lut 202022
 

Wczoraj omówiliśmy sobie jakimi kodami kulturowymi próbują w Polsce posługiwać się organizacje zdecydowanie wrogie, dziś zaś chciałbym zwrócić uwagę na te, które służą do budowania „porozumień” prze organizacje inne.

Oto przedwczoraj jeden z kolegów zaprezentował tu popisy młodego artysty nazwiskiem Marcin Patrzałek, a inni dorzucili do tego  informacje o wykształconych w Polsce naukowcach, którzy mają na swoim koncie jakieś wynalazki. Nie umiem opisać jakie, bo sprawy te są całkiem poza mną. Na pewno potrzebne i ułatwiające życie, a także pozwalające uzyskać różne przewagi. Chciałbym się jednak skupić na Marcinie Patrzałku, gitarzyście, który w swojej specjalizacji jest mistrzem prawdziwym i koncertuje na całym świecie, tylko nie w Polsce. Można rzecz skwitować standardowym bajdurzeniem, ale lepiej tego nie czynić. Sprawy bowiem wyglądają bardzo poważnie. Jeśli bowiem Patrzałek występuje przed najbardziej wyrafinowaną publicznością, a określana przez władze jako cudowna, wspaniała, jedyna w swoim rodzaju, publiczność polska, dostaje Martyniuka i Zapałę, a w dodatku jest to element państwowego programu komunikacji z narodem, to coś tu, pardon, śmierdzi. I nie mówcie mi, że Patrzałek jest za dobry, a prosty człowiek nie rozumie, o co mu chodzi. Patrzałek zagra wszystko, on tylko jest za młody, żeby wypełnić wszystkie deficyty jakie ma nasza władza. Jest za młody, by przekonać tę władzę, że ona jest tak samo dobra jak my. Dlatego my musimy za to płacić, jeżdżąc każdego dnia samochodem, z włączonym radiem, z którego dobiegaj różne wycia, tak zwanych artystów. Ludzie ci służą temu, by podnieść samoocenę Kurskiemu i żeby on nie czuł się źle w kontakcie z nami.

Przekonałem się o tym ostatnio, oglądając jednym okiem telewizję. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi, ale wyciągnęli skądś jakiegoś Rubensa, Portret damy czy coś podobnego. Nie było takiego urzędnika, który by się na tle tego obrazu nie sfotografował. Z Patrzałkiem to by nie przeszło, bo na pierwszy rzut oka nie widać czy to jest wybitny artysta czy dziecko. A cóż to jest za splendor robić sobie zdjęcie z dzieckiem?

Widzimy więc jasno, że kwestie komunikacji, a co za tym idzie lojalności ustawiane są według pewnego klucza. Jakim mianem by go tu określić? O już wiem…to jest klucz kacapski. Tak, trzeba to wyraźnie powiedzieć, albowiem o to dokładnie chodzi. Trzysta lat obecności okupanta rosyjskiego w Polsce, trzysta lat nawyków, kultury urzędniczej, policyjnej, hierarchicznej i koszarowej, nie da się ot tak spłukać w jedno pokolenie. To jest proces, który w dodatku przebiega bardzo powoli. A im kto bardziej jest przekonany, że on akurat nie musi niczego z siebie spłukiwać, albowiem jest takim Europejczykiem, że hej, na tego trzeba uważać szczególnie. Bo to jest właśnie ten bohater Gogola, o którym tu wspomniał Jarecki, ten co pojechał na Sycylię i wrócił podniecony faktem, że każdy wieśniak mówi tam po francusku, a rosyjskiego słowa ani usłyszeć…

Tak więc mamy do czynienia z kacapską techniką budowania kodów kulturowych służących wewnętrznej komunikacji z narodem. Elementem tej techniki są nieustające próby wskazania na ludowy i włościański charakter polskiej kultury i polskiej tradycji. Jest to czynione dokładnie po to, by zapewnić sobie przewagę w ewentualnych sporach i w sprawowaniu władzy. Sprowadzanie bowiem wszystkiego do ludowości, połączonej tajemnymi więzami z przyrodą i przemijającymi porami roku, służy wyłącznie temu, by ograniczać indywidualne aspiracje. Przypomnę, że Janka Muzykanta zatłukł karbowy, jak najbardziej pochodzący z ludu, a nie pan dziedzic czy któryś z jego synów. To jest funkcja bardzo określona, z jasno wytyczonymi kompetencjami. I wszyscy piszący dziś o ludowości autorzy, właśnie w tej roli chcą się osadzić. Chcą być karbowymi, dokładnie tak samo, jak każdy pochodzący z awansu milicjant czy oficer LWP. Tyle tylko, że dziś narzędzia sprawowania władzy się zmieniły. Moim zdaniem są bardziej brutalne i bardziej perfidne. Z milicjantem bowiem zawsze można się było jakoś dogadać, trochę gorzej z wojskowym z awansu. Dziś w ogóle o takich kwestiach nie ma mowy.

