Cze 032014
 

Miałem dziś straszny sen. Śniło mi się, że szukam pracy, wysyłam swoje aplikacje w różne miejsca i nic. Nie ma odzewu. W końcu jakiś szczyl zaprasza mnie na spotkanie, a ja, siedząc w czymś co przypomina newsroom opowiadam mu o swoich książkach, tekstach, blogu, „Szkole nawigatorów”, opowiadam mu o wszystkim co udało mi się zrobić przez ostatnie lata, a do tego jeszcze o planach komiksowych. On zaś patrzy na mnie oczyma wyrzuconej na plażę flądry, poprawia krawat i mówi: pan się nie nadaje, ma pan za mało doświadczenia.
Nigdy nie szukałem pracy w taki sposób, to znaczy kilka razy wysłałem gdzieś swoje papiery, ale za każdym razem okazywało się, że nic ze mnie nie będzie. Sprawa była zwykle jasna już przy pierwszej rozmowie. Ludzie, którzy rekrutowali pracowników patrzyli na mnie i słuchali co do nich mówię, po czym uśmiechali się jak jakieś lalki-zombie z filmu „Noc żywych nieboszczyków-karaluchów kontra upiorne małże” i mówili: oddzwonimy do pana. I nigdy nie oddzwaniali. Jakoś jednak tę pracę znajdowałem, odbywało się to zawsze według jednego schematu. Zgłaszałem się gdzieś, zupełnie przypadkiem, albo ktoś polecał mnie komuś, kto akurat miał w firmie omawiany tu ostatnio „pożar w burdelu”. Ja występowałem zwykle w roli chłopca do wszystkiego, który nie ma żadnych doświadczeń, ale za to umie sobie radzić. No i gasiłem ten pożar, za najniższe stawki w firmie, po czym dziękowano mi z wyrazami niechęci na twarzy, a po kilku tygodniach wyrzucano, bez możliwości porozmawiania z szefem. Kiedy byłem bardzo młody miałem z tym nawet problem, bo wydawało mi się, że ja się rzeczywiście do żadnej roboty nie nadaję. Potem mi jednak przeszło, bo zauważyłem inną, dziwną prawidłowość, która działa zawsze i wszędzie pod każdą szerokością geograficzną. Oto wszyscy gamonie, lewusy, drobni kanciarze, a szczególnie nałogowi alkoholicy popadający w ciągi, są w każdej firmie hołubieni i nigdy się ich nie wyrzuca. Wylatują za to tacy jak ja, których przyjęto po to, by coś naprawili, co akurat się rozlazło. Kiedy to zrobią firma zaczyna działać tak jak dawniej, czyli zaczyna żywić pięć albo sześć rodzin i jest w porządku. Do następnego krachu, który da szansę jakiemuś innemu biedakowi żyjącemu złudzeniami. To jest świetnie widoczne w Polsce na każdym właściwie poziomie, od ministerstw, poprzez uniwersytety do ostatniego warsztatu produkującego europalety. Nikt nie myśli kategoriami innymi, jak te dotyczące podziału budżetu między swoich. Na rynku europalet nie ma z tym kłopotu, bo rynek ten jest głęboki i niezniszczalny. Co innego u nas, na rynku propagandy, gdzie jest gęsto od szarlatanów, magików i gdzie budżety są znacznie bardziej kuszące niż w branży paleciarskiej. Tutaj nie ma przebacz, nie może być mowy, jak w paletach, że człowieka wyrzucą z jednej firmy, ale jak pójdzie on do drugiej to go przyjmą i znów będzie wesoło stukał młotkiem. W naszej branży wyrzuca się naprawdę, wprost w zapomnienie, albo ci wyrzucani to po prostu wybrańcy. Chodzą oni w glorii męczenników, ale krótko, bo natychmiast dostają pracę w innym wydawnictwie. Taka jest bowiem immanentna cecha tego rynku, on musi stwarzać złudzenie autentyczności i po to właśnie są te wszystkie spektakularne przejścia z redakcji do redakcji, te wszystkie porwane na piersi koszule,(że to niby za Polskę) i inne numery z elementarza radzieckiego agitatora wczesnych lat rewolucji. Jak branża kogoś nie chce to po prostu o nim nie mówi i tego kogoś nie ma. Tak właśnie jest z nami, ze mną i z Toyahem. Nas nie