mar 312021
 

Określenie to bywa często nadużywane wobec osób, które robią wokół siebie wiele szumu, ale wcale na miano symbolu nie zasługują. Często bywa tak, że osobnicy z wielkim apetytem na popularność, opłacają klakierów, którzy ogłaszają światu, że ten i ów jest symbolem jakichś tam czasów, szczególnie się, rzecz jasna, wyróżniających. I tak jest na przykład z byłym prezydentem Wałęsą, który jest symbolem polskich przemian, wywołujących dziś już tylko wyłącznie same szyderstwa. Dla lepszej dystrybucji symbolu, dobrze by było, gdyby miał on wąsy. I Wałęsa ma wąsy, a w naszych okolicach wąsy mogą oznaczać tylko jedno – ktoś, kto je posiada jest prawie jak Piłsudski, a Piłsudski też był przecież symbolem i jest nim do dzisiaj.

W rzeczywistości symbolami czasów, trendów i nurtów, są ludzie, których nie widzimy, albo wiedzieć nie chcemy. Ludzie, którzy sami z siebie, bądź na polecenie jakiejś organizacji podjęli trud, zmiany paradygmatów całych, dużych populacji i albo się ze swojego zadania wywiązali, albo też nie, bo coś im przeszkodziło i wycofani zostali na zaplecze. I ja dziś chciałem opowiedzieć o takim człowieku. O istocie, która zasługuje na miano symbolu pewnej epoki i pewnego trendu, bardzo dobrze rozpoznawalnego dzisiaj. Choć przez wielu uważanego za groźną nowość.

Starsi z nas na pewno pamiętają film zatytułowany „Kaligula”, w którym rolę obłąkanego cesarza grał Malcolm McDowell. Był to wybitny brytyjski aktor, który po tym filmie został wyrzucony poza nawias. Obraz ten, jak mawiali krytycy, złamał mu karierę, albowiem okazało się, że ani widzowie, ani dystrybutorzy nie są na coś takiego przygotowani. Telewizja polska pokazywała to swego czasu i rzeczywiście film był okropny. Nie o Mac Dowella mi jednak chodzi. W czasie produkcji filmu o Kaliguli, swoje nazwisko z listy płac wycofał scenarzysta. Uznał, że reżyser i producent zbyt silnie ingerowali w jego dzieło, by mógł dalej je firmować. Wymowa filmu została złagodzona i nikt nie wie, co pokazano by tam, gdyby producent zdecydował się na pierwotną wersję scenariusza. Naszym bohaterem jest ów scenarzysta, człowiek o nazwisku Gore Vidal. Jest to nazwisko spreparowane, a ja nie mogę Was dłużej trzymać w napięciu i dozować tu informacji na temat tego pana. Oto link do jego biografii, która mówi sama za siebie, a której niektóre fragmenty skomentuję.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Gore_Vidal

Można powiedzieć, że wszystko tu jest typowe. Od momentu kiedy dowiedzieliśmy się, że Jim Morrison był synem admirała Morrisona odpowiedzialnego za incydent w Zatoce Tonkińskiej, rozpoczynający amerykańską interwencję w Wietnamie, nic nas nie powinno dziwić. A jednak popadłem wczoraj w zadumę i zdziwiłem się. Konsekwencja z jaką przeprowadzane są te eksperymenty zdumiewa, ale też mobilizuje. Jeśli przeczytamy o dokonaniach pana Gore Vidala, musimy dojść do wniosku, że pisanie i publikowanie treści jest obowiązkiem każdego katolika i każdego Polaka. Nie mogą być to jednak treści degradujące i frajerskie obliczone na uwiedzenie biednych pastuszków, którzy się pogubili w życiu. Jeśli nie będziemy tego robić, dotowane przez agencje rządowe USA produkcje, wypuszczane na rynek pod egidą partii demokratycznej, zaleją świat i ostatecznie nas pogrzebią. Najgorzej zaś będą mieli ci, którzy spróbują się z tamtymi porozumiewać.

