy wspominałem, ale z takim samym efektem, jak opisany wyżej. Ani refleksji, ani przeprosin, ani nawet niweczącego ten przykry efekt żartu. Nie wiem doprawdy na co stawiać, ale być może Wy mi pomożecie.

Umami wspomniał wczoraj, że przeszukując internet w związku z zamieszczonym przeze mnie fragmentem filmu (sic!) trafił na autentyczne nagrania, gdzie widać, jak Czeczeńcy podrzynają gardła Rosjanom. Dodał też, że są zapewne inne nagrania, gdzie obejrzeć można sytuację odwrotną ale on akurat trafił na takie. Nie wiem dlaczego, ale tych autentycznych nagrań nikt nie kolportuje w polskim Internecie. Ani żaden periodyk, ani żaden niezależny publicysta, ani nawet telewizja Wrealu24. Może powodem jest podejrzenie iż w roku 1997, zrobienie takiego nagrania wymagało profesjonalnego sprzętu, którego w zniszczonej wojną Czeczenii mogło brakować? Jeśli zaś ktoś go miał, to zapewne nie Czeczeńcy, a Rosjanie. W związku z tym nie wiemy, kto tak naprawdę komu tam gardła podrzyna. No, ale nic, najważniejsze, jest żeby nie ulegać manipulacji i nie puszczać lansowanych celowo w sieci filmów fabularnych, tylko te prawdziwe, dokumentalne. I dobrze, też żeby od razu trafić na te właściwe. Bo nie można marginalizować jednej ze stron konfliktu, tym bardziej, że papież powiedział, iż wszyscy jesteśmy winni. Gazeta Wyborcza zaś już dawno temu napisała, że gdyby nie nieodpowiedzialne zachowanie oddziałów polskich wycofujących się z Bydgoszczy we wrześniu 1939 roku nie doszłoby do późniejszych rozstrzeliwań cywilów przez Niemców. Ci bowiem bardzo się zdenerwowali oporem Polaków. Pewnie tak samo zdenerwowali się ci Rosjanie, co ich Czeczeńcy ostrzelali w Groznym i ci, którzy dziś denerwują się na Ukrainie, przez co muszą zabijać dzieci i podpalać domy. Nie można jednakowoż zapominać, że to także są ludzie i oni też czują się zagrożeni. I przez to właśnie czasem organizują egzekucje i strzelają ludziom w tył głowy.

 

kw. 242022
 

Koincydencja zdarzeń z jaką mamy do czynienia każe postawić takie pytanie i uznać je za zasadne. Wczoraj bowiem pokazali w Wiadomościach przedstawiciela związku zawodowego tych całych kontrolerów, który powiedział, że dla nich najważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi (czy coś podobnego). Skoro więc tak jest, niech po odejściu z pracy na Okęciu zatrudnią się w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Tam co prawda płacą dużo mniej, ale zagrożenie bezpieczeństwa ludzi jest znaczenie większe i każdy kontroler, w tym także członkowie związków zawodowych, a może nawet i zarząd, spełnią się w działaniu. Będą wreszcie mogli zaspokoić tę palącą potrzebę zadbania o bezpieczeństwo Polaków.

To jest oczywiście szyderstwo, ale trudno nie szydzić widząc co się dookoła dzieje. Trudno nie dostrzec tej paniki w szeregach, która manifestuje się w miejscach, do tej pory dla przeciętnego Polaka nie istniejących. Ponoć szykują się już kolejne strajki, a to wszystko na wieść, że obniżone – wreszcie – będą podatki. Jeśli wydaje się Wam, że w związku z tym partie liberalne, wszyscy sławni, polscy wolnościowcy otworzyli szampana, to jesteście w błędzie. Obniżanie podatków teraz jest złe. I na pewno ma jakieś drugie, a może i trzecie dno, które spowoduje, że Polacy zostaną oszukani. Na twitterze pojawił się nawet Wipler, którego zapewne większość czytelników nie kojarzy. Był przecież taki wolnościowiec i zasłyną bardzo dynamicznymi przemówieniami z mównicy sejmowej.

Reforma podatków nazywa się dziś mieszaniem w podatkach. PiS w nich miesza na szkodę Polski. Wszyscy więc – z posłem Dziamborem na czele – są przeciwko temu. Poseł Braun zaś zorganizował wczoraj konferencję prasową, bo ktoś mu przypomniał antypolski wiersz Szewczenki. Biedny Taras ponad połowę życia spędził w więzieniu, gdzie odmówiono mu nawet kawałka ołówka, żeby czasem czegoś nie zapisał, co godzić mogłoby w samodzierżawie. Dziś Braun wywleka go z grobu i wskazuje na jego zbrodnicze poezje. A jest przy tym reżyserem filmu pod jakże wymownym tytułem „Poeta pozwany”, który opowiadał o sprawie jaką Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. O antypolskich wierszach Puszkina poseł Braun zapomniał, one mu nie przeszkadzają, podobnie jak zapomniał o opowiadaniu Lwa Tołstoja pod tytułem „Za co”, którego tekstu nie można odnaleźć nigdzie. Jest to historia Polaka zesłanego gdzieś a wybrzeże Morza Kaspijskiego czy Azowskiego, po Powstaniu Listopadowym. Człowiek ten zostaje zaszczuty i pozostawiony bez sam wobec rodzinnych tragedii. Otaczają go zaś sami prawosławni włościanie i urzędnicy rosyjscy, mający o sobie niezwykle wygórowane mniemanie. Takie rzeczy skrzętnie się ukrywa, albowiem gdzie jak gdzie, ale w Rosji wszyscy dobrze wiedzą jaką moc ma słowo pisane i jak silnie trzeba dyscyplinować autorów, żeby pisali to czego władza sobie życzy. Z tego też powodu nie można wierzyć w ani jedno słowo rosyjskich pisarzy i poetów, bo to są funkcyjni wysłani na odcinek propagandowy. Nie można im wierzyć nawet wtedy jak pokazują blizny na plecach, które zostawiła im żandarmska nahajka. A może właśnie przede wszystkim wtedy.

My tutaj także dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważna jest umiejętność formułowania myśli w języku ojczystym, wiedza ta jest na tym blogu o wiele głębiej osadzona w umysłach niż wśród urzędników odpowiedzialnych za propagandę państwową, bo tamtym zdaje się, że wystarczą jakieś smętne pogadanki o patriotyzmie wygłaszane przez znajomego z podstawówki i tłum nie tylko się wzruszy, ale będzie szalał. My tu wiemy, że nie wystarczą. Niech więc nikt – skoro posiedliśmy tę unikalną wiedzę – nie próbuje mnie dyscyplinować ani ograniczać. Niech nie czyni tego ani dobrym słowem, ani rewolwerem, ani szantażami emocjonalnymi wynikającymi z długoletniej znajomości. Bo srodze się zawiedzie, a jeśli wyjmie rewolwer będzie miał jeszcze cholerne kłopoty.

