wrz. 152019
 

Każdego poranka w skrzynce pocztowej Gabriela Maciejewskiego, mało znanego autora źle sformatowanych publikacji historycznych, niczym małe czarne robaki, wiły się maile. On otwierał je po kolei, z niechęcią, (no chyba, że były to raporty sprzedaży), i po pobieżnym przeczytaniu zawartości zamykał z powrotem, albo z wielkim niezadowoleniem pisał kilka słów odpowiedzi. Przed nim, prócz sprawdzenia poczty, były jeszcze komentarze na blogach, na które trzeba było odpowiedzieć, no i teksty innych blogerów, które należało przeczytać. Czynności te były trochę ciekawsze niż odpowiedzi na pytania dotyczące szczegółów wysyłki, albo zaniedbań, których on sam się dopuścił wobec klientów swojego sklepu, ale nie zmieniało to faktu, że trzeba je było wykonać, do tego rankiem…zanim usiadł do pisania kolejnej książki.

Jedna z wiadomości, które przyszły w sobotę była dziwna. Dołączono do niej ilustrację dziewczynki w błękitnej sukience, z imbrykiem w rękach, lecącej po niebie, pod którą wznosił się upiornie uśmiechnięty, zielony pagórek, mający wobec dziecka wyraźnie złe zamiary. List zaś dotyczył Jana Kochanowskiego i jego postawy wobec wielkich wydarzeń historycznych epoki. Maciejewski przeczytał ten list, po czym odpisał krótko, jednym zdaniem – on chyba bez złotego florena nie brał nawet pióra do ręki….po czym kliknął przycisk – wyślij. I jak to zwykle w takich razach bywa z ludźmi niepoukładanymi, źle zarządzającymi swoim czasem i nie potrafiącymi zebrać myśli i skupić ich na jednym przedmiocie dłużej niż dwie minuty, Gabriel Maciejewski przestał myśleć o Janie Kochanowskim, który niczym kałuża wysokooktanowej benzyny wyparował z jego umysłu i ulotnił się Bóg jeden wie gdzie. Na jego miejsc u zaś pojawił się duch inny, przybyły nie wiadomo właściwie skąd, choć są pewnie tacy, którzy powiedzą, że wiadomo – wprost z kart nowego numeru szkoły nawigatorów, poświęconego starej, poczciwej monarchii arustro-węgierskiej. W miejscu Jana Kochanowskiego bowiem, wśród różnych, prostych jak drut i pokręconych jak wełna merynosów, myśli Gabriela Maciejewskiego, pojawił się duch Roberta Musila. O człowieku tym Maciejewski myślał czasem. Za każdym razem z tych samych, dawno nie istotnych powodów. Pierwszy dotyczył pewnego kolegi ze studiów, który próbował podrywać jedną z koleżanek opowiadając jej o czym jest „Człowiek bez właściwości”. Było to pretensjonalne i komiczne jednocześnie, bo oboje zachowywali przy tym niezrozumiałą powagę, a Maciejewski obserwował to paląc – dokładnie to pamiętał – papierosa wyciągniętego z paczki z napisem „Mocne”, co wywoływało w tej parze, z trudem ukrywany odruch zniechęcenia. Nikt nie wie dlaczego człowiek tak powierzchowny i płytki jak Gabriel Maciejewski zachował w pamięci ten obraz. Z kolegą tym nie znał się prawie wcale, a koleżanka podobała mu się o tyle i ile…Dwudziestolatkom z reguły podoba się większość koleżanek, które nie wyglądają jak ów zielony, uśmiechnięty pagórek, na obrazku, który znalazł się nie wiadomo dlaczego w mailu gdzie zamieszczono informację o Janie Kochanowskim.