Teraz mała dygresja. Czasem ktoś pyta mnie, czy ja planując wydanie tej czy innej książki, robię jakieś badanie rynku? To jest pytanie bardzo głupie. Zapytajcie wydawców Gore Vidala, czy coś takiego przedsiębrali. Zapewne roześmiali by się Wam w nos. Badanie rynku jest dla słabych. To jest czynność, której rzeczywisty wymiar polega na przewaleniu budżetu. Ja zaś budżetu nie mam. Oni go mieli, ale nie po to przecież, by wydawać pieniądze na głupie i niepotrzebne badania.

Książki Gore’a Vidala były dostępne w polskich księgarniach przez całą komunę. I to jest naprawdę niezwykłe. Może też wystarczyć za wszystkie badania rynku. Jeśli ktoś nie wie co pisać, a bardzo chce, można mu powiedzieć wprost – rób odwrotnie niż ten facet. I już.

Oto człowiek, urodzony w West Point, który całą swoją młodość spędził w armii, my zaś ekscytujemy się dziś obecnością gejów transwestytów w wojsku. Niby dlaczego? Gore w latach czterdziestych napisał gejowską powieść, której akcja rozgrywa się wśród żołnierzy, a powieść ta spotkała się z przychylnością krytyki. Gore realizował program propagandowy partii demokratycznej, która dziś doszła znów do władzy. Elementem tego programu była, na przykład, lansowana przez komunistów książka zatytułowana Julian. I nie chodzi tu o jakiegoś ephebosa wcale, ale o cesarza Juliana Apostatę, który prześladował chrześcijan. Powieść ta zaś, napisana przez Gore’a, jest jego dziennikiem. Komunistyczne państwo wydało sfingowany dziennik Juliana Apostaty, napisany przez krewnego Ala Gore’a (tego od freonu), który był człowiekiem zatrudnionym w tajnych strukturach wrogiej armii. Wot kakaja sztuka!

Ktoś może zasugerować, iż nie wiadomo wcale czy Gore nie był komunistycznym agentem, albowiem założył przecież Partię Ludową, która nie zyskała jednak poparcia w narodzie. No tak, to jest jakiś argument, ja jednak uważam, że to komuniści byli agentami Gore’a. To bardziej prawdopodobne.

Każdy kto uważnie prześledzi jego życiorys, zauważy, że był on także przewodniczącym jury, głównego konkursu festiwalu filmowego w Wenecji. Nie wiem co powiedzieć właściwie. Należałoby teraz zrobić listę festiwali filmowych i literackich, a potem przyjrzeć się przewodniczącym tych wszystkich jurorskich gremiów.

Jak widzimy Gore w latach sześćdziesiątych pisał powieści o przygodach transseksualistów, którzy zmieniali sobie płeć na wesoło. Współpracował przy wielu ważnych produkcjach filmowych, ale jakoś zawsze tak się zdarzało, że jego nazwisko było w ostatnim momencie wycofywane z listy płac. Pozostawał w cieniu i umarł bez sławy. Co, jak mniemam, nie przeszkadzało mu wcale.

Wobec faktów tak oczywistych można zapytać, dlaczego wszystko to, czego doświadczamy dzisiaj i przeciwko czemu protestujemy, nie zdarzyło się już 40 lat temu, zmieniając całkowicie nasz świat? Otóż dlatego, że Ruskie wysłały w kosmos Hermaszewskiego. Żadna inna odpowiedź nie wydaje mi się sensowniejsza. Radziecki program kosmiczny ocalił nasze dusze.

Trzeba było zmienić prezydenta na takiego, który nie miał nic wspólnego z rodziną Gore. I utrzymać tę opcję przez kilka kadencji. Tamci potem wrócili, ale znów musieli się odsunąć. No, ale dziś triumf rodziny Gore i jej popleczników wydaje się trwały. To nic, że używają oni innego nazwiska. Należy przypuszczać, że wkrótce rozpoczną oni kolejną ofensywę, a być może nawet zaangażują do niej stareńkiego już Malcolma McDowella, którego tata – jak podaje docent wiki – był publicystą i pracował w RAF-ie.

Swoją drogą dowiedziałbym się chętnie, co takiego naprawdę stało się na planie filmu „Kaligula”, że ten McDowell został trwale wyautowany z obsady filmów klasy A. No, ale na to chyba nie mamy szans.

A dziennik Juliana Apostaty ciągle lata na allegro po 4 zyle.

