lipiec 252021
 

Bardzo żałuję, że nie nauczyłem się nigdy matematyki, albowiem przyrodzony mi sposób myślenia i organizowania spraw przydałby się w tej dziedzinie bardziej. Wszystko bowiem, co związane jest z tak zwanymi naukami humanistycznymi wyklucza bowiem udział wyobraźni. Jest to wiedza talmudyczna, która w miarę jak przyrasta, wzbogacana przez kolejnych mędrców staje się coraz bardziej niezrozumiała i oddalona od praktycznych doświadczeń i spostrzeżeń oczywistych. W końcu zamienia się w osobny kosmos, którego nikt nie potrafi zrozumieć. Kosmos oczekujący na swojego reformatora, który nie jest żadnym reformatorem, ale człowiekiem usiłującym ocalić jednocześnie zjawiska i autorytety. To się nigdy nie udaje.

Zadałem sobie wczoraj pytanie – jaka była funkcja żydowskich kupców w średniowiecznej Europie przed najazdem mongolskim? Mam na myśli funkcję istotną, pierwszą zasadę, która organizowała całe ich życie i życie całego kontynentu. Otóż było nią pośredniczenie w handlu z Indiami. To jest niby oczywistość, ale takie złudzenie powstaje albowiem nikt do końca nie rozumie głębi znaczenia wyrazu pośrednictwo. Tak jak większość osób nie rozumie wielu subtelności handlu detalicznego, uważając że jest to zajęcie proste i w istocie degradujące. Pośrednictwo to wielka odpowiedzialność, przede wszystkim. To także dziedzina, która wymaga od pośrednika stałej czujności i wielu nieprawdopodobnych zupełnie zabiegów, które oddalą odeń złe moce pragnące wyrwać mu przywilej pośrednictwa z rąk. Tu otwiera się przed pośrednikami cała przepaść. Można bowiem dzierżyć w dłoniach ster pośrednictwa tylko za pomocą regulacji cen i dostępu do towarów. Można za pomocą tychże towarów kontrolować rynki w kluczowych ośrodkach, ale czasem to nie wystarczy. Pośrednik, który kontroluje handel takiego konsorcjum jak Indie musi mieć swoich ludzi we wszystkich portach i na wszystkich dworach. Indie bowiem to organizacja o charakterze specyficznym. Hierarchiczna, zdyscyplinowana działająca na rozkaz, odradzająca się błyskawicznie po każdym kataklizmie i w zasadzie niemożliwa do zniszczenia bez bardzo podstępnej ingerencji w samą istotę napędzającego je mechanizmu.

Kupcy żydowscy, ze względu na skromną liczbę członków swojej organizacji musieli, w celu utrzymania pośrednictwa, podejmować środki nadzwyczajne. Ich organizacja, ze względu właśnie na to, o czym napisałem wyżej, była szalenie atrakcyjna dla wielu wybujałych indywidualności. Nie tylko, jak sądzę, wyznających judaizm. Dlatego, że każdy, nawet bardzo młody i niedoświadczony człowiek awansował tam błyskawicznie i mógł zajmować się kwestiami wagi najwyższej. Przynoszącymi, rzecz jasna wielkie zyski, ale także wielkie ryzyko. Chętnych stale brakowało, ale ciągle przybywali nowi. Czy byli wśród nich także nie-żydzi? Myślę, że tak, ale z całą pewnością chyba się o tym nie przekonamy.