Kolejnym powodem, dla którego Maciejewski myślał o Robercie Musilu, była błędna informacja, dotycząca lokalizacji szkoły, w której rozgrywa się akcja powieści „Niepokoje wychowanka Torlessa”. Ktoś, dawno temu, wprowadził Maciejewskiego w błąd, mówiąc mu, że zakład ten znajdował się w zachodniej Galicji – dziś na Podkarpaciu – choć przecież Musil przebywał w szkołach w Austrii i na Morawach. Powieść zaś napisał na podstawie osobistych doświadczeń. Tylko te dwa powody i żadne inne, były przyczyną tego, że w głowie Maciejewskiego pojawiał się duch Roberta Musila. Nie przeczytał on bowiem nigdy ani „Niepokojów wychowanka Torlessa”, choć trzeba powiedzieć, że próbował, ani „Człowieka bez właściwości”, którą to książkę uznał za nieodpowiednią dla siebie i zbyt trudną. Należał bowiem do tych osób, które nie potrafią mierzyć się z prawdziwymi przeciwnościami, za to chętnie – jeśli nadarzy się okazja – próbują tę swoją postawę usprawiedliwiać, a trudności lekceważyć i wyszydzać je, podkreślając ich małą wagę i za nic mając wychowawczy charakter takich mozołów.

Jeszcze jedno – byłbym zapomniał – Maciejewski miał kiedyś w ręku zbiór – przyznajmy to uczciwie – bardzo pretensjonalnych esejów napisanych przez Cezarego Michalskiego, a zatytułowanych „Powrót człowieka bez właściwości”. Było to w czasach kiedy sam nie miał jeszcze pojęcia, że zostanie pisarzem, a autor tych esejów Cezary Michalski szedł właśnie do swoich największych sukcesów i błyszczał na tle publicystów i autorów, niczym złoty orzech na choince zawieszony wśród cukierków mieszanki wedlowskiej. Ciągle narażony na to, że jakiś niesforny bachor zerwie go, rozłupie i pochłonie w całości jądro, wyglądające jak ludzki mózg, pociągnięte z wierzchu tą złotą farbką. Kiedy Maciejewski otwierał zbiór esejów Michalskiego, zamykał, go po niecałej minucie, przekonany, że autor pisał go w jakiejś gorączce, trzęsąc się ze strachu, albo z obawy jak praca jego zostanie oceniona przez tych, którzy ją zlecili. Michalski napisał bowiem tę swoją książkę na zlecenie, a zrobił to dokładnie w takim stylu, jak ten kolega co próbował poderwać dziewczynę, opowiadając jej o „Człowieku bez właściwości’. Maciejewski miał czasem ochotę zgasić papierosa wyjętego z paczki opatrzonej wielką literą M, wprost na kartach książki Michalskiego. W końcu, po jednej z kolejnych prób przeczytania z niej czegokolwiek wyrzucił ją do zsypu.

– Robert Musil – powiedział głośno Gabriel Maciejewski i wpisał to nazwisko w wyszukiwarkę googla. Czynił tak zwykle, w tych momentach, kiedy jego myśli zaprzątnięte zostały niespodziewanie przez coś, co w zasadzie nie miało prawa się zdarzyć, a jednak się zdarzyło. Duch Roberta Musila pojawił się przecież i milcząc domagał się od Maciejewskiego jakiejś aktywności. Przeglądając biografię tego nieszczęśliwego człowieka Maciejewski zwrócił uwagę na dwie tylko rzeczy – daty urodzin i podsumowanie dotyczące twórczości Musila. Wyglądało ono tak – motywem przewodnim twórczości Musila była nuda i egzystencjalna pustka.

Daty urodzin i śmierci Musila to lata – 1880 – 1942. – W tym czasie – wyliczał sobie Maciejewski – wybuchła wojna bałkańska, I wojna światowa, w czasie jej trwania zaś zamieszki w Wiedniu i Budapeszcie, wybuchła rewolucja w Rosji, świat zmienił całkowicie swoje oblicze, w Niemczech doszedł do władzy Hitler, który anektował Austrię i zmusił Musila do emigracji, nie daleko co prawda, bo tylko do Szwajcarii, ale jednak…Motywem zaś przewodnim twórczości Musila jest nuda i egzystencjalna pustka…Gdyby Musil urodził się jak Lermontow, na początku XIX wieku, kiedy w Rosji nie działo się nic prawie, może mógłby motywem głównym swojej twórczości uczynić nudę i egzystencjalną pustkę, ale w latach 1880 – 1942 trudno było się nudzić w monarchii. Nawet jeśli ktoś był bardzo silnie zorientowany na tę nudę, zawsze mógł go porwać i unieść wysoko, jeden z odczytów doktora Freuda… Austria schyłkowej swojej doby nikogo bowiem nie pozostawiała obojętnym.