  33 komentarze do “Człowiek-symbol czyli jak radziecki program kosmiczny ocalił dziecięce dusze”

  1. Dzień dobry. Niewątpliwie to komuniści byli agentami Gore’a a nie odwrotnie. Tacy prostaczkowie jak ja wychowani w pozorowanej antynomii wschód-zachód symulującej odwieczną walkę dobra ze złem mogli tego tak od razu nie spostrzec. Ja miałem pewne podejrzenia, ale dopiero kiedy przeczytałem Pańskie teksty zrozumiałem rzecz do końca. Jeszcze raz dziękuję. No i te listy przewodniczących. Pewnie już wcześniej ludzie zaczęli wpadać co i raz na takie pomysły jak ten Pański, ale licho nie śpi i uszykowało Datenschutzgrundverordnung, zwaną w naszym bantustanie RODO, by uniemożliwić takie ekstrawagancje. Szkoda, bo to by było bardzo ciekawe a i sprzedawałoby się pewnie nieźle, gdyby rzecz opatrzyć jakimś smakowitym komentarzem. Raczej przepadło, szkoda.

  2. No, ale listy są oficjalnie dostępne chyba

  3. Może rzeczywiście przepisy nie chronią tak zwanych osób publicznych, które uczestnicząc w jakiejś np. komisji przez sam ten fakt wyrażają zgodę na publikowanie danych dotyczących ich uczestnictwa. Ale tu ciekawe byłyby powiązania rodzinne i podobne, trzeba być bardzo uważnym, żeby nie przejść tej granicy „publicznych” informacji. Tak mi się zdaje…

  4. Z innej beczki. Chciałbym spytać dlaczego nie powstał film o Janie Tomaszu Grossie, którego realizację zapowiadał pan pięć lat temu.

  5. Bo jestem za słaby na takie projekty.

  6. Szkoda. A sojuszników nie ma? Rozumiem, że diaspora nie dała koncescjji na ten projekt. A siły całkiem jawne i prywatne? To pewnie raptem kilkadziesiąt tysięcy złotych. To można nawet zebrać w zbiórce publicznej.

  7. Wszystko rozumiem, prócz Hermaszewskiego. Przecież człowiek-symbol jest szyty na miarę. Hermaszewski był tak silny, że nie można było wstawić innego? Bardzo bym prosił o rozwinięcie tej bardzo poważnej kwestii.

  8. Jasne, wszystko można. Niech pan próbuje. Wyleci pan stąd niebawem. Będzie pan miał jeszcze większe szanse na sukces

  9. Nie rozumiem linii pana skojarzeń. Myślę, że nie takim językiem rozmawiają ludzie cywilizacji łacińskiej.

  10. Ja ten żart z Hermaszewskim rozumiem tak, że kiedy starzy ruscy aparatczycy pod koniec istnienia sojuza zorientowali się, że są do odstrzału, to postanowili chociaż przedłużyć sobie agonię lansując tradycyjne wzorce (kosmonauci…) w odróżnieniu od ich mocodawców z zachodu, którzy już jawnie promowali zgniliznę…

  11. Naprawdę pan tak myśli? Niesamowite…!

  12. Z żartami należy uważać. Mój komentarz też był żartem, choć chyba nikt się nie śmieje.

  13. Naprawdę tak myślę. Jestem z Wielkopolski, jesteśmy prostakami.

  14. ma pan szansę na rozpoczęcie kariery w show biznesie, jak wielu prostaków

  15. A ja Wam powiem tak; im dłużej żyję – a jest już tego trochę – tym mniejszą mam skłonność do wyrafinowanych żartów, cienkich aluzji i podobnych figur stylistycznych. Mówię jak jest, jak wójt… Szczególnie kiedy mam coś do załatwienia i zależy mi na byciu zrozumianym. Oczywiście w tak dobranym Towarzystwie jak tu takie prostackie metody mogą być nieco niestosowne, ale cóż, trudno tak na parę minut zmienić skórę…

  16. Ten pan nie jest prostakiem, to kokieteria z jego strony

  17. Cóż powiedzieć? Podejrzliwość o agenturę w Waszych stronach przekroczyła możliwość mierzalności. To nie tyle głupie i powtarzalne. To strasznie nudne.

  18. Malcolm McDowell zawsze mi przypominał Tuska. Grał role charakterystyczne, Kaligula to chyba jego rola życia.

    W pewnym sensie to skojarzenie tłumaczy skuteczność Tuska w polityce. Zawsze grał charakterystyczne role skutecznych drani.

