Paź 182019
 

Kiedy powiedziałem żonie, że napiszę tekst pod takim tytułem i opublikuję go 14 października bardzo się zdenerwowała. No, ale dzień nauczyciela był dniem tuż po wyborach więc musiałem zająć się czymś innym, a więc dręczyciele musieli poczekać. Miałem już to zostawić, ale wczoraj w telewizji pokazali reportaż o seks edukatorkach i o tej całej ustawie antypedofilskiej. Pomyślałem więc, że trzeba wrócić do tematu. Najpierw taka hipoteza – deprawacja i walka z nią jest elementem stałym i trwałym. Jej istotny sens polega na tym, by odwracać uwagę od wszystkich innych aspektów edukacji. Jeśli ktoś myśli, że usuwając edukację seksualną ze szkoły zniweluje zagrożenia związane z deprawacją młodzieży, ten niestety się myli. Walka z deprawacją polegać bowiem powinna na lekceważeniu tejże deprawacji i nie nadawaniu jej dodatkowych znaczeń ponad te, jakże kłopotliwe i nie dające się usunąć z życia, która ona i tak już ma. Nie wiem czy potrafię dobrze to wytłumaczyć, spróbuję więc na przykładach. Są dwa rodzaje nauczycieli. Tacy, którzy próbują nawiązać osobiście kontakt z uczniami i tacy, którzy usiłują nawiązać relację pomiędzy nauczaną dyscypliną a tymiż uczniami. Ci drudzy są prawdziwi, a ci pierwsi to oszuści. Jak pamiętacie ja się nie nadawałem do sportu. Po latach myślę, że gdybym miał innych nauczycieli WF może bym się nadawał. Pan w podstawówce skupiał się tylko na tych chłopcach, którzy wykazywali ewidentne zdolności. Ja zaś takich nie wykazywałem. Kiedy jednak raz pokazał mi co zrobić, żeby przeskoczyć poprzeczkę to już potem ją przeskakiwałem, choć wcześniej wcale mi to nie szło. Pan w technikum był grubym zawałowcem, który nie był w stanie niczego zademonstrować. Kiedyś zachorował i przyszedł do nas na zastępstwo wuefista z technikum elektrycznego. Miał ponad sześćdziesiąt lat, był emerytem, nosił gruby góralski sweter, okulary i bez przerwy się uśmiechał. Kazał nam grać w kosza. Kiedy zobaczył jak gramy o mało nie pękł ze śmiechu. Szczególnie mocno ubawiła go moja postawa na boisku. Poświęcił kilkanaście minut na wyjaśnienie mi, co robię źle i dlaczego powinienem robić inaczej. Nie zostałem koszykarzem, on wrócił do swoich obowiązków, ale przynajmniej w tym jednym momencie zrozumiałem o co chodzi w tej głupiej grze. Był to człowiek, który wiedział co robi i dlaczego wykonuje ten właśnie zawód. Nazywał się Derylak. Nie pamiętam jego imienia.

W jaki sposób nauczyciele próbują zwrócić na siebie uwagę wszyscy mniej więcej wiemy. W okolicznościach minionych, czyli za komuny, a także tuż po niej, panowało w szkołach, mam na myśli szkoły średnie, ogólnokształcące, przekonanie, że relacje emocjonalne pomiędzy nauczycielami a uczennicami są może naganne, ale nie aż tak bardzo, żeby robić z tego wielką aferę. Ja to znam z opowieści jedynie, bo okres tak zwanej burzy hormonalnej przeżyłem w towarzystwie podobnych mi, pryszczatych i śmierdzących hormonami wyrostków, którzy entuzjazmowali się gołymi babami oglądanymi w telewizji. Z opowiadań wiem jednak, że były tak zwane różne sytuacje, o których dziś niektórzy wspominają z wypiekami na twarzy. I nikt tego nie kojarzył ze słowem deprawacja. Nikt tych wszystkich dwuznacznych i ambarasujących momentów, których ofiarami były dziewczęta w wielu licealnym nie uważał za naganne. Więcej – sam słyszałem mnóstwo sugestii dotyczących zdeprawowania tychże dziewcząt i tego, że „to ich wina”. Być może tak było w rzeczywistości, nie zmienia to jednak faktu podstawowego – zanegowana została misja szkoły, a sens tej misji – z kształcenia osobowości i charakteru – przeniesiony został na relacje intymne, w istocie akceptowane przez wszystkich. Kwitowane co najwyżej głupimi uśmiechami. Chcę zwrócić uwagę na to, jak istotna jest ta kwestia i jak mało dobrego może w jej omawianiu zrobić entuzjazm, czy to wynikający z akceptacji edukacji seksualnej czy też ze sprzeciwu wobec niej. Napiszę więc jeszcze raz – to jest niezwykle delikatna sprawa i ona potrzebuje rozwiązań takich jakie stosował pan Derylak na wuefie. Potrzebuje ludzi, którzy zainteresują uczniów przedmiotem a nie sobą.