Sfera publiczna jest miejscem, w którym bardzo łatwo zepchnąć dyskusję w rejony czystego obłędu. I to właśnie rozgrywa się na naszych oczach. Kwestie dotyczące pracy kontrolerów lotów w ogóle nie powinny być słyszalne w tej chwili. Podobnie jak kwestie dotyczące Wołynia, które na twitterze podnoszą sami ruscy trolle, jeden w drugiego. I w zasadzie nikt poza nimi. Ponieważ jednak Ukraińcy, sami z siebie, zaczęli porządkować wołyńskie cmentarze, temat nie jest już tak nośny. Wobec tego, cała ta banda chamów nie odróżniająca fresku od fototapety zabiera głos w sprawach kultury. Czyni to wspomniany już poseł Braun, który jako jedyny w całej Konfederacji jest w stanie zbudować jakąś semantyczną pułapkę na przeciwników i potrafi odróżnić Prusa od Prousta. I on właśnie dlatego został wysłany na odcinek kultury I tam – na tym odcinku – w obecności jakichś istot z nieznanej planety wygłasza kwestie, jakoby Ukraińcy reprezentowali antykulturę. Wszystko przez tego Tarasa Szewczenkę i jego wiersz. To jest oczywiście przymus. I niech każdy pozbędzie się już wątpliwości, co do natury wystąpień posła Brauna. Nie skorzystał on bowiem z żadnej okazji, żeby siedzieć cicho.

Umieszczę tu teraz materiał poglądowy, żeby już każdy mógł odróżnić kulturę od antykultury. Tak wygląda przykład rosyjskiej kultury:

 

https://www.wykop.pl/link/6629073/wesola-rosyjska-piosenka-o-zrzuceniu-bomy-atomowej-na-waszyngton-ryje-mozg-d/najnowsze/

 

Szczególnie chciałbym zwrócić uwagę wszystkich na reakcję jurorek. Bo ona jest naprawdę wyjątkowa. Ten styl, charme i szyk, którego nie ma nigdzie poza Rosją, nawet na przyjęciach u królowej Elżbiety II, gdzie potrafią podać gościom picie w papierowych kubkach. To jest dopiero prawdziwa wyższość kulturalna, która o całe parseki wyprzedza ukraińską antykulturę. Gdyby komuś jednak brakowało wrażeń i poczuł pewien niedosyt mam jeszcze jedno nagranie gdzie widać tę rosyjską kulturę w tak pełnej krasie, że nawet poseł Braun po obejrzeniu tego filmu, zacząłby wywijać hołubce. Nagranie pochodzi z Czeczenii, z roku 1996 albo 1997. Niech każdy sobie przypomni co wtedy robił. Gdzie był, czy siedział w domu, czy w kawiarni, z kim rozmawiał i jakimi sprawami się martwił. Potem zaś niech zajrzy głęboko w oczy tych dzielnych junaków, którzy przyszli na Kaukaz by zaszczepić tam  prawdziwą kulturę. I niech zrozumie wreszcie, że mamy oto powtórkę z rozrywki. Oni są teraz tu niedaleko na Ukrainie, gdzie rozprawiają się ze wskazaną przez posła Brauna antykulturą.

 

https://twitter.com/CoryllusGm

 

Życzę wszystkim miłej niedzieli Miłosierdzia Bożego. Powiem jeszcze na koniec tyle, że rozumiem iż w wielu przypadkach doszliśmy tutaj do wyborów, w których ani ja, ani treści lansowane na SN nie mają najmniejszych szans i muszą zostać odrzucone w imię racji wyższych i spraw sercom wielu o wiele bliższych. To tylko w końcu jakaś tam niszowa platforma blogerska. Ona się zasadniczo jednak różni od innych platform. Mało jest tu kokieterii i stan ten będzie utrzymany.