ma. Całe szczęście nie ma takiego kurnika, który dałby się w całości upilnować, a rynek treści i znaczeń, zwany przeze mnie rynkiem propagandy składa się z kilku obszarów, na których rządzą odmienne i niekompatybilne prawa. To stwarza jakąś szansę. Chodzi mi o to, że redaktorzy nie mają pojęcia o co chodzi na rynku książki. Podobnie jak ich wydawcy nie mają pojęcia o co chodzi na rynku wydawnictw periodycznych. Fakt, że on i oni istnieją i mają się dobrze, wypływa wprost z tego, że należą do żywionych przez „firmę” pięciu czy sześciu rodzin. Daj im Panie Boże zdrowie, dopóki oczywiście trzymają się daleko od nas i milczą. Owe różnice ciśnień na rynkach powodują, że czasem wieją tu huraganowe wiatry i jeden czy drugi dach leci gdzieś w przestrzeń w kawałkach i nie ma szansy by go zatrzymać. Coś się odsłania, coś innego przykrywa i jest jakiś ruch. To, jak powiadam daje szanse. O co chodzi w praktyce? Pisałem już o tym wielokrotnie. Dziennikarze startujące na rynku książki mają tam takie same szanse jak ja, ani mniejsze ani większe, albowiem rynek ten musi działać jawnie. To znaczy towar musi być wydany z magazynu, wystawiony na targach i sprzedany. Skąd on się wziął i za co go wyprodukowano to już inna sprawa, podobnie jest z zyskami, ich istnienie nie jest konieczne, ale chodzi o sam moment prezentacji. On musi się pojawić. Co innego w redakcji, gdzie tylnymi drzwiami można wprowadzić dowolnego gamonia, zrobić mu zdjęcie, a potem puścić na łamy z podpisem: wybitny specjalista od polityki zagranicznej. I tak nikt nie będzie sprawdzał kim on jest. W książkach, które jak na złość mają jeszcze moc nobilitującą, do przeprowadzenia takiego numeru potrzebne są horrendalne budżety, albo horrendalne znajomości. No i tematyka musi być odpowiednia. Najłatwiej rzecz taką przeprowadzić w kategorii „mam ładne cycki i tyłek”, ale nie o to przecież chodzi redaktorom pożądającym sławy i patyny na wąsach. Poza tym w książki wchodzą dzieci polityków i to dla nich zarezerwowane są najważniejsze nisze. To w nich ładuje się pieniądze, bo wiadomo, że od razu się zwróci. Mamy bowiem sprzęgnięte w jedno trzy, albo cztery siły: tata z mamą, telewizor, internet i tabloidy. I szafa gra. Wypromowanie autora, szczególnie takiego, który pisze analizy polityczne i jest znany z opiniotwórczych periodyków, a nawet zdobył tam sławę to jest orka na ugorze. Nawet Ziemkiewicz nie daje już rady, no, a poza tym jest jeszcze kwestia prezentacji. Co on może powiedzieć, czego już wcześniej nie mówił? I kogo to zaskoczy?
O tym, by promować nieznanych autorów, nawet wywodzących się z tych pięciu, sześciu rodzin, nie może być nawet mowy w tym momencie, bo wszyscy są za bardzo ze sobą pokłóceni i jak jedni zaczną coś szemrać, to im drudzy odpowiedzą innym autorem równie fantastycznym. W tym czasie kasę z rynku ściągnie Monika Jaruzelska, bo ona zapewnia prawdziwe pieniądze i prawdziwe emocje, wystarczy, że zacznie opowiadać o wycieczkach po byłych demoludach, w których brała udział wraz z tatą. Nikt się nie oprze.