Organizacja o takiej strukturze nie mogła sama załatwiać wszystkiego, a to z tego względu, że handel polegał w tamtych czasach na wysyłaniu z miasta do miasta setek olbrzymich karawan zaopatrzonych nie tylko w towar, ale także w różne gwarancje. Nie wszędzie respektowane. Musiała więc takim karawanom towarzyszyć także ochrona. Istotnym więc elementem pośrednictwa w międzykontynentalnym handlu lądowym było tworzenie maksymalnie wielkich obszarów bezpieczeństwa. To znaczy państw gwarantujących swobodny przepływ towarów i pobierających umówione wcześniej opłaty celne, bez podejmowania prób gwałtownej ich zmiany. Oczywiście handel morski był jakimś wyjściem alternatywnym, ale był on także niebezpieczny, szczególnie na ostatnim odcinku szlaków wiodących z Indii, czyli na Morzu Śródziemnym, gdzie operowały floty organizacji próbujących złamać monopol żydowskich kupców. Mam na myśli flotę wenecką, genueńską i normandzką, operującą z baz na Sycylii. Organizacje leżące na krańcach szlaku bez przerwy próbowały złamać żydowski monopol na handel z Indiami. Były to próby słabe, skazane na klęskę, ale uciążliwe. Wenecjanie, Genueńczycy i Normanowie mogli przecież jedynie zająć miasta na wschodnim wybrzeżu morza i tam narzucić swoje warunki. Nawet jeśli się to udawało i tak musieli przyjąć warunki narzucone przez kupców żydowskich operujących w Azji. A jak się bardzo stawiali, można było stworzyć konkurencyjną organizację polityczną, która ich zwalczała, to znaczy – praktycznie rzecz ujmując – prowadziła negocjacje w imieniu swoich patronów, zmierzające do stworzenie korzystniejszej dla nich sytuacji na rynku.

Jeśli wyobrazimy sobie basen Morza Śródziemnego jako olbrzymi rynek, gdzie konkurują wszyscy ze wszystkimi, musimy przyjrzeć się ograniczeniom i preferencjom jakie mieli poszczególni, czynni tam gracze. Organizacje europejskie były w bardzo złej sytuacji. To znaczy miały za mało siły, by uzyskać przewagę w bezpośrednim starciu, a do tego każda z nich próbowała uzyskać samodzielność. To zaś wiązało się ze stworzeniem autonomicznego, niewielkiego rynku połączonego ze sferą produkcji. Jeśliby porównywać te próby z Indiami, ich rynkiem i ich produkcją, rzecz wyglądała jak wyścig pokoju rozgrywany na podwórku za pomocą kapsli od butelek po piwie zestawiona z prawdziwym wyścigiem pokoju. Indie były sercem produkcji światowej, a także światowego wydobycia. Ilość złóż powierzchniowych wszystkich komponentów potrzebnych do funkcjonowania ówczesnej cywilizacji, a także skala produkcji tekstyliów, była gigantyczna i tak łatwo dostępna, że warto było je transportować na wielkie odległości. W XIII wieku północna Afryka stawała się powoli konkurencyjna w stosunku do Indii. To się od razu odbiło na stosunku jej władców do społeczności żydowskiej. Stał się nagle wrogi. Uważam, że wszystkie antyżydowskie wystąpienia przed najazdem mongolskim miały podłoże ekonomiczne, nie religijne, nie doktrynalne i nie społeczne. To co obserwować można było jako antyżydowskie rozruchy, było w istocie próbą oderwania się od rynku, który był zorganizowany wokół eksportu z Indii. Z Indii wożono wielkie ilości szlachetnych kamieni, w czasach kiedy świat zachodni dopiero przypominał sobie, że w czasach rzymskich, gdzieś tam, ktoś wydobywał jakieś kamienie, ale to było dawno i już ich w tym miejscu nie ma. Podobnie było z innymi towarami. Europa, by w ogóle móc się przeciwstawić cywilizacji zorganizowanej wokół indyjskiego eksportu musiała mieć własne wydobycie i własną produkcję. O ile z wydobyciem jeszcze jakoś szło, o tyle organizacja produkcji to był prawdziwy problem. Tym bardziej, że każdy właściwie miał w owym czasie lepszą produkcję. Najlepsza i najefektywniejsza była oczywiście w Indiach, był to bowiem kraj, który pełnił w średniowieczu tę samą funkcję w stosunku do świata, co brytyjskie fabryki tekstyliów i stali wobec tego samego świata w XVIII i XIX wieku. Trzeba się było zadłużyć u pośrednika, żeby kupić indyjskie now how i na tej podstawie organizować – pod ścisłą kontrolą – produkcję u siebie. Świat chrześcijański robił co mógł, by przeciwstawić się naporowi ekonomicznemu z Azji i północnej Afryki, ale mógł zrobić niewiele. Idea uniwersalistyczna rozbijana była przez partykularyzmy poszczególnych władców, tak więc chrześcijanie toczyli beznadziejną walkę o autonomię na swoim własnym terenie. Rozgrywanie zaś ich, mimo ryzyka jakie za sobą niosło, było bardzo proste. Wystarczyło udzielić kredytu temu czy innemu kacykowi w koronie.