kw. 232022
 

Już raz ten przykład przywoływałem, ale nie zaszkodzi powtórzyć. W filmie „W samo południe”, sławnym niegdyś westernie, Gary Cooper czeka w miasteczku sam na czterech groźnych bandytów, z którymi będzie musiał walczyć. Wszystko jest jasne i nie ma żadnych wątpliwości, kto jest dobry, a kto zły. Problem polega na tym jedynie, że tylko Cooper ma dość odwagi, a cała reszta mieszkańców chciałaby normalnie żyć. Można powiedzieć, że schemat jest silnie naciągany, bo jak tu normalnie żyć, kiedy rządzą bandyci? Oj tam, oj tam…przeżyliśmy 50 lat realnego socjalizmu, okupację niemiecką i jakoś było. Najważniejsze, żeby ocalić złudzenia. To zaś znaczy, żeby nie wystawiać się niepotrzebnie na ciosy. I tu jest pies pogrzebany, a raczej połowa psa, albowiem prócz zwykłej asekuracji w filmie tym, w którym wszyscy entuzjaści szeryfa granego przez Coopera przechodzą przemianę duchową w jego zaciętych wrogów, mamy jeszcze jeden rodzaj postawy. Jest nim szlachetna bezradność. To prawda, że bandyci są groźni, ale my nic nie możemy zrobić i najlepiej się z nimi układać. No, ale co, jeśli oni nie chcą? Może coś im dać w zamian na zachętę – myślą ludzie naprawdę szlachetni i przewidujący, będący jednocześnie realistami. Na przykład co? No, choćby głowę szeryfa? To ich dobrze usposobi, a mieszkańcom miasteczka pozwoli silniej związać się między sobą. Będą jednością po prostu. Nasze czasy do istniejących już rozwiązań na tej liście dodały jeszcze jedno – kiedy trzeba walczyć z bandytami i opowiedzieć się po którejś ze stron jasno, stawia się problemy fikcyjne, rzekomo stokroć ważniejsze od toczącej się wojny. Te zaś domagają się natychmiastowego rozwiązania. Od razu. Inaczej wszystko jest nieważne. Festiwal ten trwa w mediach od dawna, ale w ostatnich dniach się nasilił. Przyczyny ujawniają się jedna po drugiej. Fałszywa i groźna dla nas postawa Niemiec, a także UE, wskazuje, że podobanie jak w filmie z Cooperem, bandyci mogą kryć się wszędzie. I nie ma w naszym miasteczku bezpiecznych miejsc. Kanclerz Niemiec otwarcie opowiada się za sojuszem z Moskwą przeciwko państwom europejskim, a my możemy w tym momencie – czego nikt nie robi – przypomnieć sobie pretekst dla którego Prusacy wkroczyli do Wielkopolski podczas drugiego rozbioru. Stwierdzono kilka przypadków cholery gdzieś na Podolu i to rzekomo wywołało panikę w Berlinie, który zdecydował się odciąć kawał Polski, kordonem sanitarnym. No to teraz wyobraźcie sobie, co by było, gdyby dziś w kraju rozpoczęły się jakieś zamieszki na tle rasowym, wywołane przez nachodźców z Białorusi, albo gdyby jakiś sektor czy choćby tylko fragment sektora gospodarki został unieważniony z jakichś przyczyn. Czy nie mogłoby to doprowadzić do wskazania, że państwo polskie jest niewydolne? Że trzeba w nim koniecznie interweniować albowiem dzieje się coś złego? Mamy strajk kontrolerów lotów, a ja w swojej nieopisanej głupocie nie rozumiałem wagi tego wydarzenia, albowiem przyglądałem się wyłącznie wojnie. Oto okazało się wczoraj, że kontrolerzy lotów zarabiają od kilkudziesięciu do stu tysięcy złotych miesięcznie, a przeciętne wynagrodzenie kontrolera to około 45 tysięcy złotych. Ludzie ci, w samym środku wojny, kiedy Polska staje się hubem NATO służącym do przerzucania sprzętu i broni na Ukrainę domagają się podwyżek. Podwyżek!!!!!!? Do jakiej kwoty, że spytam? Dwustu tysięcy? Dla każdego jest jasne, że jeśli ktoś domaga się podwyżki, to nie jest nowicjusz, który pracuje dwa miesiące, czy nawet pół roku. Podwyżek, wymuszonych strajkiem, domagają się zawsze ludzie doświadczeni, pewni siebie i świadomi, że bez nich cały sektor padnie. Mam wobec tego takie pytanie – jak oni, w chwili kiedy rozpoczęła się na nich nagonka, a ona już trwa, bo mało kto w Polsce zarabia sto tysięcy miesięcznie – zamierzają funkcjonować już po otrzymaniu tej podwyżki? Wymienienie ich z nazwiska w mediach, to tylko kwestia czasu, opublikowanie ich wizerunków także. Czego się spodziewają? Że Tusk wygra wybory i oni ocaleją? To jest doprawdy niezwykłe. Ja zaś mam nadzieję, że nasze państwo i polityka w ogóle zacznie działać jak szeryf z filmu W samo południe. Wczoraj premier w bardzo stonowanym wystąpieniu, bardzo grzecznie poprosił tych ludzi, by zrezygnowali ze swoich roszczeń w chwili tak ciężkiej dla kraju, gdzie ważą się losy wiarygodności władzy na szczeblach najwyższych. Oni jednak, z tego co można się było zorientować z komunikatów medialnych, nie zamierzają ustąpić i prowadzą negocjacje. Powtórzę – mam nadzieję, że rząd zachowa się w sposób adekwatny do sytuacji. Wszyscy bowiem przywołują przykład amerykański z czasów prezydenta Reagana, kiedy to kontrolerzy również zastrajkowali, a administracja zwolniła ich przyjmując na to miejsce wojskowych. U nas ponoć nie można tego zrobić. Nie ma też regulacji, które pozwoliłby państwu zachować się stosownie to sytuacji, to znaczy wprost – ukarać prowodyrów usunięciem ze stanowiska. Średnie zarobki na poziomie 45 tysięcy miesięcznie to jest bardzo dużo, naprawdę dużo i każdy kto domaga się więcej jest z miejsca podejrzany. Nie ma bowiem ani jednego powodu, by kwotę tę zwiększać. Strajk zaś w obecnej chwili jest po prostu sabotażem i próbą udowodnienia wrogom Polski, że państwo nie działa jak należy. Nie wiem co może zrobić rząd, nie jestem prawnikiem. Mam nadzieję, że to i inne ciężkie doświadczenia, a jakimi administracja musiała zmierzyć się w ostatnim czasie spowodują, że system władzy działający w Polsce stanie się nieco bardziej dojrzały i adekwatny dla okoliczności. To znaczy, że nie będziemy musieli oglądać, jak jawni zdrajcy i sabotażyści opuszczają z uśmiechem sale sądową, albowiem udało im się postawić na swoim. W Niemczech, kraju który po raz kolejny ujawnił swoją nieprawdopodobną nienawiść do Polski i całej jej tradycji, trwają właśnie propagandowe przepychanki mające ocalić fikcję jaką jest kanclerz Stoltz. Intelektualiści piszą epistoły, artyści domagają się by nie wysyłać broni na Ukrainę, media hamletyzują, a Stoltz mówi, że on chce tylko uniknąć wojny atomowej. To zupełnie jak ci mieszkańcy miasteczka co im się trafił szeryf Cooper. Oni też chcieli tylko normalnie żyć. I w imię tego normalnego życia gotowi byli posłać na śmierć najlepszego spośród siebie. Tu stawka jest ta sama, tyle, że ów najlepszy musi okazać się najpierw całkiem niewydolny, musi się skompromitować, zarazić cholerą, okazać słabość wobec jawnych szantaży. Wtedy będzie można go wskazać jako ofiarę. I wtedy będzie też można rozłożyć ręce w geście bezradności mówiąc – musimy się dogadać z bandytami. Nie ma innego wyjścia. Do tego zmierza dziś cała sytuacja. Jest jednak nadzieja w tym wszystkim – dzięki ludziom dobrej woli i szczerym patriotom, uda się może wreszcie rozliczyć sprawy wołyńskie. Ktoś już zaproponował, by zorganizować akcję kwiat lnu. To znaczy, by każdy kto chce się dogadać z bandytami, pardon, każdy kto szczerze kocha Polskę, nosił w klapie znaczek z kwiatem lnu. Myślę, że należy ten pomysł udoskonalić. To znaczy wprowadzić złote, srebrne i brązowe znaczki z kwiatem lnu. Żeby było widać, jak bardzo kochamy Polskę, a także kto kocha ją mniej, a kto bardziej, to pozwoli Niemcom kontynuować ich stałą politykę zawstydzania Polaków. Miłej soboty życzę wszystkim patriotom.

kw. 222022
 

Mimo tragedii, jaka rozgrywa się na naszych oczach i serii wielkich, a także drobnych demaskacji, zdaje się, że publiczność w Polsce traktuje obecną sytuację w kategoriach rywalizacji sportowej. Oto pewna koncepcja osiągnęła swoje apogeum, nie na tyle jednak potężne by zdewastować konkurencyjny układ. Jej apologeci, w przeczuciu sukcesu, całkiem przecież fałszywym, musieli zacząć ujawniać się jeden po drugim, żeby wesprzeć akcję zbrojną, tak jak to mieli zapisane w umowach. Publiczność zaś zamiast zawyć ze zgrozy, odwrócić się tyłem, albo chociaż prychnąć znacząco, zaczęła nucić – nic się nie stało, koledzy, nic się nie stało…To jest dla mnie coś absolutnie zdumiewającego. I groźnego zarazem, albowiem świadom jestem, że ludzie się niczego nie uczą, a darowanie win, zaniechań i przeoczeń, nawet drobnych jest katastrofą procesu edukacji i całkowicie dewastuje lojalność. Świadczy poza tym o słabości. I choćby nie wiem jak się zarzekać, pomyśli tak każdy, a z całą pewnością pomyśli tak ktoś, kto miał jakieś układy z potężnym i planującym różnie niepiękne polityczne akcje patronem. Przebaczenie i wyrozumiałość oczywiście wchodzą  w grę, ale dopiero po przyznaniu się do błędu, oczyszczeniu i pokucie. Nie wcześniej i nie z zamiarem awansowania osobnika, który dopuścił się nieszczerości w relacjach z bliźnimi zainteresowanymi polityką i mającymi na uwadze dobro kraju.

