Kwi 022016
 

Jakiś czas temu stoczyliśmy z kolegą Andrzejem zaciekły bój o to, by wydobyć z pewnej biblioteki książeczkę opowiadającą o dziejach firmy Gebethner i Wolf. Książki tej, choć nie była ona ani starodrukiem, ani drukiem rzadkim nie można było dostać do rąk. Dlaczego? Bo nie i już. Poprzez rozmaite kombinacje towarzyskie posiedliśmy ją wreszcie, ale ja nie miałem jeszcze czasu, żeby ją przeczytać. Firma Gebethner i Wolf jest jednak ważna dla naszych rozważań, albowiem jest to firma, która na rynku polskiej książki XIX i XX wieku osiągnęła jako jedyna poważny sukces. Andrzej, który książeczkę przeczytał twierdzi, że to z powodu inwestycji w jakość. I ja tak myślę, a utwierdza mnie w tym lektura innych książek opisujących przygody różnych wydawców dzieł polskich i dla Polski ważnych.

Rynek książki jest pewnym probierzem, ważnym narzędziem, które pozwala nam ocenić co będzie istotne dla życia społeczności za lat dziesięć i dwadzieścia, dlatego nie wolno rezygnować z tego rynku, nie wolno go lekceważyć i pozostawiać podmiotom wrogim nam z istoty. Rynek książki to polityka i tylko ktoś wyjątkowo naiwny sądził będzie, że tak nie jest.

Przed I wojną światową rynek książki w Polsce podłączony został, jako pierwszy element chyba do wielkiej machiny propagandowo terrorystycznej, której celem były wyzwolenie Polski spod okupacji – jak nam się to próbuje wmówić – a tak naprawdę dewastacja gospodarki w Europie środkowej, wydanie jej na łup i żer spekulantom, którzy dusili się od nadmiaru gotówki. Przedsięwzięcia zaś takie jak agresywne inwestycje najlepiej zaczynać od uruchomienia mechanizmu zwanego „budzeniem świadomości społecznej i narodowej”. Cóż to jest owo budzenie? To jest odrywanie ludzi od ich spraw codziennych, ważnych dla nich osobiście i wprzęganie ich pod oszukanymi pretekstami do machiny, która realizuje cele dla tych ludzi wrogie. Mechanizm ten pozbawiony jest subtelności i to właśnie dokładnie widać na rynku książki. Zaczyna się od wytypowania pośredników, czyli różnych wioskowych proroków, którzy wygłaszać będą kazania uświadamiające do ludu. Rynek książki tym się różni od rynku rewolucji, że prorocy są albo martwi, albo siedzą po więzieniach, a więc ich proroctwa są przekazywane ludowi za czyimś jeszcze pośrednictwem.

Weźmy takiego pana Lewentala. Jego książkowy biznes był zakrojony na taką skalę, że nawet Fabian Himmelblau z Krakowa musiałby przykucnąć na jego widok. Bez biznesu pana Lewentala nie byłoby tego co nazywamy dziś literaturą polską, można to sobie powiedzieć wprost. Franciszek Salezy Lewental skupiał się bowiem na wydawaniu cały serii powieści polskich, a koniunkturę na te wydawnictwa nakręcała sytuacja popowstaniowa. Krok ku sukcesowi pan Lewental zrobił jednak jeszcze przed powstaniem, kiedy to zaczął wydawać przeznaczone dla ludu „Kalendarz ludowy”. Po powstaniu zaś rozpoczął wydawanie pisma „Kłosy”. Potem kupił udziały w Kurierze Warszawskim i wydawał pismo „Świt” przeznaczone dla kobiet. Funkcję redaktora pełniła tam Maria Konopnicka. Funkcją tych periodyków było rzecz jasna uświadomienie ludu i Polaków w ogóle, w zakresie tego jak mają się zachowywać wobec spraw politycznych, gospodarczych i obyczajowych w nadchodzących, niełatwych latach. Nie jestem pewien czy pan Lewental wydawał również pismo „Przyjaciel dzieci”, ale w periodyku tym pracował jeden z jego redaktorów – Fryderyk Lewestam. Z tym Przyjacielem dzieci sprawa ma się tak, że pismo pod identycznym tytułem ukazywało się w Rumunii, tam także ukazywały się różne postępowe periodyki mające uświadamiać naród rumuński co do jego celów i dążeń. Pomiędzy pismami polskimi i rumuńskimi istniał pewien jawny związek, była nią osoba Witolda Piekarskiego, satyryka i rysownika i socjalisty, który ilustrował wymienione periodyki, zarówno w Polsce jak i w Rumunii.

