Lip 272014
 

Postawiono mi wczoraj zarzut, który to już raz, że szkaluję osoby zasłużone dla polskiej kultury. Rzecz miała miejsce na blogu mistrza pługa, który napisał tekst polemiczny do tekstu Rybickiego o Powstaniu Warszawskim. Poszło o profesora Lorentza, który jak wiemy uratował w czasie wojny i okupacji zbiory muzeum i zabezpieczył je przez Niemcami. Nasilenie tej ratunkowej działalności przypadło oczywiście na wrzesień 1939 oraz na sierpień 1944. Ponieważ jednak, jak przeczytać możemy w linku do którego mnie odesłano http://miastospoleczne.pl/web/person/show/id/12 Stanisław Lorentz nie był w czasie okupacji dyrektorem Muzeum Narodowego, interesuje mnie, co chyba jest naturalne, w jaki sposób on wpływał na sprawy tej placówki. Chyba musiał się jakoś z Niemcami porozumiewać? Chyba mu ufali, skoro w ogóle wpuszczali go do tego muzeum, zamiast wywieźć do Sachsenhausen i tam rozwalić jak innych profesorów, na przykład tych z Krakowa. Ponieważ nie mam czasu na czytanie mądrych opracowań na temat postaw okupacyjnych akademików, chętnie posłucham jak to było. Tym chętniej, że profesor Lorentz był najdłużej chyba urzędującym dyrektorem Muzeum Narodowego do tej pory, a ja dokładnie zapamiętałem dzień jego śmierci. Pan, który nam o tym oznajmił z rana na wykładzie, wygłosił stosowną laudację, po czym dodał, że tyle ile Staś wypił w swoim życiu, to mało komu się zdarza. Wnoszę więc, że życie profesora Lorentza nie było łatwe i musiał on parokrotnie dokonywać w nim różnych dramatycznych wyborów. Próbowałem kiedyś przeczytać książkę Stanisława Lorenza i mogę tu uroczyście stwierdzić, a nawet przysiąc, że jest to rzecz nie do przeczytania. Argument, że to praca naukowa, a nie popularna odrzucam jako idiotyczny. Stanisław Lorentz może i był zasłużony dla polskiej kultury, ale za pisanie brać się nie powinien. Ponieważ jednak w takich wypadkach zawsze podnoszony jest aspekt „naukowości” dzieła, chciałbym się nad nim chwilę zatrzymać. Historia sztuki nigdy nie była nauką, to jest głupstwo jedno z większych, jakie się kiedykolwiek pojawiło na świecie. To jest jeden z memów wszech czasów i wiedzą o tym dokładnie wszyscy, którzy się o tę historię sztuki kiedykolwiek otarli. Historia sztuki to jest orzekanie o kształcie murów miejskich Ciechanowa na podstawie wyglądu i kolorytu herbu tego miasta, jaki się kiedyś znajdował na pudełkach zapałek. To jest szukanie związków przyczynowo skutkowych tam gdzie ich nigdy nie było i wymyślanie piramidalnych teorii na temat problemów istniejących jedynie w głowach kilku panów, a i to jedynie po wódce. Czym wobec tego była i jest historia sztuki? Niemiecką odpowiedzią na wykopaliska archeologiczne Anglików i Francuzów dokonywane jak świat długi i szeroki, propagandą imperialną króla Prus, a potem cesarza. Ucieczką niemieckich akademików przed natręctwami i ekspresją ich brytyjskich kolegów uzbrojonych w rewolwery i bykowce. – Wy kradniecie – powiedzieli w pewnym momencie Niemcy, a my za to opisujemy i badamy. I nie musimy nigdzie jeździć. Przez to nasze jest nie tylko lepsze, ale też tańsze. Na historii sztuki wykłada się język niemiecki, a nie angielski, może teraz coś się zmieniło, ale nie sądzę. Po niemiecku bowiem napisane są najważniejsze brednie na ten temat i trzeba je wszystkie przeczytać, żeby osiągnąć ten stan samozadowolenia i głębokiej pewności siebie tak charakterystyczny dla historyków sztuki. Polska humanistyka zaś jest po prostu przedłużeniem tej niemieckiej. Dlatego właśnie coś, co w Wielkiej Brytanii, napisane zostałoby lekko, dynamicznie i przystępnie, z charakterystycznym dla Brytyjczyków zacięciem propagandowym, u nas podawane jest tak, że po pierwszej stronie człowiek ma ochotę zamknąć tę księgę i rzucić ją jakiemuś psu. I to się nie zmieni nigdy, albowiem środowisko tej maniery bardzo pilnuje. Jak ktoś się wyłamuje nie ma szans na karierę. Cóż to znaczy kariera naukowa w branży humanistów? To jest kariera urzędnicza, gdzie poszczególne stopnie wyznaczane są przez dostęp do coraz większych budżetów na działalność naukową. Awansujący ma możliwość decydowania na co te budżety będą przeznaczone i staje się panem życia i śmierci tych biednych oszukanych miśków, którzy kroczą za nim i marzy im się, że kiedyś też będą zasłużeni dla polskiej kultury. Nie będą, bo nie ma dziś żadnej