    Innym skojarzeniem jest niezatapialny Zanussi. Człowiek – instytucja, podziwiałem za kulturę i skuteczność działania. Zapraszany przez świat autorytet, również do różnych jury, który zdaje się obiecał Latkowskiemu proces. Czyli jak zwykle obiecanki-cacanki, a gawiedzi pył na oczy.  Ciekawe jakie obwody elektroniczne kryją się pod tą figurą.

    Co do Morrisona, gościu słusznie przewidział ponadczasowość swojej muzyki, pytanie czy bez zatracania się w rynsztoku tworzył by lepiej czy gorzej? No i nie zapominajmy o Manzarku, kreatorze Doorsów, którego osobiście słyszałem mówiącego w polskim radiu: „jestem dobry, bo jestem Polakiem”. Takie małe pocieszenie.

  19. Jasne, podejrzliwość o agenturę…niesamowity pan jest, nie wiem sam dlaczego jeszcze tu pana toleruję

  20. Nie musi pan. Krótki sąd skorupkowy, kciuk w dół i atmosfera lepsza.

  21. „Swoją drogą dowiedziałbym się chętnie, co takiego naprawdę stało się na planie filmu „Kaligula”, że ten McDowell został trwale wyautowany z obsady filmów klasy A. ”  

    Ten film to film klasy C.  Mc Dowell w filmie wygląda i zachowuje się jak idiota. To amerykańska wersja Misia dla ubogich.

  22. Manzarek gadał straszne frazesy, ale muzykę robił dobrą. Nie miałem pojęcia o Morrisionie – generale. Ale w tej chwili mam inne spojrzenie na początek „Czasu Apokalipsy”, he he. Jaki ten świat mały…

    My tu gadu gadu, a w powietrzu kłótnia. Pamiętajcie się, że dopóki nie dogadasz się z drugim – nie możesz iść do spowiedzi!

  23. Chyba Miki dostał od 'prosiaka’ zlecenie na zrobienie bardachy.

    Od 'prosiaka’ co czasami stara się traktować Szkołę  Nawigatorów jako korytko.

  24. Jezeli ktos ma ochote na zniechecenie sie do muzyki Rockowej (The Dorrs, etc.) to niech przeczyta ksiazke o jej poczatkach w Laurel Canyon:
    Weird Scenes Inside the Canyon: Laurel Canyon, Covert Ops & the Dark Heart of the Hippie Dream
    David McGowan, Nick Bryant
    Link do PDF:

    https://pdfroom.com/books/weird-scenes-inside-the-canyon-laurel-canyon-covert-ops-the-dark-heart-of-the-hippie-dream/bXgPXVK4gev

  25.  

    Musiałem wyguglowac  słowo bardacha,  jest że slangu nie znałem. Nie znam też  żadnego prosiaka. Nie dostałem zlecenia. Myślę, że adrenalina, serotonina itd nad Wisłą, to  całkiem różne substancje od tych nad Wartą.

  26. Jim Morrison z ojcem przed rozpoczęciem kariery aktorskiej (rockowej)

  27. Przeczytałem pierwsze strony poświęcone Morrisonowi z linku. Autor nadyma się, jak możliwe jest napisanie tylu kompletnych kawałków bez umiejętności zapisu czy gry na instrumencie. Niestety pisze bzdury. Jest to możliwe. W okresie weny gościu z predyspozycją do pisania tekstu może napisać kilka kawałków dziennie, a może nawet więcej. Kompletnych, z zarysem melodii. Jest to jeden z talentów tego świata.

    Może Morrison został wykreowany, ale niestety te rozważania są kreacją odwrotną, czyli pogonią za sensacją i pewnie zyskiem. Chyba, że autor podaje dalej dowody uwiarygadniające te, raczej marne, spekulacje.

  28. nie nadymaj się, pisz na temat

  29. Wlasnie mnie Pan ubiegl,  tez chcialem polecic tego autora.

  30. Wydaje mi się że najlepsza rola Malcolma Mc Dowella jest rola tego świra z ,,Mechanicznej Pomarańczy,,.Film był podobno zakazany w WB .Tu była chyba przyczyna blokady jego kariery.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.