Biznes pana Lewentala rozkwitał i pewnie miałby szansę na to, by pokonać konkurencyjną firmę Gebethner i Wolf, ale niestety pan Lewental umarł nagle, a stało się to tuż po jego konwersji na katolicyzm. Dodam jeszcze tylko, że kiedy Prusacy zapuszkowali Kraszewskiego za szpiegostwo na rzecz Francji, pan Lewental wyłożył potrzebną kwotę i nasz sztandarowy grafoman narodowy znalazł się na wolności.

I teraz ważna rzecz. Widząc sukces pana Lewentala, sukces międzynarodowy, bo sądzę, że projekty takie jak „Przyjaciel dzieci” i podobne były projektami globalnymi, na rynku książki pojawili się rdzennie polscy naśladowcy jego misji. Na czym polegała ich działalność? Na nędznym, prowadzonym bez zrozumienia naśladownictwie Lewentala. To znaczy tym polskim spekulantom zdawało się, że Lewental wydaje swoje książki, bo chce zarobić na Polakach frajerach, co się podniecają albo społecznikostwem, albo patriotyzmem. Mogli tak pomyśleć, albowiem mieli przed oczami żywy dowód. Oto inny naśladowca pana Lewentala, niejaki pan Wawelberg wydał, w bardzo nędznej szacie edytorskiej 10 tysięcy egzemplarzy Pana Tadeusza. Sprzedał to wszystko na pniu i zaraz potem powtórzył ten sam numer z Orzeszkową i Sienkiewiczem (ciekawe czy zapłacił Henrykowi honorarium). Nakład się zwrócił, a nawet przyniósł niewielki zysk. Wawelberg zaczął rozpuszczać po Warszawie plotki, że zysk ten nie satysfakcjonuje go wcale albowiem spodziewał się większej ofiarności społeczeństwa polskiego. Ono jednak zlekceważyło jego – Wawelberga – albowiem jest on Żydem. Ho, ho, tak, tak….Powiedział jeszcze pan Wawelberg, że na przeszkodzie w dystrybucji książek w Polsce stoi zbyt wysoka cena tychże. Co wiąże się oczywiście z jakością.

