Lut 262015
 

Nie tak dawno mieliśmy tu okazję przyjrzeć się jak działa profesjonalnie prowadzony rynek sztuki. Mam tu na myśli te fragmenty tekstu o Izabeli Stachowicz, które dotyczyły jej pobytu w Paryżu. Może dla kogoś nie było to do końca zrozumiałe, ale dziś właśnie przyszedł moment byśmy sobie to mogli wytłumaczyć do końca. Wiadomo, że o tym kto jest a kto nie jest wielkim i uznanym artystą decyduje akademia, jeśli akurat moment dziejowy mamy taki, że akademia jest w odwrocie decyduje o tym tajna policja, albo gangi, które chcą się obłowić na spekulacji obrazami nikomu nieznanych malarzy. Najlepiej by malarze ci pochodzili z dalekich stron, z miast i wiosek o których nikt nie słyszał i by mieli jak najdalej do Kościoła. Kiedy bowiem zaczną malować jakieś motywy religijne nikt na tym nic nie zarobi. Generalna bowiem tendencja na rynku jest taka, by uciekać od takich motywów i promować inne. Niekoniecznie od razu abstrakcję, ale po prostu coś innego niż święci z aureolami. Idealnie nadają się do naszego przedsięwzięcia biedni żydowscy chłopcy ze wschodnich ziem dawnej Rzeczpospolitej. Każdy patrząc na nich będzie się litował nad ich nędzą i podziwiał ich wrażliwość artystyczną. Są oni niedrodzy w utrzymaniu, a ich marzenia o sławie i bogactwie budzą śmiech, tak są pretensjonalne. Ludziom postronnym wydawać się może, że oni do tego Paryża trafili sami, wiedzeni instynktem, to jest oczywiście nieprawda, sami to oni mogliby trafić co najwyżej do karczmy, a jakby ktoś im podał pomocną dłoń mogliby zrobić karierę brakarza w lasach u Radziwiłłów. I tyle. No, ale są w Paryżu. Ktoś ich zauważył i tam wysłał. Nie twierdzę, że od razu Wilhelm Schwartz ojciec Izabeli, ale może ktoś z przyjaciół Leopolda Zborowskiego. Jasne, że z takimi egzemplarzami jak Soutine i Chagall może być trochę kłopotu, dlatego prócz nich ściąga się do Paryża dobrze ułożonych absolwentów jakichś wschodnich akademii, dajmy na to w Warszawie czy Krakowie, którzy mają dobrze poukładane w głowie i rozumieją trendy. Na miejscu musi się nimi ktoś zająć, to znaczy ktoś wpływowy, ktoś, kto nie rozumie i nigdy nie zaznał nędzy, za to doskonale rozumie jakimi motywami kierują się akademicy promujący tego czy innego twórcę. W czasach dawniejszych najlepiej było mieć na tym stanowisku kogoś z arystokracji. No i w przypadku Izabeli i jej taty tym kimś był August Zamoyski, któremu mało kto i mało co mogło zaimponować. Pan ów przed wojną i po wojnie wskazywał palcem tych artystów, którzy mogli robić karierę za granicą i zgarniać dobre kontrakty. Po wojnie było z tym trochę kłopotu, bo tajna policja, paszporty i żelazna kurtyna, ale Izabela ciągle miała wpływy, a byli zapewne inni, którzy też chcieli trochę zarobić. Kiedy już wyselekcjonowano odpowiednią grupę, przychodziła pora na wystawy i promocję. To jest najłatwiejsza rzecz na świecie, wynajmuje się dwóch pismaków i robi kilka katalogów. Zaprzyjaźnieni krytycy za oceanem, w takim LA Times na przykład piszą artykuł na osiem stron o znakomitym malarzu i rzeźbiarzu i wszystko się kręci. Kiedy koniunktury hulają można zacząć wyselekcjonowane dzieła sprzedawać muzeom, które płacą pieniędzmi podatników. Na stanowiskach dyrektorów tych muzeów są sami zaufani ludzie i nie ma niebezpieczeństwa, że ktoś się z czymś zdradzi. Kupują też prywatni kolekcjonerzy, jakieś świry, Japończycy, którzy nic nie rozumieją, albo