Każde kolejne pokolenie wchodzące w życie zostaje poddane tej samej mniej więcej obróbce medialnej. To znaczy każde musi stanąć przed idiotycznym, szeroko nagłaśnianym problemem edukacji seksualnej. I każdemu pokoleniu wydaje się, że on pierwsze się z tym mierzy. Pamiętam kiedy z kolegami, w okresie życia, w którym człowiek zaczyna interesować się płcią i ciągle jest bombardowany bodźcami tej płci dotyczącymi, znaleźliśmy na jakimś śmietniku całą paczkę starych numerów tygodnika Radar. Dawno temu wychodził taki tygodnik z przeznaczeniem dla młodzieży starszej. Numery, które znaleźliśmy pochodziły z początku lat siedemdziesiątych, a odnalezione zostały w latach osiemdziesiątych. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że w tak zwanych listach od czytelników poruszane są dokładnie te same problemy, które świeżo, każdego tygodnia publikuje na swoich łamach tygodnik „Razem”. Opatrzony na dokładkę zdjęciem gołej baby. Powtórzę więc – to jest pewna stała, całe to gadanie o deprawacji, seks edukacji bądź jej braku. I to się ciągnie już długo, w Polsce od samego początku niepodległości, takie mam wrażenie. To jest temat, który przykrywa wszystkie inne, a jego zadaniem jest opóźnienie politycznego i społecznego dojrzewania młodzieży. Nie ma bowiem siły, by przekonać dorastającego młodzieńca, żeby zabrał się za teksty starożytnych historyków, a porzucił czytanie poradników seksualnych. Nie ma, dopóki te poradniki są i dopóki jest dyskusja o tym, czy je w szkołach zostawić, czy może usunąć. Można oczywiście postawić hipotezę taką, że cała ta histeria prowadzi do tego, by zalegalizować w końcu pedofilię, przymykać oko na porwania dzieci, które muszą się przy takiej legalizacji zdarzać i wmawiać potem, że te dzieci „same chciały”, bo się „zakochały”. Tak się jednak nie stanie. Nie chodzi bowiem o to, by złowić króliczka ale by gonić go. Lęk przed tym, że krańcowa deprawacja doprowadzi w końcu do ortodoksji takiej, o jakiej się Osamie bin Ladenowi nie śniło, nie ma moim zdaniem uzasadnienia. Istnieje taka opcja, ale ona nie zostanie zrealizowana, bo deprawacja jest zbyt ważnym narzędziem dewastującym komunikację, by się jej pozbywać na długie lata, w obszarach zurbanizowanych i gęsto zaludnionych.

Powróćmy jednak do szkoły i wszystkich szajb, których się w tej szkole nabawiliśmy. Nie ma chyba człowieka, który nie miałby fobii szkolnej. Dzieci boją się szkoły także i dzisiaj, choć dziś przecież sytuacja jest o niebo lepsza i klarowniejsza niż za naszych czasów. Sądzę, że większość klęsk życiowych ludzi z naszego pokolenia, z pokoleń wcześniejszych i tych trochę późniejszych wynikała z uporczywego stresu szkolnego, z którego nie można było tak po prostu wyjść, tak jak nie można wyjść z celi, gdzie nas osadzili razem z agresywnym wariatem. Do tego, w wielu przypadkach dochodził stres domowy, związany z pijaństwem ojca, matki, starszego brata, czy dziadka. A także innymi histeriami, które były udziałem polskich rodzin. I wielu przypadkach można wręcz mówić o cudzie, który sprawił, że koledzy i koleżanki po latach spędzonych w domu wariatów i szkole wariatów, jakoś sobie normalnie to życie ułożyli. A jednak tak bywało i przykłady można mnożyć. Świadczy to o tym, że człowiek, dziecko Boże, jest w istocie dobry i jeśli nie nadwyrężać jego konstrukcji, wyprostuje się sam i sam da sobie radę. Nawet po bardzo ciężkich przejściach.

Wróćmy do tych seks edukatorek. Relacje pomiędzy nauczycielami a uczennicami w liceach były omawiane z tajemniczymi minami, w atmosferze zgorszenia i krańcowej ekscytacji. Czasem. Bo czasem było tak, że omawiano je lekceważąco, jako coś co i tak będzie się zdarzać. Szantaże seksualne jakich dopuszczały się niektóre panie wobec dorastających uczniów nie mają swojej literatury, a ja tylko tu o nich wspomnę, że były. Powiem też, że było to coś dewastującego życie poważnie i trwale. Dzisiaj sądzę, że można by nawet oskarżyć niektóre osoby o molestowanie. Jeśli komuś się wydaje, że mówię o sytuacjach, jak z amerykańskiego filmu dla dorastającej młodzieży, ten jest w błędzie. Mówię o sytuacjach o wiele bardziej trywialnych, a przez to beznadziejnych, tragicznych i komicznych jednocześnie.