Kiedy to usłyszeli dwaj biznesmeni – panowie Sikorski i Granowski, zabrali się z miejsca za wydawanie tanich polskich książek. Z pierwszych edycji udało im się zarobić tyle, że kupili kamienicę i folwark w Warszawie. Upojeni tym sukcesem postanowili umasowić swoją produkcję, to znaczy zaczęli drukować na jeszcze słabszym papierze, oprawiać w jeszcze miększe okładki i zszywać jeszcze gorszymi drutami. Dobrze, że mieli ten folwark, bo dzięki niemu przeżyli. Zanim upadli, ktoś wmanewrował ich w projekty zatytułowany „Wielka Encyklopedia Ilustrowana”. Było to wydawnictwo podobne do tych, które dziś sprzedaje Ridest Digest i cieszyło się nawet sporą popularnością. Polacy jednak nie rozumiejąc czym jest rynek książki i rynek informacji traktowali je bardzo serio, to znaczy redaktorzy przygotowujący poszczególne hasła tej encyklopedii ślęczeli nad nimi całymi miesiącami, bo im się zdawało, że tego właśnie oczekuje czytelnik. Przy tym wszystkim stale – mając w pamięci słowa pana Wawelberga – obniżano jakość edytorską tego wydawnictwa. Aż do momentu, kiedy było ono do tego stopnia nierentowne, że mogli je przejąć patrioci-idealiści o zabarwieniu socjalistycznym i mordować się z tym do końca I wojny. Na rynku książki zaś po staremu królowali panowie Lewental i Wawelberg, no i oczywiście nieśmiertelna firma Gebethner i Wolf. I teraz myślę sobie jak to było z tym napadem na księgarnię Gebethnera w Krakowie, z tym wiecie morderstwem na księgarzu, co go dokonał brat rodzony późniejszego marszałka Roli-Żymierskiego, działacz PPS, a przy tym bandyta. Kto mu ten pomysł podsunął? Toż w sklepach jubilerskich jest więcej gotówki niż w księgarni, więcej jest też gotówki w sklepach spożywczych i w kantorach wymiany walut. Ten jednak wolał napadać na księgarnię, mordować kierownika, a wszystkiego tego dokonał tuż przy policyjnym odwachu, gdzie słodko spał sobie dyżurny żandarm.

Niepojęte.

Aha, ta cała „Wielka Encyklopedia Ilustrowana” ukazywała się także w Rumunii. Tam jak pamiętamy nie było zaborów i okupacji, ale widać naród też był niedostatecznie uświadomiony i trzeba było mu pomóc w zdobyciu podstawowych informacji o świecie.

Najbardziej żałosnym naśladowcą działań panów Lewentala i Wawelberga był niejaki Kucharski, zbiegły ksiądz, który ożenił się z krewną Wacława Nałkowskiego. Zaczął on wydawać „Poradnik dla czytających książki”. Był to taki katalog reklamujący autorów z wydawnictwa pana Paprockiego. Autorzy ci, wraz z panem Kucharskim, przekonani byli, że starczy znaleźć się w tym poradniku, żeby zostać sławnym pisarzem i myślicielem. Takim co najmniej jak Przybyszewski albo Kasprowicz – a propos, ktoś wie może z jakiego języka Kasprowicz tłumaczył Shelleya? A jeśli z angielskiego, to gdzie się go nauczył? Ludzie ci paradowali po mieście w cylindrach, binoklach i generalnie zadawali szyku. Niestety ich sława była tak samo trwała mniej więcej jak dzisiejsza sława Terlikowskiego, Gadowskiego i Ziemkiewicza. To porównanie nasuwa się samo i człowiek nie może się nadziwić, że cały tak świat jest tak beznadziejnie powtarzalny.

Kucharski wpadł na ten sam pomysł co dwaj wcześniejsi spekulanci, to znaczy zaczął obniżać jakość wydawnictw, bo mu się zdawało, że ludzie chcą przede wszystkim rzeczy tanich. Zbankrutował, zniszczył życie żonie i przystał do anarchistów. Ho, ho, tak, tak….

Patrząc na to wszystko co działo się w tamtych czasach i na to co się dzieje dzisiaj, muszę tu przywołać mądrość Krzysztofa Kłopotowskiego, który zawsze powtarza, żebyśmy się uczyli od Żydów. I co? Uczymy się? Nie, ni cholery się nie uczymy. Ani Sikorski, ani Granowski, ani Kuchraski niczego się od Lewentala nie nauczyli. Nie nauczyli się także niczego od Wawelberga, co za banda głąbów, słów szkoda. I teraz mamy tych naszych, z samym Kłopotowskim na czele i całą tą czeredą za nim. Czy oni się czegoś od Żydów uczą? Ni diabła. Oni tylko wiedzą, że jak się obniży jakość i cenę to ten ciemny lud kupi, bo najważniejsze to mieć produkt łatwo dostępny i tani. O tym, by zrozumieć jaka jest funkcja tego produktu nie może być nawet mowy, myśl taka nie zaświta w tych pustych łbach nigdy.