ktoś podobny. Od razu do akcji wkraczają wtedy zaprzyjaźnione firmy ubezpieczeniowe, które sprzedają polisy na te wszystkie arcydzieła. Potem zaś, żeby świat o artystach i ich dokonaniach nie zapomniał wynajmuje się złodziei, co dokonują zuchwałych napadów na galerie, żeby wynieść stamtąd mały kolorowy obrazek zapaćkany z góry na dół plamkami. Oczywiście są też złodzieje, którzy rabują sztukę sakralną, ale oni mają inne zadania. Ten facet co w Gnieźnie połamał relikwiarz św. Wojciecha nie był przecież idiotą, wiedział z czym ma do czynienia. Nie zdewastował tego z głupoty tylko specjalnie. Myślę, że na to po prostu opiewał jego kontrakt.
Tak to mniej więcej wyglądało w szczęsnych latach przed wojną i tuż po niej. Dzisiaj wszystko się zmieniło, bo istoty tak delikatne, odziane w miękki szal wrażliwości, istoty takie jak Izabela Stachowicz należą już do przeszłości. Dzisiaj na selekcjonera wynajmuje się jakiegoś agresywnego draba, który każe sobie po prostu płacić za możliwość wypromowania tego czy innego pacykarza znad Wisły. Nim samym nikt się nie przejmuje, bo na jego miejsce czeka już dziesięciu podobnych. On ma dostarczyć towar, czyli ludzi, którzy coś tam smarują po płótnie, albo dłubią w glinie. I doprawdy wcale nie muszą to być Żydzi. Wystarczy, żeby nie malowali świętych, a najlepiej żeby w ogóle nie malowali ludzi i zwierząt. Autobusów, pociągów i tramwajów też nie. Oni mają produkować ten towar, który następnie jest pretekstem do wielokrotnych transferów gotówki w tę i z powrotem. Zmiana jakościowa jest wyraźna i najbardziej stracili na niej złodzieje. Nikt ich już nie potrzebuje, bo tendencja na rynku jest taka, żeby marginalizować publiczność, która mogła się jeszcze sztuką podniecać nie mając pojęcia o tym wszystkim, o czym my tu piszemy, tak jak ludzie dawniej podniecali się teleturniejem ‚Wielka gra”. A złodzieje najbardziej potrzebni są publiczności, podkręcają bowiem ludziom emocje. Teraz na rynku są sami znawcy, czyli ujarani degeneraci z dziwnymi fryzurami, którzy są za małą grupką, by dla podkręcenia ich emocji inwestować w profesjonalnego złodzieja. Wszystko załatwiane jest więc w coraz bardziej kurczącej się niszy. Są naganiacze porozstawiani w krajach takich jak Polska i Czechy, są nadzorcy pilnujący galerii, gdzie schodzą się oczadziałe snoby i kolekcjonerzy, którzy nie interesują się już zakupionym przedmiotem, ale pieniędzmi które dzięki temu zakupowi wyprali. Rynek zmierza ku całkowitej umowności, podobnie jak rynek finansów. Zamiast przedmiotów będą na nim wkrótce tylko nazwiska i cyfry przeglądane w komputerze. No i znawcy, którzy tego będą doglądać nie wychodząc ze swoich zadymionych pokoików. O tym, że mam rację niech zaświadczy fakt, że od ponad pół wieku Hollywood nie nakręciło ani jednego filmu, który opowiadałby o rynku sztuki i jego walorach. Wszystko mamy, narkotyki, nieruchomości, przemysł zbrojeniowy, sport, wszystko co chcecie, a sztuki nie ma.