Nie było pod ręką żadnego egzemplarza powieści „Człowiek bez właściwości”. Maciejewski zrobił więc to, co zawsze czynił w podobnych wypadkach, to znaczy kiedy coś uporczywie dręczyło jego umysł i dopominało się o jakieś uzupełnienie, jakiś komentarz, albo choćby dotknięcie czegoś nieznacznie i lekko, tylko po to, by uzyskać tak potrzebną do uwolnienia się od natłoku myśli pointę – wpisał tytuł książki Musila w wyszukiwarkę allegro. Potem zaś, kiedy ujrzał wyniki, zamarł w bezruchu, bo zrozumiał, że ktoś, jakaś nierozpoznana siła, zastawiła na niego pułapkę. Oto wśród licznych egzemplarzy powieści Musila, wydanych całkiem niedawno, a opatrzonych – jakież to przewidywalne – fragmentami dzieł Egona Schiele, znalazło się coś dziwnego. Czterotomowe wydanie „Człowieka bez właściwości’, w dekoracyjnym papierze, z czerwonym, skórzanym grzbietem i złotymi literami. Cena była zabójcza – 1799 zł. Normalnie Musil dostępny był za 790 zł i jakoś nie widać było chętnych, nie wiadomo więc na co liczył człowiek wystawiający na aukcję to wydanie. Maciejewski po kolei zaczął przeglądać fotografie, na których widoczne były fragmenty oprawy i złoceń, ale uwagę jego zwróciła tylko jedna rzecz. Była to wklejka z wystukanym na starej maszynie do pisania tekstem. Brzmiał on:

Tow. Wrzesiński Kazimierz

Nagroda egzekutywy POP PZPR przy WPWiK we Włocławku dla tow. Wrzesińskiego Kazimierza za całokształt dotychczasowej, zaangażowanej pracy społecznej oraz za sprawowanie bezpośredniej opieki nad szkoleniem partyjnym w 1978/79 r.

Maciejewski nie mógł uwierzyć w to co widzi. Towarzysze partyjni z Włocławka, miasta celulozy, w którym rozgrywa się przecież akcja powieści Igora Newerly „Pamiątka z celulozy”, na której kartach pojawia się bohater nazwiskiem Szczęsny Bida, honoruje na przełomie lat 1978/79 jakiegoś Wrzesińskiego Kazimierza czterema tomami prozy Musila. Ten zaś uczynił przewodnim motywem swojej twórczości nudę i egzystencjalną pustkę….

– To się nie może dziać naprawdę – pomyślał Maciejewski i przypomniał sobie wszystkie filmy i książki dotyczące zdarzeń i zjawisk paranormalnych, jakie zdarzyło mu się w życiu oglądać i czytać…nie było tego wiele, a na pierwszym miejscu znalazła się rzecz jasna powieść, o której usłyszał kilka dni wcześniej – „Koniec dzieciństwa” Arthura C. Clarka.

– To się nie dzieje naprawdę – pomyślał jeszcze raz i wkleił link z aukcji do swojego tekstu

https://allegro.pl/oferta/musil-czlowiek-bez-wlasciwosci-1-4-wyd-1-skora-7715310843

– W 1979 roku byłem w trzeciej klasie podstawówki – powiedział głośno sam do siebie – a towarzysz Wrzesiński już został przygnieciony taką odpowiedzialnością….Ciekawe czy rozliczali go potem z przeczytania książki Musila, której motywem przewodnim jest nuda i egzystencjalna pustka…? Maciejewski nie znał odpowiedzi na to pytanie, nie zmierzał też kupować żadnego z dostępnych na aukcjach egzemplarzy „Człowieka bez właściwości’.

