listopad 162011
 

Tekst pochodzi z tomu pod tytułem „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie”

 

Zacznę od wierszyka:

 

Niekże to syćkie pierony zatrzasnom;

Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,

Myślał, że grosik uzbira, tymczasem

Wrócił ciupasem

Tego widoku dożył dziadek stary,

W całym klasztorze nic, jedno dziandary,

Sytkie osoby duchowne a świente

Pod klucz zamknięte…

 

Autorem wiersza, co wszyscy oczywiście odkryli od razu, jest Tadeusz Żeleński Boy. Wierszyk ten wpisuje się w żywy u tego autora nurt twórczości, który dotyczy rozprawy z ciemnymi sprawkami kościoła. Kościół był bowiem tą instytucją, która Taduszowi Żeleńskiemu mieszkańcowi miasta Krakowa przeszkadzała najbardziej. Nie tajna cesarska policja, nie snujący się po rynku prowokatorzy, ale kościół właśnie i wpływ jaki ów kościół miał w domach, które przyszło Żeleńskiemu odwiedzać. Tak więc kiedy tylko zdarzyło się coś, co dałoby się opisać jako przykład degeneracji w kościele spotykało się z zainteresowaniem tego wybitnego twórcy. Nie inaczej jest w przypadku tego wierszyka. Oto źródło, które zainspirowało autora;

 

Lipiec roku 1910, który we wszystkich prawie częściach cesarstwa rosyjskiego, a przynajmniej tych położonych w Europie był deszczowy i nieprzyjemny. Powodowało to, że poziom wody w rowach przydrożnych, sadzawkach i stawach był wyjątkowo wysoki. Woda ta, nie znajdując sobie żadnego odpływu przypominała brunatną maź i pachniała nieprzyjemnie. Ludzie patrząc na te nieznane dotychczas porządki Boże kręcili głowami, ale nikt jeszcze nie zadawał głupich pytań i nie zastanawiał się głośno nad tym dlaczego tak się dzieje. Dlaczego tyle deszczu, tyle wody i kiedy się to wszystko skończy. I byliby ze spokojem ludzie oczekiwali na to co przyniesie przyszłość, gdyby dnia pewnego, a był to 26 lipca przypadkowy przechodzień nie zauważył w rowie pod wsią Zawady nieopodal Częstochowy starej, czarno obitej sofy. Mebel był do połowy zanurzony w wodzie i nie nadawał się już do tego by wyciągnąć go obsuszyć i użytkować. Było jeszcze coś co nie pozwoliło znalazcy zastanawiać się nawet nad dalszym przeznaczeniem mebla – wystawała zeń ręka, ludzka ręka.

 

W sofie, co stwierdzili przybyli z Częstochowy śledczy znajdował się zmasakrowany trup. Czasy tu opisywane nie znały jeszcze pojęcia masowych zbrodni i nie było telewizji, pojawienie się więc pojedynczego nieboszczyka w rowie było wydarzeniem, które wstrząsnęło opinią publiczną europejskich guberni cesarstwa, wieść o trupie w sofie odbiła się echem od skał Uralu i powróciwszy pod Częstochowę zaległa gęstym osadem w sercach prokuratorów i śledczych.

 

Identyfikacja zwłok, które nie miały twarzy i żadnych dokumentów przy sobie wydawała się niemożliwa. Początkowo sądzono, że trup to niejaki Wojciechowski. Człeczyna ten jednak pojawił się niezabawem żywy i zdrowy, co tylko bardziej zdenerwowało policję i silniej obnażyło jej braki. Identyfikacja potrzebna była natychmiast, by uratować honor policmajstra z miasta Częstochowa. Potrzebna była i jej dokonano, nie było bowiem wtedy rzeczy niemożliwych dla cesarskiej policji. Wiemy o tym i nawet dziś możemy czytać o jej przewagach w różnych popularnych rosyjskich książkach sławiących imię śledczych jego cesarskiej wysokości na całym świecie.