Ktoś zapyta do czego potrzebni są tam jeszcze ci wszyscy artyści? Czy nie można tego po prostu skasować i zamknąć, przerzucając tych ludzi na jakiś inny odcinek, dajmy na to do malowania kominów. Otóż nie można, bo w cieniu czają się już podstępni biskupi, którzy tylko czekają na jeden błąd. Jak się odpuści rynek sztuki, nawet ten umowny, fikcyjny polegający na tym, że działa giełda przypadkowych zupełnie nazwisk, oni zaraz zaczną podsuwać tym pacykarzom zlecenia na obrazy religijne. Od razu tak będzie mówię Wam. I nic nie pomoże kolejny sobór, na którym zatwierdzi się tym razem dobitniej, że już nie trzeba malować św. Dominika, ani innych świętych, że wystarczy serce Jezusa, a i to jest aż nadto. Nic to nie pomoże, bo jak ktoś się nauczył malować, albo jak nawet się nie nauczył tylko mu się wydaje, że umie od razu zaczyna smarować tę Matkę Boską, co tam o niej od księdza na mszy usłyszał. Od razu. Dlatego właśnie należy kontrolować rynek, należy utrzymywać tę całą fikcję, płacić tym durniom krytykom i promować tych kretynów malarzy, żeby sprawy nie wróciły do poprzedniego porządku.
Ktoś może powiedzieć, że to nieprawda, bo te wszystkie dzieła są w istocie emanacją wrażliwości artysty i tak trzeba na nie patrzeć. Otóż nie, być może kiedyś tak było, ale środowisko artystów degeneruje się błyskawicznie i jeśli dawno temu jakiś pan namalował śmierdzącą sadzawkę z nenufarami, nic nie stoi na przeszkodzie, by wynająć sześciu innych, którzy sukces ten powtórzą w trochę innej konwencji. A malując nie będą myśleć o wrażliwości, ale o honorarium. Manewr ten nazwać możemy pogłębianiem rynku sztuki, który prócz omówionej wyżej sublimacji zmierzającej wprost ku cyfrom i nazwiskom, ma też aspekt edukacyjny. Wszystkie ambitne dzieci w szkołach muszą się dowiedzieć kto i dlaczego te nenufary namalował. Potem zaś poznać wszystkich naśladowców tego pana jacy zamieszkują okolicę. To jest właśnie głębokość rynku właśnie i mierzy się ją w chłopach. Mamy na przykład rynek malarstwa pseudoimpresjonistycznego głęboki na sześciu chłopa.
Trochę inaczej jest z filmem, który też podpada pod kategorię „handel obrazami”. Tu złudzeń jest więcej, na rynku nie było nigdy złodziei, co najwyżej naśladowcy, a największy kłopot jest z kryteriami oceny. Są bowiem dwie szkoły – falenicka i otwocka. Jedna za najważniejszy walor filmu uznaje prawdopodobieństwo psychologiczne postaci, a druga długie i wysmakowane ujęcia w tonacjach czarno białych. Na rynku filmowym postęp wyeliminował krytyków, którzy pełnili tę samą funkcję co złodzieje na rynku obrazów. Dziś każdy może być krytykiem filmowym. I obecność Krzysztofa Kłopotowskiego niczego tu nie zmienia. No, ale wróćmy do tych kryteriów oceny. Tu u nas, na blogach toczy się od paru dni dyskusja o filmie „Ida” i poza standardowym gadaniem o antysemityzmie pojawiają się też opinie artystycznie dojrzałe. Nawet Jacek Jarecki coś o tym napisał. Ludzie zastanawiają się czy postaci są psychologicznie prawdopodobne. Proszę państwa, jeśli chodzi o ten aspekt to myślę, że najdojrzalszym psychologicznie obrazem ostatnich lat był Shrek. I tego sukcesu nic nie przebije. Ida zaś jest takim prowincjonalnym naśladownictwem wspomnianych przeze mnie nenufarów, które zrobił były księgowy z przedsiębiorstwa zajmującego się remontami budynków kolejowych. Kazali to zrobił. Mamy te długie ujęcia, tę czerń i biel, ale efekt jest taki dokładnie, jak przy produkcji pączków przez kogoś niezorientowanego, kto zasugerował się wyłącznie kolorem produktu. Dyskusja o walorach artystycznych tego filmu nie ma sensu, podobnie jak dyskusja o psychologii postaci. To jest sygnał, że rynek filmowy pogłębił się już o szóstego chłopa i wzbogacił o producenta pączków, które co prawda do jedzenia się nie nadają, ale wyglądają prawie jak te prawdziwe. Tylko pachną trochę dziwnie.

