Mar 122015
 

Właśnie na naszych oczach wali się dystrybucja książek jaką znamy. Należy się tylko z tego cieszyć, trzeba wręcz skakać z radości. Wraz z nią zawali się przekonanie wielu ludzi próbujących pisać, że stworzenie książki, a następnie jej sprzedanie, jak się zna kogo trzeba, to bułka z masłem. Na naszych oczach, wskutek przeniesienia sprzedaży do sieci spożywczych bułka zamieniła się w kamień. Wszyscy, ci którzy pisali tak zwaną literaturę gatunkową zostaną niebawem z ręką w nocniku. I jeśli nie mają za sobą policyjnych budżetów nic im nie pomoże. A może się zdarzyć i tak, że koledzy z resortu też się od nich odetną, bo każdy musi przecież kalkulować i liczyć zyski. Moc propagandowa takiej Bondy czy Miłoszewskiego nie jest wieczna i zużywa się jak wszystko. Teraz – jeśli nie dojdzie do podziału strefy wpływów ze spożywką – zużywać się będzie błyskawicznie. Sieci wykreują swoich autorów, którzy pisać będą prawie tak samo, tylko dużo prościej, wejdą w segmenty rynku obstawiane do tej pory przez różnych mistrzów kryminału i powieści obyczajowej i pozamiatane. Zniknie pewna fikcja, polegająca na tym, że autorzy umocowani środowiskowo piszą w konwencji ogranej i nieważnej, koledzy krytycy i sponsor piszą o tym w zachwycie, a empik udaje, że sprzedaje to badziewie, bo nic innego nie ma. Empik na tym interesie wychodził najlepiej, bo miał najdłuższe terminy płatności, a autorzy – wyłącznie wyselekcjonowani – zarabiali na dotacjach do produktu, zwanych dotacjami do kultury. Teraz każda sieć będzie miała swoje barachło i będzie oszukiwać swoich autorów, którzy pisać będą w zamian za sławę, generatorem sławy zaś będą sklepy sieciowe. Taka jest sytuacja i doprowadzili do niej ludzie, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat decydowali co się będzie w Polsce wydawać, a czego nie. W efekcie doprowadzili do tego, że najpierw umarła krytyka, potem za pomocą łatwych pieniędzy zamordowano dystrybucję i właściwie zrezygnowano z terminowego płacenia komukolwiek, autor zaś i wydawca zmuszeni zostali do kredytowania działalności pośredników. Teraz zaś przyszła kolej na nich, na tych wszystkich piewców literatury segmentowej, w której książki ambitne też miały swój osobny regał i stała tam głównie Masłowska,. Przyszła kolej na literaturę, która przez ćwierć wieku była pretekstem dla drenowania państwowych budżetów. Patrzmy teraz uważnie, jak będą próbowali się ratować, wiele nam to powie o ich kondycji i morale. Na złodzieju czapka gore, jak to mówią.