Marcin Patrzałek, po to, by robić karierę nie potrzebuje pośredników, ale gitary, nagłośnienia i kawałka sceny. Z publicznością porozumiewa się za pomocą kodów kulturowych pochodzących z tak zwanego szerokiego świata, które w dodatku są interpretowana niezwykle i przez to ekscytują publiczność, a także wskazują innym młodym gitarzystom, jak powinna wyglądać droga ich kariery. Czy tam jest miejsce na jakiegoś karbowego? No właśnie nie ma i tu tkwi problem.

Dlaczego Patrzałek i inni prawdziwi artyści mogą koncertować w Wielkiej Brytanii, a nigdy nie zostanie tam zaproszony ani Martyniuk, ani Zapała, ani zespół Bayer Full? To jest niby oczywiste, ale tylko pozornie. Otóż dlatego, że władza w Wielkiej Brytanii bardzo uważa, żeby nie zhańbić narodu. I nigdy nie pozwala temu narodowi, a mam na myśli wszystkie jego klasy, odczuć że jest pogardzany, albo lekceważony.

U nas tej tradycji nie ma, albowiem jedyną dostępną tradycją komunikacji wewnętrznej jest tradycja kacapska. Manifestuje się ona w eventach zbiorowych i indywidualnych. Próbowałem to ostatnio tłumaczyć koledze Przemkowi, który jest z Poznania i nie rozumie okoliczności towarzyskich warszawskich. Tutaj bowiem kacapskie złogi są najgłębsze i manifestują się one podkreślaniem na każdym kroku wyższości kulturalnej, co czynione jest w sposób quasi-dyskretny. Co by się na przykład stało, gdyby jakiś artysta z Warszawy stanął wobec Marcina Patrzałka, a ten chciał mu powiedzieć dzień dobry, albo podać rękę? To by była dla tego człowieka osobista zniewaga. Jakiekolwiek bowiem próby nawiązania kontaktu, bez odpowiednio spreparowanych kodów kulturowych, to dla tych ludzi znak, że muszą włączyć opcję – pogarda – albowiem ich rozmówca po prostu nie potrafi się komunikować. Mechanizm ten dotyczy także, a może przede wszystkim urzędników. Ci bowiem, nawet w prywatnej rozmowie, potrafią już w drugim zdaniu, przejść do wydawania poleceń. To jest właśnie tradycja kacapska. Oni jednak uważają, że jest inaczej. Dlaczego? W wielkim skrócie można powiedzieć, że powodem jest kulturalna tradycja stolicy z czasów komuny, czyli wszystkie te opozycyjne mity, kręgi wtajemniczonych, cała ta atmosfera, która unosiła się wokół ludzi takich, jak wspomniany tu ostatnio Wilczur Garztecki. To jest jądro kacapskiej tradycji, przebranej w mundur Powstańca. I ono, niestety, ciągle jest twarde.

Co jakiś czas piszą do mnie ludzie, którzy uważają, że ktoś chce wciągnąć Rosje w wojnę na Ukrainie i generalnie wyrażają zaniepokojenie i współczucie dla Rosji, Białorusi i ich władz. To jest, łagodnie rzecz ujmując, szaleństwo. Nigdy nie będziecie wolni, nigdy nie będziecie mogli normalnie realizować swoich moskiewskich fiksacji, to znaczy gadać z nimi, jak równy z równym, bo o to głównie chodzi, jeśli oni będą tuż za naszą granicą.

Kiedyś słyszałem taką anegdotę – Anglik zapytał Hindusa, a było to tuż po wojnie, jak mogliby się na nowo porozumieć w duchu pokoju i przyjaźni. Na co Hindus powiedział coś mniej więcej takiego – musimy kopnąć was w dupę i zobaczyć jak daleko lecicie. Dopiero potem, możemy porozmawiać.

W Polsce cały czas obowiązują kacapskie kody kulturowe, zwyczaje i nawyki, a do mnie piszą tacy co są zatroskani o los Rosji? Popatrzcie na mapę. Nic im się nie stanie. Naprawdę. A jak się trochę odsuną, zrobi się wreszcie miejsce, żeby odetchnąć, postawić jakąś ławkę, może nawet na niej usiąść i porozmawiać. Nie wcześniej. Musicie to zrozumieć – nie wcześniej. Jeśli zrobicie skuchę i mrugniecie za wcześnie, dostaniecie takiego kopa poniżej krzyża, że wam się oranżada z pierwszej komunii odbije. Będzie to bowiem oznaczało, że nie rozumiecie obowiązujących kodów kulturowych.

Jeśli ktoś nie rozumie, co to znaczy wyjaśniam – nagranie Kaczyńskiego po 10 kwietnia 2010 roku, z apelem do tak zwanych zwykłych Rosjan, było wyrazem strachu jaki obleciał kacapskie złogi w Warszawie, które postanowiły namówić prezesa do porozumiewawczego mrugania w kierunku Moskwy. W tym czasie Tusk obejmował się czule z Putinem nad trupem jego brata, prezydenta RP.

