Wrz 302019
 

Dziś jeszcze wrzucę gotowca. Przepraszam. Nie będzie to kolejny rozdział kryminału, ale fragment nowej książki Hipolita Milewskiego „Co zrobić ze wschodem Europy”

Wiadomo, że Francuzi mało podróżują. Można im to wybaczyć, skoro mieszkają w najpiękniejszym, najłagodniejszym kraju świata i skoro przyjeżdżają do niego wszyscy obcokrajowcy, pozwalając się obejrzeć i posłuchać – w ich własnym, francuskim języku. Ale są też Francuzi, którzy podróżują i przebywają za granicą, zaś Anglicy podróżują sporo. Jedni i drudzy dali w Turcji, w Persji, w Chinach, w Japonii i w swoich egzotycznych koloniach i protektoratach dowód swojej przenikliwości i swojej zdolności do analizy. Dlaczego więc w stosunku do Rosjan – tego, co się tyczy ich mentalności, czego można się po nich spodziewać i czego należy się z ich strony obawiać – i metod, którymi należy wobec nich postępować, wytworzyli sobie tak fałszywe i powierzchowne pojęcie nawet po długich tam pobytach (niemal wszyscy dyplomaci) i w ten sposób zgotowali sobie gorzkie niespodzianki, które przyniosło im zachowanie ich wielkiego sprzymierzeńca podczas wojny światowej, z której właśnie wychodzimy?

Dostrzegam tu przede wszystkim błąd optyki. Gdy Anglik lub Francuz przyjmuje u siebie Turka, Persa, Chińczyka czy Japończyka lub gdy jedzie do nich w odwiedziny, natychmiast zostaje zaalarmowany przez fez, czapkę z karakułów lub skośne oczy albo też przez silny koloryt lokalny; mówi sobie wówczas: „To człowiek jak ja, ale inny, trzeba mieć oczy szeroko otwarte”. I otwiera je szeroko, a jako że te oczy są bystre i oświecają mózg albo bardzo żywy, albo rozważny, nie trzeba wiele, by się zorientować. Co więcej – chcąc nie chcąc – uczy się języka i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu orientuje się, że jest w tym równie uzdolniony, co każdy Słowianin. W ten sposób, zabezpieczony i uzbrojony, jeśli jest taka potrzeba, to on „ogrywa” egzotycznego człowieka lub tubylca.

Zupełnie inaczej jest z Rosją. W Paryżu, poza kilkoma niezręcznymi „donc” i „déjà”1, nic nie odróżnia go od monsieur z Lille lub z Nantes. Na miejscu [w Rosji] obcokrajowiec [Francuz] – który wcale nie rusza się z wielkich miast i nie może się z nich ruszyć, nie mówiąc miejscowym językiem – widzi wielu mużyków wyglądających inaczej niż lud w jego ojczyźnie, ale nie pogłębia tej obserwacji. W pobliżu, w populacji z odrobiną ogłady odnajduje swój ubiór, swoje zachowanie, często swój język, a wszędzie wokoło – swoje sklepy, swoje ulice, swoje teatry, swoją kuchnię, swoje wina. „To kwestia niuansów” – mówi sobie i, zupełnie jakby był w Sztokholmie czy Rzymie, wierzy, że od tych osób, z którymi ma do czynienia, dzielą go [jedynie] pewne niuanse; zaś są to, pod pewnymi względami, przepaści.

Nie będę wciągał czytelnika w psychologię Rosjanina. Mógłby to być przedmiot osobnej książki. Dwie zasadnicze obserwacje. Jeśli mówimy o prawdziwym Rosjaninie – nie o Finie, Bałcie, Polaku, Armeńczyku, którzy rosyjski mają tylko paszport, ale o  Moskalu albo o Wielkorusie (osoby tej nacji stanowią jakieś 90 ze 180 milionów poddanych zmarłego cara) – jest to człowiek należący do rasy mającej w żyłach relatywnie małą część krwi indoeuropejskiej; nie wycisnęło się na nim piętno żadnego z historycznych doświadczeń, które zostawiły swój ślad na wszystkich ludach europejskich (także na tych wymienionych przed chwilą, które Rosja przemocą przyłączyła do swojej zachodniej granicy): religia rzymsko-katolicka, rycerstwo, łaciński renesans, reformacja. Nosi on jedynie dwa głębokie piętna – jedno bizantyjskie, drugie tatarskie – pod warstwą europejskiego szlifu znajdującego się wyłącznie na najwyższej powierzchni, nadanego przez Piotra Wielkiego i jego następców.