 

Prawdę o trupie odkrył sobie tylko znanymi sposobami komisarz nazwiskiem Denisow. Określił on bezbłędnie nazwisko nieboszczyka, odnalazł jego mieszkanie, żonę i dowiedział się kim był morderca. Wszystkiego tego dokonał ów człowiek w rekordowo szybkim czasie.

Tak to już jednak bywało w tamtych czasach, w cesarstwie, że człowiek nieświadom wszystkiego co się dookoła rozgrywa myślał, że działa w dobrej wierze, a tymczasem działał w złej. I tak właśnie było z komisarzem Denisowem. Ku swemu ogromnemu zaskoczeniu miast awansu i podwyżki otrzymał on co innego – został aresztowany i oskarżony o popełnienie przestępstwa natury politycznej.

 

Okazało się bowiem, co wykazał sobie tylko znanymi sposobami Denisow, że nieboszczyk nazwa się Wacław Macoch, mieszka wa Warszawie, ma żonę nazwiskiem Helena Krzyżanowska, mordercą jego jest zaś brat stryjeczny Damazy Macoch, który – co najbardziej ciekawe – jest zakonnikiem w klasztorze Paulinów na Jasnej Górze. Dziwne, prawda?

 

Zważywszy na to, że w cesarstwie nie można było zakładać klasztorów katolickich, a rola tych już istniejących została po Powstaniu Styczniowym ograniczona do tego, że obsługiwały one właściwie tylko miejsca kultu, nie pełniąc żadnej roli edukacyjnej i społecznej, zaś zwierzchnictwo nad klasztorami sprawowali administratorzy wyznaczeniu w teorii przez biskupów, a w praktyce przez policję jest to dziwne w dwójnasób. Oto komisarz odkrywa kolejną, bo przecież nie pierwszy raz okazywało się, że katolicki zakonnik ma swoje za uszami, zbrodnię na terenie wrogim z zasady państwu, a tu miast go awansować wsadzają do paki. Czemu? Żadna gazeta w Rosji nie napisała czemu. Od czego są jednak gazety w Krakowie?

 

Tam napisano wprost, że podejrzany o zbrodnię Damazy Macoch był bliskim znajomym niejakiego Rybaka, który mieszkał w Krakowie i pracował dla ochrany. Temu Rybakowi przytrafił się wypadek dnia pewnego – szedł ulicą i nadział się na wystający spod pachy nieznanego mężczyzny sztylet. Pech chciał, że nadział się na ów sztylet wprost mostkiem, pod którym jak wiemy znajduję się bijące serce. Kilka osób przeczytawszy wzmiankę o tym wypadku otworzyło szampana, a kilka innych butelkę siwuchy. Znajomym właśnie owego tragicznie spacerującego po ulicach człowieka był zakonnik Macoch. Tak napisały gazety krakowskie. Katowickie zaś dodały, że policja przeszukująca celę Macocha w Jasnogórskim Klasztorze, a potem cały klasztor głośno deklarowała wobec licznych świadków, a potem opisywały to jeszcze polskie i rosyjskie gazety, że poszukuje tam roboty politycznej; ulotek, rewolwerów, bomb i trucizn przeznaczonych dla policmajstrów. To właśnie wydarzenie tak malowniczo opisał Tadeusz Boy-Żeleński w swoim wierszyku, nie podając jednak właściwego powodu aktywności „dziandarów” na terenie klasztoru.

 

Kiedy okazało się, że żadnej „politycznej roboty” tam nie ma los dzielnego komisarza Denisowa był przesądzony. Nie pytajcie mnie jednak co się z nim stało, bo źródła mi dostępne milczą na ten temat. Nie znające umiaru katowickie gazety, ach gdzież im do krakowskich, podały jeszcze szyderczo, że Macoch i jego kompani – okazało się, że miał takich – źle zrozumieli intencję wynajmujących ich komisarzy i miast zajmować się „robotą polityczną”, jak to było zakontraktowane obrabowali skarbony klasztorne, a potem jeszcze zabili tego nieszczęsnego Wacława Macocha, a ciało jego zapakowali do stojącej w kościelnej kruchcie starej sofy i wywieźli za miasto. Czyn ten położył się cieniem na reputacji całej cesarskiej policji, z której szydzono teraz bezlitośnie we wszystkich pruskich i austriackich komisariatach, opowiadając o tym jak to cesarska policja wynajmuje do poważnej pracy durniów i złodziei.