Cóż więc pozostaje naszym redaktorom? Okopywanie się na pozycjach, czyli pilnowanie swoich rubryk i swoich łam, żeby się tam nikt nie dostał, żeby nie zajął im nawet kawałka szpalty, bo wtedy koniec. Będzie jak z tym potworem z ostatniej części „Obcego”, tym wiecie, skrzyżowanym z człowiekiem, co go próżnia kosmiczna przez dziurkę w szybie wyssała. To są projekcje, z którymi zmagać się muszą nocami dziennikarze „Do rzeczy” i „W sieci”. Oni nie mają tak spokojnych snów jak ja. Z tego też powodu pilnują oni bardzo mocno hierarchii piszących, którą my, w tym dostępnym dziś kształcie po prostu unieważniamy. Nie obchodzi nas ona, bo jest fałszywa. Nikt nie może przecież serio traktować kogoś takiego jak Adamski z tygodnika „W sieci”. Przez ową strzeżoną pilnie hierarchię, blogerzy Wszołek i Rybitzki mogą się realizować w Internecie na razie i czekać grzecznie na swoją kolej, kiedy im ktoś, jak to się udało Czarkowi Krysztopie, pozwoli „przebić szklany sufit”. Czarek przebił i dziś rysuje w „Do rzeczy”. Można? Można. Trzeba być tylko cierpliwym i długo, długo chodzić za naczelnym.
Dlaczego jak tak strasznie z nich szydzę? Dla Waszego dobra rzecz jasna. Musicie bowiem wiedzieć, że jak ich po raz kolejny zaczną wyrzucać z pracy, będzie to czynione tylko i wyłącznie po to, byście im jeszcze raz uwierzyli. Teraz to już kochani naprawdę – tak powiedzą – teraz to już nie będziemy w aliansach, nie tylko z Hajdarowiczem, ale nawet z Lisickiem. Koniec, teraz będzie tylko prawda, uczciwość, zero kompromisów i żadnych programów kulinarnych mieszanych z polityką czy literaturą. Nagie fakty po prostu. Niebawem do tego dojdzie, bo papier w tych periodykach jest coraz gorszy, widomy to znak, że idą zmiany.
Są jednak pisma, gdzie papier się nie zmienia, jest jak dawniej lśniący, a teksty, mimo że trywialne, nie budzą takiej niechęci jak teksty Adamskiego. Do pism tych należy „Gość niedzielny” zwany w niektórych kręgach „pismem katolickim”. Ja tu celowo umieszczam tę nazwę w cudzysłowie, bo uważam „Gościa”, za twór będący owocem pewnego całkiem fałszywego kompromisu. Wynikającego po pierwsze z oszczędności, po drugie z ochrony jakichś innych pięciu czy sześciu rodzin, oraz z tego, że strategia zakładała maksymalne upodobnienie go do pism mainsteramowych. Po to, żeby był sukces. I ten sukces jest, ale wynika on moim zdaniem z poprawienia dystrybucji, a nie z tego co ten „Gość” zawiera. Mogę się mylić, ale będę się upierał. No i wczoraj dowiedziałem się czegoś zupełnie fantastycznego. Ponoć honoraria w papierowym wydaniu „Gościa” są nieporównywalne z niczym, nawet z honorariami u Karnowskich. Ja nie wiem ile wynoszą, ale są wielkie. Wystarczy, że ktoś napisze z ręki kilka tekstów, ot takich zwykłych, prostych, reportaży, czy wywiadów z artystami zajmującymi się sztuką katolicką. I już. Idzie do kasy, a tam góra szmalu. Tak mi powiedziano, naprawdę…
Zaraz ktoś powie, że znów mnie zawiść zżera. – Nie gadaj – powie – tylko idź i sam coś napisz, może cię docenią.
No, ale ja właśnie co jakiś czas to robię. Co parę lat wysyłam swoje propozycje do wszystkich tytułów jak kraj długi i szeroki. I wyobraźcie sobie, że nie mam żadnej odpowiedzi. Po prostu żadnej. Czy to nie jest niesamowite, zważywszy, że kiedy skracam dystans pomiędzy sobą samym, a czytelnikiem, kiedy wchodzę na rynek, wszystko czego się nie dotknę zamienia się natychmiast w sukces. Piszę to pod wpływem wczorajszego tekstu Witolda Jurasza, który odgrażał się, że napisze coś o miernotach i karierowiczach. Voila! Miernoty i karierowicze przed Wami! I powiem Wam jeszcze, że nigdy nie wziąłem pieniędzy za żaden wywiad do prasy. Ciekawi mnie jednak jedno, czy taki „Gość niedzielny” będzie zainteresowany wywiadem z Tomkiem Bereźnickim, artystą jak najbardziej katolickim, który nie dość, że robi witraże, to jeszcze rysuje najlepszy komiks jaki kiedykolwiek powstał w Polsce, zatytułowany „Święte królestwo”? I ile mu zaproponują za ten wywiad? Bo przecież nie powiedzą, że to w ramach reklamy. Tak bezczelni chyba nie są.

