Lis 162014
 

Miałem wczoraj wykład w radio Wnet, opowiadałem o swojej nowej książce zwanej książką czeską. Atmosfera była fantastyczna, bo publiczność, która się tam zjawia to w większości ludzie z wykształceniem technicznym, a więc rozumiejący znacznie więcej niż tak zwani humaniści. Spotkanie trwało ponad dwie godziny i mam wrażenie, że wszyscy świetnie się bawili. Pomyślałem więc, że opowiem dziś trochę o książce czeskiej, o tym jak ją pisałem i dlaczego wygląda ona trochę inaczej niż ją zaplanowałem.
Jak wiecie staram się nie chodzić utartymi ścieżkami. Jeśli już raz o czymś napisałem, musi minąć naprawdę wiele czasu, albo musi znaleźć się dobry powód, żebym to powtórzył. Książka czeska nie zawiera prawie żadnego z wątków czeskich, które pojawiły się w II i III tomie Baśni jak niedźwiedź. Piszę prawie, bo powtarzam w niej historię Joachima Gansa, pierwszego Żyda w Ameryce, mieszkańca Pragi, prześladowanego w Anglii przez ciemnych anglikańskich biskupów, człowieka, którego od śmierci uratował sam Walsingham, po to by mu następnie dać zatrudnienie przy produkcji prefabrykatów miedzianych oraz w zbrojeniówce. Zachodzi bowiem poważne podejrzenie, że Joachim Gans będąc w Pradze zwędził know how dotyczące bardzo ważnej technologii samemu Michałowi Sędziwojowi, a następnie uciekł z tą swoją wiedzą do Anglii. Tam miał różne nieprzyjemne przygody, zanim zaczął robić karierę. Nieprzyjemne, bo w przeciwieństwie do tej strasznej katolickiej Europy, gdzie Joachim żył sobie spokojnie i lekko, na wyspie panoszył się oświecony kościół anglikański, którego kapłani bardzo słabo znali się na żartach, no chyba, że na swoich.
No, ale zacznijmy od początku, czyli od technikaliów. Nie miałem ochoty pisać tej książki tak jak poprzednich i poszukiwałem nowego jakiegoś narzędzia, które nie dość, że ubarwi narrację, to jeszcze otworzy przed czytelnikami jakieś tajemnicze drzwi i będzie zahaczało o kilka kontekstów współczesnych. Coś mi tam w głowie świtało już wcześniej, ale metoda miała pewne braki. Myślałem o tym, by opowiedzieć o Czechach poprzez literaturę popularną, a konkretnie poprzez teksty na temat Pragi i okolic napisane na początku XX wieku przez Egona Erwina Kischa. No, ale Kisch to zakamieniały marksista. W dodatku w młodości, był wraz z braćmi twardym zwolennikiem monarchii i zwalczał Czechów piórem oraz nogami, prowadził bowiem jedyny w Pradze niemiecki klub sportowy – Der Sturm, w którym grali oczywiście zawodnicy pochodzenia niemieckiego, ale też jacyś Słowianie, zarządzali nim jednak wyłącznie Żydzi. Potem Kisch nawrócił się całkiem na bohemizm i trochę od tego zwariował. Sama proza Kischa to było za mało, żebym mógł się zmierzyć z takim podziemnym bazyliszkiem, jak historia Czech. Pomyślałem bowiem, że to jest bazyliszek, o którym my nic nie wiemy, a jak się zaczynamy dowiadywać on patrzy na nas tymi wyłupiastymi oczami pana Meyera z serialu „Księżniczka Arabella” i my przestajemy cokolwiek rozumieć. Ilość bowiem kłamstw i projekcji jakimi karmią się Czesi znacznie przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Żeby nie zamienić się od tego w kamień, trzeba mieć lustro, w którym przejrzy się sam bazyliszek. No, ale Kisch jest za słabym lustrem, potrzebowałem czegoś jeszcze. I tak zupełnie przypadkiem, przeglądając różne czeskie wątki trafiłem na żydowskiego autora nazwiskiem Leo Perutz.