7 marca w kawiarni Niespodzianka w Warszawie, odbędzie się mój wieczór autorski. Początek o 17.00. 9 kwietnia zaś będę miał wieczór autorski w Gdańsku, w bibliotece mieszczącej się w centrum handlowym Manhattan, początek o 18.00. Zapraszam. Zachęcam także od odwiedzenia strony www.coryllus.pl i sklepu Foto Mag przy stacji metra Stokłosy w Warszawie.

  35 komentarzy do “Inwencje, konwencje i handel obrazami”

  1. 7 marca jak się uda wyrwać z obowiązków, to przyniosę pudło pączuszków prawdziwych z OSKROBY – ta firma jest zorientowana jak się pączuszki robi.

  2. Rynek sztuki – artystyczna pralnia pieniędzy! Zwrot Vatu też da się wyłudzić 😉

  3. („wyrwać z obowiązków” bo tkwię w nich jak w sadzawce)

  4. Wietrzę tu zamach na linię Coryllusa

  5. Nie wychodząc z swoich zadymionych pokoików.
    Dawno temu siedzę w takim zadymionym pokoiku prowincjonalnego domu kultury. Obok mnie artyści, jak najbardziej po ASP z dyplomami, już w wieku po trzydziestce, już widza, że im dzieci się urodziły i kosztują a żony co za nich wyszły marząc o byciu żoną wielkiego malarza, żyć nie dają bo chcą lodówkę i telewizor. I mam urządzić jakąś wystawę obrazów w innym prowincjonalnym domu kultury, więc rozmawiamy. Z budżetem u mnie cienko, mówię od razu, że obrazów nie ubezpieczę, ale przy wejściu siedzi woźny to będzie mieć oko i raczej nic nie zginie. BARDZO się zafrasowali, na moje zdziwione spojrzenie jeden się w sobie przełamał i mówi: a niechby ukradli, zaraz wzywać milicję (!) i dziennikarza.
    Drugi się przełamał w sobie i mówi: a jakby kto chciał kupić ale mu rozmiar nie pasował do ściany czy kolorystyki mebli, to ja przytnę , podmaluję itp.
    To było dawno jak można się domyśleć po propozycji wzywania milicji.

  6. Co do Żydów, mają oni pewne cechy ponadprzeciętne (np. pamięć), co jest okupione pewnymi brakami (przyroda jakoś się kompensuje), tj. niezdolnością do do abstrakcyjnego myślenia i brakiem zdolności plastycznych. Dlatego nie ma wśród Żydów prawdziwych malarzy czy rzeźbiarzy, są za to marszandzi i inni napędzający ten biznes.

  7. Niech zgadnę .Ci zafrasowani swą dolą malarze nie mieli ani jednego obrazu który sprawiał przyjemność oku ?

  8. Nie mieli bo im się zdawało, że te paryskie koniunktury to wszystko naprawdę i że oni też mają szansę się załapać, byle tylko malowali podobnie.

  9. To było malarstwo realistyczne, na tyle realizmu oni mieli, choć na życznie klienta abstrakcje też potrafili. Jeden był/jest inny. I patrzę w tym momencie na własne ściany, gdzie jest kilka jego obrazów. Wtedy gdy były kupowane ( ze dwa nawet otrzymane w prezencie) , motywy roślinne, tajemnicze i zawiłe bardzo, były znacząco lepsze od pozostałego towarzystwa. Malarz zresztą wszedł w prace dla kościołów. Do dziś maluje realistycznie. Ale – nie ma w tym życia, czegoś mu brak. Choć przykrawaniu swoich obrazów stanowczo by się przeciwstawił. Siedział wtedy w tym zadymionym pokoiku i on też i tylko wzychał nad kolegami. Tyle przynajmniej rozumiał. Sam się od tego mentalnie dystansował. Niestety te obrazy są tylko ładną dekoracją.