Przypominam o piątku, siedziba IPN przy Marszałkowskiej – kiermasz książki. Będę tam od 10.00 do 18.00, a potem od 19.30 będę miał wieczorek w Cafe Flora przy ogrodzie botanicznym.

  34 komentarze do “Ile płacą w „Gościu niedzielnym”?”

  1. Ponieważ mam swoje lata to na karżde napisane wyżej zdanie mogę dać przykład potwierdzający , wzięty z życia . I z tego by była ksiązka . Więc tylko potwierdzam ,,, nie ja jedna pewnie .

  2. W rozmowie kwalifikacyjnej trzeba zaczynać od końca. Pytaniem w jakim kolorze będzie samochód służbowy 😉

  3. Ziemkiewicza widziałam najpierw na blogpress video dyskusję … a wczoraj w księ garni Świat Książki … już przeceniony !!!!… ale i tak za drogo dla mnie żeby go kupić …. musiał by byc w taniej książce alboco ???

  4. Resortowe dzieci już są po 10 zyli.

  5. noooo , za dyche , to damy radę :)))))))

  6. Myślałam, że tylko ja jestem zawsze zatrudniana tak jak do sprzątania po pożarze. Bardzo często zatrudnienie stawiało mnie w sytuacji upokarzajacej finansowo. Rodzina mi poradziła polecić sprawy Św. Ekspedytowi, patronowi ratującemu od zdarzeń nagłych, zaskakujących, stawiających człowieka w sytuacji bezradności. Rodzina korzystała z opieki Świętego do 1956 roku, ja teraz i wydaje się że broni skutecznie.
    Czy w IPN w piątek, „Romowe” będzie z autografem p. T. Bereźnickiego?

  7. chyba lepiej zainwestowac w piwko.

  8. Romowe nie jest komiksem Tomka tylko Huberta, mam jeszcze dwa z autografem, odłożę dla Ciebie.

  9. to jest myśl !

    jak już inwestować , to poważnie :)))))

  10. Znam dwie inne specjalizacje korporacyjne: „robinson cruzoe” i „undertaker” czyli grabarz. Ten pierwszy buduje, zabagnioną od pierwszego dnia, nową firmę od podstaw, ten drugi ją likwiduje. Oba terminalne. Robinson jest spuszczany w momencie uporządkowania finansów, zdobycia kredytów i zbudowania dystrybucji. Jest kasa, którą rodzina/y mogą przekręcić i przychody zapewniające obsługę długów, oczywiście do czasu (apetyt rośnie w miarę jedzenia). Ten drugi sam się zwalnia po złożeniu firmy do grobu. Ja zawsze wolę być robinsonem.

  11. Z góry dziękuję, za odłożenie komiksu.
    A w nawiązaniu do cortesa to jest jeszcze pewna formuła. Kiedy profesjonalista zajmje dobrze płatne prestiżowe stanowisko a jego zastępca wie, że awans go nie czeka to ze znajomymi umawia taką sytuację: profesjonalista otrzymuje propozycję budowy firmy od podstaw w mieście nieco odległym od miejsca zamieszkania, (obiecana) dwukrotność pensji, samochód, telefon, itp, Pensji takiej osobie się nie wypłaca bo przecież firma ciagle w budowie (bo niby taki profesjonalista a się źle stara), wracać nie ma dokąd bo w byłej pracy etat zajęty przez zastępcę, Narasta zmęczenie (dojazdy) rodzina idzie w rozsypkę, a jeśli nie w rozsypkę to dzieci napewno są nie dopilnowane i tak się pomału załamujesz i plujesz sobie w brodę a poziom trudności przerasta siły człowieka. Po trzech miesiącach zapłacą dwie pensje traktując pracownika jak nachalnego żebraka. Jak firma zaczyna dobrze chodzić (vide opis Coryllusa) to organizatorzy tego pomysłu sprowadzają z zagranicy człowieka, który zna np 4 języki obce (w tym polski) i zaczynają się panowie konfliktować i naszemu bohaterowi udowadnia się, ze jego profesjonalizm jest żadenh w porównaniu ze znajomością języków obcych tego nowego człowieka. Oczywiście nie chodzi o te języki tylko o upokorzenie. Jesli wytrzyma jedno upokorzenei i to będzie za mało to pasmo upokorzeń gwarantuje odejście z pracy bohatera tego porozumienia. Profesjonalista dopiero w domu pozostając kilka miesięcy bez pracy albo i dłużej uświadamia sobie sobie że na szaro został zrobiony przez zastępcę, którego na własnej piersi …. itd.

