Maj 112019
 

Jak każdy, lub prawie każdy wie, w prawdziwej rzeźni, takiej przemysłowej nic się nie marnuje, a ze świń zostaje tylko kwik. Wykorzystywane jest wszystko co świnia ma przyrodzonego, do raciczek włącznie, a ów kwik jest jedyną niepotrzebną rzeczą, która może, niespożytkowana, ulecieć w powietrze. Wielu z nas, mając w pamięci lekturę Orwella „Folwark zwierzęcy” zastanawiało się jako to jest z tymi świniami, czy one, siedząc w chlewie i zajadając te parzone kartofle i inne frykasy, zastanawiają się nad tym jaki będzie ich los? To ciekawa kwestia, albowiem znane mi przykłady uczą, że świnia jest stworzeniem inteligentnym, łatwo się do człowieka przywiązującym, ulega wręcz jego czarowi i jest do tego ciekawa świata. Świnię łatwo nauczyć różnych sztuczek, jak się jej nada imię – na przykład Zocha – to ona reaguje na to imię i potrafi biec do właściciela z drugiego końca zagrody, po to tylko, by się z nim przywitać i posmerać go ryjkiem. Kłopot jednak ze świniami jest taki, że one łatwo porastają tłuszczem i mięsem, a przez to niestety ich przyjaźń z człowiekiem jest naznaczona tragizmem. Zocha musi gwałtownie i niespodziewanie zakończyć swoje życie uderzona siekierą w łeb, a potem rozkrawa się ją na pół i wyciąga ze środka wszystko co tam przez parę miesięcy urosło, od momentu kiedy była różowym prosiaczkiem. Taki jest ten świat i inny być nie chce. Ludzie jedzą świnie, a świnie przed zjedzeniem są jeszcze przez nich wykorzystywane emocjonalnie, bo któryż gospodarz nie chce się pochwalić przed sąsiadem, jak pięknie ułożył swoją, przeznaczoną przecież na rzeź, świnkę. Niełatwe są relacje pomiędzy świnią a człowiekiem i myślę, że czekają one na artystę, który wyciągnie z nich tragizm taki, o jakim się jeszcze Mai Ostaszewskiej nie śniło. Dlaczego mi się to wszystko kojarzy z rynkiem książki? Spróbuję to wyjaśnić, choć nie wiem czy będę przekonujący. Przecież tuczeni przez wydawców pisarze, nie są przeznaczeni na rzeź? No, teoretycznie nie, ale na rynek książki nie można patrzeć z perspektywy człowieka, tak jak na rynek mięsny, na rynek książki trzeba, niestety, patrzeć z perspektywy prosiaka zamkniętego w chlewie. Wtedy – co niestety okazuje się nagle – podobieństwa tego rynku do świniobicia są wręcz uderzające. Oto zamknięty obszar pełen aspirujących, inteligentnych młodych ludzi, którym wydaje się, że czeka ich wielka przyszłość, a nawet jeśli nie wielka to taka zwyczajna, do ogarnięcia i przeżycia. W każdym razie dostatnia. Codziennie w korytku pojawiają się parzone ziemniaki, nie trzeba za dużo biegać, a jednym zajęciem jest wydawanie zróżnicowanych tonalnie kwików, co wywołuje szczere uśmiechy na twarzach ludzi kręcących się wokół zagrody i chlewika. Te kwiki, to dyskusje na poważne tematy za zakresu psychologii społecznej, historii, filozofii oraz kulturoznawstwa. Ludzie, którzy zarządzają chlewem nie rozumieją ni cholery z tych dźwięków, ale to im nie przeszkadza kiwać ze zrozumieniem głowami i uśmiechać się od ucha do ucha. Świnki widząc to także kiwają głowami (każdy to widział, nie wierzę, że nie) z zadowoleniem, bo jasne jest dla nich, że oto nastąpiło tak oczekiwane porozumienie pomiędzy stworzeniami bliskimi sobie inteligencją, choć przecież różnymi. Otóż żadne porozumienie nie nastąpiło, albowiem ludzi hodujących świnie nie interesują treści przez świnie produkowane, są one bowiem dla nich nie zrozumiałe. I tak dochodzimy do pierwszego kluczowego wniosku – hierarchia tworzona przez świnie, której podstawą jest maksymalnie zróżnicowany tonalnie kwik, obrazujący poglądy jednego czy drugiego prosiaka na politykę, historię, filozofię i religię, nie ma znaczenia dla ludzi. Oni tego nie słyszą. Hierarchia, którą narzucają świniom jest inna – najważniejsza jest ta świnia, która najszybciej porasta tłuszczem i mięsem i to ona zostaje wskazana jako lider. W stadzie rodzi się konsternacja – jak to – pytają świnie, to nie Karol, który tak cienko kwiczy jest dla człowieka najważniejszy, ale Stefan, ten cuchnący, charczący wieprz, który nawet kwiknąć nie umie? Tak właśnie. Karol oddala się w kąt chlewu ze swoimi akolitami, a Stefan, w poczuciu całkowitego sukcesu, którzy rzecz jasna, przypisuje sobie, tarza się ostentacyjnie w słomie i odchodach na samym środku chlewu. Dla innych świń, tych rozumiejących wszystkie subtelności życia w chlewie, widok ten jest nie do wytrzymania. Co wrażliwsze płaczą, a niektóre młode knury zgrzytają zębami. Niestety ani Karol, ani Stefan nie są w stanie pojąć jaki będzie ich koniec, albowiem nie rozumieją istniejących poza chlewem zależności. Im się zdaje, że chodzi o to, żeby wreszcie człowiek zdecydował za nich o tym, jakimi zasadami ma się rządzić stado, a także w jakiej tradycji ma być rozwijana kultura życia świńskiego. Człowiek zaś patrzy uważnie na wszystkie sztuki i szacuje ile dostanie za każdą z nich w skupie, a także wybiera sobie tego prosiaka, którego zarżnie na wesele córki. W trakcie tych czynności głaszcze wszystkie swoje świnki po ryjkach, nie pomijając nikogo, również obrażonego Karola.