Mimo niezrozumiałego lęku, który pojawił się w jego sercu, postanowił nie wydawać ośmiuset złotych na prozę Musila i zmierzyć się z tym dziwnym przypadkiem bez zaglądania do książki.

– Nie można przecież pisać i żyć nie zwracając uwagi na nic poza samym sobą – zastanowił się Maciejewski i w duchu przyznał sobie rację. Nawet on, który trzymał się obsesyjnie pewnych myśli i obrazów z przeszłości, bardzo nieraz rozbudowanych, a często uzupełnianych przez niego i wzbogacanych o nieistotne z pozoru szczegóły, nie potrafiłby dokonać takiej sztuki. Musil zaś pisał swoją książkę o człowieku bez właściwości przez dwadzieścia jeden lat, zaniedbując rodzinę…Takich rzeczy nie robi się bez zlecenia przecież – pomyślał Gabriel Maciejewski i od razu przypomniała mu się legenda towarzysząca wydaniu siedmiu tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta…Czy to czasem nie było tak – pomyślał – że wyobraźnia nie czkając na nowinki technologiczne próbuje nadążyć za swoimi własnymi apetytami i na zlecenie wielkich manipulatorów próbuje wywierać wpływ na środowiska, które prowadzą życie wsobne, ale nie pozostają bynajmniej bez wpływu na innych? Czy wielkie powieści XX wieku nie były próbą wynalezienia mediów elektronicznych bez elektroniki i migających obrazków, dekonstrukcją umysłów poprzez nowe, eksperymentalne narracje? Zarzucono je ze względu na to, że pochłaniały czas i budżety, a ich funkcja sprowadziła się do tego, by po dekadach paraliżować i obezwładniać umysły aspirujących młodzieńców lub wskazywać tych, którzy – z założenia – jak Michalski – mieli poprzez swój talent i siłę osobowości, z dołączonym wspomaganiem w postaci korespondencji z prozą Musila – wpływać na masy. Nie było zaś nic ważniejszego w latach 1880- 1942, które Musil opisał jako nudę i egzystencjalną pustkę, niż masa.

– Pisarze nie są do tego by opisywać, ale by nieustająco składać listy uwierzytelniające – pomyślał Maciejewski i od razu przyszło mu do głowy, że pojawienie się aukcji z czterema tomami Musila i wklejką dedykowaną towarzyszowi Kazimierzowi Wrzesińskiemu z Włocławka, to próba wymuszania na nim czegoś… Myśl ta, przyznajmy, była wyrazem pychy, o którą Maciejewskiego podejrzewali wszyscy, a którą on ukrywał głęboko. Nie było to trudne, bo jego popularność, mocno problematyczna, wymuszała raczej pokorę wobec czytelnika, ale przedstawiało jednak jakieś trudności…. O żadnych uwierzytelnieniach nie może być mowy – powiedział do siebie i natychmiast powrócił do listu, który otrzymał z rana, listu, do którego dołączony był obrazek z latającą dziewczynką, imbrykiem i pagórkiem-upiorem. – Koniec dzieciństwa – przemknęło mu przez głowę….Koniec dzieciństwa….

Dlaczego Jan Kochanowski nie opisał nigdy Nocy św. Bartłomieja? Dlaczego nie zająknął się o upadku Węgier i nie wspomniał o Sacco di Roma? Raz jeden tylko napisał o skrzyni Fokkerowej. Dlaczego? Bo był poetą renesansowym, czerpiącym pełnymi garściami z tradycji antycznej, a jeśli akurat z niej nie czerpał, to zajmował się uwodzeniem dziewcząt opowiadając im o niej…Ilość obscenicznych utworów Jana Kochanowskiego jest spora, a ludzi, którzy mu zlecali pisanie nie płacili przecież za jakieś fanaberie. W tekstach musiało się znaleźć dokładnie to, co zamówili. Jan Kochanowski był człowiekiem pewnym siebie i gwałtownym….a jadąc do Lublina w roku 1584, w sierpniu ani myślał pewnie o śmierci…chciał poważnie rozmówić się królewską komisją, która zdecydować miała o tym, jak będą podzielone monopole handlowe w Koronie i na Litwie i co na tym skorzystają Anglicy… Myśli jego, podobnie jak myśli Musila na emigracji, myśli Michalskiego, w czasie gdy pracował on w dzienniku „Życie” prowadzonym przez Tomasza Wołka, nie zaprzątała literatura i poezja antyczna, którą pisał mechanicznie, na jedno kopyto i bez krzty polotu, wiedząc, że zamawiających interesuje wyłącznie treść. Myśli te były cały czas blisko pieniędzy i blisko tego co polecił zleceniodawca. W przypadku Kochanowskiego był to patrycjat Lubeki, który finansował jego poczynania po śmierci nieodżałowanego księcia w Prusiech.