I tak, na przykład wczoraj, pojawiła się informacja, że Leszek Sykulski, znany polemista Bartosiaka, mędrzec i geopolityk stwierdził iż relacje polsko – ukraińskie opierają się na pochodzących z podkarpackich burdeli nagraniach przechowywanych w Kijowie. Jednym słowem – polscy politycy popierają Ukrainę, bo są szantażowani. Ja nie wiem, jak wygląda życie prywatne Sykulskiego, ale ja na niego patrzę, mam wrażenie, że jest raczej monotonne. Jeśli zaś chodzi o tak zwane „sprawy”, to poza domem publicznym niewiele dróg się przed panem Leszkiem otwiera. Skąd mu się więc wziął pomysł, by straszyć publiczność burdelowymi kompromatami? I co tam niby miałoby być na tych nagraniach? Przyznam, że nie potrafię sobie tego wyobrazić. No, a przede wszystkim nie potrafię sobie wyobrazić kto miałby tam być? Kuchciński? Okay, niech się facet trochę rozerwie, ale jeśli to tylko pomówienia, ten kto je wysuwa musi zostać ukarany. Twierdzenie zaś w sytuacji jaką mamy, że sojusz polsko-ukraiński opiera się na nagraniach z burdelu jest po prostu robotą agenturalną. Nie to jest jednak najgorsze. Okazało się, że Sykulski został odznaczony przez prezydenta Dudę brązowym krzyżem zasługi za działalność na niwie geopolityki. To jest coś absolutnie zdumiewającego. Valser co jakiś czas wpisuje tu różne uwagi o osłonie kontrwywiadowczej. To ja się pytam – gdzie jest ta osłona skoro Sykulski dostał order? Przy okazji mam też odpowiedź na pytanie dlaczego ja, jakby nie było wydawca źródeł i ważnych książek, nigdy takiego orderu nie dostanę. Albowiem nie jestem agentem wpływu. Tylko oni bowiem przechodzą przez sito weryfikacyjne i osiągają potrzebną do pełnego zaufania liczbę punktów. Wydawać by się mogło, że wobec kompromitacji, która była udziałem Jacka Bartosiaka, wmawiającego ludziom, że należy oddać połowę kraju wrogowi, żeby móc walczyć z nim za pomocą manewrów, człowiek ten zniknie z pola widzenia. Ale gdzie tam…! Ogłosił wczoraj, że będzie teraz, razem z Rokitą i Zychowiczem, rozkminiał aspekty wojny kosmicznej. Jak gdyby nigdy nic. Publiczność zaś uważa, że wszystko jest w porządku, albowiem przyzwyczaiła się do tego, że internetowe pogadanki mają wyłącznie charakter rozrywkowy. Podejrzany zaś jest tylko ten, który przeszkadza jej w konsumpcji nowych, coraz bardziej przejrzystych i coraz bardziej odjechanych treści.

Walka zaostrza się w miarę jej prowadzenia, jak powiedział klasyk. Mówił co prawda o walce klas, ale myślę, że stwierdzenie to odnosi się do każdej walki. I przez to właśnie na front rzucane muszą być coraz to lepsze wojska. Mam tu na myśli także front ideologiczny. Wczoraj z jakichś podziemi wydobyto byłego ministra obrony Onyszkiewicza, który swego czasu kokietował publiczność tym, że jeździł do pracy na rowerze. Ja go sam w takiej sytuacji widziałem, więc mogę potwierdzić. Onyszkiewicz na rowerze Wigry 3, takim składaku, pomykał ulicą Puławską. Były lata dziewięćdziesiąte. No i ten Onyszkiewicz powiedział, że złudzeniem jest iż uda się Ukraińcom odbić tereny zajęte przez Rosjan. Wystąpił oczywiście jako ekspert od obronności. To jest coś nieprawdopodobnego. Jakiś figurant, ustawiony przez nie wiadomo kogo na czele resortu obrony  sytuacji kiedy ten resort był zwijany, a wojsko redukowane, zamiera dziś głos w sprawach strategii. Czy to jest szczyt bezczelności? Nie, ten bowiem zdobył Viktor Orban chwaląc się papieżowi, że Węgry przyjęły najwięcej uchodźców z Ukrainy w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Nie wiadomo właściwie co powiedzieć. Mają szczęście, że nie jestem premierem, bo zerwałbym stosunki dyplomatyczne z Węgrami. Po jaką cholerę nam one? Najwięcej uchodźców na jednego mieszkańca…Szok!

W związku z zaostrzającą się walką należy się spodziewać, że Niemcy zmuszone zostaną do ujawnienia swoich prawdziwych zamiarów wobec Polski i innych krajów regionu. Rosja bowiem nie pozwoli im na łatwe porzucenie sojuszu. Coś się musi stać. Na razie były doradca wojskowy Makreli powiedział, że sukces Ukrainy nie leży w strategicznym interesie Niemiec. A mógł milczeć – pomyślałby niejeden. No właśnie nie mógłby. Teraz wszyscy oni będą detonowani jeden po drugim w nadziei, że coś się odwróci. Polityka bowiem, choć jest pełna podstępów, pełna jest też demonstracji, które muszą się dokonać, by cel został osiągnięty. Nie można się tak po prostu wycofać z relacji z Rosją. Tego żaden niemiecki agent chyba nie przewidział. Im się wydawało, że można się chyłkiem wycofać z relacji z USA, ale postawa i słowa prezydenta Bidena wskazują jednak, że to także się nie uda. Sprawy zaszły za daleko. Unia Europejska zaś, organizacja założona przez Amerykanów, nie może tak po prostu wyjść spod ich kurateli, choćby nie wiem jak silne były złudzenia niemieckich polityków. Okazało się, że postawili na złego konia. To znaczy w ogóle nie postawili na konia, ja szczura raczej, który nie wyjdzie już z klatki, gdzie go zamknięto, choć na pewno będzie się bronił i kąsał. Mam nadzieję, że nikt nie pozwoli Niemcom na utrzymanie pozycji lidera, ani w Europie, ani w regionie. To oni bowiem sprzeniewierzyli się idei europejskiej myląc ją z ideą panświnizmu, gdzie stare chłopy, jak Klaus Schwab, zakładają siatkowe pończochy. Wszystko im się popieprzyło. My zaś musimy do tego wszystkiego podchodzić ze śmiertelną powagą i nie zachowywać się jak kibice na meczu ligi okręgowej.

Dla zainteresowanych przypomnienie o konferencji

 Możliwość komentowania Dla zainteresowanych przypomnienie o konferencji została wyłączona
kw. 212022
 

Szanowni Państwo, czytelnicy i sympatycy naszego wydawnictwa!

Serdecznie zapraszamy Państwa na kolejną sesję „Latającego Uniwersytetu Leszczynowego” organizowaną przez Klinikę Języka.