Zmieńmy teraz nieco optykę i skupmy się na metodzie pracy rzeźni, która wykorzystuje wszystko, co tylko da się ze świni wykorzystać. I tak na pierwszy ogień idzie Stefan, który jest najgrubszy, największy i ma na sobie najwięcej mięsa oraz tłuszczu. On nie dorównuje intelektem Karolowi i jego grupie, ale za to wszystkie najtępsze prosiaki w całej chlewni znają go i podziwiają. Mówią o nim – wielki Stefan. Stefan jako masa ma największe znaczenie. On rzecz jasna nie rozumie swojej funkcji i idąc wprost pod siekierę sądzi, że prowadzą go do programu „Taniec z gwiazdami”. Kiedy walą go w łeb i podwieszają półprzytomnego pod sufitem, coś mu tam w tej pustej łepetynie zaczyna świtać, ale jest już za późno. Przychodzi pan Jurek z nożem ostrym jak brzytwa i kończy stefanowy żywot jednym pchnięciem w podgardle. Inne świnie patrzą na to z przerażeniem, ale nic nie mogą zrobić ani nic powiedzieć, albowiem z chwilą zdemaskowania mechanizmu rzeźni, cały ich świat runie, one zaś zostaną zmuszone do tego, czego ani nie potrafią, ani nie chcą – do podjęcia decyzji, która jest wszak aktem twórczym. A nie po to jest się pisarzem, to jest chciałem rzec prosiakiem ( i to na „p” i to na „p”, łatwo się pomylić), żeby odwalać jakieś, prawda akty twórcze i decyzje podejmować. Prosiakiem jest się po to, by kwiczeć w różnych, zaskakujących nie raz rejestrach i wabić do siebie przyszłe maciorki, a także zaskakiwać tymi dźwiękami człowieka, nad wyraz podczas takich popisów zadowolonego. Kiedy do rzeźni prowadzą Karola jest on o wiele bardziej spięty i podejrzliwy, ale losu swojego nie uniknie, albowiem sensem owego losu jest rywalizacja ze Stefanem i wytłumaczenie wreszcie wszystkim stworzeniom, że tylko najbardziej wysublimowane dźwięki wydobywające się z ryjka dają właściwy i jedynie słuszny obraz życia w świńskiej rzeczywistości. I nic więcej się nie liczy. I kiedy tak zbliża się ten Karol do drzwi rzeźni, w których stoi uśmiechnięty pan Jurek z nożem, a za nim pan Jacek z siekierą, ale wycofany nieco, żeby Karola za wcześnie nie spłoszyć, pojawia się minister Gliński i woła – hej, hej, a może założymy Instytut Literatury? Panowie Jurek i Jacek są nieco skonsternowani – no jak to – mówią – przecież mamy masówkę do odrobienia, kosze w Biedronce trzeba wypełnić, mamy filo i antysemicką propagandę do zafakturowania i inne ciekawe obszary rzeźniczej aktywności, a do tego jeszcze tych tu intelektualistów trzeba gdzieś upchnąć, sami nie wiemy gdzie – do Netto chyba, bo takie chude są, a pan minister tu z jakimś Instytutem wyskakuje?! – Izi – mówi minister – będzie git. Chodzi o to, żeby nowych prosiaków w znacznej ilości do chlewa zassać. I żeby same przyszły, bezkosztowo znaczy. – Jak to bezkosztowo – pyta zdziwiony Jurek wycierając nóż o cholewkę gumowca. – A tak to – uśmiecha się minister – żeby nie trzeba było na targ jeździć i po jednemu wybierać, w zęby patrzeć, na ramieniu ważyć i sprawdzać czy jeden z drugim nie ma choroby psychicznej. Zassie się od razu większą ilość, że niby instytut i same przyjdą. Pan Jacek drapie się po łysiejącej czaszce – ale myślisz minister, że serio przyjdą? – No masz – minister mruży oczy – przyjdą? Przylecą jak na skrzydłach….- A jak nie będą zdrowe, tylko całkiem popaprane i zamiast kwiczeć miauczeć zaczną – mnoży wątpliwości pan Jurek. – To się ich już za maleńkości przerobi na kocie konserwy – mówi z wielką powagą minister, a Jurek z Jackiem aż się po udach ze śmiechu biją słysząc taki wysublimowany intelektualnie żart. – Niezłe – wołają – na kocie konserwy….Zaraz – niepokoi się Jurek – a kto będzie kierownikiem chlewu, to jest nie chlewu, ale tego coś minister powiedział…tego no…- Instytutu – wchodzi mu w słowo Jacek. – Właśnie – Jurek kiwa głową. W tym momencie wszyscy trzej jak na komendę odwracają głowy w kierunku stojącego już przy wejściu do rzeźni Karola, który rozgląda się bezradnie dookoła i zastanawia nad tym, czy rzeczywiście miał rację spierając się ze Stefanem o to, jaki rodzaj kwiku jest najważniejszy i czy można wokół różnic tonalnych w tymże, budować cały porządek w chlewie.