Dzisiaj zauważa się zagrożenie w obecności tych seksedukatorek w szkołach i przedszkolach. I to jest ze wszech miar słuszne, albowiem nikt się już nie zajmuje edukowaniem młodzieży kilkunastoletniej, bo ta jest wyedukowana, czyli w założeniu zdeprawowana. Czy to prawda? No właśnie nie. Młodzież nie jest zdeprawowana, a na pewno nie tak bardzo, jak chcieliby seks edukatorzy. Myślę, że to przerzucenie się na dzieci jest w istocie wyrazem klęski, jaką ta cała edukacja poniosła w starciu z młodzieżą.

Czy należy wprowadzić ustawę antypedofilską – oczywiście, że tak, ale należy także już przestać pieprzyć o tym jakie zagrożenia niesie edukacja seksualna i zainteresować dzieci czymś konkretnym. Na przykład zasadami gry w kosza. Ktoś powie, że to jest niemożliwe w przypadku dzieci małych. Tak? To spytajcie valsera co on robi na letnich obozach z dzieciakami z przedszkoli i młodszych klas szkół podstawowych.

Na koniec słów kilka o metodach edukacji, które doprowadzają mnie do szału. Jest taki stary żydowski dowcip o szlifierzach diamentów. Ludzie ci wykonywali robotę nie mniej ryzykowną niż saperzy albowiem w grę wchodziły sumy naprawdę poważne. I kiedyś w Nowym Jorku jakiś gość przyniósł do żydowskiego jubilera wyjątkowy kamień i zażądał wywiercania w nim otworu. Właściciel zakładu popatrzył na gościa, a ten rzekł – wie pan, sprawa jest bardzo poważna, to jest warte kupę forsy i musi to zrobić ktoś, kto ma doświadczenie i zna się na tej pracy jak nikt. Żyd popatrzył uważnie na klienta, wyszedł na zaplecze i wrócił z kilkuletnim brzdącem w jarmułce. W ręczył mu kamień i rzekł – Symcha, zrób tu dziurkę. Dzieciak porwał diament, poleciał na zaplecze i za chwilę wrócił z już przewierconym.

Czego uczy się polskie dzieci w przedszkolach i szkołach? Otóż nie tylko edukuje się je seksualnie, ale także rozwija się im tak zwaną wyobraźnię. To jest coś absolutnie strasznego. Kiedy patrzę na te zajęcia mające rozwinąć wyobraźnię mam ochotę zaprzyjaźnić się z seks edukatorkami. Rozwijanie wyobraźni bowiem polega zwykle na tym, by rozciapywały kilogramy farby na dużych powierzchniach papieru. I na niczym więcej. Chodzi o to, że to jest taka swoboda. Głupota nie swoboda, każdą bowiem ludzką aktywnością rządzą jakieś zasady. To, że ich nie znamy, bądź sądzimy, że nie istnieją, nie znaczy, że nie ma ich w rzeczywistości. Są, trzeba je odkryć i poznać. Na tym polega edukacja i od tych spraw właśnie są nauczyciele.

  29 komentarzy do “Dzień dręczyciela”

  1. Czy mógłby Pan, jak Marcin Rola podczas strajku kobiet w dn. 16 X w sprawie tzw. „edukacji seksualnej”, wyjść do ludzi z kamerą i mikrofonem, do przeciwników politycznych i z typową dla siebie dezynwolturą przeprowadzić z nimi rozmowy na interesujące nas tematy, a następnie, raz na jakiś czas, zamieścić takie nagranie zamiast / oprócz skądinąd interesujących monologów ze sklepu FOTO-MAG na Stokłosach, a jeśli nie, to dlaczego jest to zły pomysł?