Leo dość wcześnie wyjechał z Pragi, ale jego najważniejsze książki opowiadają właśnie o tym mieście i zamieszkujących je Żydach. Leo był tym człowiekiem, którego szukałem. Zrobił karierę za życia, miał wykształcenie matematyczne, był okultystą i podziwiał go oraz utrzymywał na emigracji sam Borges. Leo miał prawdziwy talent i wykorzystywał go tak, jak chcieliby to robić wszyscy ludzie piszący o rudolfińskiej Pradze, którym Pan Bóg talentu poskąpił – z rozmachem i bez zahamowań. Książki Leona nie są w Polsce znane, choć był wydawany w PRL, w krótkich, dyskretnych seriach, a potem kilka razy na początku lat dziewięćdziesiątych. Edycje te były jednak brzydkie, odstręczające i słabe. Można je dzisiaj kupić na allegro za dwa złote, albo nawet za złotówkę. Trochę szkoda, bo poprzez swój szczery entuzjazm dla Pragi i poprzez tę niespełnioną miłość, Leo Perutz mówi nam o tym mieście i jego mieszkańcach samą prawdę. I to właśnie on został moim lustrem. Bez niego nie napisałbym tej książki.
Jego najważniejsza książka nosi tytuł „Nocą pod kamiennym mostem”. W całości poświęcona jest bankierowi Rudolfa II Mordacheuszowi Meislowi. Rzecz ma konwencję baśniową, ale musicie to sami przeczytać, żeby zobaczyć co się spod tych baśniowych wątków wyłania. Najlepszym opowiadaniem w tym zbiorku jest moim zdaniem tekst noszący tytuł „Henryk z piekła”. To on właśnie otworzył mi oczy na to czym była rudolfińska Praga. Intryga jest mniej więcej taka: oto do Pragi przybywa, bawiąc wcześniej w Wenecji, poseł beja Tunisu (a może Algieru, nie ma to znaczenia). Dwór przygotowuje audiencję, wszystko jest zapięte na ostatni guzik, zachodzi tylko obawa, że całkiem już zwariowany cesarz odwinie jakiś numer i sprowadzi na siebie oraz miasto kłopoty. I tak się rzeczywiście stało. Po zaprezentowaniu posła jego majestatowi ten skrzywił się i powiedział, że nie jest to żaden poseł, ale Henryk Twaroch, który dawno temu zwędził Rudolfowi kilka pięknych monet z jego kolekcji, następnie został skazany na śmierć i powieszony. Teraz zaś – twierdził cesarz – przybył do Pragi wprost z piekła. Dworzanie nieco się zaambarasowali postawą swojego pana, ale poseł beja nawet nie mrugnął. Przekazał listy, które miał przekazać i zniknął. Wieczorem, kiedy miasto spało, Henryk Twaroch, bo był to on w istocie, wymknął się z zamku, żeby odwiedzić swojego ojca, starego ogrodnika. Ten zapytał go, jak znajduje dwór po tylu latach. Henryk zaś, uwolniony dawno temu z celi śmierci za łapówkę, powiedział swojemu papie, że wszyscy tam zwariowali, ale cesarz jak dawniej jest w formie.
To naprawdę urocze opowiadanie, a są inne, równie dobre. No, ale mnie najbardziej w tym wszystkim interesowało co takiego miał do załatwienia poseł beja Tunisu w Pradze. Ponoć przyjechał wyjednać u Rudolfa protekcję u króla Hiszpanii, który nie chciał puszczać okrętów berberyjskich przez Gibraltar na północne morza i Atlantyk. No, ale po cóż one miały na pływać? Na rozbój chyba? W takim razie jaki interes miałby cesarz w załatwianiu tej sprawy? Kiedy czytałem opowiadanie Leona nie wiedziałem tego z całą pewnością, ledwie coś przeczuwałem. No, ale wkrótce się dowiedziałem. Jeśli nie wiecie co może łączyć północną Afrykę i Pragę to ja Wam tę tajemnicę zdradzę od razu – saletra potasowa. Północna Afryka była w końcu XVI wieku, aż do chwili kiedy sir Thomas Roe popłynął do Indii, gdzie kupował dla korony saletrę amonową, jedynym źródłem tego surowca dla Europy. Do czego służy saletra wszyscy wiemy, do produkcji prochu strzelniczego, który aż do połowy XIX wieku był jedynym znanym ludzkości materiałem miotającym. Od tej konstatacji miałem już tylko krok do stwierdzenia czym w istocie był wielki alchemiczny festiwal, który trwał w Pradze i w całych katolickich Niemczech od roku 1555 do roku 1618. Był to technologiczny wyścig zbrojeń, przykryty propagandową maskirowką o tynkturze, kamieniu filozoficznym i transmutacji metali. W rzeczywistości alchemicy prowadzili eksperymenty mające na celu uzyskanie, ze źródeł rodzimych jak najczystszej saletry, która poprawiała jakość prochu strzelniczego. Nie mogło być inaczej, eksperyment Michała Sędziwoja zakończony pożarem w wieży zwanej Kurzą Stopką musiał mieć z tą technologią coś wspólnego. To Sędziwój doszedł do najlepszych wyników w oczyszczaniu saletry, ale jego technologia została przekazana do Anglii. Źródła zaś saletry w Afryce północnej zostały odcięte. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Wróćmy do dat, po ledwie zwycięskiej dla świata katolickiego wojnie z protestantami, zakończonej pokojem augsburskim i podziałem ziem Kościoła, rozpoczynają się ciche przygotowania do nowej wojny. Francuzi przekupują i deprawują elektorów Rzeszy, Anglicy się zbroją i rabują Moskwę. Poprzez konflikt z Hiszpanią zostali zepchnięci z Morza Śródziemnego, nie ma ich tam wcale. Przez co właśnie bejowie Tunisu, Algieru i Maroka mają kłopot, nie mogą sprzedawać swojej saletry nikomu poza Hiszpanią, która narzuca ceny. I w tej sprawie właśnie wybrał się były złodziej z Pragi Henryk Twaroch do swojego rodzinnego miasta, w przebraniu posła. Wszystko, mimo demaskacji, załatwione zostało pomyślnie. Ciekawe skąd ja o tym wiem? Otóż wiem to na pewno, a wyczytałem to w pierwszym opisie Islandii, który wydany został w Polsce, w naszym języku, przez Czecha zamieszkałego długi czas w Lesznie Daniela Vettera. Był on prawą ręką Komeńskiego, a w młodości odbył dziwną podróż na Islandię, którą opisał i opis ten z łatwością znajdziecie w sieci. Nie ma jednak słowa komentarza napisanego w tym duchu, w którym ja się teraz z Wami porozumiewam. Opis ten, jak i sama wyprawa traktowane są bowiem jako zaspokojenie ciekawości młodzieńczej i żądzy przygód. Nie jest to prawda, konwój statków bremeńskich, z Vetterem na pokładzie jednego z nich, płynął na północ właściwie bez przeszkód, w pewnym momencie jednak został napadnięty przez berberyjskich piratów. Cóż oni tam robili na tych odległych od Afryki północnych morzach? Otóż oni tam pilnowali interesu. Pilnowali, by protestanci nie wywieźli z Islandii zbyt dużo wulkanicznej siarki, która potrzebna jest, podobnie jak saletra do produkcji prochu. Nikt tego nie napisze wprost, bo historia ciągle jeszcze jest domeną zwariowanych entuzjastów wierzących w turystykę i młodzieńcze emocje. Daniel Vetter Czech w służbie holenderskich banków popłynął na Islandię w interesach. Szykowała się ostateczna rozprawa z Habsburgami i trzeba było mieć duży zapas dobrego towaru do produkcji prochu. Ten zaś miał być wytwarzany w zakładach zbrojeniowych Niderlandów. Anglicy szybko zorientowali się, że powrót do stołu rokowań z bejami berberyjskimi jest koniecznością i tak powstała Barbary Company. Cesarstwo zaś musiało na nowo podjąć swoje eksperymenty z oczyszczaniem saletry, pozyskiwaniem jej z soli wielickiej kupowanej w Polsce. Jak ważne to było i jakimi metodami próbowano opanować źródła tego surowca niech zaświadczy fakt, że tuż przed inwazją szwedzką na Polskę dzierżawcą salin wielickich został Jan Weryhard Wrzesowicz, późniejszy generał w służbie szwedzkiej, pochodzący ze znakomitej czeskiej rodziny. Jego ojciec był szefem mennicy za Rudolfa, a stryj burgrabią na Karlsztajnie, zamku gdzie przechowywane były czeskie regalia. Wrzesowicz, postać w polskiej historii całkowicie lekceważona, pożyczył pieniądze od Żydów w Stambule, za te pieniądze wydzierżawił Wieliczkę i korzystał z tego dobrodziejstwa po swojemu. Dopiero przez samą wojną król odebrał mu dzierżawę. – I wtedy – piszą nasi dziejopisowie – Wrzesowicz z zemsty przeszedł na stronę nieprzyjaciela. Otóż nie, on zawsze był po stronie nieprzyjaciela, o czym nikt tu nie chce pamiętać, bo wszak zalatuje to na odległość spiskową teorią dziejów.