  10. Artystów stare gacie piorą muzy,
    te z artystycznej pralni,
    gdzie wszyscy są wrażliwi
    i bardzo…
    bardzo kulturalni

  11. Taaaa… paczki sa brazowe, ale nie od smazenia w oleju. To jest braz u odchodow. Te wszystkie „glebie postaci”, „zamierzony efekt czarno bialego obrazu”, „delikatnosc konwencji”, „portrety psychologiczne” i inne semantyczne zawijasy sa po to zeby klienta zahipnotyzowac i sprzedac mu bilet do kina, by w ostatecznosci wytransferowac te paczkowe gowno do jego glowy.
    Cala psychologia, psychoanaliza, lacznie z leczeniem depresjii, ADHD, to jest jedna wielka sciema, ktora ma za zadanie sprzedac ludziom terapie, farmaceutyki, tylko po to, zeby ostatecznie czlowieka zneutralizowac i sprowadzic roli niegroznego, nieszkodliwego konsumenta. Sztuka tez jest w sluzbie propagandy i oglupiania – teatr, bedacy nowoczesna forma okultyzmu, muzyka – bedaca narzedziem opetania, zwlaszcza w polaczeniu z uzywkami i narkotkami, nie mowiac juz codziennej gazecie, telewizji, ktora uderza codziennie.

  12. z funkcją psychiatrii i psychoterapii to co najmniej grubo przesadziłeś.
    Spora część to na pewno, ale też są i tacy, którzy pomagają wyjść na prostą. I żyć dalej po swojemu.
    To, że większość wcześniej była konsumentami: no, za to psychoterapeutów winić nie możesz.

  13. Gerson, Gottlieb, Sochaczewski ?

  14. polecam wypowiedzi pana profesora psychologii z Uniwersytetu Chicago, autora „jednostki chorobowej” zwanej ADHD – Leona Eisenberga, na temat wlasnego „wynalazku” – jak widac chlop wywodzil sie z tej samej czeredy co zarzadza handlem obrazami. Stworzyl fikcje zwana ADHD, zeby utrzymac etat i katedre na uniwersytecie. Reszt zobaczyla w tym pieniadze na „terapie” i piguly. Jak sie za to zabraly koncerny farmaceutyczne, to juz nie odpuscily tematu, bo to jest spory rynek na tablety, ktore „lagodza objawy”. Jak sie wgryziesz w ten temat, to zobaczysz, ze z brykajacego zrebaka mozna zrobic mula, a na dodatek koszty calej operacji da sie przerzucic na rodzicow lub spoleczenstwo, bo sluzba zdrowia jest „darmowa:
    Z cala reszta macherow od „leczenia duszy” jest tak samo. Oni wszyscy lecza „symptomy”. Po 300 dolcow za godzine, z goscia wydrenuja kazda informacje, przeswietla go lepiej niz KGB, no bo kto odmowi wspolpracy, ktora rzekomo lezy w jego wlasnym interesie i przyszedl klient dobrowolnie?
    Mam kolege w Holandii, ktory „leczy” swoje malzenstwo u takiego machera. Trwa to juz trzeci rok, nic nie rokuje KONCA terapii. Jego zona te zostala w to wciagnieta. Jedyny efekt, ktory widac jest taki, ze klient, ktory uzdrawia jego malzenstwo zrobil wykop pod basen w ogrodku, w duzej czesci za kase z terapii. Psychoanaliza to jest zydowska hochsztaplerka. Nikt juz nie traktuje Freuda powaznie. Carla Gustawa Junga psychoanaliza doprowadzila do ALCHEMII!!! (co jest alchemia to wiemy od Coryllusa), a zaczelo sie niewinnie od teorii archetypow. Rada dla wszystkich – i mysle, ze Coryllus sie z nia zgodzi – zanim sie wezmie jakis tekst do reki i go powaznie potraktuje, to wpierw nie zaszkodzi poczytac zyciorys autora. Junga nikt nie leczyl, on nie mial terapeuty, a jak najbardziej sie kwalifikowal na pacjenta. Ten przykladny maz i ojciec, oprocz zony mial na stale „dupe na boku” – http://en.wikipedia.org/wiki/Toni_Wolff ktora leczyla jego potelepana glowe, glownie w lozku. Tak z grubsza wyglada ten wspolczesny szamanizm zwany psychoanaliza. Wymyslony przez zydowskich macherow, ktorzy zlaicyzowani nie mogli juz zostac rabinami. Znalezli na uniwersytetach i w szpitalach cala mase durniow-ochotnikow, ktorzy juz teraz niezaleznie od nich kontynuuja to dzielo zniszczenia i nazywaja to „leczeniem duszy”.