Pod tymi piętnami przymus działania tak silny, że pokonuje wszystkie inne. Jest to człowiek impulsywny i zmienny, zmienność jest zresztą córką impulsywności. „Człowiekowi rosyjskiemu” te trzy czasowniki: „pragnę, chcę, robię” zlewają się w jedno. Nie mówcie mu więc w sobotę: „Ale w poniedziałek powiedział pan lub postanowił rzecz taką a taką!”. Odpowie wam bez wzruszenia: „Powiedziałem i postanowiłem taką rzecz w poniedziałek, ponieważ tak myślałem i tego chciałem. Dzisiaj, w sobotę, myślę i chcę innej rzeczy, i to robię”.

Zauważyłem w chwili haniebnego traktatu brzeskiego, że moich francuskich przyjaciół – wszystkich będących w większym lub mniejszym stopniu intelektualnymi potomkami Gajusza i Justyniana za pośrednictwem Cujasa i Pothiera2 – oburzało zwłaszcza to, że ów akt stanowił zdradę i pogwałcenie zaprzysiężonej umowy; u moich rosyjskich znajomych oburzenie – które prowadziło aż do łez wściekłości – dotyczyło niemal wyłącznie zawartego w tym tchórzostwa i wstydu padającego na militarną chwałę Rosji.

Dorzućmy, że impulsywność jest siłą służącą dwóm celom: źródłem wspaniałych poświęceń, do których „człowiek rosyjski” jest bardziej zdolny niż ktokolwiek inny, i żałosnych upadków ducha.

Owa impulsywność i owa zmienność do tego stopnia stanowią cechę wyróżniającą nację moskiewską (jak i tworzących ją jednostek), że osoba mająca z tym narodem do czynienia nigdy nie może tracić z widoku tej cechy. W życiu prywatnym przejawia się ona w łatwości i nagłości, a często w błahości kolejnych rozwodów, które byłyby znacznie bardziej liczne, gdyby – aż do ostatnich dni – ekstremalna nierówność w podziale majątku między synami a córkami nie uzależniła z punktu widzenia materialnego ogromnej większości kobiet od swoich mężów. W życiu politycznym owa impulsywność i zmienność przejawiają się w niezrównanej swobodzie, z jaką Moskal diametralnie zmienia swoje pseudoprzekonania: tak jak ten Lew Tichomirow, który – jako przewodniczący trybunału rewolucyjnego podpisał wyrok śmierci na Aleksandra II i skończył obsypany honorami przez swoich nowych przyjaciół, niezbyt pogardzany przez dawnych (spośród których wielu myślało: „co za spryciarz!”), jako redaktor naczelny „Moskowskije wiedomosti”, oficjalnego organu najbardziej nieprzejednanego absolutyzmu. Pomyślcie także o Protopopowie, zastępcy przewodniczącego Dumy, przewodniczącym delegacji parlamentarnej we Francji w 1916 roku, który odjeżdżając z Paryża, był gorliwym zwolennikiem Ententy, i który przejeżdżając przez Sztokholm, porozmawiał z niemieckim attaché wojskowym i wysiadł w Piotrogrodzie… jako dusza zaprzedana Stürmerowi. Albo też o panu Milukowie, przewodniczącym partii, znanym w Europie, który podczas swojego krótkiego pobytu w ministerstwie spraw zagranicznych w 1917 roku ogłasza się ognistym radykałem i obstaje przy domaganiu się Konstantynopola, zaś kilka miesięcy później głosi w Kijowie pogodzenie z Niemcami, a w chwili, gdy to piszę, przyjeżdża do Paryża, by „pogodzić się” z Ententą!!! Dlatego także nie ma w Moscovii3 umiarkowanych, są tylko przesadnie nieumiarkowani. Nawet gdy ich programy wydają się umiarkowane, są one w rzeczywistości osadzone na grzbiecie czegoś w rodzaju wododziału, skąd niechybnie stoczą się w dół – jedni (nomina sunt odiosa4) aż do Stołypina masowo skazującego na powieszenie, inni do Kereńskiego i jego wspólników. Wreszcie, jeśli chodzi już nie o jednostki, ale o państwo – żadne wielkie państwo na świecie nie posiada w swoich archiwach tylu „świstków papieru” co państwo rosyjskie. Wrócę do tego.

