Cze 132018
 

Taki w zasadzie tytuł powinienem nadać jutrzejszemu spotkaniu u ojców karmelitów we Wrocławiu. Nie mogę tego jednak zrobić dlatego umieszczam ten tytuł tutaj. Otóż on się różni tym od Irokeza, że ten ostatni zrywał księżom paznokcie zębami.

Pośród licznych moich zajęć, znalazły się ostatnio także przygotowania do napisania II tomu książki amerykańskiej. Powolutku zbliżamy się do tego momentu, kiedy zacznę pisać tę książkę, ale coś niecoś na ten temat chcę opowiedzieć już jutro. Mam oczywiście na myśli misje hurońskie, które zostały całkowicie zniszczone w latach – co za bieg okoliczności – 1648-1649. Misje, które nie miały nawet cienia szansy na to, by stać się tym czym stały się misje jezuickie w Paragwaju czy misje franciszkańskie w Peru. Powodów było kilka, najważniejszy z nich jednak to ten, że w Ameryce Południowej jezuici nigdy nie stali się w takim stopniu zakładnikami polityki, jak to miało miejsce w Kanadzie. Ojcowie z Paragwaju nie prowadzili ani jawnych, ani tajnych negocjacji politycznych z plemionami w imieniu cesarza, tak jak się to zdarzało jezuitom nad Wielkimi Jeziorami, także tym, którym wcześniej Irokezi powyrywali zębami paznokcie. Braki kadrowe bowiem to była główna bolączka misji i polityki francuskiej w Kanadzie. Nie było komu prowadzić tych działań, a każde powołanie było z miejsca właściwie naznaczone męczeństwem i tragedią. Dotyczyło to także sióstr urszulanek i szpitalniczek rezydujących w Quebec’u. Nie było tam co prawda zbyt wielu groźnych Indian wokoło, ale surowy klimat i choroby załatwiały sprawę. Ojcowie wybierający się z misją do osiedli hurońskich składali wcześniej przysięgę, że nie cofną się w obliczu najgorszych nawet cierpień. Dziś wszyscy, którzy w latach czterdziestych XVII wieku prowadzili misje w krainie Huronów są świętymi Kościoła Powszechnego.

Tragedia, która dotknęła Huronów w latach – co za zbieg okoliczności – w latach 1648-1649 poprzedzona została misją ojca Izaaka Joguesa, który działał wśród Huronów kilka lat wcześniej. Dostał się do niewoli irokeskiej, w której stracił końce wszystkich palców, a także kilka innych jeszcze fragmentów ciała, ale zostawił listy, pisane do innych ojców, a także do gubernatora. Z listów tych możemy wnioskować o sytuacji i planach misjonarzy, a także polityków francuskich broniących Kanady przed protestantami. W tych kategoriach bowiem trzeba rzecz rozpatrywać. Brutalna i podstępna polityka Francuzów zetknęła się w Kanadzie z nie mniej brutalną i podstępną polityką Holendrów. To oni szczuli Irokezów na osiedla chrześcijańskich Indian leżące nad Wielkimi Jeziorami, a następnie zarazili ich ospą, która zdziesiątkowała populację, ale ułatwiła ojcom jezuitom zadanie. Indianie obawiając się śmierci od nieznanej choroby, chętniej słuchali tego co mówią misjonarze. Wcześniej bowiem, żadnemu z ojców nie udało się ochrzcić ani jednej osoby w osiedlach hurońskich. Ojciec Brebeuf udzielił sakramentu chrztu jednemu tylko dziecku. Tako rzecze wiki.

Prócz epidemii ospy, która miała zniszczyć Huronów, stanowiących poważną konkurencję dla holenderskiego systemu pozyskiwania futer bobrowych, misje wśród Indian w Kanadzie były możliwe także dlatego, że w początku lat czterdziestych Francja stała się dominującym graczem w polityce kontynentalnej i Holendrzy musieli usiąść do negocjacji. Tak się jednak składa, że szczegółów tych negocjacji nie znamy, wiemy, że pokój z Irokezami przygotowywał właśnie ojciec Izaak Jogues, ten bez palców, cały pocięty nożami. Nie rozumiemy jednak dlaczego ów pokój nastąpił za czasów „brutalnego” gubernatora Nowej Holandii – Willema de Kiefta, który także poinformował Francuzów o śmierci ojca Izaaka Joguesa. Wojna zaś rozgorzała na nowo po przybyciu do Nowego Amsterdamu następcy Kiefta – „pokojowo nastawionego” Petera Stuyvesanta. Tego, który powiedział – nasza władza pochodzi od Boga i kompanii, a nie od kilku poddanych. To za czasów tego właśnie dyrektora generalnego Nowych Niderlandów doszło do ich oddania Anglikom. Było to w roku 1664 długo po zagładzie misji hurońskich.