Pora na wykazanie różnic pomiędzy Polską a Rumunią. Obydwa kraje i narody były przez pana Lewentala i jego kolegów traktowane jak zasób. Tyle, że Rumunia miała o tyle szczęśliwszą sytuację, że nie było tam okupacji. Za to był król. Polaków zaś jako zasób traktowali także Rosjanie, Niemcy i cysorz z Wiednia. Ponieważ zaś nie było króla, a drogę do niepodległości usiłowano wywalczyć poprzez rewolucję i uświadomienie społeczne mas, jako zasób traktowani byliśmy także przez tych co zamierzali tę niepodległość odzyskać. I to się nie zmieniło. To jest właśnie istota polskiej tradycji niepodległościowej i społecznikowskiej, socjalistycznej po prostu.

Po czym jak to poznaję? Otóż wczoraj ukazała się na Wirtualnych mediach informacja, że „nasi” zamierzają zrobić program pod tytułem „W tyle wizji”, taka gra słów, że w tyle to niby w du….ie i to jest śmieszne. Informacja ta jest najprawdopodobniej żartem primaaprilisowym, bo program ten miałby być po prostu zwyczajnym naśladownictwem Szkła Kontaktowego. Nie wierzę, że to poszło na serio. No, ale sam fakt, że ktoś takie żarty wpuszcza w obieg jest znamienny i wiele mówiący. Oni o niczym innym nie marzą, jak tylko o prostym naśladownictwie tamtych, bo im się zdaje, że dzięki temu będą mieli kolejny sukces. To jest groza, nie znajduje innego adekwatnego słowa.

Przypominam wszystkim zainteresowanym zyskami wydawcom, że w dniach 4-5 czerwca odbywać się będą w Bytomskim Centrum Kultury targi książki, dla których okazją jest 1050 rocznica chrztu Polski. Uczestnicy nie płacą za stoisko, zgłaszać zaś swój udział w imprezie mogą pod adresem [email protected]

Ja zaś zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG, do księgarni Tarabuk i do księgarni Przy Agorze oraz do antykwariatu Gryf przy ul. Dąbrowskiego.

Przypominam też, że 7 kwietnia rozpoczynają się pod Zamkiem Królewskim w Warszawie Targi Wydawców Katolickich, gdzie będziemy z Toyahem. Informuję również, że 28 kwietnia będę miał wieczór autorski w Opolu, w bibliotece miejskiej. Tym razem poświęcony on będzie rynkowi książki i dystrybucji różnych ważnych treści. Nareszcie udało mi się przekonać organizatorów do takiego tematu. Zapraszam wszystkich chętnych.

Na koniec jeszcze krótka pogadanka o targach książki w Bytomiu. Przepraszam wszystkich, za to machanie rękami, ale inaczej nie potrafię i do telewizji się jak widać nie nadaję.

http://rozetta.pl/slow-o-targach/

http://rozetta.pl/zaproszenie-na-targi/

  22 komentarze do “Encyklopedyści i kanciarze”

  1. Jakość i cena. Dlatego e-podręczniki nawet na makulaturę się nie nadają 😉

  2. To jest element tego samego programu – obniżenia jakości

  3. doprecyzujmy, próby dotarcia do tej pozycji zaczęły się we wrześniu zeszłego roku, sukces nastapił miesiąc temu.
    Książka ta jest przechowywana w dziale CYMELIA – „zbiory lub obiekty o szczególnej wartości, odpowiednio chronione i przechowywane; najcenniejsze druki i rękopisy w bibliotece, często trzymane w sejfie bibliotecznym.

    Cymelia to najstarsze i najrzadsze obiekty biblioteczne, posiadające własną historię, zawierające autograf lub odręczne notatki autora. Mogą stanowić również pamiątkowe przedmioty osobiste pisarza.