 

Sam Damazy Macoch i jego kompani przebywali w trakcie tych prasowo policyjnych przepychanek w miejscach dla nikogo nieznanych. Po dwóch miesiącach jednak Macoch został ujęty a dworcu w Krakowie. Przekazano go policji cesarskiej i zapowiedziano, że proces odbywał się będzie w mieście Piotrkowie, zaś przewodniczyć mu będzie sędzia Wołkow. Wraz z Macochem sądzeni być mieli jego wspólnicy, również zakonnicy z Jasnej Góry.

 

W trakcie śledztwa okazało się, że Macoch, który był zakonnikiem tylko przez część dnia, po „pracy” zaś wkładał garnitur i jakbyśmy to dziś powiedzieli – ruszał w miasto. W pieniądze zaopatrywał się w klasztornych skarbonach. Było tego sporo, bo w dzień powszedni do klasztoru wpływało zwykle około 7000 rubli. Tak więc jeśli ktoś wziął ze skarbczyka 200 rubli nie bywało to przeważnie zauważane. Macoch miał jednak o wiele większe możliwości niż drobne kradzieże. Był bowiem przez długi czas zaufanym człowiekiem ojca opiekującego się klasztornym skarbcem – Bonawentury Gawełczyka. Staruszek ten, były zesłaniec syberyjski pozwalał Macochowi na wiele. Jak się później okazało Damazy wraz ze wspólnikami wynieśli z Jasnej Góry coś około 20 tysięcy rubli. Mogli za to wyemigrować do Ameryki i rozpocząć tam nowe życie, ale woleli hulać.

 

Damazy w czasie spowiedzi poznał dnia pewnego niejaką Helenę Krzyżanowską, do której – co wyznał w śledztwie – poczuł od razu skłonność. Twierdził jednak, że nigdy nie doszło pomiędzy nimi do zbliżenia, czym wywołał zrozumiałą wesołość zebranej w sali sądowej publiczności. Krzyżanowska została żoną jego stryjecznego brata Wacława – mieszkańca Warszawy – tego który skończył w sofie. Damazy „odstąpił” mu ją w zamian za to, że w czasie swoich pobytów w stolicy Krzyżanowska będzie towarzyszyć mu stale.

 

W czasie procesu sędzia Wołkow i prokuratorzy bezustannie wracali do tego motywu – jeden drugiemu babę oddał, a potem się pokłócili o jej tyłek i silniejszy zabił słabszego. Był to idealny motyw dla składu sędziowskiego, który całkowicie przykrywał inny motyw – ten dotyczący „roboty politycznej”. Wacław Macoch bowiem był nędznym urzędniczyną i Krzyżanowska, gdyby tylko chciała kopnęłaby go w plecy, a potem ruszyła w siną dal. Nie stało się tak jednak, bo Damazy finansował ich życie i był warunkiem przyzwoitej egzystencji dla obydwojga. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia i Wacław – ten z sofy – zaczął domagać się od zakonnika coraz więcej pieniędzy. Może by się to rozeszło jakoś po kościach, a Damazy po jednej, drugiej kłótni przywiózłby mu te pieniądze, ale Wacław zaczął go szantażować.

 