Ileż to już razy dyskutowano nad tym, czy Rosja jest europejska, czy azjatycka! Pytanie to zostało ucięte przez Mikołaja II, który – choć smutnie wyzbyty wszelkiej mocy decyzyjnej – nie był „imbecylem”, jak ochrzcił go pewien dziennikarz osiem dni po tym, jak ustały pochlebstwa. Pewnego dnia, gdy roztrząsano przed nim pytanie: „Czy jesteśmy Europą, czy jesteśmy Azją?”, powiedział: „Ani jednym, ani drugim, jesteśmy jedną szóstą świata”.

W sumie ten „człowiek rosyjski”, do którego idziemy, nie jest ani gorszy, ani lepszy niż człowiek francuski czy angielski. Jest inny, dogłębnie inny. Nie należy o tym zapominać, gdy u niego będziemy.

  16 komentarzy do “Człowiek rosyjski”

  1. Francuzi nie lubia Polakow, poniewaz wraz z Wegrami, Rumunami jestesmy z ich perspektywy taka gorsza Europa, chociaz tak naprawde jestesmy inna Europa, bardziej jednolita pod wzgledem zakorzenienia w chrzescijanstwie. Na Zachodzie wiele rodow ksiazecych otrzymalo licencje na sprawowanie widzialnej wladzy od kaplanow starozytnych kultow gorno-egipskich czy jakichs podobnych, co mozna rozpoznac po ich idiotycznej heraldyce i te rody toczyly polityczna walke z chrzescijanstwem o majatki, slawe, ideologie i wychowanie nowych pokolen. Im bardziej staramy sie upodobnic do Zachodu, tym mniej jestesmy dla nich atrakcyjni. Od wiekow Francuzi woleli Afrykanczykow, Turkow i Rosjan i na te namietnosc nic nie poradzimy.
    Granice miedzy Europa i Azja mozna okreslic na podstawie rozumienia pojecia wlasnosci wspolnej. Na Wschodzie organicznie pojecie wlasnosci wspolnej nie jest rozumiane, jest tylko moje – twoje, cara lub niczyje. Polscy adwokaci uciekaja jak od ognia od spraw, gdzie nalezy biegle pojmowac kwestie wspolwlasnosci jako rodzaju ustawowej formy wlasnosci, co zdradza ich pochodzenie i mentalnosc. To dziala na tej zasadzie, jak to, ze nie wszyscy albo malo kto rozumie teorie wzglednosci Einsteina, tak z mojej praktyki z adwokatami, sedziami, urzednikami panstwowymi wynika, ze w niektorych rejonach Polski malo kto rozumie pojecie wspolwlasnosci, ktore na Zachodzie jest czyms normalnym, powszechnym, zrozumialym.

  2. Pan Hipolit zaczal swoja ksiazke bardzo ciekawie …

    … jestem dzis mocno zajeta, wiec przyjde dopiero wieczorem… a teraz zycze dobrego odpoczynku… i poleniuchowania.