  12. zamiast czuć się upokorzonym , można podjąć grę na wykończenie tego dupka zagranicznego ….

    ale i inną równolegle ,,,, poszukać rozgrywajacego …. nooooo nie będę dawać przepisów …… to się da zrobic , pod warunkiem , że się nie jest beksą…… 🙂

  13. Marysiu, a co powiesz na to: wchodzi na rynek polski korporacja bankowa i podkupuje za 3 – krotność wynagrodzenia profesjonalistów bankowych doskonale znających polski rynek. Po 3 miesiącach ich zwalnia, bo ma swoich. Z tym zatrudnieniem podkupionych, celem było osłabienie tubylczej konkurencji dobrze zakotwiczonej na polskim rynku. Oczywiscie podkupieni nie mają gdzie wracać, ich miejsca sa zajęte a dla nowej korporacji przestają być groźni bo zostali (na własne życzenie) wyeliminowani ze środowiska.

  14. Jak z uwodzeniem pierwszych naiwnych normalnie….ależ ci ludzie są durni….

  15. taaaa …. ja znam troszkę te sprawy w korpo …..

    hmmm jak by tu rzec …

    to nie jest na taki koment … ale też coryllus chyba już skomentował :(((

    trzeba szybko wyrastać z dzieciństwa .. ot co ..

  16. widziałam jak sprowadzonego fachowca co miał wyeliminować… wyeliminowano … solidarnie …..i nie mam na myśli związku zawodowego ..

    to jest złożone …

    idę z psem , jadę po książke , bo zadzwonili , że jest sprowadzona … i ogólnie .. wróce wieczorem … 🙂

  17. No może jest to pewien poziom durnoty, ale dopiero doznając takich koincydencji możne sobie przyswoić pewnik, że ten co wyraża chęć zatrudnienia jesli dobrze płaci, to gra znaczonymi kartami, Łapie się ludzi w sieć chciwości.
    Marysiu jeśli wyeliminowano fachowca co miał wyeliminować, to nie mówimy o prywatnej spółce..
    W prywatnej wszystko jest pod kontrolą właściciela (centrala korporacji), i to jego intrygi są realizowane także przeciwko tym fachowcom zatrudnionym tylko na chwilę i do zrobienia czegoś, jak i przeciwko tym co pracują pilnie i długo (no tym,po to, żeby wiedzieli kto rządzi) .

  18. To akurat w prywatnej .. ale nie międzynarodowej …. I jasne ,że albo się znajdzie sposób … albo nie … i się wylatuje …. tu znalazł się … 🙂
    Ludzie , tak jak piszesz , łapią się na chciwośc…… 🙁 . Co zrobic … może się choc nauczą…. na zaś …

    A propo tej Marysi S. to mi sie jakoś luźno kojarzy ta jakaś … Malanowska .. czy jakoś tak …. Z tekstu starszego Coryllusa …

    Te wywiady … i ich brak ….. Zobaczymy .

  19. no , Henryś , to w jakim kolorze ten samochód ?

    wrzucasz bombę i idziesz 🙂

    A ja sobie przywiozłam Twierdzę i muszę ją połknąc …

    Mam nadzieję , ze do jutra wyjaśni się choć sprawa tego autka …. bo z młodym parlamentem …. to jednak trzeba poczekać 🙂

  20. Nie na darmo ma Gość Niedzielny nieoficjany tytuł: „Trybuna Ludu Bożego”;) U nich początkiem założenia ich kościoła posoborowego jest Sobor Watykański II – wcześniej nic nie ma. Dlatego mają alergie na Mszę Św Katolicką Wszechczasów /trydencką łacińską/ (może być odprawiana ale tylko w rezerwatach tych szatanów – tradycjonalistów), lubuja się w herezjach ekumenizmu, wolności religijnej, wolności sumienia i kolegializmie – demokracji w kosciele. Ale to nie ma nic wspólnego z Kościołem Katolickim.