Uśmiechnie się uważny czytelnik, poklepie po udzie z zadowoleniem, jak ten rzeźnik – pan Jurek – ale przekornie zapyta – a co z dzikimi świniami mądralo? Jak to co – nie mówiła Wam Maja Ostaszewska? Mnożą się, kwiczą, wychodzą coraz śmielej na ulicę, a jeden podobno knur, to nawet konstytucję czytał. No i wszystkie jak jedna ryją w ziemi w poszukiwaniu kartofli z zeszłego roku, pędów rdestu, pędraków i innych pyszności. I żadna nawet nie patrzy w stronę chlewa.

Na dziś to tyle. Wyjeżdżam na cały dzień i jutro też mnie nie będzie. Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  19 komentarzy do “Czym rynek książki różni się od świniobicia?”

  1. Jestem czytaczem kompulsywnym, podobnie jak kompulsywni konsumenci jedzą to co się przed nimi położy, ja czytam co mi się podsunie. Podsunięto mi „Medicusa”. Ciężkie tomisko napisane pod scenariusz. Pozbawiona opisów, wątków pobocznych, elementów edukacji, oraz oczywiście przesłania, historia londyńskiej sieroty, która po latach terminowania u balwierza postanawia zostać uczniem Avicenny i udaje się w podróż ucząc się perskiego, by w przebraniu Żyda pobierać nauki. Jego podróż przez średniowieczną Europę pozbawiona jest właściwie wszystkiego. Jak smurfy. Idą idą i pytają czy jeszcze daleko. Zero jakiegokolwiek tła. Jedyne co autor potrafi to wpleść co parę minut scenę seksu, czy uwodzenia.  Równie dobrze mogłaby to być kreskówka dziejąca się na Marsie. I tak przeleciało pół tomiska czegoś co z całą pewnością nie jest z definicji powieścią, tylko czymś pomiędzy opowiadaniem a nowelą. Na kilkaset stron…
    Wczoraj przeglądając kompulsywnie zawartość NETFLIXA natrafiłem na film na podstawie tego czegoś. Pierwsze dziesięć minut oglądania pozwala stwierdzić, że dobrze nakręcone i nawet obsada znana. Film uzupełnia tło, a co najfajniejsze przeleciał 1/3 książki w 5 minut.
    Nazwanie książki bestselerem jest dla mnie teraz ostrzeżeniem