W tym całym bałaganie nas najbardziej interesować będzie tak zwana literatura historyczna lub parahistoryczna jak kto woli. Ona została dokładnie tak samo zmielona jak wszystko, a wielkie w tym zasługi położyły prawicowe tygodniki opinii, próbujące podnieść sobie sprzedaż za pomocą różnych para-historycznych demaskacji. Wszystkie one zakończyły się klęską z powodów wyżej przeze mnie wymienionych, a także dlatego, że intencje wszystkich czynnych tam autorów, nie dość, że nie są szczere to jeszcze wpisują się w całkowicie idiotyczną definicję sukcesu. Otóż sukcesem prawicowego piśmiennictwa jest uczestnictwo w ustawionych debatach telewizyjnych. Plus oczywiście jakaś budżetowa juma. Tego się nie da ciągnąć w nieskończoność, szczególnie kiedy ma się tyle lat co Zychowicz, trzeba będzie w końcu przejść na jakieś urzędnicze posady, albo wyjechać na stypendium fundacji Forda. Na miejscu zaś zostanie Biedronka, która sprowadzi do parteru wszystkich, z Cenckiewiczem na czele.
Prócz publicystyki historycznej, mamy też historyczną literaturę piękną. Ona jest robiona dokładnie według tej samej recepty, którą stosuje Krajewski pisząc swoje kryminały. Autorom takim jak Komuda czy młody Łysiak wydaje się, że wystarczy być para-Sienkiewiczem i już sukces gotowy. Poczekajcie jeszcze dwa sezony i Biedronka pokaże wam takich para-Sinkiewiczów, że oko wam zbieleje. Czas na udawanie Sienkiewicza był krótki i skończył się właściwie w roku 2010, po wyborach, które wygrał Komorowski. Teraz trzeba szukać innych wzorów. No, ale że pisarze na prawicy ufają jedynie sobie i swoim ojcom, którzy porobili różne kariery, za nic w świecie w to nie uwierzą. Powód jest następujący – im się zdaje, że ich środowisko jest emitentem informacji istotnych. To jest nieprawda, te informacje dochodzą do nas wszystkich z zewnątrz, a tak zwane środowiska, próbują je przechwytywać z powietrza i redystrybuuować, robiąc przy tym mądre miny. W przypadku udawania Sienkiewicza chodzi zaś wręcz o informacje pochodzące od czytelnika, które są przez tych ludzi interpretowane źle i opacznie. Nikt dziś już nie chce prozy a la Henryk Sienkiewicz, sprawy znacznie przyspieszyły i co innego jest czytelnikowi potrzebne. Największy problem polega na tym, że dokładnie nie wiadomo co. Po to, by to odkrywać potrzebni są autorzy z prawdziwego zdarzenia. W Polsce natomiast pokutuje wiara, wzięta wprost z amerykańskich uniwersytetów, że literatura to segmenty opisywalne za pomocą algorytmów. To brednie. Popatrzcie na filmy, które się teraz produkuje. Po obejrzeniu dwóch, możecie w ciemno zgadywać o czym będzie trzeci. To jest sklejane z przypadkowo wyciąganych z wora kawałków taśmy. Nie ma obaw, że coś się nie uda, bo kawałki są zestandaryzowane. Wkrótce jednak przemysł filmowy może przeżyć gorzki zawód, bo nikt nie będzie chciał tego oglądać, a ludzie zamiast kina wybiorą spacer i żadne 3 D nie pomoże. To samo jest z literaturą historyczną. Młody Łysiak niedawno gadał z jakimś staruszkiem o Sienkiewiczu. Teraz sobie przypomnieli, że był Sienkiewicz i postanowili na tym parę punktów złapać. Za późno niestety. Kolega onyx przysłał mi ostatnio fragment recenzji dotyczącej prozy tego młodego Łysiaka i ja przyznam się zbaraniałem. Oto ten fragment:

„To już ostatnie spotkanie z drużyną ratującą Polskę przed nawałnicą tatarską. Rozdzieleni w tomie pierwszym Szalbierz Jeruzalem i mały Ignaś w tym tomie się spotykają. Tyle mogę zdradzić. Reszty nie powiem, ponieważ uważam, że warto samodzielnie przeczytać ten trzytomowy cykl. Że księgi grubaśne? Bez przesady, czytywałam grubsze. A to się pochłania, a nie czyta.
Każdy z bohaterów ma swój charakter, specyficzny styl w mówieniu i autor konsekwentnie się tego trzyma, np. pustelnik Dobrosław ma taką manierę, że powtarza ostatnie frazy każdego zdania, rycerz Drogiełło mówi długimi, skomplikowanymi zdaniami, karzeł Karlito zanim przejdzie do sedna, ma takie długie i zawikłane wstępy, że aż rycerz musi go zawsze trzepnąć w ucho, bo nigdy nie przestałby paplać.
Te zalety powieści to nie wszystko – jest jeszcze obrazowe przedstawianie trzynastowiecznej Polski, jest pokazywanie sposobu myślenia ówczesnych ludzi, przecudnie odmalowane leczenie, jedzenie, higiena (a raczej jej brak) i co tam… ”

Pustelnik powtarza ostatnie frazy każdego zdania, zupełnie jak Rozalka scheisse, scheisse z niedawnego wpisu na blogu Kobiety Kuli, albo jak Johnny Dwa Razy z filmu „Chłopcy z ferajny”, który wszystko mówił dwa razy. Na przykład tak: idę do kibla, idę do kibla, po czym rzeczywiście wychodził do kibla.
Rycerz Drogiełło i karzeł Karlito są zdaje się skonstruowani na zasadzie przeciwieństw jeden bredzi na początku kwestii, a drugi na końcu. Wypada zapytać jak przy tej manierze autor odróżnia jednego od drugiego i początek od końca? Ja nie wiem, ale jako sposób na wydłużenie książki pomysł ten podoba mi się średnio. Dlaczego Łysiak to robi? Bo ktoś mu powiedział, że tak się właśnie tworzy literaturę gatunkową, poprzez konstrukcje bohaterów, którzy muszą się wyraźnie różnić między sobą. Ja myślę, że takich idiotyzmów uczą po prostu na milicyjnych kursach pisania w Szczytnie, gdzie oni wszyscy uczęszczali, ten Łysiak, Bonda i Miłoszewski. Może nawet byli w jednej grupie.
Całe szczęście koleżanka Toyaha z osiedlowego sklepu zaczęła już pisać drugą część trylogii o przygodach dziewczyny co miała matkę wampira. Tam przynajmniej będzie trochę prawdy o człowieku, a jak wszyscy pamiętamy w literaturze, prawdziwej literaturze, najważniejszy jest człowiek. O tym zaś Łysiak i cała reszta dawno zapomnieli. Biedronka i jej ludzie przywrócą sprawom właściwy wymiar.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy i do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie. Przypominam też, że 9 kwietnia o 18.00 odbędzie się w Gdańsku, w bibliotece mieszczącej się w budynku Manhattan mój wieczór autorski.

  20 komentarzy do “Czy młody Łysiak będzie drugim Sienkiewiczem?”

  1. Biedronka łamie monopol skuteczniej niż Coryllus 😉

  2. O wiele skuteczniej. A tutaj nagranie z wieczoru autorskiego w Dęblinie

    https://www.youtube.com/watch?v=N9e7xCyDoFQ

  3. Po kolei:

    1. Biedronka. Kondycja Biedronki jeśli chodzi o finanse jest następujaca: ciągle sa na plusie. Gdyby pozostali w starych sklepach byli by na stratach. Zysk ciągle jeszcze wykazywany to zysk wygenerowany przez nowo otwierane sklepy. Efekt saławy taniego sklepu w ubożejącym społeczeństwie. Potem już ludzie wracają do standardowej puli zakupów i to NIE przynosi zysku. To jest analiza finansów Biedronki za ostatnie 3 lata. Widzę, że w nowootwartym, luksusowym budynku biurowo – mieszkalnym na parterze jest bank, przedszkole prywatne i Biedronka. Momo że na przeciwko jest wolnostojący Lidl.

    2. Mam zaabonowane informacje o nowościach w najpoważniejszych do tej pory wydawnictwach. Średnio raz w tygodniu, czasem częściej, przychodzą wszelkie możliwe promocje typu 150 ksiązek po 9,99. Kubek gratis. Wysyłka przy przekroczeniu pewnej puli kwotowej zakupu gratis. Czyli opróżnianie magazynu + zamykanie sklepów i przejście na sprzedarz internetową.

  4. Tak mi się jakoś skojarzyło z pewnym tytułem że ci wyselekcjonowani donacjami „pisarze” to tkwili w takiej „cudownej melinie”. Warunki jakie im tworzono nie były prawdziwe – no nie były, teraz realia rynku mówią : sprawdzam.
    Prestiżowe nagrody z gipsu można wyrzucić do pojemnika z napisem „Suche”.