Miejsce spotkania: Pałac w Wąsowie Zachodnia Wielkopolska
Czas: 11 Czerwca 2021

Konferencja 11-12 czerwca pałac w WąsowieZ

Prowadzący – Gabriel Maciejewski

Rezerwacja miejsca następuje wyłącznie po zaksięgowaniu wpłaty. Wpłata za uczestnictwo w szóstej sesji „Latającego Uniwersytetu Leszczynowego” 270 zł od osoby. Pieniądze należy wpłacić na konto firmowe księgarni, tam gdzie spływają należności za książki:

27 1140 2004 0000 3702 7083 1973

Dla wpłacających z zagranicy – pełny 26 cyfrowy numer konta należy poprzedzić literami PL. Kod BIC dla naszego banku (mBank) to: BREXPLPWMBK

Wpłaty powinny być oznaczone pełnym imieniem i nazwiskiem oraz informacją – „wpłata za udział w konferencji”. Nazwisko uczestnika i nazwisko wpłacającego muszą być identyczne, a jeśli nie mogą, w opisie powinna znaleźć się informacja kogo dotyczy wpłata, jak się nazywa uczestnik konferencji.

Wpłaty nieoznaczone będą odsyłane, o ile podany będzie numer konta. Nie zostaną odesłane natomiast wpłaty z poczty jeśli nie będą one oznaczone nazwiskiem i adresem.

Ważna rzecz – wpłaty na konferencję nie mogą być łączone z wpłatami za zakup książek.

Wpłat można dokonywać także przez Pay Pal na konto [email protected]

Wykłady i dyskusje nie będą udostępnione publicznie!
Jedynie osobisty udział daje Państwu możliwość skorzystania z dorobku konferencji.

Proszę Państwa, zostało jeszcze tylko nieco ponad miesiąc do 29 maja kiedy zamkniemy listę uczestników konferencji w Wąsowie. Nie radzę czekać do ostatniego dnia, bo nie wciągnę na listę spóźnialskich. Mamy już pełną listę tematów. Oto ona:

 

Piotr Tryjanowski – Sokolnictwo – polityka i łowy

 

Rafał Czerniak – Św. Ludwik – krucjaty i imperia

 

Hubert Czajkowski – Od Żółtego Brzdąca do Stefana Wielkiego – Siła obrazu w kulturze masowej. Proces powstawania komiksu o Stefanie Batorym.

 

Paweł Zych – „Dobre czasy, czyli jak zarobić w średniowieczu” – książka o

średniowiecznej ekonomii dla dzieci i nie tylko

 

Gabriel Maciejewski – Ludowa i Europejska – dwie wizje wojny Rzeczpospolitej z Bohdanem Chmielnickim

 

Maciej Frycz „Akcja pod Arsenałem” czy „Wielka ucieczka”? Oblicza okupacji na podstawie losów braci Walterów i oficera kontrwywiadu AK

kw. 212022
 

Postanowiłem odnieść się dziś do niektórych wypowiedzi krążących po sieci, które szczególnie fatalnie wyglądają na tle doniesień z Ukrainy. Najpierw jednak przypomnę jedno z czołowych i najważniejszych założeń, jakie udało nam się wypracować w czasie długoletnich debat i dyskusji. Brzmi ono – dialog jest pułapką. Jeśli więc ktoś w czasie wojny przychodzi tu i podrzuca tematy zaczynając komentarz od zdania: ja tylko chciałem…albo: jak myślicie…ten jest sam sobie winien.

Internet jest pełen taki tekstów i zawsze, podkreślam – zawsze – prowadzą one do jednego punktu. Imię zaś jego relatywizacja zbrodni na Ukrainie. Relatywizacja zbrodni na Ukrainie zaś to zakwestionowanie polskiej racji stanu, a więc jawna zdrada. I tej wykładni się trzymajmy.

W poczet zdrajców codziennie niemal wpisuje się poseł Mikke, który zachowuje się jak nastolatek, wychodzący z kina z kolegami po filmie Wejście smoka. Zaczyna dyskusję od tego, co w tym filmie było prawdopodobne, a co prawdopodobne nie było. Chce przy tym uzyskać od kolegów potwierdzenie swoich intuicji i spostrzeżeń, z istoty przecież idiotycznych. Nie po to bowiem kręci się filmy, by pokazywać w nich sytuacje prawdopodobne. Poseł Mikke, a za nim niemal wszyscy jego wyznawcy traktują wojnę jak film o mistrzach karate, którzy fruwają nad ziemią i łamią kamienie samą tylko siłą woli. Wczoraj na przykład pojawiła się jego wypowiedź dotycząca Mariupola, w którym nie mogą się ponoć ukrywać ludzie, albowiem był on zbyt często bombardowany. Poseł Mikke i jego akolici znani są z interesujących wypowiedzi na temat Powstania Warszawskiego, znany jest z nich także pan Zychowicz, ale nikt jakoś, poza mną, nie spróbował wyjaśnić posłowi Mikke, że i jedno i drugie – powstanie i Mariupol to nie film. Gdyby zaś ktoś pokazał Cejrowskiemu, któremu nie podobał się spacer Borisa Johnsona po Kijowie, zdjęcia z Górnego Mokotowa, albo Grójeckiej zrobione we wrześniu 1944, powiedziałby on, że Powstanie to lipa, bo nie ma żadnych zniszczeń. Gwałtowność z jaką ludzie ci oceniają rzeczywiste tragedie, jest w mojej ocenie nie do zniesienia. Podobnie jak nie do zniesienia jest całokształt polskiego dziennikarstwa, starającego się wyłącznie o to, by zachować i utrzymać w sprawności schemat przepływu propagandowych memów. Wczoraj dostałem taką oto informację:

 

Już 20 kwietnia, w środę, zapraszamy Państwa na wyczekiwaną premierę nowego, trzynastego numeru „Teologii Politycznej”: „Od Salaminy do Radzymina” i dyskusję z jego autorami: Markiem A. Cichockim, Dariuszem Gawinem i Dariuszem Karłowiczem. Wydarzeniu towarzyszyć będą odczyty fragmentów „Persów” Ajschylosa w wykonaniu: Haliny Łabonarskiej, Andrzeja Ferenca i Jerzego Zelnika.

 

NA ŻYWO: Na granicy ze Wschodem. Wokół 13 rocznika „Teologii Politycznej” „Od Salaminy do Radzymina” – YouTube

 

W obliczu autentycznych tragedii mamy tu dwie godziny pieprzenia, którego celem jest utrzymanie na stołkach kilku panów w wieku przedemerytalnym.

Lepszy od tego jest tylko ksiądz Isakowicz-Zaleski, który napisał wczoraj, że Ormianie są celem ataków w Polsce, albowiem Putin czy jakiś jego, pardon, przydupas, ogłosił, że Armenia jest najważniejszym sojusznikiem Rosji na Zakaukaziu. Nie wiem czy ksiądz zauważył, ale Rosjanie nie są w Polsce celem ataków, dlaczego więc mieliby być nim Ormianie? Cudowne jest to drżące oczekiwanie na ludzki dramat, który mógłby posłużyć za tło do jakiegoś przedstawienia. Tak, jakby mało było codziennych dramatów ludzi, którzy tu przybywają bez niczego właściwie, ludzi, których przeszłość jest trwale unieważniona, a przyszłość mocno niepewna. Sprawy te już mocno spowszedniały całej publicystycznej braci, która nie może w żaden sposób przebić tych obrazów nędzy i nie może pokazać się z jak najlepszej strony. Stąd pewnie w Pch24 Gadowski z Zychowiczem zamierzają rozgryzać największe tajemnice Józka Bidena i jego polityki.