– Komisja królewska – pomyślał Maciejewski, który zdążył się już uwolnić od ducha Roberta Musila – trzej Firleje i Tarło. Ludzie, którzy – według Kochanowskiego – powinni zrobić wszystko co im się każe…tak, jak już nie raz robili. Komisja królewska, którą – to było naprawdę przyjemne uczucie – mógł do porządku przywołać ktoś taki jak on – posesjonat, szlachcic ze wsi, były królewski sekretarz, któremu siłę dawały rozległe kontakty na dworach i uniwersytetach….

– Ciekawe czy on był w Elblągu – Mikołaj Firlej spojrzał spod ciężkich powiek na swojego krewnego o tym samym imieniu.

– Przypuszczam, że nie

– To znaczy, że nie widział angielskich składów?

Mikołaj, ten drugi, nawet nie wysilił się na odpowiedź.

– Król zdecyduje tak, jak mu podpowiemy, a my nasi ludzie widzieli te składy, widzieli też okręty, statki i broń – rzekł Tarło – co mamy robić?

Pytanie to zwrócone było do Andrzeja Firleja, przewodniczącego komisji. Ten zamyślił się i zacisnął swoją potężną łapę na pucharze z masy perłowej, który ktoś niedawno przywiózł mu z Elbląga.

– Postawiłbym na dezorientację – rzekł Andrzej Firlej

– To znaczy? – oczy wszystkich trzech komisarzy zwróciły się ku niemu

– Przeniesiemy obrady komisji do Lubartowa. Nie będzie nas tu, kiedy pojawi się Kochanowski.

– Myślicie Andrzeju, że zawróci na siebie ich uwagę? – rzekł młodszy Mikołaj Firlej

– Jak zwykle – tamten uśmiechnął się – zrobi jedną burdę, potem drugą, potem pokaże ile ma pieniędzy…nas tu już nie będzie i nie na nas spadnie odpowiedzialność.

– A decyzja? – Tarło nerwowo bębnił palcami po stole

– Decyzja już zapadła – rzekł Andrzej Firlej, ale nie możemy jej ogłosić, dopóki żyją ludzie księcia Albrechta.

– I nie możemy usunąć ich sami – dodał Mikołaj

Maciejewski byłby skłonny uznać powyższe za wizję, ale było to zbyt ubogie, a poza tym i tak nie miałoby szans na to, by trafić do umysłów konsumentów treści…Ludzie bowiem – poddani raz obróbce propagandowej – uciekali od wszelkich, najlżejszych nawet sugestii związanych z tym co za propagandę uważali. A do zbioru tego należały przede wszystkim treści poznane w szkole. Takie jak twórczość Jana Kochanowskiego, która – podobnie jak cała medialna propaganda – dzieliła się na dwie części – format i obscenę. To był jedyny mechanizm sprzedażowy jakim posługiwała się globalna propaganda. Innego nie wymyślono od czasów Pieśni nad pieśniami.

– Ciekawe co by na to powiedział Musil – pomyślał Maciejewski – nuda i egzystencjalna pustka, format i obscena, a pomiędzy nimi budżet i władza…czy to nie jest czasem dialektyka…? Nie uspokojony wcale tą myślą, ale zadowolony z tego, że udało mu się opisać główną i zasadniczą słabość przeciwnika, zasiadł do śniadania, było już siedem po jedenastej….