  5. Czy te wszystkie ksiazki poukladane za plecami sie sprzedaly?

  6. Nie, kilka zostało.

  7. Jeśli sieci typu Biedronka czy Lidl zwęszą, że za książką idą dotacje/budżety do przewalenia, jeśli skumają o co chodzi z nagrodami literackimi dotowanymi z budżetu ministerstwa to rzeczywiście jest pozamiatane. Cała kasa trafi do sieci. Ustanowią swoje nagrody, wystąpią o dotacje do wydawanych przez siebie książek i obgryzą to do kości. Jeronimo Martins nie takie dotacje i budżety przewalił u siebie w Portugalii a Lidl Polska to tak naprawdę Stiftung Lidl tj Fundacja Lidl z Bawarii. No a ci to umieją przewalać pieniądzory. A tu nikt nie mówił jeszcze o największym eurozłodzieju – Tesco.

  8. A czy można wiedzieć czy będzie nagranie ze spotkania z Niespodzianki?

  9. Czyli cel wspomniany na poczatku wykladu zostal osiagniety. Brawo i tak trzymac.

  10. Tesco jest z Anglii.

  11. posrednik wyzywi sie…

    poza tym, mozna przejsc na metode z ‚dollar store’, gdzie wszystko kosztuje symbolicznego dolca lub mniej… w warunkach prl2 bedzie to ‚tylko zlotowka’ lub ‚1zl, tylko tyle I nic wiecej’…

    kiedys karmili konie/bydlo chlebem, bo byl tanszy od paszy…
    teraz, skoro ksiazki sa tansze od ruskiego gazu, bedzie mozna nimi palic w kazdym piecu…

    vive la pologne!

  12. Poza dzisiejszym wątkiem. Podmieniano cara Iwana Groźnego. Czy dziś, w świetle wiedzy o tego typu zmianach na świeczniku władzy, nie ma miejsca przygotowanie do zmiany?:)

    (za niezależna.pl)

  13. Myślę że Biedronka czy inny market będzie bardzo starannie dobierać treść swoich książek a mianowicie tak żeby wzrosła sprzedaż warzyw czy wina takie lokowanie produktu :). W ten sposób zniszczą ludziom mózgi. Krąg czytelników będzie bardzo wąski. W gazetce Klubu Książki Katolickiej – taka wkładka do Gościa Niedzielnego większość nazwisk autorów brzmi anglosasko.

  14. Zyczenia pomyslnych wiatrow i gratulacje z przezwyciezonych burz.
    Sle
    Reytan

  15. Gazety ratują się wchodząc w układy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju rozdającym granty na innowacje: http://www.newsweek.pl/innowacje

  16. „Najważniejszy jest człowiek, najważniejszy jest człowiek” powiedział Shorty odciągając spust Magnum Diabolo 45.

  17. Może nie genialne, ale mało brakuje:

    „Bo ktoś mu powiedział, że tak się właśnie tworzy literaturę gatunkową, poprzez konstrukcje bohaterów, którzy muszą się wyraźnie różnić między sobą. Ja myślę, że takich idiotyzmów uczą po prostu na milicyjnych kursach pisania w Szczytnie, gdzie oni wszyscy uczęszczali, ten Łysiak, Bonda i Miłoszewski. Może nawet byli w jednej grupie.”

    Wniosków nie wyciągam, bo mnie autor za cybernetykę skasuje.
    Muszę jednak przyznać, że dzień bez czytania „Corylusa”, to dzień w części stracony.
    Szkoda tylko, że ludzi rozumiejących rzeczywistość na poziomie autora, szczególnie fundusze i budżety, jest w Polsce tak mało.

  18. Coryllus pisze dobrze, ciekawie zestawia fakty i je łączy. Tyle tylko, że nie można się zamknąć tylko w jednym autorze. Warto rozszerzać więdzę w oparciu o innych autorów i konfrontować fakty sprawdzając czy niema gdzieś dysonansów poznawczych. Dopiero na tle innych można zrozumieć walory poznawcze jego książek i jego punkt widzenia.

  19. ale z każdym dniem ich przybywa … Poważnie
    Już nasza w tym głowa

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.