Na dziś to tyle, zachęcam do odwiedzenia strony www.coryllus.pl gdzie mamy prócz książki czeskiej, także książkę Toyaha i nasze nowe komiksy. Książka Toyaha nie jest póki co opatrzona zdjęciem, bo zdaje się, że wyczerpaliśmy miejsce na serwerze i muszę z kimś w tej sprawie porozmawiać.

Mam również prośbę, jeśli ktoś zamierza zaopatrzyć się w naszym sklepie w mikołajowe i świąteczne prezenty, niech to zrobi z odpowiednim wyprzedzeniem. Przed samymi świętami jest zwykle taka masa zamówień, że sobie z tym ledwo radzimy. W najbliższej perspektywie mamy trzy imprezy targowe, o czym przypominam tym, którzy nie lubią zakupów przez Internet. W przyszły weekend jesteśmy w Katowicach, w następny w Warszawie, a w kolejny we Wrocławiu. Zapraszam.

  32 komentarze do “Jak Żyd Joachim Gans Sędziwojowi know how podwędził”

  1. 😉 Henryk z piekła 😉

  2. Proch czarny składa się ze zmielonych na pył składników: siarki, węgla drzewnego i azotanu potasu (saletry potasowej, KNO3). Optymalne wagowe proporcje prochu to: 74,64% saletry, 13,51% węgla drzewnego i 11,85% siarki. Dla humanów 😉

  3. A Kraków to lubi buum. 😉

    Bardzo podoba mi się schemat opowiadania o cesarzu Rudolfie, bo to perfidne odwrócenie Nowych szat cesarza Christiana Andersena, bo okazuje się, że tu dzieckiem jest sam cesarz. 🙂

  4. W 1605 roku Sędziwój, goszcząc w Stuttgarcie na dworze Fryderyka I Wirtemberskiego (księcia), został uwięziony i obrabowany z kosztowności i złotodajnej tynktury. Intrygę uknuł sam książę wraz ze swym nadwornym alchemikiem Műhlenfelsem. Dopiero zdecydowana interwencja Zygmunta III Wazy i Rudolfa II spowodowała uwolnienie alchemika i wymierzenie kary śmierci Műhlenfelsowi. Został on powieszony na szubienicy trzykrotnie wyższej niż inne i pokrytej fałszywym złotem, taka była bowiem procedura przewidziana dla alchemików-fałszerzy i przestępców, którym udowodniono winę. Ogłaszając drukiem swą pracę Novum Lumen Chymicum, Sędziwój w zasadniczy sposób zmienił kierunek badań alchemicznych – badania te w ostateczności doprowadziły do odkrycia tlenu i do ogłoszenia nowoczesnej teorii spalania przez Antoine Lavoisiera w 1774r.
    Czyli to Joachim Gans był tym ,,wymiataczem wolnych rodników”.