Nie Krzyżanowską bynajmniej, nie ujawnieniem jego poczynań na terenie klasztoru, za co mogło mu co najwyżej grozić usunięcie z zakonu, ale jego znajomościami z postaciami bliskimi tragicznie zmarłemu w Krakowie przed laty panu Rybakowi – ten od sztyletu. Na takie rzeczy Damazy nie mógł pozwolić. Zwabił brata do Częstochowy i zabił go. Trupa schował do sofy i wywiózł za miasto. Potem uciekł i ukrył się. Potem go schwytano i postawiono przed sądem, a teraz właśnie usiłuje, przy pomocy sądu i prokuratora, wyłgać się z oczerniających go okoliczności politycznych i udaje zdradzonego kochanka co działał w afekcie. Zeznająca na procesie Krzyżanowska wyrzeka się go, co Damazy przyjmuje ze smutnym uśmiechem, nazywa go też ta nieszczęsna kobieta potworem i złem wcielonem, płacze i prosi sąd o łaskę. Ta zostaje jej udzielona, zasądzono jej bardzo mały wyrok. Damazy idzie na dwunastoletnie ciężkie roboty, cieszy się z wyroku jak dziecko, bo wie że za rok w 1913 przypada rocznica panowania Romanowych i na pewno ogłoszą amnestię dla takich jak on pospolitych zbrodniarzy. I on na pewno tą amnestią zostanie objęty, w przeciwieństwie do takiego komisarza Denisowa, który – dorosłym człowiekiem będąc – nie zrozumiał o co tak naprawdę chodzi w życiu rosyjskich policjantów.

 

Wspólnicy także otrzymują w miarę niskie wyroki i cały sąd w Piotrkowie zaczyna przypominać wodewil z płaczącą Krzyżanowską, srogimi sędziami i zadowolonymi z życia oskarżonymi w rolach głównych. Jeden tylko człowiek nie wydaje się być szczęśliwy po ogłoszeniu wyroku. To dorożkarz, który wiózł sofę. Zasądzono mu 4 miesiące aresztu i przepadek mienia. To koniec. Człeczyna płacze rzewnymi łzami, bo jego dwa siwe koniki pójdą do artylerii, a on sam na żebry, już się z tego nie wykaraska.

 

Należy się czytelnikowi słów kilka tytułem wyjaśnienia jak to się stało, że indywiduum takie jak Macoch trafiło na Jasną Górę. Był Macoch kiedyś seminarzystą, co wobec rozluźnionych przez rząd rygorów dotyczących przyjmowania zakonników do klasztorów zapisano mu na poczet nowicjatu, był także pisarzem gminnym co także dobrze usposobiło doń administratora decydującego o tych przyjęciach, był również znajomym pana Rybaka – ten od sztyletu, co w ogóle załatwiało sprawę. Macoch miast po dwóch latach już po czterech miesiącach złożył śluby wieczyste i mógł zająć się okradaniem skarbca oraz innymi czynnościami nie licującymi ze stanem kapłańskim. Człowiek ten – całkowicie zdegenerowany – stanowił idealny wprost materiał dla ochrany i był przez nią wykorzystywany. Okazał się jednak zbyt prosty i łapczywy na dobro doczesne, czym pokrzyżował plany swoich patronów, ku uciesze krakowskich i katowickich dziennikarzy.

 

Po co ja to wszystko piszę, kiedy tyle spraw wokół domaga się komentarza i analizy? Po to by uzmysłowić sobie i innym jak mało zmienił się ten świat od roku 1910, jak niewiele różnią się metody pracy komisarza Denisowa dziś i wtedy, jak blisko dzisiejszym sędziom do sędziego Wołkowa i jak to wszystko razem zaczyna zmierzać w znanym nam już kierunku. Szkoda tylko, że dziś Kraków i Katowice nie są za granicą, bo wtedy mielibyśmy chociaż rzetelne relacje dziennikarskie z tego co się wokół nas dzieje, a bez tego skazani jesteśmy na blogi i własne domysły.

 

Tekst ten dedykuję wszystkim miłośnikom prozy Borysa Akunina.

  Jedna odpowiedź do “Jak ksiądz Macoch z Krzyżanosko okradali Matke Bosko”

  1. @coryllus
    Dzięki za ten tekst:fakt tej zbrodni zakonnika Macocha był mi znany z przekazu legend polskiego ludu, nie znałem jednakże ciekawych okoliczności, które opisujesz na bogu. Otóż, ja słyszałem o ks.Macochu, który z zakonnicą okradli obraz Matki Boskiej w Częstochowie na Jasnej Górze, że skradli wszystkie wota wraz z koroną i obydwoje uciekli do Ameryki. Gdzie wszelki ślad po nich zaginął.Miło mi było dowiedzieć się prawdy o tej ludowej legendzie naszego, polskiego ludu-dzisiaj już chyba zapomnianej. Faber

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.