  23 komentarze do “Jan Kochanowski – człowiek bez właściwości”

  1. GENIALNE  !!!

    Troszke musze ochlonac, Panie Gabrielu… ale – dla mnie – ten wpis jest  GENIALNY  !!!

  2. Trudno jest tak barwnie napisać o „nudzie i egzystencjalnej pustce”, ale Coryllus potrafi.

    (moja próba zatytułowania ostatniego fragmentu, właściwie pod tytuł):

    „Janko Chanowski jako podmiot liryczny firlejowskiego Pitavalu”

  3. Gabrielu, Ty to umiesz zaskoczyć!

    Ka-pi-tal-ne.

     

    PS. I jak najczęściej w takich przypadkach Twojej twórczości – niełatwe w konsumpcji.

  4. >pojawiał się duch Roberta Musila…

    Czem jest poeta?

  5. Właśnie tego lata zacząłem odczuwać egzytencjalną nudę i medialną pustkę .Brnąłem przez jej mokradła duszony oparami nonsensu roztaczającegi się pośród internetów  .Hucpa po prostu czychała na każdym  kroku A Wisła aż wiła się od smrodu trzaskowskiego .

    Aż tu nagle wyskoczył tenże płytki bloger Maciejewski ,którego nazwiska sam właściciel wydawnictwa 3dom nie wypowiada w obawie przed jego magicznymi mocami.I ten bloger co spływa głębię egzystencjalne pustki wyskakuje tak nagle niczym stado łań zaskakujących Pana Przyrodę z tych opowieści telewizyjnych i zdaje się zapowiada nową lepszą  zmianę ,że normalnie ucho prezesa oklapnie .

    Czyżbyśmy naprawdę mogli oczekiwać nowego dzieła ? Panie autorze ,jest Pan w stanie błogosławionym, zaciążył Pan nowym dziełem ?Zdaje się ,że już niebawem wzniesiemy się nad poziomy marazmu propagandowego A misja nawigatorska wypłynie na nowe wody i oceany treści .Płyń floto po morzach i oceanach i głoś kurs na prawdę wśród nowo odkrytych ziem i pośród nowo nawróconych plemion.

    Miód na serce ten Pana wpis dzisiejszy .Jest nadzieja .Idzie główką na świat.

  6. panie Tomaszu, pan jesteś położnik czy blagier? Ale mniejsza o pański zawód czy hobby, ważniejsza jest ortografia, pisze się – czyhać (tylno gardłowe h)

  7. Notatka Coryllusa to więcej niż doskonała forma i treść.

    Duchy pisarzy, które chcą wyjść z zapomnienia, nie trafiają do publiczności przez wirujące stoliki lub uniwersytety, lecz szukają medium, któremu przekazują znaki tak jak mogą, choćby przez allegro. Musil dotarł. Nie wiem, czy oczekuje wybaczenia za śmierć Herminy Dietz, którą zaraził syfilisem, czy akceptacji jego problemów egzystencjalnych. A może chce, by wybaczyć mu udział w zbiorowisku Międzynarodowego Kongresu Pisarzy dla Obrony Kultury w roku 1935, który pod szczytnymi hasłami zaprzecza jego deklarowanemu indywidualizmowi i sprzeciwowi wobec kolektywizmu. Może w książce bez właściwości (wyd. 1930) można odczytać pokrętne drogi, którymi krążyły jego myśli. A może wystarczy spojrzeć na prawie brunatną okładkę pierwszego wydania (vide ilustracja).

  8. „… Ludzie bowiem – poddani raz obróbce propagandowej – uciekali od wszelkich, najlżejszych nawet sugestii związanych z tym co za propagandę uważali. A do zbioru tego należały przede wszystkim treści poznane w szkole.”

    Wniosek nasuwa się sam – SN edukuje dorosłych – czas by Wydawnictwo GM postawiło na edukacje młodszych – motywem wzmacniającym sprzedaż będzie zakazany owoc – ludzie młodzi szukają prawdy wystarczy ich tylko nakierować gdzie mogą ją znaleźć – czyż nie?