  2. Myślę, że etap żartów mamy już za sobą

  3. Jeden z najlepszych i inspirujacych tekstow, jakie tu czytalem. Jako dodatek, nie uwage, chcialbym nadmienic, ze czlowiek nie jest „dobry w istocie”. Sam w sobie i sam dla siebie czlowiek moze byc „normalny” lub „zdrowy”, natomiast „dobry” moze byc tylko wzgledem czegos lub kogos. Ponadto „dobrym” moze byc tylko katolik, bo katolicyzm definiuje kryteria dobra – inne religie i filozofie ateistyczne nie definiuja w ogole pojecia dobra lub definiuja je w sposob nieprawidlowy (w islamie mamy na przyklad jako podstawowe kryterium „posluszenstwo”, a nie „dobro”). Jezeli przyjmiemy, ze czlowiek jest w istocie dobry, to od razu wynikaja z tego nastepujace wnioski: 1) Bog nie jest do niczego potrzebny, skoro juz jest „dobrze”, 2) nauczyciele nie sa do niczego potrzebni, 3) wychowanie przez rodzicow nie jest potrzebne. Uczen moze byc „dobry” w szkole dzieki kryteriom stosowanym przez nauczycieli, ale rezygnuje sie z wystawiania tradycyjnych ocen oraz ze stosowania jakichkolwiek kryteriow oceny uczniow, bo jest to razaco sprzeczne i nie do pogodzenia ze wspolczesna filozofia oswieceniowa (Rousseau), iz czlowiek jest dobry ze swej natury, a jest to g*** prawda!
    Nauczanie praktyczne i merytoryczne omija wymienione wyzej pulapki bedace rezultatem blednego rozumowania.

  4. Nie jestem teologiem, ale skłaniałbym się bardziej ku łasce bożej niż naszej dobrej natury (ta jest skrzywiona od początku przez grzech pierworodny – ktoś z duchownych powinien się wypowiedzieć, czy w ogóle można powiedzieć, że „z natury człowiek jest dobry”) w kwestii wyjścia na ludzi.

  5. No fajne to skojarzenie, z tym dręczycielem,

    O tym „wychowaniu w rodzinie” to tyle rozumiem, że wskazana jest taktowność.

    Ale tak o uczeniu się, to  miałam rodziców nauczycieli, ale w moich czasach z tego faktu wynikał obowiązek bycia wzorem z Sevres dla braci szkolnej, musiałam zawsze wiedzieć, umieć, mieć odrobione lekcje itp. Byłam tam nie lubiana i było to obopólne.  Nigdy nie miałam do rodziców pretensji o te wymagania bycia wzorem, bo myślałam, że wszystkie dzieci tak mają. Znajomi mówili mi że moi rodzice są treserami, ale czy miałam jakieś wyjście , a nawet nie bardzo kumałam co to znaczy.  Kiedy na studiach po pierwszym semestrze, zrobił się odsiew, chyba odpadli ci co byli z tych „10% rektora”, to się cieszyłam że mam dużą wiedzę i poczucie obowiązkowości .

    Pewnie byłam zbyt maltretowana wymaganiami rodziców, ale tak jak pisze Coryllus, ktoś musi dziecku powiedzieć jak odrobić to co zadane i dlaczego w ten sposób.

    Ktoś musi z dzieckiem zasiąść do odrabiania lekcji w pierwszej klasie, żeby mu pokazać na czym to odrabianie polega, wdrożyć dziecko w schemat odrabiania. Kiedy się wdroży to samo powie że dziękuje za pomoc, że samo odrobi … Umiejętności uczenia się, trzeba nauczyć.

    A co do tego Dnia Dręczyciela, to współcześni nie dręczą (podstawówka wnuka), oni lekceważą wszystko i wszystkich … jaka jest ich geneza wyboru tego zawodu… nie wiem.

    Wygląda na to, że dla 80% nie ma to nic wspólnego z chęcią bycia dobrym pedagogiem.

  6. Dzieci nauczycieli nie miały lekko, to prawda. Nie mogły jak my beztrosko hasać po łąkach. Siedziały w domu i zakuwały

  7. Ja też nie jestem teologiem dlatego tak napisałem

  8. Przeciez wszystko co Pan Bóg stworzył jest dobre

  9. No oczywiście, dlatego niech wypowie się jakiś duchowny. Mnie to osobiście razi, ale może nie mam racji.

  10. Tak, ale tak było napisane jeszcze przed grzechem pierworodnym chyba? Sam Pan Jezus mówi, że tylko Pan Bóg jest dobry w Ewangelii. Nie wiem, razi mnie to, więc mówię.

    A sam tekst w swojej wymowie super!

  11. ” To znaczy każde musi stanąć przed idiotycznym, szeroko nagłaśnianym problemem edukacji seksualnej. I każdemu pokoleniu wydaje się, że on pierwsze się z tym mierzy.”  dokładnie tak
    Wczoraj śmiechłem z odkrywczego wpisu, w którym autor przekonuje, że natychmiast trzeba w szkole wprowadzić lekcje ekonomii, żeby dzieci wiedziały ze 500+ to się bierze z podatków. Oczywiście autor uroczyście donosi, że najlepiej lekcjami ekonomii zastępić religię.
    Tak ja już to widzę, jak banda hómanistuf, którzy z tytułem magistra gender nie potrafią podać wyniku 2+2×2, będzie się z zapałem uczyć ekonomii. Może i będą jak program będzie zawierał wyłącznie sztukę manipulacji marketingowych.