Kluczem do kontroli całego szlaku wiodącego z Indii do Europy była Iberia. Nie można jej było wypuścić z rąk, a to oznaczało, że nie można było dopuści do jej zjednoczenia. Tam bowiem był koniec szlaku indyjskiego. Dalej był Londyn, którego władcy, świadomi, że prędzej czy później będą musieli się podporządkować, próbował negocjować coś z północną Afryką. To były projekty absurdalne i łatwo je ukrócono.

Żeby ocaleć i nie stać się częścią kontrolowanego przez żydowskich kupców konsorcjum Europa, kierowana w teorii przez papieża musiała zrobić dwie rzeczy: skolonizować północ i założyć swoje przedstawicielstwo na południowym wybrzeżu morza. Tym przedstawicielstwem było Królestwo Jerozolimy, istniejące przez niecałe sto lat, które zostało zlikwidowane jak tylko udało się opanować sytuację w kalifacie. Prawdziwym problemem pośredników było bowiem rozdrobnienie interesów i ambicji w państwach muzułmańskich, a także Persja. Ta bowiem miała własną produkcję, własne wydobycie, własny handel i własną tradycję. Nie znam szczegółów rywalizacji handlowej na tym odcinku, więc nie będę o tym pisał. Nawet jednak istnienie Królestwa Jerozolimy nie zmieniło wiele w stosunkach. Był jeden tylko niebezpieczny moment, kiedy były książę Antiochii Renald de Chatillon próbował zbudować swoją flotę na Morzu Czerwonym. Gdyby opanował jeden port i wysłał swoje statki do Indii, zrobiłby się naprawdę wielki kłopot. No, ale nie opanował, nie wysłał, a sytuacja wkrótce wróciła do normy.

O wiele groźniejsi niż to całe królestwo byli Wenecjanie. Zajęli Konstantynopol, jedną ze stolic gwarantujących stabilność rynku i próbowali narzucać swoje warunki. Trwało to sześć dekad. Wenecjanie, a także – jak przypuszczają niektórzy – Londyn, czegoś się jednak nauczyli. To znaczy zrozumieli, ze aby kontrolować rynek musi istnieć sfera wolnego przepływu towarów i ktoś musi gwarantować bezpieczeństwo w tej sferze. Nie wiemy kiedy i jaką drogą pierwsi przedstawiciele Wenecji i Londynu dotarli do jurty Czyngis Chana, ale z całą pewnością tam dotarli. Podjęli wielkie wyzwanie i stali się filarem olbrzymiej operacji, której celem było złamanie żydowskiego monopolu na handel z Indiami. Nie za pomocą środków doraźnych, ale systemowo. Niestety dostępne, pochodzące z Azji, źródła dotyczące najazdu na Europę nie istnieją. Zaginęły. Wszystko więc co mamy to przypuszczenia. Te jednak, w naszym przypadku, obracają się wokół spraw poważniejszych niż to miało miejsce w czasach kiedy swoje książki o najeździe mongolskim pisał ukraiński wieszcz Iwan Franko. Nie chodziło o szczęście i miłość Bazyłka i Ołeny, jak się Iwanowi Franko zdawało. Sprawy miały się inaczej.

Celem najazdu mongolskiego była Iberia i to zostało zadeklarowane i przechowane w źródłach europejskich. Operacja jednak wyhamowała w środkowej Europie i na Bliskim Wschodzie, niszcząc tak żydowskie, jak i chrześcijańskie ośrodki handlowe i dewastując produkcję na Węgrzech, w kalifacie i w tej jakiejś Polsce, na którą nikt za bardzo nie zwracał uwagi.

Wiele jednak nauczyła ona żydowskich pośredników. Wiele też nauczyła chrześcijan. Po pierwsze – produkcja musi być kontrolowana, po drugie – system feudalny jest największym wrogiem dobrze zorganizowanej i efektywnej produkcji. Po trzecie – należy rozwijać technologię. Ten ostatni postulat nie oznaczał jeszcze niczego w XIII i XIV wieku, albowiem największą fabryką wszystkiego na świecie pozostawały Indie. Nie Chiny, zwracam uwagę, których porty były bardzo oddalone od portów Morza Śródziemnego. Towary chińskie zaś, by dojechać do Europy, potrzebowały gwarancji. Tę zaś mogła dać tylko Orda.