  2. Czy podmiot liryczny jest już w ODR?

  3. generalnie to przez cały tekst czekałem z nadzieją na przekaz o dzikich świniach i się doczekałem … ale ten dzisiejszy felieton taki coś mało koszerny …

  4. Dobre porównanie. Uzmysławia proces i cele procesu.

    No właśnie ta świńska inteligencja, nie zdaje sobie sprawy z procesu urabiania ( w tym czasie ma miejsce nabieranie masy) oraz celu tego urabiania (masa mięsna). A sekundę trwający kwik znika z pamięci „otoczenia”.

    Napisałam „otoczenia” a gdyby w to miejsce wstawić „publiczności” to okazuje się, że bardzo dużo branż utożsamiało by się z opisanym powyżej „Współczesnym folwarkiem zwierzęcym”.

  5. Zaprawdę powiadam Ci, Coryllusie,jesteś wielki 🙂 Cudowna analogia,taka zrozumiała nawet dla mnie 😉

  6. nowo zassane prosiaki dziś w nocy rozlepiły po stolicy plakaty z tęczową Matką Boską.

  7. He, he, he…

    Locha Kacha i młody kiernoz Remik.

    Niezłe!

  8. Ta wymyślona przez Coryllusa analogia jest niezwykle inspirująca, można ją zastosować nie tylko do rynku książki. Rozglądam się wkoło, do czego nie pasuje, ale jak na razie nie mogę niczego takiego znaleźć. Oczywiście dostrzegam pewne różnice, najprawdopodobniej zależne od systemu politycznego. W jednych systemach na początek idą pod nóż najtłustsze świnie, w innych najchudsze. W jeszcze innych na początku kolejki są te dziko żyjące, bez względu na grubość słoniny.

  9. Ta ateńska świątynia to nie jest żart ale prawdziwy drewniany chlew The Pigsty wybudowany dla dwóch świń na przełomie XIX i XX wieku w pobliżu Zatoki Robin Hooda w North Yorkshire. Obecnie jest przytulnym domkiem wakacyjnym dla dwóch osób za cenę £281 za cztery noclegi.

  10. no to pomyśl o ludziach branży dziennikarskiej, teatralnej, filmowej, spójrz na nich, jak na powyżej opisaną  nierogaciznę, zastanów się nad napełnianiem ich koryta, wyobraź sobie jak oni w podzięce za to koryto, muszą tworzyć przyrost swojej masy mięsnej, są nią ich dokonania, czyli propagandy, filmy i spektakle,  no ale nic nie trwa wiecznie, bo przychodzi nowe,   nowe świniaki, zostaną zassane  do tego łańcucha nierogacizny, a dla starej kadry obuch i  kwik i cisza …….  ich twórczość wyrzucona zostaje na paletę w dyskancie, lub na cda za darmo i nikt nie ogląda, lub u bukinisty po 5 zł.

  11. Widziałem kiedyś film dokumentalny o świnkach. Badano emocje świnek przy korycie. Świnka odsunięta przez silniejszych kumpli, oscylująca gdzieś w rogu koryta z trudnym dostępem do karmy, wykazuje po zbadaniu niezwykle negatywne emocje. Bijące w nerwach serducho, paskudny stres. Tak więc korytkiem można wabić i stymulować emocje w stadzie, wspaniałe, naturalne narzędzie sprawowania władzy i kontroli.