  12. Nie mieszajmy może do wszystkiego duchownych, co…

  13. Manipulacje są poza nimi. Sztukę manipulacji rynkowych powinien wykładać cygan koniokrad

  14. albo kuzyn Urke Nachalnikowa

  15. szczerze powiem, czego się nie zauważa, w domu nauczycielskiego dziecka siedział obok rodzic pedagog i zawsze wytłumaczył i … nie trzeba było zakuwać, to była właśnie taka niezwykle pozytywna  właściwość nauczycielskiej rodziny.

    Marylka Sztajer zgrabniej by to wyłożyła , bo jeśli dobrze pamiętam z Jej komentarzy to była dzieckiem nauczycieli akademickich (tak mi się wydaje).

  16. Coooooo!!! Żeś Pan wymyślił

  17. Witam wszystkich!

  18. Skoro dzisiaj jest dzien dreczyciela, wiec do dziela…
    Czlowiekowi, ktory nie jest normalny ani zdrowy trudno jest takze czynic dobro. Na tym polega sens leczenia i uzdrawiania, a nie na tym, zebysmy sie czuli lepiej. Dzialalnosc sluzby zdrowia podobnie jak panstwowej edukacji jest scisle regulowana przez religie. W swietle zasad religii chrzescijanskiej latwo wykazac bezsens procedur in vitro, poniewaz nie sluza one dobru, a jedynie pewnemu komfortowi i w dodatku watpliwemu. W hinduizmie zas nie ma sensu leczenie osob z nizszych kast ze wzgledu na wiare w karme, obowiazek kastowy i mozliwosc reinkarnacji – ps. za lekarzy tez warto byloby sie zabrac w kontekscie omawiania spraw spolecznych i spodziewanych strajkow.
    Rousseau i de Sade postulowali, ze mlodemu czlowiekowi (dziecku) nie jest potrzebny duchowny, rodzic ani dobry, zaangazowany nauczyciel tylko wystarczy edukator seksualny, a zamiast domu – piwnica Fritzla. Zob. „120 dni sodomy czyli szkola libertynizmu” markiza de Sade.
    https://pl.wikipedia.org/wiki/120_dni_Sodomy_czyli_szko%C5%82a_libertynizmu
    Tam jest dokladnie opisane, czego chca seksedukatorzy, ale to nie wszystko. Analogicznie do jaskini platonskiej, jesli ktos zostanie wychowany w piwnicy Fritzla (a jest to „ideal” dla postepu w dziedzinie edukacji maloletnich, a takze wyjasnienie, dlaczego nauczyciele to dreczyciele), to jakie taki czlowiek moze miec pojecie o rzeczywistosci i relacjach miedzy osobami? – Bedzie przeklinal swoj los i wszystko, co istnieje i taki jest ostateczny cel i kierunek tych dzialan.
    Ponadto, gestorzy i sponsorzy edukacji panstwowej (nie jakis tam MEN, ktory jest marionetka i wykonawca polecen) zrobia wszystko, zeby wyeliminowac z nauczania rzeczy praktyczne i pozyteczne dla mlodziezy i chca zostawic TYLKO seksedukacje. W najnowszym wystapieniu pani Scheuring-Wielgus skrytykowała Komisje Eiskopatu Polski za stanowisko w sprawe sekseduakcji i powołała się na zasade przyjemności, bowiem ze szkoly można usunąć wszystko, ale nie przyjemność i na to nie powazy się nawet Episkopat – perorowala z pewnoscia w glosie poslanka. Pitagoras gwalcil analnie swoich uczniow w ramach podstawy programowej opracowanej w ramach kultow orfickich, a uczyl geometrii, o ile mu sie chcialo:
    https://magicznelata90.pl/i-ty-zostaniesz-pitagorasem/
    Podobnie policjant przepisowa ilosc razy bije pala zatrzymanego, a od siebie moze jeszcze dolozyc – prywatnie – i tyle jego swobody i przyjemności w panstwie socjalnym! Nie udawajmy Greka – w tamtych realiach nie bylo dozwolone udzielanie nauk i jednoczesnie krytykowanie pedofilii i to samo dzieje się dzisiaj!
    Prosze sie nie ludzic, ze seksedukatorzy maja inne zamiary dzisiaj, niz w czasach Pitagorasa, czy pod koniec XVIII wieku we Francji albo w Sowietach!
    W tej sytuacji Marcin Rola niczym ewangeliczny apostol idzie do tych ludzi i naraza sie na szyderstwa i zle potraktowanie, ale idzie i glosi slowo. To sa fanatycy, ale trzeba probowac. Istotą bycia katolikiem jest, żeby pójść do tych najgorszych ludzi ze strajku kobiet, KODu, edukatorów seksualnych, LGBT i ekologów i spokojnie, konkretnie z nimi rozmawiać. Jeżeli da się nawrócić chociaż jednego z nich, to bedzie wielka radość w niebie.
    https://wrealu24.tv/film/pilne-protesty-lewicy-pod-sejmem-przeciwko-ustawie-stop-pedofilii-transmisja
    Teraz wyjasniam, skad ten znak (u dolu po lewej) warszawskiego strajku kobiet (liberté znaczy: swoboda, wyuzdanie):
    https://fr.wikipedia.org/wiki/Embl%C3%A8mes_de_la_France#/media/Fichier:Logo_de_la_R%C3%A9publique_fran%C3%A7aise_(1999).svg
    Panie Gabrielu, niech Pan idzie do ludzi i naucza! Pani Nebraska tez. A tymczasem moze mnie Pan z rozkosza stad wyrzucic.
    Vive la Pologne royale! Mort a la republique maçonique!
    N I E C H   Z Y J E   W O L N O S C !!!…
    https://www.youtube.com/watch?v=XB5fyimVXUo