Jacek Saryusz-Wolski napisał wczoraj rzecz znamienną, aż dziwne, że my tutaj na to nie wpadliśmy, oto wszystkie kraje biorące udział w rozbiorach Polski są dziś przeciwko Ukrainie: Rosja, Prusy i Austro-Węgry. Niektóre manifestują to jawnie, a inne skrycie. I to by się zgadzało z polityką zaborców przez cały czas trwania ich okupacji na ziemiach polskich. Rosja okazywała jawną wrogość i pogardę, a Niemcy i Węgrzy przyjmowali postawę kokieteryjną. Możemy bowiem się już nie czarować tylko nazwać rzeczy po imieniu – Węgrzy na własną prośbę stanęli wśród zaborców ziem Rzeczpospolitej. Dziś zaś ich minister spraw zagranicznych, ten dziwny pan z długim nosem o nieodgadnionym wyrazie twarzy, mówi, że ataki na Lwów to wina polskiej polityki. Niesamowite prawda? Gdzie są eksperci od spraw węgierskich? Gdzie jest Jerzy Robert Nowak? Rosyjskie ataki na Lwów to wina polskiej polityki! Uważam, że powinniśmy to bardzo dobrze zapamiętać. Z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że Węgrzy mają wdrukowaną w mózg i serce pogardę dla Słowian. Ukrywają to skrzętnie, żeby nikogo nie urazić, ale tak właśnie jest. Są ciężko sfrustrowani polityką, mają bowiem świadomość swoich fatalnych wyborów dziejowych. Mają też przekonanie, że są lepsi od większości narodów. Połączenie to jest mieszanką, która jeszcze, póki co, nie wybuchła, ale może się zdarzyć, że eksploduje i to jest drugi powód. Trzeci jest taki, że nasza nachalna uczynność wobec nich jest odbierana jako dręczenie. Tego nie sposób ludziom wyjaśnić, ale tak jest. Nasza atencja wobec Węgrów nie powoduje, że oni nas bardziej szanują, przeciwnie – lekceważą nas i uważają za słabych, nie mających siły i znaczenia gamoni. Jest to funkcja relacji jakie wobec Polaków prezentują Niemcy, tyle, że Węgrzy czują się od Niemców znacznie, znacznie lepsi.

Tusk od wczoraj opowiada, że był największym rusofobem w całej UE i zawsze, ale to zawsze przeciwstawiał się Angeli Merkel. I nawet mu powieka nie zadrga.

Nasz ulubiony ruski propagandysta pan Sołowiow zaczął dzień od tego, że jego cierpliwość, jak również cierpliwość całej świętej rusi kończy się nieodwołalnie. A kiedy się skończy wszyscy gorzko za to zapłacimy, w dodatku krwią. Na razie – co zdradził jego węgierski kolega – za naszą postawę płaci Lwów. Tyle bowiem te świnie mogą nam zrobić – zbombardować Lwów. Fakt ten jednak w żaden sposób nie martwi księdza Isakowicza-Zaleskiego, ani też nikogo z jakże wymownych wielbicieli kresów i kresowej metafizyki. Ciekawe dlaczego…

 

Wszystkie tematy konferencji w Wąsowie i odnalezione książki

 Możliwość komentowania Wszystkie tematy konferencji w Wąsowie i odnalezione książki została wyłączona
kw. 202022
 

Proszę Państwa, zostało jeszcze tylko nieco ponad miesiąc do 29 maja kiedy zamkniemy listę uczestników konferencji w Wąsowie. Nie radzę czekać do ostatniego dnia, bo nie wciągnę na listę spóźnialskich. Mamy już pełną listę tematów. Oto ona:

 

Piotr Tryjanowski – Sokolnictwo – polityka i łowy

 

Rafał Czerniak – Św. Ludwik – krucjaty i imperia

 

Hubert Czajkowski – Od Żółtego Brzdąca do Stefana Wielkiego – Siła obrazu w kulturze masowej. Proces powstawania komiksu o Stefanie Batorym.

 

Paweł Zych – „Dobre czasy, czyli jak zarobić w średniowieczu” – książka o

średniowiecznej ekonomii dla dzieci i nie tylko

 

Gabriel Maciejewski – Ludowa i Europejska – dwie wizje wojny Rzeczpospolitej z Bohdanem Chmielnickim

 

„Akcja pod Arsenałem” czy „Wielka ucieczka”? Oblicza okupacji na podstawie losów braci Walterów i oficera kontrwywiadu AK

 

Okazało się ponadto, że w magazynie zostały trzy egzemplarze biografii Feliksa Młynarskiego, lekko uszkodzone i 20 egz. całkiem dobrych, pierwszego tomu „Wieków brązu i żelaza”.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/feliks-mlynarski-biografia/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wieki-brazu-i-zelaza-tom-1/

kw. 202022
 

Wydarzenia już dawno prześcignęły wszystkich komentatorów i publicystów i mamy oto rzadki widok w Polsce, to znaczy próbę zaczarowania rzeczywistości, która zaczarować się nie chce. To nie znaczy, że nie próbują. Oczywiście, że próbują, albowiem zlecona robota musi być wykonana. Przez chwilę ja sam łudziłem się, że niektórzy – jak Bartosiak – po prostu znikną, ale myliłem się niestety. Bartosiak, prócz Zychowicza, doprosił do swojego dream teamu jeszcze Rokitę, który pisze takie oto rzeczy:

 

Niemcy, Polska oraz Czechy stanowią dziś w pełni zintegrowany i jednolity obszar gospodarczy, z bardzo głębokimi pod tym względem wzajemnymi współzależnościami. Budowa zintegrowanego i jednolitego systemu ochrony tego obszaru, zwłaszcza przed atakami rakietowymi, byłaby naturalną konsekwencją polityczną takiego rozwoju ekonomicznego. Z perspektywy Berlina byłoby to symboliczne przełamanie panującego stereotypu o katastrofalnie błędnej polityce wschodniej i polityce obronnej, prowadzonej w ciągu ostatnich lat. Z perspektywy Warszawy – byłaby to nie tylko szansa na szybkie uodpornienie kraju wobec niebezpieczeństwa szantażu niszczenia miast i ludności cywilnej, jaki dziś Moskwa stosuje wobec Ukrainy, ale przede wszystkim pierwsza okazja po temu, aby kraj będący kluczowym partnerem politycznym i gospodarczym Polski w Europie stał się zarazem pełnowartościowym i niezbywalnym uczestnikiem wspólnej środkowoeuropejskiej obrony. Niemiecko-polska tarcza ochronna nad Europą Środkową miałaby na przyszłość i tę zaletę, że wykluczałaby ewentualność podjęcia przez Berlin dyplomatycznej gry z Moskwą, gdyby za jakiś czas Kreml złożył Europie ofertę dyplomatycznego uregulowania kwestii demilitaryzacji Polski, zgodnie z deklarowanymi celami polityki rosyjskiej, niejeden raz wyrażanymi przez prezydenta Rosji, a także w zgodzie z obietnicami złożonymi niegdyś przez Amerykę Gorbaczowowi (ich złożenie potwierdzał m.in. ówczesny dyrektor CIA Bob Gates).