  5. Poszukiwanie kamienia filozoficznego jednak trwa dalej, w piecykach syntezy jądrowej. Zresztą tak jak kolejnych generacji prochu strzelniczego …

    Nie zaniedbujmy przy tym młodzieńczych emocji, piromańską frajdę odpalenia saletry zmieszanej z cukrem trudno przebić strzelającym diabełkiem …

  6. W którymś z wcześniejszych wpisów (już jakiś czas temu) napisał Pan o pewnych wspomnieniach jakiegoś Polaka z Rosji carskiej (nazwiska Pan nie wymienił): było tam coś takiego: w czasie koronacji któregoś cara (nie pamiętam którego) ambasador brytyjski i jeszcze jedna osoba z ambasady, nie uczestniczyli w ceremoniale, ale poszli łowić ryby. Mógłby Pan napisać czyje to były wspomnienia.

  7. Lubię rozdział w „Niedźwiedziu i róży” o historii rodu, którego herb jest na okładce i jego związku z „Wehikułem czasu”H.G.Wellsa.

  8. Będzie / jest gdzieś zapis z ów wyżej wspomnionego spotkania ?
    Pozdrawiam

  9. Jedna uwaga do „książki czeskiej” — w rozdziale o żupach solnych piszesz o wynalazku podwójnej księgowości tak, jakby chodziło o „księgowość kreatywną”, czyli fałszowanie ksiąg. W tym wypadku nie chodzi o fałszerstwa, ale po prostu o skodyfikowany i upowszechniony przez franciszkanina Paciolego sposób prowadzenia rachunkowości dwustronnej — winien/ma, zwany także księgowaniem podwójnym.

  10. Dla mnie najlepszym kawałkiem jest tekst z amerykańskiej baśni o jezuickich redukcjach. Sprzedaje się doskonale sam bez towarzyszącego tła, bo jest skończoną całością.

  11. Skarb rawski zaginął ale @tipsi się odnalazł 😉

  12. przeczytałam rano i te nowe szaty się rzucają w oczy ….perfidnie …..

    A Ty oczywiście reagujesz na buuum ….

    Biegam dziesiaj …. myślałam , ze sobie postrzelam …. bo była okazja …virtu .choć z prawdziwej broni :)))..niestety czas gonił…..ale jeszcze tam wrócę ….

    Lecę dalej .

    🙂

  13. Baśnie amerykańskie jeszcze przede mną. Zaczyna się najlepsza pora na czytanie, pora roku oczywiście.

  14. W Muzeum Geologicznym w Warszawie poza eksponatami stanowiącymi surowce do produkcji prochu jest także, wyeksponowany Bazyliszek, nazywa się inaczej, ale przecież zgodnie z baśnią miał to być pół smok pół ptak . I tak ta bestia wygląda. W piątki jest za darmo.

  15. Bazyliszki – działa XVI/XVII-wieczne 😉

  16. To rzeczywiscie chamski numer z ta kradzieza „know-how”. Ale Zyd w sluzbie Anglikow to musi byc kawal drania. Gdyby nie nastapil process przebiegunowania na swiecie I Michal Sedziwoj mial uczniow to kto wie czy Polska nie stalaby sie kolebka wspolczesnej chemii.
    Odnosnie roznego rodzajow kradziezy to chcialbym napomknac ze spotkalem tu w Ameryce kiedys Czecha ktory z gorycza mnie poinformowal ze promowany na calym swiecie jako „krol wszystkich piw”
    Budweiser to skradziona przez Amerykanow oryginalna nazwa Budvar z browaru w Czeskich Budziejowicach. Nie wiem czy to prawda ale faktem jest ze Budweiser to sa szczyny w porownaniu z jakimkolwiek czeskim piwem.