  19. Zaznaczam, że uczyłem przez rok w szkole, by dorobić do pensji w instytucie, a wcześniej jako student udzielałem korepetycji, więc oczywiste jest, że szanuję nauczycieli, którzy uczą dla pieniędzy.

    Nie wiem, czy ktoś to tak sformułował, ale nauczyciele to proletariat inteligencji. Jeden z aspirujących do wiedzy umieścił w czasopiśmie filozoficznym „Nowa Krytyka” w roku 2013 spostrzeżenie „Szokujące dla wielu mogą być wypowiedzi Marksa, w których pokazuje on, w jakich warunkach pracą produkcyjną może być praca belfra i śpiewaczki”. W wielu przejrzanych przez mnie publikacjach książkowych „belferka” to zawód, którego nikt nie cierpi. Nawet słynny autor Siłaczki pisze w liście „ale to zawsze jeszcze lepsze, niż ona belferka, mnie przynajmniej już się nosem wylewa”. A historycznie ujmuje to Klemens Junosza:

    „Każdy prawie mełamed ma jeszcze pomocnika, lub, jeżeli cheder większy, kilku. Tych nazywają „belferami” (Behelfer). Obowiązkiem belfera jest przyprowadzać do hederu małe dzieci i odprowadzać je z powrotem do domu.

    Mełamedzi nie używają poważania i miru wśród swoich współwyznawców, żyją oni w upokorzeniu i prawie w pogardzie. Najczęściej nędza skłania żyda do zostania mełamedem. Bankrut, który już zupełnie kredyt utracił i nie ma nadziei ratunku, niedołęga niezdatny do żadnego zatrudnienia, zanadto głupkowaty, żeby się mógł trudnić jakimkolwiek geszeftem — bierze się do uczenia dzieci i otwiera cheder”. Klemens Junosza 1889

  20. Każdy kto wysyła dzieci do szkoły państwowej – otrzymuje dzieci państwowe. One pod względem psychologicznym, moralnym i ideologicznym stają się z każdym rokiem ich nauczania coraz bardziej należące do systemu.  Niech nikt nie łudzi sie, że ma „swoje” dzieci. Dzieci należą do systemu.

    Problem w przypadku pospólstwa nie istnieje. Rodzice przecież sami idą z głównym nurtem ścieku. Wrzucają swoje dzieci do tego ścieku i są tacy sami.

    Problem poważny staje się w przypadku polskiej inteligencji albo raczej ich zdegradowanego wariantu. Antysystemowi rodzice posyłając swoje dzieci do systemowej szkoły w gruncie rzeczy wychowują  przyszłych wrogów swej jakiejś niezależnej myśli.

    Obawiam się, że wychowanie dzieci zgodnie z rozumem dziś jest co najmniej trudne o ile niemożliwe.