  15. Dorzuce jeszcze Ericha Fromma i cala „Szkole Frankfurcka”, ktora zabezpiecza front socjologii i politologii, silnie odzialywujac na to wszystko co miesci sie w pojeciu „kultura”.

  16. Chagal ?

  17. Literówka. Tak, pytam o funkcję tych malarzy żydowskich, wyżej jeszcze Lebenstein, Gottlieb itd. Mają talent czy nie? I do czego każdy z nich swój ew. talent użył?

  18. vide kulltura krytyki k macdonalda…
    jest tam o dziadku freudzie i wielu wielu innych szamanach nowoczesnosci w przyrodzie

  19. Dowiedziałam się z „Baśni amerykańskich” o malarzu A.H.Thayerze i o tym jak zastosowano jego eksperymenty z barwami ochronnymi i przemyślenia na ten temat – bardzo wszystkim polecam- rozdział „Ojciec kamuflażu”.

    A to fragment „Listu” z „Martwej natury z wędzidłem” Z. Herberta. Autorem listu jest podobno Johannes Vermeer, a adresatem, jego przyjaciel – Antonie vanLeeuwenhoek, przyrodnik.

    „Przed kilkoma dniami pokazałeś mi przez swój nowy mikroskop kroplę wody. Myślałem zawsze, że jest czysta jak szkło, a tymczasem kłębią się w niej dziwne stwory, jak w przezroczystym piekle Boscha. W czasie tej demonstracji śledziłeś badawczo i, jak mi się zdaje, z zadowoleniem moją konsternację. Było miedzy nami milczenie. A potem powiedziałeś bardzo wolno i dobitnie „Taka jest woda, mój drogi, taka, a nie inna.” Pojąłem co chciałeś przez to wyrazić: że my artyści, utrwalamy pozory, życie cieni, kłamliwą powierzchnię świata, a nie mamy odwagi ani zdolności dotrzeć do istoty rzeczy. Jesteśmy, by tak rzec, rzemieślnikami pracującymi w materii złudy, gdy Ty i Tobie podobni- jesteście mistrzami prawdy.[…]

    Zarzucisz mi zapewne, że nasza sztuka nie rozwiązuje żadnej zagadki przyrody. Naszym zadaniem nie jest rozwiązywanie zagadek, ale uświadamianie ich sobie, pochylenie głowy przed nimi, a także przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Jeśli jednak koniecznie zależy Tobie na wynalazkach, to powiem, że jestem dumny z tego, iż udało mi się zestawić pewien szczególnie intensywny rodzaj kobaltu ze świetlistą, cytrynową żółcią, jak również zanotować refleks południowego światła, które pada przez grube szkło na szarą ścianę.
    Narzędzia, jakimi się posługujemy, są istotnie prymitywne – kij z przytwierdzoną na końcu kępką szczeciny, prostokątna deska, pigmenty, oleje – i nie zmieniły się one od stuleci, podobnie jak ciało i natura ludzka. Jeśli dobrze rozumiem moje zadanie, polega ono na godzeniu człowieka z otaczającą rzeczywistością, dlatego ja i moi cechowi bracia powtarzamy nieskończoną ilość razy niebo i obłoki, portrety miast i ludzi- cały ten kramarski kosmos, bo w nim tylko czujemy się bezpieczni i szczęśliwi.”

    Nawet, jeżeli tego listu nie napisał Vermeer, to wyraża on coś, co jest istotą malarstwa.