    Są przechowywane i udostępniane zazwyczaj nie jako oryginały, lecz w postaci fotokopii, mikrofilmów lub, ostatnio coraz częściej, w wersji cyfrowej. Często pokazuje się jako obiekty muzealne. Dostęp do szczególnie cennych oryginałów jest zarezerwowany na ogół dla ściśle określonej kadry bibliotecznej i naukowej.”

    Jakim cudem książka wydana w 1938 spełnia tą definicję (wiki) to ja nie wiem.
    Jak ktoś ma ochotę się pobawić to tutaj: http://pbc.gda.pl/dlibra/docmetadata?id=14077&from=publication
    Rozmowa z biblioteką Akademii Muzycznej w Gdańsku jest niczym rozmowa z Gromyką: niet, niet, niet.

    I niech mi nikt nie mówi, że w Polsce nie ma cenzury – bo jest, skoro dostęp do takiej książki jest ograniczony, a w praktyce niemożliwy.

  4. A tutaj też jest w zbiorze specjalnym:
    https://katalogkrak.cyfronet.pl/search/query?match_1=MUST&field_1=control&term_1=zz2007905109&theme=PAU

    Tutaj sygnatura tez zawiera litery CIM(domyślam się że to znaczy właśnie cymelia):
    https://aleph.koszykowa.pl/F?func=item-global&doc_library=BPW01&doc_number=000471247&year=&volume=&sub_library=VARS

    Ale tutaj jest napisane, że dostępny, Krakowscy Dominikanie:
    http://biblio.dominikanie.pl/cgi-bin/koha/opac-detail.pl?biblionumber=143056

    Sprawdziłem tylko te trzy biblioteki. Jak ktoś chce więcej to na nukacie wyświetla 16 bibliotek
    http://katalog.nukat.edu.pl/lib/item?id=chamo:883539&theme=nukat

  5. jeden detal.
    Otóż jedyny egzemplarz istniejący w formie elektronicznej w formacie DJVU tej książki to jest właśnie biblioteka Akademii Muzycznej w Gdańsku.
    I ten zasób jest objęty restrykcjami.

    Można ją dostać (jest dostępna do wglądu na miejscu) również w bibliotece sejmowej.
    Z definicji, jak wszystkie książki wydane przed 1939 tylko dostęp na miejscu.
    Ale jest własnie ten egzemplarz opracowany elektronicznie i on jest niedostępny.
    Przy czym inne pozycje wydawnictwa G&W będące w formacie elektronicznym są dostępne on-line bez żadnych problemów.

  6. W tiwi Republika już się pojawiło „nasze” szkło. Nazywa się to jakoś Bul …. coś tam. Prowadzi to tragicznie nieśmieszny facet, który na dodatek wrzeszczy i bełkocze zarazem.

  7. To jest Waldemar Dziak, który każe się nazywać Waldemarem Ogińskim, bo się wstydzi nazwiska. To jakiś szpion jest i agent, w każdym razie funkcjonariusz zatrudniony w Collegium Civitas. On musi być w telewizji, bo gdzie jest zadekretowane, że to zabawny facet.

  8. Myślałem o tym programie zapowiadanym wczoraj

  9. Naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa.
    Widać co „nasi”skrycie wielbią w duchu.
    I racje ma Gospodarz że nie ważne jest czy ten program to prawda czy dowcip ale wiele mówi o tych ludziach.

  10. Prowadzą: Wiktor Świetlik i Waldemar Ogiński, Marcin Wolski 😉

  11. czy ktoś mógłby uciszyć wreszcie tego durnia? przepraszam, chciałem rzec starego durnia….