Jak widzimy nasz starzec Zosima, który wycofał się do bieszczadzkiej pustelni przywołuje czasy, kiedy obiecano Ukrainie integralność terytorialną w zamian za oddanie głowic nuklearnych. Jego pomysły zaś stawiania na Niemcy, przy pominięciu USA demaskują całkowicie nie tylko jego osobę, ale także wszystkich, którzy stoją wokół.

Wczoraj co prawda Niemcy zgodziły się na pomoc Ukrainie, ale zrobiły to pod przymusem i naciskiem ze strony partnerów, a dziś z rana pojawiła się informacja, że jakaś niemiecka dziennikarka dotarła do ekspertów, którzy uważają, że sytuacja na Ukrainie nie wyczerpuje wszystkich znamion ludobójstwa, a jedynie niektóre. I to spowodowało, że Niemcy głęboko odetchnęli,  a także wymownie popatrzyli na swoich partnerów. – No i co teraz – powiedzieli. Nie wiem co na to Rokita, Bartosiak i cała reszta, ale moim zdaniem powinni oni przede wszystkim zniknąć z polskiego życia publicystycznego. Nie może bowiem istnieć w narodzie komunikacja moderowana przez ludzi podejrzanych i jawnie kwestionujących polską rację stanu. To zaś właśnie czyni Rokita. I trudno doprawdy przypuszczać, że robi to z głupoty, wszak gazownia już w latach dziewięćdziesiątych ogłosiła iż jest on – cytuję – piekielnie inteligentny.

Uznać jednak trzeba, że Rokita i Bartosiak przynajmniej starają się nadążać za wydarzeniami. Czego w żaden sposób nie można powiedzieć o Lisickim czy Ziemkiewiczu, spierających się o to czy Rosja przegra czy wygra wojnę. Nie można tego powiedzieć o tych wszystkich, którzy troszczą się o czystość liturgii, bo ksiądz puścił w kościele jakąś ukraińską piosenkę, którą ponoć śpiewali żołnierze UPA. Nie można tego powiedzieć o Cejrowskim, który dziwił się, że Kijów nie jest zniszczony w całości i Boris Johnson może po nim spacerować w towarzystwie ochrony. Wyobraźnia tych ludzi nie sięga nigdzie, bo tu nie chodzi nawet o to, że ona nie sięga czubka ich nosa. Jej nie ma po prostu. Gdyby ktoś Cejrowskiemu pokazał zdjęcia ulicy Grójeckiej i Alei Jerozolimskich z września 1944, powiedziałby on, że żadnego powstania w mieście nie było. O Korwinie, który dziwił się, że na ulicach Buczy leżą ciała, których nie pogrzebała rodzina, szkoda nawet wspominać.

Pomyślałem więc, że nie od biedy będzie zastanowić się jaki format propagandowy wybrał Putin stawiając na Niemcy i ich potencjał, który miał w nieodległej przyszłości zmienić oblicze Rosji i całej Euroazji. Myślę, że jest to format Własowa. Tym się on jednak różni od tamtego z II wojny światowej, że Putina nikt do stawiania na Niemcy nie zmuszał. On to zrobił z dobrej woli, wiedziony niezawodną intuicją i przekonaniem, że Rosja i Niemcy mogą być partnerami. Mogą, ale tylko w tym wypadku jeśli będą wespół, metodycznie dewastować życie narodów położonych pomiędzy jedynym a drugim państwem. I tylko wtedy kiedy już na samym początku ustali się, kto jest głównodowodzącym w tej operacji. W czasie II wojny światowej jasne było, są nim Niemcy. Teraz nie jest to takie oczywiste i to Rosja jest przekonana, a przynajmniej była do niedawna, że jej się należy pierwszeństwo w tandemie. Czy Niemcy się na to zgodzili? Nominalnie tak, albowiem musieli mieć wymówkę przed Amerykanami – zmusili nas, a okoliczności wam nie sprzyjały. Tu jest Europa, a jej małe plemiona nie radzą sobie same ze sobą. Po cichu jednak Niemcy na pewno miały zamiar wydrzeć Rosji przywództwo nowego wspaniałego świata. Nie wiemy tylko jak chciały to zrobić, albowiem cały projekt się zawalił. Putin zaś jest dziś w sytuacji Własowa. On tego jeszcze nie rozumie, albowiem uważa, ze 20 tysięcy arabskich najemników, których chce wysłać do Donbasu zrobi na wszystkich odpowiednie wrażenie. Takie samo wrażenie zrobi ten manewr, jak rzucanie kamieniami ze strony białoruskiej w polskich strażników granicznych. To są wszystko posunięcia czarowne mające ukryć fakt podstawowy i najważniejszy – Putin jest w sytuacji Własowa, a to oznacza, że może zostać porwany i postawiony przed sądem. Jak operacja ta zostanie przeprowadzona nie wiem i nie będę nawet zgadywał. Uważam jednak, że jest możliwa, a nawet pewna. Niestety za takim rozwojem wypadków nie nadąży w Polsce nikt, szczególnie jeśli bierze pieniądze od Niemców, by obłaskawiać tutejsze plemiona i tłumaczyć im iż polsko-niemiecka tarcza antyrakietowa zabezpieczy nas w przyszłości przed niemiecko-rosyjską zmową polityczną wymierzoną w Polskę.

kw. 192022
 

Niedawno na twitterze pojawił się wpis Macieja Świrskiego, reprezentującego instytucję znaną jako Reduta dobrego imienia, o treści mniej więcej takiej – od 10 lat mówię, że oskarżanie Polaków o współudział w holocauście to przygotowywanie rosyjskiej inwazji. Ja, przyznam, aż podskoczyłem, jak przeczytałem to zdanie, bo chcąc nie chcąc, musiałem się zgodzić z taką tezą. Zaraz sobie jednak przypomniałem, że przecież kolegą Macieja Świrskiego jest wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, który zapewne zna poglądy szefa Reduty dobrego imienia. Mimo to dokładał pieniądze to takich filmów jak Pokłosie i Wołyń, których celem było – według Świrskiego – przygotowanie rosyjskiej inwazji na Polskę. Jestem przekonany – podkreślę – że Maciej Świrski ma rację. Co wobec tego zrobimy, mając już tę niewesołą świadomość, że przez ostatnie dwie dekady za pieniądze polskiego podatnika kręcono sznur, na którym ten podatnik miał zawisnąć kiedy już Moskwa upora się z Ukrainą i przyjdzie kolej na nas? Co zrobimy kiedy przyjdzie czas, by rozliczyć nas za niepopełnione zbrodnie, które zostały przecież tak pięknie pokazane w filmach, ale nie tylko w filmach? Przecież wszyscy pamiętamy o czym pisali lansowani od dekad autorzy, tacy jak Twardoch czy Miłoszewski, no, ale także inni, słabsi – jak Wielgucki choćby. Ludzie ci nie kojarzą się dzisiaj nikomu z niczym, albowiem ich nazwiska gdzie zniknęły, choć przecież promowano ich we wszystkich możliwych obszarach komunikacji. Czy Świrski tego nie widział? Zapewne widział, nie słyszałem jednak, by w tej sprawie napisał jakiś memoriał i przedstawił go choćby swojemu dobremu znajomemu ministrowi Glińskiemu. A tak należałoby zrobić.