  3. Komentarz muzyczny: Мы уничтожим всех, кто не понял нас

    https://www.youtube.com/watch?v=bncktXMYsE0

  4. >gdyby – aż do ostatnich dni – ekstremalna nierówność w podziale majątku między synami a córkami nie uzależniła z punktu widzenia materialnego ogromnej większości kobiet od swoich mężów…

    Człowiek rosyjski i kobieta

  5. film rosyjski pt „była sobie baba..” to jest dobry przekrój wiejskiej rosyjskiej społeczności , po obejrzeniu tego filmu można przypuszczać, że nasze narzekania na ich „okrutną ziemię” , Rosjanie przyjmą ze zdziwieniem, bo dla nich życie na pograniczu człowieczeństwa i niewolnictwa to norma,  przynajmniej tak jest w filmie pokazane (lata rewolucji w Tambowie i okolicach)

  6. Komunizm to jest pomysl zachodni, no, powiedzmy, ze zachodni… Swiezy gaz musztardowy do tlumienia powstania tambowskiego byl dostarczony pewnie z magazynow z Zachodu, do tego uzbrojenie (artyleria, samoloty), technologie, wladza komunistyczna byla zaopatrzone w pieniadze z bankow szwajcarskich, Pilsudskiego poklepali w ramie w 1920, ze za bardzo sobie poczyna i wpieprza sie w interesy Wall Street itd. Prosze powiedziec, jak na to wszystko miala zareagowac ludnosc chlopska w Rosji, zeby przezyc?

  7. @nebraska oraz @przypadkowy przechodzień

    W ilustracjach pominąłem portret rosyjskiej babuszki rewolucji podziwianej w Ameryce, bo zostawiłem to na lepszy czas. Natomiast klip „przypadkowego przychodnia” to może być typowa ale słaba promocja jednej z panienek, które naśladują niezłą znaną parę grającą na LGBT, która robi burdę w cerkwiach. Może to jedna z nich. A dla odmiany załączam link do „prawdziwych patriotek”, które po polsku brzmią jak „ciotki patriotki”. Dodam, że jest naprawdę dobra wersja tej piosenki w wykonaniu rosyjskich wiejskich babuszek, ale rosyjskie PR leży i kwiczy  (nie ma tego na YouTube).

    чётка патриотка

  8. >Komunizm to jest pomysł zachodni, no, powiedzmy, ze zachodni…

    Komunizm agrarny został wprowadzony w Rosji jeszcze przez carów, którzy wyprzedzili w tym polskich rewolucjonistów. Szkoda, że tak niewiele osób interesuje się prawdą 19. wieku.

  9. Pańska  ilustracja wskazuje, ze standard życiowy mieszkańców Rosji jest niczegowaty, dziewczyny korpulentne nie zagłodzone, wesołe, z dużym poczuciem humoru i ta zabawa na łące jest bardzo eko.

    Greta Thunberg powinna takie filmiki oglądać i  wyszłaby z tej swojej szwedzkiej deprechy.

  10. czy chodzi Panu o tą zasadę obowiązującą wieś rosyjską wspólnego płacenia podatku przez całą wieś, gdzie za lenia musieli zapłacić ci pracowitsi wieśniacy ?

  11. „no, powiedzmy, ze zachodni”

    :)^:)

  12. Obszczina to było nie tylko wspólne opłacanie podatków ale i wspólne użytkowanie ziemi.

  13. „W sumie ten „człowiek rosyjski”, do którego idziemy, nie jest ani gorszy, ani lepszy niż człowiek francuski czy angielski. Jest inny, dogłębnie inny. Nie należy o tym zapominać, gdy u niego będziemy.” To zdanie ujmuje za serce.

  14. ujmuje za serce –   jeszcze tej książki  nie czytałam , ale skoro Coryllus nie wspomina o roli jurodiwych w społeczeństwie rosyjskim,  to znaczy że chyba Młyński o jurodiwych nie wiedział, albo problem lekceważył – ale pani prof. Ewa Thompson w swoim wykładzie o jurodiwych tłumaczy, że było to niewyobrażalne uzależnienie społeczeństwa łącznie z dworem carskim, od jakiejś formy „guślarstwa” – czegoś co nie mogło zaistnieć w zachodniej Europie.

  15. Jurodiwyj – musiałem zerknąć do wikipedii 🙂

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.