  21. Rick – wychowanie wbrew państwowemu przekazowi jest możliwe. Mało kogo z rodziców stać dziś na to, by samemu uczyć dziecko (trzeba przecież zarabiać i brak czasu na zorganizowanie dzieciom przedpołudnia). Jednak obok szkoły jest przecież rozmowa z dzieckiem, poza tym jest internet, w którym jest oferowany przekaz konkurencyjny (nawet jeśli jest on ułomny, jak ten oferowany przez JKM (typowy przykład ideowego głupka chcącego dobrze). Młodzież sięga po te treści, przykładowy link poniżej. Debata na temat wprowadzenia obowiązku nauczania wychowania seksualnego (podobna debata mogłaby dotyczyć oczywiście także obowiązkowej religii w szkołach) między Korwinem a panią Elizą Michalik. I co się okazuje? Początek debaty – Michalik zapędziła pajacującego, jak zwykle, Janusza Kurdej-Szatana w kozi róg („mądrość to pochodna IQ, więc niskie poparcie dla polityka to pochodna jego niskiego IQ”), całkowita racja, JKM ma deficyty mądrości, mimo nominalnie wysokiego IQ, to Michalik jawi się w tej części debaty jako osoba mądra, a JKM jako głupek. Dalsza część debaty – tu już intelektualna przewaga JKM na płaszczyźnie logicznej i zapętlenie się pani Michalik w tematyce wolnościowej, którą ona myli z bolszewickim totalitaryzmem woli większości, Bo nakazu nauczania wychowania seksualnego (nakazu nauczania religii także) nie da się pogodzić z aspektami wolnościowymi, tak samo jak nie da się pogodzić z nimi obowiązkowego programu fizyki w szkole średniej, z którego 90% kobiet i 80% mężczyzn niewiele kuma – zostawmy tę materię Mariom C. Skłodowskim i Einsteinom, niezależnie od płci). Na szczęście polscy rodzice są wciąż jeszcze rozsądni – na warszawskich Kabatach (jeden z najwyższych wskaźników osób z wyższym wykształceniem w kraju, relatywnie wysokie dochody (niestety większość z tego to wyborcy PO), aż 28 na 30 rodziców uczniów klasy 5. szkoły podstawowej było na tegorocznej wywiadówce przeciwnych wprowadzeniu obowiązkowych zajęć z wychowania seksualnego (nie co do zasady, ale dlatego, że nieco za wcześnie). Natomiast całkowitą rację ma Ziemkiewicz: JKM swoim pajacowaniem chyba więcej złego niż dobrego uczynił dla nurtu lib-kons. – odkręcanie pojęć (postulat na wskroś słuszny) zacząć trzeba nie od odczarowywania słowa „pedofil” (ten, co lubi dzieci), jak to czyni JKM, lecz od choćby od obnażenia bezrefleksyjnego kultu „IQ” – Theodore Kaczynski miał IQ>150, a Matka Teresa pewnie w okolicy 110-120, a może i mniej, i co z tego wynika? Nic. A pajac a muszką przez debilny dobór przykładów (co za tępak) dokonuje medialnej ekskulpacji Paetza, Wielgusa, Kroloppa i całej reszty tego typu zboczeńców, wskutek czego potrzeba kolejnych 20 lat, by wyrwać uprzedzone do nurtu lib-kons. kobiety (50% potencjalnych wyborców – przecież to one tworzą środowisko, które np. w południowych stanach USA jest naturalnym bastionem myśl lib-kons.) z masowego i bezrefleksyjnego sprzyjania lewicy, będącej ślepą uliczką pod każdym względem: gospodarczym, moralnym i obyczajowym. Bo co Che Gevara ma do zaoferowania, tak po prawdzie? Niszczenie, niszczenie i jeszcze raz niszczenie, a w słabszej (socjaldemokratycznej) formie: grabienie, grabienie, grabienie posiadającym i przekazywanie tego nieposiadającym, czyli kult Janosika. Oczywiście w ograniczonej racjonalnej formie (wyrównanie nierówności) progresja podatkowa służy wszystkim, także bogatym, bo wtedy nie dochodzi do rewolucji (no chyba że podatki idą na loty do Rzeszowa, a nie na budowę szkół) https://youtu.be/vN4gyGN2Nb4

  22. Fair jest brać odpiwiedzialnosc za to co jest w naszej sferze kontroli. W Pana sferze  kontroli jest Pana ustosunkowywanie się do rzeczywistości, Pana decyzje, Pana działania. To jest pańska odpowiedzialność. Wydaje mi się że Pan coś zakłada a priori a może Pan nie zauważa że Pan Maciejewski właśnie dawno temu wyszedł do ludzi bo trafił i do Pana i do mnie i do wielu innych. Może Pan sam spróbuje się zacząć mierzyć z pańską wizją? Co PAN  może zrobić? Oprócz mówienia i namawiania żeby inni za Pana coś zrobili. Pozdrawiam