Ostatni postulat w pełni został zrealizowany dopiero w wieku XVIII. I wtedy właśnie Indie przestały być światu potrzebne. Dodam, że Indie ciągle były potrzebne, nawet kiedy w Europie istniały już kopalnie i wydobywano kamienie szlachetne, a także inne surowce, nawet wtedy kiedy w każdym kraju była w miarę dobrze zorganizowana produkcja. Nawet wtedy Indie były niezbędnym elementem funkcjonowania cywilizacji w basenie Morza Śródziemnego. To się nie zmieniło nawet po odkryciu Ameryki. Istotną zmianą była dopiero zmiana w technologii produkcji tekstyliów i jej umasowienie. To był ten moment, kiedy pośrednicy kontrolujący przez całe stulecia szlaki wiodące z Indii, przenieśli się do Londynu, zainwestowali w spółkę zwaną Kompanią Wschodnioindyjską i wysłali do Azji Roberta Clive’a. Z wielkiej, obsługującej glob fabryki, stały się Indie rynkiem zbytu towarów masowych i polem do nieludzkich eksperymentów socjologicznych.

Zwróćmy teraz uwagę na to, jak docent wiki opisuje spotkanie Portugalczyków z Gasparem da Gama, który był przedstawicielem organizacji żydowskich w Indiach. To jest opis dziecinny, w rzeczywistości kretyński i, można domniemywać, że przepisany z Lelewela, ojca polskiej historiografii. To z całą pewnością nie było spotkanie dwóch nie znających się i nie rozumiejących światów. Jak to powiedział pewien pan w filmie Miś: dlaczego nie verstehen? My wszystko verstehen, pan siada, się załatwi. Wszyscy bowiem wszystko rozumieli.

Udało się wysłać do drukarni obydwa tomy Kredytu i wojny. Ukażą się w nowych zupełnie okładkach. Będą też miały wyższą cenę, o czym już dziś informuję. Niestety wszystko drożeje. Kulka lodów na prowincji kosztuje już 4,50, więc trudno, by nie drożały książki, których napisanie angażuje taką ilość ludzi i kosztuje tyle czasu. Jak wszyscy pamiętają zacząłem pisać tom II Kredytu i wojny jakoś w marcu. Mamy połowę lipca i rzecz poszła do druku. Uważam, że za późno o miesiąc. No, ale po drodze mieliśmy różne przygody, zaczęły się wakacje i wielu współpracowników gdzieś wyjechało. Wakacje trwają i trudno mi ocenić kiedy przyjedzie tu nakład, bo zapewne w drukarni także są urlopy. Obiecano mi dołożyć wszelkich starań, by stało się to jak najszybciej.

Niestety tak się składa, że sprzedaż nie jest zbyt rewelacyjna, a pośrednicy, który oddaję swoje książki, ociągają się z zapłatą. Nie pozostaje mi nic innego jak rozpoczęcie nowej dwutygodniowej promocji. Bardzo mi przykro, że tak czynię, ale trudno mi prowadzić bloga, angażować się w książki, a leżą jeszcze dwie rozgrzebane i prowadzić promocję tytułów starszych. Jestem po prostu już trochę znużony. O wiele łatwiej jest ogłosić promocję. Nie lubię tego, albowiem można to nazwać psuciem cen. No, ale muszę mieć jakieś zyski, nie mogę, w oczekiwaniu na realizację faktur, żyć powietrzem, ani powiedzieć dzieciom, że nigdzie w tym roku nie wyjadą. Za chwilę będzie półmetek wakacji. Trzeba coś wymyślić, zaplanować, ale pewnie jakoś na krótko, bo jest mnóstwo roboty.

Tak więc od dziś do 31 lipca obniżam ceny na następujące tytuły:

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pieniadz-i-przewrot-cen-w-xvi-i-xvii-wieku-w-polsce/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/czy-krolobojstwo-krytyczne-studium-o-smierci-krola-stefana-wielkiego-batorego/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zydowscy-fechmistrze/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/feliks-mlynarski-biografia/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gimnazjum-i-liceum-wolynskie-w-krzemiencu-w-systemie-oswiaty-wilenskiego-okregu-naukowego-w-latach-1805-1833/

 

  12 komentarzy do “Historia wizyjna czyli o relacjach żydowsko-hinduskich”

  1. Panie Gabrielu skoro wszystko w tych Indiach się produkowało i było przewożone do Europy na tych biednych wielbłądkach, to co jechało w drugą stronę? Złoto? Srebro? Może niewolnicy? Tak się zastanawiam, bo skoro byliśmy w produkcji tak bardzo do tyłu to chyba tylko kruszce wchodzą w grę.