  20. w nicei, juz za zycia mial, jal zaden inny artysta przed nim i chyba po nim, muzeum tylko o sobie dla siebie… to sie nazywa sztuka

  21. Ja znam jeszcze jedna taka „wielka artystke” – Frida Kahlo. Malowala wlasciwie tylko autoportrety. Zeby bylo ciekawiej, malowala WLASNE autoportrety. Mysle, ze normalnie to jest pensjonariuszka domu dla oblakanych, ale ze byla kochanka Bronsteina-Trockiego, to zrobila sie kariera, pare filmow i nawet sztuka taneczka (co jest o tyle popieprzone, ze kobieta po wypadku reszte zycia spedzila jako niepelnosprawna na wozku). Tych egzemlarzy, ktorzy robia sztuke i kulture elitarna i dla mas jest wiecej. Kolejny ciekawy zycirys to Gertrude Stein… Nie chce mi sie juz dzis pisac o tych pokretach co to robia za elite i geniuszy. Mysle, ze na to wszystko jest jedno lekarstwo – GET SOME!!! Jerry Miculek – https://www.youtube.com/watch?v=WyIq9FdTgwM
    Spadam, zonka czeka z kolacja.

  22. Istotą malarstwa jest magia i propaganda. Od czasu rysunków naskalnych. Osobna sprawa to jakość rzemiosła.

  23. Jung był pacjentem (wieloletnim) Freuda ale jak się doktrynalnie pokłócili to przerwał terapię. Podobno sam się potem psychoanalizował, już w duchu jungowskim a nie freudowskim.

  24. Muzyków również nie mają. Weźmy pierwszych z brzegu, skrzypków; te wszystkie Sterny, Ojstrachy, Menuchiny, Milsteiny, Perlmany i reszta, której tu nie wymienię, by mi klawiatura się nie zacięła – to jest Jedna Wielka Hucpa i pompowanie snobizmu. Jeśli ktoś nie wierzy, to ja to mogę udowodnić. Jeśli Coryllus pozwoli, choć pewnie nie pozwoli, bo na muzyce się nie zna, więc takiej szarży ryzykować nie będzie. I to nie jest żadna prowokacja, lecz stwierdzenie oczywistości. Nawet osoby, którym po uszach przebiegło kiedyś stado krów, z łatwością to wychwycą.

  25. Ale może pan Osiejuk pozwoli. On się na muzyce wyznaje: toyah.pl

    Albo osiejuk.salon24.pl

  26. Jesli to prawda, ze Jung byl pacjentem Freuda to jest chyba najlpesze swiadectwo czym jest to szamastwo polaczone z okultyzmem. To nie tylko Sabina Spielrein i Toni Wolff, to caly „kabarecik”, ktory Jung nazwal „Jungfrauen”, co ciekawe, wiekszosc jego „walkirii” i „menad” – http://pl.wikipedia.org/wiki/Menady – jak eufemistycznie ponazywal swoje „dupy na boku”, to byly mlode Zydowki. Mysle, ze to byl prawdziwy powod dlaczego Freud nie mogl uniesc dluzej znajomosci z Jungiem – nie mogl scierpiec, ze on zydowskie dziewczeta kolekcjonuje.

  27. A acheiropoietos to też magia i propaganda?

  28. Jungfrau – to po niemiecku dziewica, Carl Gustav zrobil z tego gre slow, ze jego panny (Jungfrau – dziewczyny Junga) to niby dziewice.

  29. O Rublowa i innych nawet nie śmiem pytać, bo to już propaganda totalna, a np. ikona jasnogórska, to przykład czystej magii, wprawdzie nie zawsze odpowiadającej na „zaklęcia” wiernych, ale magii?

  30. Ikona to informacja i drzwi do innego świata. Ikona jest na INNEJ służbie – nie na służbie magi i czarowników. Używam tych określeń w takim zastosowaniu coryllusowym. Funkcja podobna, ale PAN inny.

    Tak jak władza jest tajna lub święta. ( by Coryllus)

    ps. Znikam chwilowo, ale chyba już wyjaśnione?

  31. Jak najbardziej, to ważne, a brakowało tego właśnie w Pana wypowiedzi. 🙂

  32. brawa dla reportera.

  33. O ADHD miałem takie zdanie nie przeczytawszy Twoich rewelacji.
    Ale widziałem ludzi nie leczonych na schizofrenię i leczonych.
    Widziałem ludzi z nieleczonymi objawami choroby Alzheimera: i uwierz mi, że są sytuacje, w których leki mogą jednak mieć znaczenie.
    Dobra psychoterapia (czyli zupełnie inna jak patologiczny przykład który opisujesz) również może przynieść wyraźną poprawę jakości życia i uzdrowić je.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.