  21. Mobing , stalkeryzm > permanentnie zagraza dobrym . Dobry , to jest ten uczciwy profesionalista , ktory ma w firmie dwie funkcje : codziennie dokonuje niemozliwego (bez dyskusji) a kolejny swit wita zmeczony i ma to ukryc. Kolejna funkcja to > ma byc nikim , by w kontrascie kims byl ON (jakis Klam np.). Bycie mroweczka ze spuszczonymi oczami to zadna oslona . Palec wskazujacy wyczuwa szew spodni i wazelinka – to sie moze podobac okazjonalnie > ale za tym kroczy mialkosc. Albo-albo. Albo poziom i udzialy , albo relatywizm …we wszyskim. Mobingiem jest zbojeckie prawo szefa : wszyscy sa na wylocie i maja to odczuwac codziennie. Ludzie bez pracy , ladniej > dobrzy na wolnym rynku , brzydziej > populacja do wynajecia na targowisku >>> to efekt postepujacego palperyzmu. Jest zle – tak (rodzaj swiadomego procesu jak swiat swiatem). Ludzie z talentem , wyksztalceni > a mimo to niepewni sa jutra we wlasnym kraju – bo sa dobrzy. Jestes dobry , padlo na ciebie – ale bedac dobrym to wlasnie ty zyjesz , i zyjesz „jasna strona mocy”.

  22. Ja tym gościem pojadę, w ostatnim numerze wypatrzyłem aż dwa nowe nazwiska. Jedno opisało chińską Alibaba-ę a drugi coś co mnie się nie zapamiętało, jakaś podróż polityczno-krajoznawcza, a świecić światła nie zamierzam, żeby się upewnić.
    „Gość” na pewno nie jest mejnstrimowy, nie ma go u dentystów, w zakładach fryzjerskich czy w salonach masażu. I to pewnie specyfika nasza lokalna. jak kiedyś delegację w mieście Amsterdam odbywałem to w szufladzie biurka była biblia, dwujęzyczna, i reklamy atrakcji środowiskowych od ciasteczek przez lizaki po latarnie. Obawa przed tym, że „się będą z nas śmiali” jak umieścisz treść inną niż standardowa / katalogowa jest irracjonalna.

  23. Ale się rozpisali Twoi czytelnicy. Nagrodę „wolności” w zakresie „kultury” nie dostał Możdżer ani Blechacz (dwaj pianiści ciągną wózek) ale artystka Janda.

  24. Wariatka zatem? No pięknie. Ale w końcu wszystkie macki sięgają do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
    Które tak zarządza np pałącem w Lubostroniu że aż wstyd. Czego przykładem wywieszona drewniana tarcza na podłej restauracyjce tam z napisem „PAŁA
    COWA”
    I akwarium z jedną zdechłą rybką i bardzo mętną wodą.

  25. pała i cowa były jedno pod drugim. przeraziło mnie to. Czy oni nie widzą takich rzeczy, czy też popełniają je świadomie?

  26. 9 marca Leon hrabia Skórzewski, syn Zygmunta hrabiego Skórzewskiego, właściciela dóbr pałacowych w Lubostroniu, reprezentowany przez adwokata Michała Tomczaka z warszawskiej kancelarii adwokackiej Tomczak i Partnerzy, wystąpił z roszczeniem do ministra rolnictwa i rozwoju wsi o stwierdzenie, że zespół pałacowo-parkowy w Lubostroniu nie podlegał pod działanie dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 6 września 1944 roku i tym samym nie mógł podlegać nacjonalizacji. Odwołanie Skórzewskiego było reakcją na decyzję wojewody. W grudniu 2009 roku wojewoda kujawsko-pomorski uznał, że zespół pałacowo-parkowy w Lubostroniu podlegał pod działanie dekretu PKWN z 1944 r., gdyż pozostawał w funkcjonalnym związku z pozostałą, rolną częścią nieruchomości, dlatego nie należy się Skórzewskim.

    Cuda „reprywatyzacji”

    Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/kujawsko-pomorskie/news-hrabia-walczy-o-palac,nId,1231450?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

  27. PRL złodziejem,
    III RP paserem 😉

  28. Najlepsze jest to, że historia pałacu na oficjalnej stronie jest świadomie zafałszowana tak , żeby nic nie wspomnieć o Skórzewskich i roszczeniach (tylko enigmatyczne o wpisanie w 1925 roku na listę zabytków narodowych. Tymczasem Skórzewscy mieszkali tam do okupacji i trochę.

  29. Co potwierdza tezę Gospodarza o historykach

  30. To samo w Radziejowicach spadkobierczyni Krysowska (ur w Radziejowicach w 1946 r) po kłótniach z PSL- em o zwrot mienia przeniosła się na tamten świat a syn Olaf wyjechał do Szwecji. No a roszczenia oczywiście chłopak ma tylko gdzie i do kogo je składać.

  31. Przepraszam za „Jolę”, nie zamierzałem się podszywać. Podtrzymuję zdanie – 5g.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.