    Kiedyś latami zastanawiałem się, jak mogli się tak sk…rwić po wojnie inteligentni, kulturalni ludzie. Dla przydziałowego mieszkania czy dobrej fuchy mogli zatańczyć i zaśpiewać wszystko. Wybitność nie szła tu w żadnej korelacji z godnością i dumą. W sumie dopiero od niedawna mechanizm wydaje mi się taki prosty. Wystarczy podsypać ziarna, a ptactwo biegnie na złamanie karku z kogutami na czele …

  12. Prawda…

    … mechanizm jest zawsze prosty… ale przydaloby sie zeby  akurat w przypadku tego „modus operandi”  PRZEDE  WSZYSTKIM  kontrolowac  „posypanie ziarek”… gdyz  ciagle te „ziarka” posypywane sa z  BUDZETOWEJ,  PANSTWOWEJ  kasy… czyli  NASZYCH  pieniedzy  !!!

    Wystarczy przeprowadzic  REFERENDUM  za  zdecydowanym  obnizeniem tych apanazy i zmniejszeniem liczebnosci biurwokracji panstwowej… w zdecydowanej wiekszosci  NIEADEKWATNYCH  do jakosci swiadczonych uslug przez tych GLABOW na panstwowych posadach… bez kompetencji i bez zadnej odpowiedzialnosci  !!!

    A tak – dzis mamy najwieksza PATOLOGIE…  sluzba zdrowia leczy – bo musi  !!!…  nauczyciele – robia  LASKE, ze ucza…  tzw. politycy – rowniez  rzadzo –  bo nie majo wyjscia  !!!

  13. Kapitalny wpis, Panie Gabrielu…

    …  i nie dotyczy on tylko swinek w polskim chlewiku… to samo dzieje sie we francuskim… wlasnie obejrzalam w telewizorze reportaz o „folwarku swinek francuskich” z udzialem Juppe,  Fillon’a i Macron’a…

    … cos niebywalego co to za banda i co za brudy o nich – wlasnie teraz – sa wyciagane  !!!

  14. Homerowska Circe (czyli Kirke) użyła magicznych ziół do zamienienia towarzyszy Odyseusza/Ulissesa w świnie, a z Odyseuszem chciała się przespać, by pozbawić go męskości, ale on dostał inne magiczne zioło, dzięki któremu przez rok mógł się nią cieszyć, bez wyrzutów sumienia wobec Penelopy. Pominąłem ilustracje z początku XX wieku, gdy zamiana w świnie była symbolicznie wiązana z mamoną, a także ilustrację Georga Grosza z 1927, gdzie bogata świnia całuje celebrytkę (żeby nie użyć  wulgaryzmu).

    Toynbee byłby Coryllusem swoich czasów, gdyby wówczas istniały blogi, a on nauczył się zwięzłości. Niestety swą erudycję rozciągnął na dwanaście tomów, a o Republice Świń napisał w tomie IX na stronie 604 (wydanie 1954). Już na początku tego rozdziału pisze o upadku cywilizacji zachodniej związanym z tym, że zamiast Natury zarządzanie Wolnym Czasem przejął Przemysł (wraz ze związkami zawodowymi i sprawiedliwością społeczną). A po usunięciu wojen i konfliktu klas oraz rozwiązaniu problemu przeludnienia nastąpią wieki Republiki Świń. Niestety nie rokuje to dobrze Sztuce, bo tylko mikroskopijna część ludzkiej mniejszości z wolnym czasem ma zdolności twórcze.

    Z jego inspiracji użyłem cytatów z szekspirowskiego Makbeta.  W niektórych tłumaczeniach czarownica nie dusi nierogacizny, ale po prostu zabija świnie, rżnie wieprze albo rzuca na świnie zarazę.

  15. Drobna, aczkolwiek może nawet nieco inspirująca uwaga: kwik nie jest jedynym elementem świni, którego nie sposób przerobić na jakiś towar. Drugim takim składnikiem, w dodatku występującym w kłopotliwie poważnych ilościach, jest gnojowica. O ile przy chowie ściółkowym, w ramach niewielkiego i samowystarczalnego gospodarstwa była nieodzownym składnikiem nawozu naturalnego, zwanego gnojem, to już w przypadku instytutu… to jest, chciałem powiedzieć, masowej hodowli przemysłowej (i w wielkich ubojniach), gnojowica staje się nader kłopotliwym i kosztownym w utylizacji odpadem. Sam zobacz, jaki tkwi w tym elegancki potencjał metaforyczny 😉

  16. Nie wiem jak jest teraz, ale widziałem kiedyś instalacje rozprowadzające gnojówkę bezpośrednio na przylegające pola. I to chyba działało wiele lat.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.