  17. Panie Gabrielu – saletry potasowej z Afryki – nie amonowej! Amonowa w naturze jako minerał nie występuje!

  18. Znaczy się potasowej z Indii – sama nazwa saletra indyjska – oznacza KNO3

  19. Jeżeli chodzi o Budvara to warzą go czescy emigranci z Budziejowic wyrzuceni z tamtejszego browaru za brak umiejętności w warzeniu piwa 😉

  20. Moja niegdysiejsza dyrektorka, zwalniajac sporo osób po przegladzie stanowisk stwierdziła, ze trzymajac niepotrzebnie pracowników czyni im sie krzywdę.
    Nie wiem, czy znała tę historyjkę o browarnikach z Budziejowic. 🙂

  21. Ja bym tego nie był taki pewien tipsi

  22. To Henryś publikując przepis na proch czarny podsunął skojarzenie z Brunonem K. 😀

  23. Obecnie kradzież know how może zakończyc sie więzieniem, ale bez uszczerbku na zdrowiu. Z Sędziwojem pewnie się w lochach nie cackano, ale i tak miał on lepiej niz ci, którzy chcieli sprzedać tajemnicę produkcji jedwabiu, bo było to karane bezwarunkowo śmiercią. Taki sposób ochrony był skuteczny przez tysiąclecia, a jedwabny szlak ma swoje miejsce w historii, nie tylko kupiectwa.

  24. U nas nabijało sie tym zakrętkę od butelki, a potem ta zakrętka, po podpaleniu, w widowiskowy sposób odlatywała.

  25. Nie trzeba sięgać tak aż daleko w przeszłość…
    Pierwszy ,z brzegu” przykład ?
    ,,WSI zabierają wynalazek i wywożą go do Izraela”;

    http://www.youtube.com/watch?v=LMo1ZvXbzsM

  26. Ależ zbieg okoliczności, bo na ten temat pisaliśmy od południa limeryki, a kolega Ywzan Zen popełnił nawet dyptyk. Szukać na samym końcu data i godzina 16.11.2014 12:29:44.
    http://sigma.neon24.pl/post/112861,jaja-bzdyklaczy-xv-czyli-kto-czym-wojuje-od-tego-ginie

    Dzięki za linka.

  27. DO GOSPODARZA!

    W tym filmie sa piękne rzeczy o świecie naukowym i mogą się przydać do jakiejś syntezy postaw i tolerancji wśród kasty „naukowcy”. Film z linku Obserwatora od 7:30
    Profesorowi Gomule, który zainteresował sie wynalazkiem darowano klocki LEGO, a nawet posunięto sie do próśb o zwolnienie go z AGH tytułem ośmieszania uczelni współpracą z osobą bez wykształcenia wyższego. To tyle w skrócie i w celu zaciekawienia.

  28. No to teraz dorobić skrzydełka, pilota i dron gotowy!

  29. A to by było! Chyba miejscowa gazeta opisałaby lot.

  30. Podwójna księgowość ma sens wtedy, gdy występują dwie strony transakcji. To, co dla jednej strony jest „winien”, dla drugiej jest „ma”. Inaczej: to co dla jednego jest „aktywem” (składnikiem majątku „wkładającym” mu pieniądze do kieszeni) dla drugiej strony jest „pasywem” („wyciąga” mu pieniądze z kieszeni)

  31. To chyba inny rodzaj perwersji. Wypowiedź „precz nieuku” od „przewyższa nas Pan milion razy” dzieli jednak sporo….

  32. A ja mam takie skojarzenie , że Czesi umieja kultywować tradycje , szczególnie te przemysłowe, wszak ich produktem jest znany dzisiaj „semtex” popularnie zwany plastikiem..

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.