Ja po staremu zachęcam do lektury książki, gdzie nie ma śladku kacapskich kodów kulturowych.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/bitwa-o-warszawe-1944-major-zbigniew-sujkowski/

  18 komentarzy do “Do czego służą kody kulturowe II”

  1. Informacja prosto z warszawskich salonów: TVP jest tak znakomita, nie z powodu J. Kurskiego, ale z powodu jego żony. Oferuje programy skierowane do różnych grup społecznych, każdy może sobie wybrać coś dla siebie. Ta jego żona jest mózgiem wszystkiego… Kurski jest be i nic tego nie zmieni.

  2. Ja nic nie mogę wybrać, czemu?

  3. Pewnie dlatego, że się Pan nie nudzi i nie siedzi godzinami oglądając seriale.

  4. Dwa światy:

    1. fronda.pl/a/grozba-rosyjskiej-inwazji-abp-mokrzycki-trwamy-na-modlitwie,173784.html

    2.fronda.pl/a/psalm-z-przeklenstwami-dla-putina-szczegolna-dedykacja-abp-zorii,173864.html

  5. Jestem dziwnie spokojny, że nic mu się nie stanie

  6. raczej nic mu się nie stanie, oglądaliśmy stare fotki  Putina od tych z Kabajewą i późniejsze aż do aktualnych włącznie, na niektórych jest jakby nie podobny do siebie, ale mimo tego zmniejszonego podobieństwa ciągle pilnowane są kody kulturowe fotek, on jest w centrum bezpiecznie otoczony męskim towarzystwem

  7. Głos opinii i głos redakcji albo kody kulturowe:

    Ociepka i Królewska Huta

  8. Za naiwnością zawsze stoi aparat. Celny albo esbecki

  9. Oj, Panie Coryllusie, to taki przeskok mentalny…

  10. Wczoraj byłam z rodziną na bardzo ładnym koncercie w Solurze. Koncert był organizowany przez Ambasadę RP w Barnie. Był on powtórzeniem koncertu, który w roku 1937 dał Jan Ignacy Paderewski. Paderewski zbierał wtedy na nowo otwarte muzeum Tadeusza Kościuszki. Repertuar na wczorajszym koncercie był  dokładnym powtórzeniem koncertu Paderewskiego. Składał się z krótkich i łatwych w odbiorze utworów Bacha, Haydna, Mozarta, Beethovena, Chopina, Schuberta i Liszta. Chopina było najwięcej. Sala koncertowa też była ta sama.  Na koncercie w 1937 roku było aż trzech członków Szwajcarskiej Rady Związkowej, na wczorajszym koncercie tylko jeden. Grał Paweł Mazurkiewicz, profesor na Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Bernie. Mazurkiewicz ma stronę w Wikipedii jedynie w języku niemieckim. Wstęp był wolny. W pierwszych rzędach siedzieli oficjele z Ambasady i przedstawiciele lokalnych władz. Resztę publiczności stanowili Polacy na stałe mieszkających w Szwajcarii, którzy zjechali się tłumnie na tę imprezę. Było też trochę Szwajcarów z Solury. Z Polski przyjechał nawet profesor Jan Żaryn.

    Wiem, że jeden taki koncert to mało, ale to chyba krok w dobrą stronę. Ja osobiście jestem wdzięczna pani Ambasador, że zorganizowała taką imprezę. Zawłaszcza, że właśnie kilka dni temu Szwajcaria zniosła prawie wszystkie szykany kowidowe i można było uczestniczyć w koncercie bez certyfikatów i bez maseczek.

  11. Bingo. Jaśniej chyba nie można opisać tego zjawiska. Uzupełniłbym ten opis jeszcze o związaną z nim postawę, która przejawia się traktowaniem swojego urzędowego stanowiska jako zdobycznego trofeum, a nie miejsce „służby publicznej”. Zdobyłem „stołek” więc należą mi się związane z nim profity, takie kacapskie „prawo naturalne”.

  12. Obawiam się, że to wyjątek potwierdzający regułę

  13. Ja podczas jazdy samochodem słucham silnika, inaczej mi gaśnie przy ruszaniu. Dlatego pewnie do dziś nie wiedziałem że istnieje ktoś o nazwisku Patrzałek kto nawet potrafi grać na gitarze. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało skąd oni biorą te nazwiska… Patrzałek, Polak, Wilk…

  14. Gratulacje. Następna kropka to feminizacja edukacji, imo.

  15. To co gra ten chłopak to nie moje klimaty ale talent ma i technikę gry taką, że ludziskom gały wychodzą 🙂

  16. Pewnie od starych Cyganek .One wymyślają najlepsze nazwiska

  17. Naprawdę nie wie pan skąd się wzięło nazwisko Polak? A Niemiec? Może się Pan domyśla?

  18. Kiedyś ktoś tu napisał (już nie pamiętam czy to był komentarz czy też zdanie z któregoś z Pańskich tekstów) „który Polak ma na nazwisko Polak”, moje pytanie było retoryczne.

    Znalazłem nagrania z grą wspomnianego Pana, w mojej opinii wpisuje się w trend nakreślony lata temu przez takich „amatorskich” gitarzystów jak Andy McKee czy Calum Graham, ładnie gra.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.