polskiej kultury. Polska kultura musi się bowiem opierać na polskich pieniądzach, tych zaś od czasów nacjonalizacji i reformy rolnej nie ma. Nie chrzańcie mi więc o zasługach dla kultury, dobrze? Cały omawiana tu branża to propagandyści, którzy będą ustawiać się z wiatrem, byle tylko dało się jakoś przetrwać. Ja się im nie dziwię, bo jak ktoś się przez pięć lat studiów, a potem jeszcze przez kolejne pięć doktoranckich oszukiwał, że jest na właściwym miejscu, to co ma teraz zrobić? Iść na zmywak? Na taksówkę? Żarty. Będzie brnął w to dalej, będzie zachowywał się jak członek lóż najtajniejszych, który posiadł prawdę przedwieczną, byle tylko pozostać we wnętrzu tej piramidy głupstwa.
Powtórzmy więc jeszcze raz: nie może istnieć Muzeum Narodowe bez narodu. Ktoś może mi zarzucić nieścisłość, bo są przecież różne narody i to nasze, łatwo można przerobić na muzeum narodowe, jakiejś innej nacji. Zmian wiele nie trzeba będzie wprowadzać, a wszyscy jego pracownicy zgodnie uznają, że tak jest może nawet lepiej. Nie istnieje żadna wspólnota ponadnarodowa, gdzie gra muzyka sfer i humaniści porozumiewają się ze sobą w języku Goethego dyskutując o malarstwie monumentalnym w grotach Kapadocji. Tam się jedynie załatwia środowiskowe interesy i pilnuje, by narracja dotycząca grupy nie zmieniła się gwałtownie. Historycy sztuki nie znoszą na przykład Łysiaka. Ja się im poniekąd nie dziwię, bo Łysiak jest pretensjonalny, a jego niezależność problematyczna, łagodnie rzecz ujmując. No, ale Łysiak zgromadził wokół siebie rzeszę wyznawców i to jest wartość najważniejsza, bo nie oszukana. Łysiak naprawdę pisze, a oni naprawdę czytają. Fakt iż w książkach Łysiaka nie ma aparatu naukowego ludzie ci mają w nosie. Książki bowiem z przypisami i teoriami oraz dużą ilością cytatów nie interesują ich wcale. Nie taka zresztą jest ich funkcja. W Łysiaku najbardziej irytujące dla historyków, nie tylko sztuki, jest to, że on istnieje. A nie dość, że istnieje to jeszcze pokazuje jakieś nowe chwyty. Jakieś inne sposoby na opowiadanie historii, które teoretycznie nie powinny zaistnieć, bo to psuje urządzenie zwane karierą naukową i odbiera jej autentyczność. Po cóż bowiem uprawiać ten wyścig w workach o pietruszkę, kiedy można inaczej, a ludzie się nie denerwują ale wręcz entuzjazmują? Ja nie czytam Łysiaka i nie lubię jego maniery, ale spieszę uspokoić humanistów. Łysiak niczego w waszej sytuacji nie zmienił, ani nie zmieni. Nic się wydziałom humanistycznym na uniwersytetach nie stanie, dalej będą potrzebne. Łysiak to pchła, w porównaniu z siłami, które decydują co i jak się będzie pisać w polskiej humanistyce.
Teraz mam wrażenie, trwa próba zmodyfikowania narracji państwowo-narodowej i znalezienia dla niej jakiejś alternatywy. Tylko jakiej? Już tylko najwięksi durnie wierzą we wspólne wartości zjednoczonej Europy. Kiedy się od tychże odejmie Kościół i jego tradycję zostanie tylko juma i wojna. No to jak się w takich okolicznościach odnaleźć? Jak żyć? Na razie ćwiczą ten gender, ale to też ma krótkie nogi, sądzę więc, że ci, którzy dziś chodzą na parady równości i po zajęciach ze studentami biegną do lokali gdzie są dark roomy, zostaną niebawem ogłoszeni zasłużonymi dla polskiej kultury. I wszystko będzie jak dawniej, jak w czasach profesora Stanisława Lorentza. My zaś przeżyjemy wielki powrót wartości narodowych i państwowych minus Kościół i chrześcijaństwo, bo te dwa elementy są w chrześcijańskiej Europie w tym momencie zbędne. Ludzie z wydziałów humanistycznych zaś muszą mieć po całym tygodniu łgania w żywe oczy i robienia dzieciom wody z mózgu, jakąś rozrywkę, stąd parady i dark roomy pozostaną na razie. Bo jakaż może być rozrywka w Kościele? Nudy same. Rozpocznie się więc już niedługo odwrót od genderowego szaleństwa i takie przykrawanie tradycji państwowej i narodowej, by dało się do tego skręcić jakieś budżety. Tak to wygląda w dużym uproszczeniu. Na razie jednak póki co nowa minister kultury, która jest historykiem sztuki zasłużonym jak najbardziej dla kultury polskiej, będzie dokładać pieniędzy Klacie i jemu podobnym. Niedługo jednak zaczną dąć inne wiaty, zobaczycie. Nie łudźcie się, że one wypełnią jakież żagle, będą to bowiem wiatry takie bardziej pogrochówkowe niż podobne do tych, które dmą nad morzem.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl

  15 komentarzy do “Duszpaserstwo akademickie czyli bieg w workach”

  1. Nie tylko książki niemieckie naukowe są „intelektualnie niestrawialne”, również literatura. Dlatego przeczytałem tylko dwie powieści niemieckie, „Czarodziejską Górę” Manna i „Grę szklanych paciorków” Hesse’go. Tą pierwszą w młodości, zapewne w wyniku jakiegoś rodzaju snobizmu, drugą dlatego, że zawierać miała treści duchowe. Niestety, żadnych tam nie było, za to jakiś mętlik myślowy.
    Nie wiem, czy jest to kwestia języka powodującego taki sposób myślenia, czy odwrotnie? Nie tylko w nauce.sztuce, ile w życiu w ogóle.

  2. To nie jest właściwe, przywoływanie tego linka. U Wojtka w salonie toczy się na ten temat dyskusja.

  3. To prawda, gra szklanych paciorków to wyjątkowe gówno.

  4. Niemcom, z racji dziejowo przydzielonej im roli, kompletnie brak dystansu do siebie i stąd doskwiera im śmiertelnie poważne traktowanie siebie.
    Ich proza obraca się wokół Eliasa Canettiego i jego Auto da fé, czy Blaszanego bębenka Güntera Grassa, czyli mroczności, duchoty, obrzydliwości, nienormalności i kilku innych niezbyt miłych przypadłości. Ciężkość i mroczność prozy niemieckiej i skandynawskiej jest do siebie bardzo zbliżona i osobiście znam trzy nazwiska, które mogę czytać i czytałem, czyli Astrid Lindgren, Ericha Kästnera, Mikkę Waltariego i w wieku dorosłym Karen Blixen. Za młodu karmiono mnie jeszcze Andersenem i bajkami braci Grimm.
    Pamiętam, że Stanisław Jachowicz, ten od Pan kotek był chory, wspominał, że za młodych lat karmiony był niemieckimi moralizatorskimi bajkami, jak na przykład o chłopczyku, który stale obgryzał paznokcie, mimo napomnień dorosłych i raz dopadł go krawiec i poobcinał mu paznokcie razem z paluszkami aż sikała krew. ITBBNT