  23. Co do zawodu dręczyciela – genialną opinię ktoś tu sformułował: nauczyciel to „proletariat wśród inteligencji”. Byłem belfrem, potwierdzam: nauczyciel to ciężka praca fizyczna. Praca gardłem. Strasznie ciężka na dłuższą metę. Autor w teatrze gra 3-4 razy w tygodniu (i to rzadko główną rolę), przez maks. 2-3 godziny. A belfer przez 6-7 godz. dziennie jest na pierwszym planie, a potem wieczorem przygotowuje się i sprawdza kajeciki. Poza tym (przynajmniej w szkole podstawowej) 50% energii nauczyciela idzie na zaprowadzanie ciszy i porządku w klasie, 25% na zbędne formalności, a tylko 25% potencjału nauczyciela to przekazywanie wiedzy (z czego połowa przewidziana ramą programową jest zbędna). Niektórzy mówią, że jeszcze mniej. Nigdy nie byłem tak zmęczony, jak wtedy gdy uczyłem w szkole. Szkoła WYSYSA energię z dorosłego osobnika. Podłość komuny (i postkomuny) widać właśnie w podejściu do zawodu nauczyciela: z jednej strony nie dano im normalnych zarobków, z drugiej obciążono ich zbędnym balastem (formalizmem biurokratycznym i ramą programową), a z trzeciej – uniemożliwiono rozwój szkół prywatnych, nie wprowadzając bonu edukacyjnego i ulg inwestycyjnych (pozyskanie dużego lokalu jest b. dużą barierą finansową, więc tu musi państwo wyjść naprzeciw). Bo tępe dziecko = łatwy do sterowania obywatel za lat kilka. A co do rozciapywania farby na wielkopowierzchniowym formacie – czytając niektóre blogi można mieć te same skojarzenia. Ale tylko tak może uda się komuś wychwycić jakiegoś Picasso czy Beksińskiego czy malowidła w Lascaux wśród tysięcy grafomanów – autorów rozciapcianych bohomazów na ekranie monitora, który odwiedzie np. tysiące młodych – potencjalnych wyborców Zandberga – od tępego naśladowczego i wtórnego kultu Czegewary, bo na Joachima Brudzińskiego czy Mariusza Błaszczzaka tu nie ma tu co liczyć, a jak pokazuje brutalna demografia i poparcie w grupach wiekowych – za lat 10 PiS-u nie będzie i żadne 500+ im nie pomoże.

  24. „Istotą bycia katolikiem jest, żeby pójść do tych najgorszych ludzi ze strajku kobiet, KODu, edukatorów seksualnych, LGBT i ekologów i spokojnie, konkretnie z nimi rozmawiać”. – Ja akurat ani wśród posłów Konfederacji, ani wśród szeroko pojętego PiS nie dostrzegam specjalnie dużej gotowości do misyjności, czyli do przekabacania innowierców, no ale tym większe brawa dla Roli i np. (z drugiej strony) Elizy Michalik, która JKM do swego studia zaprasza, narażając się co najmniej na publiczny dyskomfort. A definicją dobrego wychowania jest, jak wiadomo, takie zachowywanie się, by inni w naszej obecności czuli się dobrze (z zastrzeżeniem prawa gospodarza do nadawania reguł zachowania w salonie, oczywiście). Gotowość do rozmowy ze wszystkimi (tzw. „otwartość koalicyjna”) jest natomiast widoczna po stronie PSL i Kukiza, co zapewne znalazło wydźwięk w nieco wyższym poparciu dla PSL niż to, które otrzymywał on 30 lat temu (zmiana elektoratu z wiejskiego na miejski – obstawiam, że połowa dzisiejszych wyborców Kukiza i PSL to korwinowcy rozczarowani pajacowaniem lidera tudzież liberałowie (byli wyborcy PO sprzed 10 lat) rozczarowani ideową miałkością Tuska i Schetyny). No i co ważne – Kukiz jako pierwszy polityk z grona „trzech nowych twarzy” (Palikot, Petru, Kukiz), którzy wprowadzili do Sejmu inne partie poza tradycyjną czwórką (SLD, UW (itd.), AWS (itd.), PSL) znalazł się w drugiej kadencji w parlamencie. Co prawda w innych szeregach, ale jednak jako w miarę zwarta grupa polityczna. I to bardzo ciekawsze zjawisko: poparcie dla PSL-u i Konfederacji wśród wykształconych mieszkańców miast w wieku 30-50 lat, z pominięciem PIS-u (mnóstwo rolników – wyborców PSL-u lub Leppera – przeszło do głosowania na PiS), więc „utrzymanie” PSL-u powyżej poziomu wody/oddechu (5%) zawdzięczać trzeba liberałom/korwinowcom/narodowcom – szeroko rozumianemu nurtowi patriotyczno-wolnościowemu. 

  25. Edukacja seksualna w szkołach to nic innego jak „przerzucanie kosztów podboju na podbijanego przeciwnika”, co Pan zgrabnie nazywa.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.