  12. *w tyle wizji* to tylko kontynuacja tytułów jak np
    wsieci, wpolityce, dorzeczy (brakuje tylko *dodoopy*), wpunkt, rzepa… itd

    choć to *w tyle… * można uznać za rodzaj gwary: *tylewizja* brzmi ludowo

  13. Gdybyśmy nie byli krajem, którego społeczeństwo zostało przerzucone z prawa (kresy) na lewo (ziemie odzyskane), lub który został przegoniony ze swojej majętności i nie wolno mu się było zbliżyć na odległość 50 km do siedziby przodków, a jeszcze potem nasze wewnętrzne migracje za pracą na Śląsk (górnictwo) czy na wybrzeże (marynarka) – to pozbawieni zostaliśmy starych książek które były w domach naszych pradziadków, powinni być w domach naszych dziadków, ale zawiał wiatr przesiedleń, zwanych repatriacjami czyli już książki z XIX wieku nie miały szans tkwić na półkach naszych domów.
    Coryllus mi dzisiaj uzmysłowił jak pokoleniowo zostaliśmy okradzeni z książek. One albo spłonęły, albo zostały po repatriantach i tam może nawet są po cichu hołubione jako jedyna pamiątka po sąsiadach którzy np. byli ludzcy.

    W ten sposób nikt z nas nie może sięgnąć na półkę z książkami i skomentować Coryllusowi a ja mam po pradziadkach historie polski wydaną w Poznaniu przez taką i taką drukarnię. Albo np Coryllusie mam tę książkę po pradziadkach, zrobię kopię powielona i prześlę itd. No ale jako okradzeni/pozbawieni tych książek nie mamy takiej możliwości, biblioteka z Gdańska będzie nas wodzić za nos jak zechce.
    Nawet nie zauważyliśmy jak komentarze zostały zdominowane przez nie wiadomo co, co się zwie tylawizja???

  14. stary, a glupi. Na dodatek mysli, ze jest zabawny.

  15. http://www.kresy.pl/wydarzenia,bezpieczenstwo-i-obrona?zobacz/duda-rozmawial-z-obama-w-bialym-domu-to-nie-byla-rozmowa-dluga-ale-tresciwa

    Czyli jednak twierdzą, że się spotkali i rozmawiali.

    A z wizyty niejakiego zadłużonego alimenciarza, który nie wiadomo skąd dostał wizę i paszport(on jest karany? Jeśli tak to czy może dostać paszport? i czy junajtedstejtsy dają wizy karanym? No chyba, że nie jest karany)… Ktoś mi powiedział, że on tak chyłkiem przed wyjazdem przyznał się, że nie było żadnych zaproszeń z kongresów, ministrów, białych domów ani żadnych. I w zasadzie to z żadnymi kongresami ani administracjami ani ministrami się spotykać nie ma. Nie chce mi się grzebać w internetach i szukać informacji o nim.

  16. „W tyle wizji”, czyli kopiowanie „Szkła” świadczy nie tylko o tym, że „nasi” nie mają pomysłów, ale przede wszystkim o tym, że pojęli, jak skutecznym propagandowym formatem było Szkło i jego powolne sączenie jadu w ludzkie serca. Pisał o tym kiedyś Toyah http://toyah1.blogspot.com/2015/11/czarny-poniedziaek-czyli-ida-po-nas.html
    Natomiast zajawka „W tyle” jest tak nędznie nieśmieszna, że o skuteczności to mogą jeszcze długo marzyć. Zresztą jakoś nie wierzę, żeby pozwolono im „na poważnie” śmiać się z Jarosława.
    Ciągle mam nadzieję, ze to jednak primaaprilisówka.

  17. Fajna idea – Śmiać się z bliźniego – a zapytam tfurcuf tego pomysłu , czy sami są idealni tj piękni, mądrzy no i np. dowcipni o błyskotliwej inteligencji, sypia bon motami itd.
    Żeby to nie wyglądało ze z samych siebie się śmieją, bo tak to żałośnie to się zapowiada.

  18. i biora za ten szajs ciezkie pieniadze. Szatan jest malpa Pana Boga. Na tym wlasnie polega skalenie charakteru. Caly ten pozytywny program i dobra zmiana to jest wysmiac i przedrzezniac. Dzieci w piaskownicy maja wiecej rozumu bo wiedza, ze takie akcje koncza sie klapsami. Litosci dla nich nie bedzie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.