  2. Do krajów arabskich jechały elementy statków, które były montowane w portach na Bliskim Wschodzie. Myślę, że towary europejskie nie docierały bezpośrednio do Indii, były absorbowane przez rynki arabskie, a Europa składała się z szeregu niewielkich rynków i ośrodków produkcji lokalnej które pozwalały zarabiać tyle, by kupić towary z odległych rynków z wielką marżą i korzyścią dla pośrednika. Produkcja była rozdrobniona i dopóki nie utworzono targów w Szampanii, mało konkurencyjna.

  3. Od słowiańskiej strony

    Ignacy Schiper nazywa kupców Rodanitami /Żydzi znad Rodanu/ i pisze, że byli na szlakach do Chin od zawsze. Ciągnął się ten szlak z zachodu Europy do Itil / Astrachań/ gdzie w stolicy Chazarii Rodanici mieli szczegółn opiekę, stamtąd przez Morze Kaspijskie przeprawiali się do Turkiestanu i docierali aż do Chin.

    Od VII  wieku Rodanici byli prawie wyłącznym pośrednikiem między Wschodem a Zachodem aż w X wieku musieli ustąpić miejsca , kiedy to miasta włoskie też zaczęły garnąć się do handlu lewantyńskiego .

    Rodanici wtedy skierowali  swe zainteresowanie na Słowiańszczyznę …. te szlaki handlowe  trzymały się mocno nic nie zagrażało …

    aż jednak te miasta włoskie i zorganizowane wdarcie się Mongołów …

    Ciekawe jaki byłby przebieg intryg , wojen , globalizowania handlu gdyby to Morze Czerwone nie musiało czekać na Kanał Sueski … być może słowiańszczyzna byłaby spokojna ziemią

  4. bo powołując się na opinię Coryllusa, że najgorzej mieli ci co żyli na szlakach handlowych, że wojna o szlaki była zarzewiem  militarnych sporów… połączenie Morza Śródziemnego z Morzem Czerwonym na lata odwróciłoby uwagę od słowiańszczyzny, no az powiedzmy do czasów Johna Peytona jr, bo chyba wtedy spercepowano , że najbezpieczniejsza i najszybsza droga handlowa na dalekie południe azjatyckie  wiedzie przez ziemie I RP   …

    mogło tak być ..

  5. były książę Antiochii Renald de Chatillon

    Jeden z najmądrzejszych ludzi epoki krucjat!

  6. Ten Hindus w okularach przypomina mi Lwa Trockiego.

  7. Smieciu na SN pisze że Hohenstauffowie /wg niego/ otwierali placówki po stronie wschodniej Europy , żeby być bliżej Azji, stąd to lokowanie zakonu; ta Wenecja, potem Węgry, chyba jeszcze Hanryk Pobożny  też coś planował z Krzyżakami i w końcu Malbork…. może właśnie  tak miało być, co by tłumaczyło ten trend zdobywania Litwy …

    przydałoby się odnaleźć jakieś rękopisy w tym temacie,  jak te z Qumran, zwłaszcza że powyżej Patryk o jakichś znaleziskach nadmienia  choć w innej materii

  8. Na ostatnich ilustracjach jest taniec, czyli musi być muzyka.

    Lew Trocki jako szlifierz. Dobre (@Tytus)

  9. przewertowałam książkę pt Aleksander Wielki, autor Paul Cartledge, /o czasach sprzed tych relacji zydowsko – hinduskich/   w poszukiwałam Kuszan.

    na str 240 jest opis o odkryciu w 1978-79 roku na północy Afganistanu gdzie radzieccy archeolodzy znależli na terenie starozytnej Bakterii,  na równinie roaciagajacej sie na południe w strone Hindukuszu , a na północ do brzegu Amu darii /starozytny Oksus/, 21 sztuk złota w  6 komnatach grobowych , datowane na koniec tysiąclecia pne. pozostawili je Kuszanie. kulturowa mieszanka azjatycko grecka .

    jeden raz wspomniani w tekście ksiązki

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.