  5. Witam Szanownych Państwa,
    Pozwolę sobie wkleić link z wykładem na temat „niemieckiej polityki historycznej” mam nadzieję, że nie spamuje:
    http://www.legitymizm.org/multimedia-historycy-niemieccy-wojna-swiatowa

  6. Słyszałem, dawno temu, że Lorentz był członkiem odpowiedniej organizacji. Mówił mi to kumpel, który miał ustosunkowanych rodziców pasjonujących się sztuką. Informację zarejestrowałem bez emocji jako małolat średnio zainteresowany taką tematyką.
    Po latach usłyszałem, że w polskim muzealnictwie „na podobnym układzie” rozdaje się posady, niemalże dożywotnio, a tacy obsadzeni zawodnicy są nie do ruszenia. Ale czy to prawda?

    Co do Muzeum Narodowego z czasów Powstania – w podziemiach Niemcy zgromadzili ludność Warszawy i chcieli ją zmusić do wezwania Powstańców do poddania się, pod rygorem rozstrzelania. Podobno nikt z tych Warszawiaków nie poszedł na współpracę. Czy ktoś może wie, co się stało z tymi ludźmi?

    W Muzeum jest teraz lokal „Lorentz”, ale nie wiem jak tam jest.

  7. Ja jednak czytałem książki naukowe z przypisami i dało się czytać. Były to z książki amerykańskich uczonych. Ich tam jakoś uczą rzetelnego warsztatu. Żeby nie było idyllicznie nie wszystkich.

  8. Ich tam uczą pisać po prostu. Tu nie chodzi o przypisy, ale o komunikacje z czytelnikiem. To jest ostatnie zmartwienie polskich badaczy.

  9. Wszystkie teksty pisane przez ludzi na etatach sa do kosza, a nie do czytania.

  10. Fakt, wiele prac naukowców z krajów anglosaskich są nieźle napisane. Całkiem nieźle. Zazwyczaj taki naukowiec, dziękuje we wstepie pięciu recenzentom, dziesięciu innym naukowcom co podzielii się swoimi uwagami, kilku studentom, którzy szukali błedów, współmałżonkowi co również dodał/a swoje trzy centy lub pensy i oczywiście sekretarce co tekst przepisała. Zazwyczaj dziękuje również wydawcy a zwłaszcza redaktorowi wydania za uwagi, sprawdzenie i ustalenie w jakim kształcie pójdzie książka. Serio. Albo maja takie wspracie, albo są wazeliniarzami, może to i to. Czy to zanczy, że polski profesur to taki zwierz co tylko napisze, nawet byle gniot, to od tak zostanie wydane?

  11. Ja też zawsze dziękuję, przeważnie tym, którzy robili risercz.

  12. Maja wsparcie! Zanim jakikolwiek artykul zostanie opublikowany jest przedstawiany na konferencjach, omawiany na seminariach. Dialogicznosc oparta na racjonalnosci, argumencie, krytycznym mysleniu jest podstawa. Taka forma pracy nie istnieje w Polsce. Wszelkiej masci humanisci oglaszaja wiedze objawiona, najczesciej sa to streszczenia.

  13. Zbyt silne kwantyfikatory!

  14. ad. paserstwo – sprzedaż kradzionego
    dusz-paserstwo to jak połączenie zakradzenia czyichś dusz i kupczenia nimi, przedawania, handlowania duszami ukradzionymi..
    Może i był naród, póki się czymś nie zaczadził, dał sobie podkraść dusze i ostał się ino bez duszy.
    A kim jest paser dusz?
    Czy to była tylko literówka czy to taki majstersztyk, ukraść im dusze, a oni nawet nie poczują, że są okradzeni.
    Bo może się teraz wielu wydawać, że są świadkami wydarzeń kulturalnych – w telewizji jakiejś albo tak ogólnie w mieście.. No, w Europie też mamy kulturę… i sztukę
    Chociaż tu dużo było o sztuce, co trudno pojąć bez bez, oliwek i szampana/wódki, to duszpaserstwo prosi się o śledztwo. Mianowicie kto nam kradnie i zawłaszcza dusze, jak nimi handluje, komu się to opłaca?
    I co głupi Polak zdziała bez duszy?

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.