Tak się składa, że cała historia tych misji i cała historia pogranicza kanadyjsko-amerykańskiego opowiadana jest dziś przez protestantów. Twierdzą więc oni, a można to usłyszeć w tak zwanych filmach dokumentalnych, że to jezuici zarazili Huronów ospą, że to przez nich populacja została zdziesiątkowana przez co łatwiej było Irokezom ją zlikwidować. O tym z czyjego polecenia działali ci ostatni, nikt się nawet nie zająknie. Tak jak nikt się nie zająknie słowem o męczeństwie jezuitów, którzy zginęli w latach – co za bieg okoliczności – 1648-1649. Oczywiście, wszyscy pamiętamy film „Czarna suknia”, opowiadający o wyprawie ojca Joguesa do położonych nad Jeziorem Górnym wiosek hurońskich, ale nic ponad ten film nie ma. Obraz ten jest ponadto przystosowany do wymogów dzisiejszego kina, a więc mamy tam seks i przemoc. W okolicznościach jakże malowniczych, ale nieco ujmujących owym wątkom autentyczności. Nie będę wchodził w szczegóły.

W narracji dotyczącej wydarzeń połowy XVII wieku w Kandzie, katolikom przypisuje się rolę czarnych charakterów, jeśli nie działających celowo, to na pewno ogłupiałych od nadmiaru emocji, jakie wywołuje ich dziwna religia, którą starali się narzucić Indianom. Protestanci zaś to ci, którzy starali się ucywilizować dzikich naprawdę. Co to znaczy? Jak to co? Chcieli im załatwić pracę w dobrej firmie, takiej jak Kompania Zachodnioindyjska na przykład, albo jakiejś innej. Chcieli także by dzicy pozostali przy swoich wierzeniach, albowiem to wyraźnie odróżniało ich od białych i nie stwarzało niebezpiecznych pokus, wśród których wyniesienie Indian do poziomu Europejczyków było sprawą najpoważniejszą. Nie można było do tego dopuścić.

Można zapytać – dlaczego wobec tego dziś już można i dziś wszyscy jesteśmy równi wobec siebie nawzajem. To jest rzecz do dyskusji, a jeśli obejrzycie sobie film o współczesnych Huronach zauważycie, że nie ma wśród nich żadnego autentycznego Indianina. To są biali ludzie udający Huronów. Mamy więc do czynienia z jakimś etnologicznym, protestanckim eksperymentem, którego istoty ani szczegółów nie znamy. Eksperymentem, który rozpoczął się jeszcze w XIX wieku, w czasie wielkich przesiedleń Indian i trwa w zasadzie do dziś. Na czym polega? Na budowaniu bardzo subtelnie skonstruowanych barier i nierówności, na kreowaniu wybraństwa, według zasad uwodzicielskich, ale nie do końca rozpoznanych. Mamy z tym do czynienia także w Europie, ale to jest temat na inną okazję.

Na dziś to tyle. Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  7 komentarzy do “Czym żydowski ubek różni się od Irokeza?”

  1. Panie Gabrielu, proszę nie zapomnieć zabrać do Wrocławia ,,Dekret kasacyjny ,, w cenie promocyjnej. Dziękuję.

  2. Piękno Kanady można obejrzeć też w filmie „Ostatni traper”, ale tak sobie pomyślałam, czy może się zdarzyć tak,  że ta mniejszość ukraińska zamieszkująca Kanadę, co jest taka wyczulona na zło społeczne i na nacjonalizm, może przekonać Indian prostymi, demagogicznymi  słowy że „treba  rezat”  najeźdźców tej ziemi. Ale by się działo.  Bo u tych najeźdźców (cytując prawdę ukraińską cytowaną w książce Z.Kossak – Szczuckiej)  to ściany srebrne a talerze złote. Ale by się działo.

  3. piękne załączniki, wydają się pełne atencji dla misji nawracania,

  4. Grupa Lord Huron – taka ilustracja muzyczna https://www.youtube.com/watch?v=xFcxnQ0nsts

  5. Czym się różnią? No chyba jest postęp, Irokezi zębami wyrywali paznokcie , a ubecja miała do tego rodzaju operacji jakieś odpowiednie metalowe narzędzia. No taki postęp techniczny.

  6. Ubek od Irokeza nie różni się

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.