Do czego zmierzam? Do tego, że nawet jeśli doszłoby do inwazji Rosji na Polskę, co nie jest wcale wykluczone w przyszłości, zarówno ci, którzy przed nią ostrzegali, jak i ci, którzy ją przygotowywali pozostaliby ze sobą w najlepszej komitywie. Dla czego? Dla kogo bardziej – dla nas i dla naszego dobra. Żebyśmy się czuli odpowiednio zaopiekowani. Od dłuższego już czasu tłumaczę tutaj wszystkim, że czas dyskusji w półtonach i szarościach skończył się definitywnie, właśnie dlatego, że aktywność wielu ludzi w sferze publicznej była i jest nadal przygotowywaniem gruntu pod rosyjską inwazję. Rzekłbym nawet, że im bardziej lekki i swobodny nastrój towarzyszy tym poczynaniom, tym są one groźniejsze. Owo przekonanie biorę wprost z uważnej obserwacji twittera, prowadzonej codziennie. Iluż tam jest bystrych obserwatorów, bezstronnych tropicieli fejk newsów i szczerze zainteresowanych prawdą poszukiwaczy faktów lekceważonych przez przekaz oficjalny.

Powtórzę może – przez ostatnie dwie dekady, wszystko co dotyczyło relacji polsko-żydowskich, a w co siłą rzeczy zaangażowani byli urzędnicy państwowi, było przygotowywaniem gruntu pod rosyjską inwazję. Gdyby do tej inwazji doszło, najbardziej zdziwiliby się ci, którzy 19 kwietnia przypinają sobie żółte żonkile do marynarek i żakietów.

Żeby jakiś przekaz był ugruntowany i mogła wokół niego toczyć się demaskatorska dyskusja, potrzebne są wyraziste osie, wręcz słupy milowe, wokół których mogą gromadzić się prowokatorzy i frajerzy moderujący przekaz. W Polsce najważniejszą osią takiej dyskusji jest Jedwabne. Nie ma takiego prawicowego polityka, który by nie chciał skompromitować się w Jedwabnem, obiecując wszystkim wyborcom, że on właśnie zmieni całkowicie spojrzenie na kwestie Jedwabnego i przywróci Polakom honor. To jest oczywiście niemożliwe, albowiem w tę kwestię zaangażowana jest rosyjska i niemiecka propaganda, której celem jest przygotowanie inwazji Rosji na Polskę, do czego potrzebny jest dobry pretekst. Tym zaś może być tylko mordowanie Żydów, potwierdzone w licznych epickich dziełach, tak filmowych, jak i literackich.

Teraz ważne pytanie – dlaczego my o tym nie rozmawiamy publicznie? Dlaczego kwestia ta ogranicza się do wpisu Świrskiego i umiera niczym jętka jednodniówka? Zapewne dlatego, że wśród potencjalnych komentujących jest tylu rosyjskich i niemieckich agentów wpływu, że skutecznie blokują oni dyskusję na ten temat. To nie wszystko jednak. Ludzie, którzy mogliby tę kwestię podjąć, rozwinąć ją i zbudować jakąś strategię przeciwdziałania takim, jakże przecież niebezpiecznym trendom, są kompletnie infantylni. Nie można ich nazwać osobowościami medialnymi, ani politycznymi, choć starają się nimi być. Taki Rokita, który zamienił się w starca Zosimę z kart powieści Biesy, napisanej przez Fiodora Dostojewskiego, lamentuje od wczoraj nad niełatwą historią Polski i Ukrainy, i pisze o zdradzonych przez Rzeczpospolitą kozakach. Reszta nie jest wcale lepsza, a ci którzy mają jako tako poukładane w głowie zajmują się po prostu bieżącą polityką. No, ale mnie dziś interesuje komunikacja, która była preparowana celowo po to, by zmienić Polaków w zwierzęta. To się nie stało, albowiem Pan Bóg nad nami czuwa. I my właśnie pokazaliśmy wszystkim jak należy się zachowywać w czasie naprawdę poważnych kryzysów. Czy wpływowi komentatorzy polityczni docenią to kiedy będzie już po wojnie? Czy postawa narodu zostanie utrwalona przez dzieła literackie, filmowe, przez reportaże i komentarze, przez dni pamięci i solidarności? Przypuszczam, że nie, albowiem już dziś widać, że jedyne co tak zwanych elitariuszy interesuje, to zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę. To zaś czyni z nich łatwy łup dla niemieckiej i rosyjskiej propagandy. Jeśli porównać postawę polskich elit i elit ukraińskich, porównanie to będzie wprost koszmarne. Nasi nie potrafią nawet wyartykułować jednego sensownego komunikatu, który tamci by zrozumieli i wzięli sobie do serca. Zełenski, kiedy już wygra wojnę, oprze się z całą pewnością na armii, a nie na oligarchach, których już przed wojną zdążył ustawić. Mam nadzieję, że jeśli będzie rozmawiał z kimś w Polsce, to tylko z ludźmi najbardziej przytomnymi, mam też nadzieję, że rozmowy te nie przenikną gdzieś na dół, gdzie Terlikowski, Gadowski, Warzecha i reszta będą mogli się pastwić nad ich treścią, nie rozumiejąc w cholerę nic z tego o czym było mówione.

Od wczoraj grzany jest temat unii polsko ukraińskiej. Czyni się to w jednym celu – by zdewastować wszystkie poważne propozycje, które mogłyby paść w tym zakresie. O żadnej unii na razie nie ma mowy. I żadna kwestia jej dotycząca nie powinna wyjść poza sfery rządowe. Nie można pozwolić na żadne dyskusje dotyczące przeszłości i przyszłości obydwu narodów, albowiem rzeczywista przeszłość Ukrainy jest ludziom w Polsce całkowicie nieznana. Wszyscy zaś, ze szczególnym wskazaniem na osobników takich, jak wymienieni wyżej plus Cejrowski, chcieliby się na niej lansować i przekonywać tak zwanych maluczkich, że troszczą się o przyszłość Polski i Polaków. To są kłamstwa. Nie będziemy podejmować takich tematów, albowiem należą one do kompetencji polityków. Wszystko zaś, co wywołuje dyskusję na temat tej niby unii, ma taką samą wagę i konsekwencje jak ekscytacje wokół Jedwabnego. Zaczynają w niej rządzić postkomunistyczne wieszczki, którym się zdaje, że bez nich ten świat nie może istnieć.