    Mi się podoba pomysł Brauna sprzed lat by napisać nowa historie Polski – ale w formie podręcznika dla nastolatków z pięknymi ilustracjami. Moim marzeniem, które sam realizuje jest dziecko, które w  dzisiejszej szkole jak za PRL wstaje i mówi – ale co Pani opowiada przecież każde dziecko w Polsce wie, ze z tego Kochanowskiego to taki poeta jak z Mickiewicza Polak…

    Chyba kupie córce jakieś secret GO PRO jak podrośnie – muszę zobaczyć miny nauczycieli 🙂

  9. Coryllus dzisiaj o nudnych książkach. Wyskakuje z tekstem zupełnie nie nudnym o przenudnym Musilu. Musila nie znam i po reklamie Coryllusowej już nie przeczytam.

    Na SN do talii nudnych książek dokładają komentatorzy „Wilka stepowego” i  Panie Tomaszu, jakoś ostatnie zdanie z pańskiego komentarza przypomniało mi że byłam dwa razy pacjentką szpitala na Madalińskiego i dwa razy wzięłam z domu przenudną książkę „Wilk stepowy” o Józefie Knechcie. Była ona tak strasznie nudna że nie została przeze mnie doczytana nawet w szpitalu. Czasami są takie „wartości same w sobie”.

  10. Można by zbiór takich opowiadań napisać

  11. Nic Ci nie umknie.  Sam się zastanawiałem, ale odpuściłem. Ale teraz odnalazłem. To był Paryż, a tam sam orły:

    Paryż 1935

  12. W podobnej stylistyce czytałem dziś o poranku „Dzienniki senne” Darka Cychola https://www.facebook.com/Psianiol/posts/926760417699632 . Tak daleko, a tak blisko …

  13. Cały dzień dziś myślę o Pana tekście i o tym ile krwi ze mnie utoczyli w młodości ci od egzystencjalnej pustki, nudy życia i bólu istnienia. O ile bowiem marksizm odrzucić łatwo, o tyle marksizm ukryty pod nazwą egzystencjalizm już nie. Dla wielu młodych ludzi jest to bardzo atrakcyjne niestety. Dla mnie było bardzo. Wilk stepowy  naprawdę mi się podobał (dziś już nawet nie pamiętam o czym to było). Wymieniłabym jeszcze Moravię (jego pamiętam lepiej). Wymiękłam dopiero przy Sartrze i zasikanych kalesonach. Zachodni komunizm okryty nimbem intelektualnego snobizmu świetnie się sprzedawał w komunistycznej Polsce. Taki duchowy gułag.

  14. myślisz transcendentnie, że duch Musila  szuka modlitwy, czy tak sobie żartujesz ?

  15. Dla zabicia nudy i przepędzenia pustki egzystencjalnej polecam biografię Wenantego Katarzyńca tak reklamowanego przez Terlikowskiego .Zaleta tej książki jest taka ,że sam brat Wenanty Katarzyniec nie miał niewiele wspólnego z bogactwem i finansami a żył bardzo skromnie .Oczywiście wierzę w jego pomoc Maksymilianowi Kolbe ale sam Terlikowski mocno przesadzał z jego cechami  .

    To był rzadko spotykany wzór skromności i pracowitości .Ceniony za opiekę duchową nowicjuszy franciszkańskich .W biografi napisanej przez Edwarda Stanikiewicza jedynym jego wyczynem duchowym była właśnie wytrwałość i skromność .Taka asceza jest dziś zepchnięta do nieświadomości bo nie wolno nam tak żyć.To się nie może jak kalkulować .Kompletnie niemarksitowska pozycja daleka od dzisiejszych poszukiwań duchowych.Dziś polecą się medytację dalekowschodnie jakby rodzima pobożność była jakąś specjalną kategorią rodem ze skansenu .Bez parcia na szkło i przeboju ,bez bredni dla jakichś mało spostrzegawczych zagubionych młodzieniaszków że skłonnością do narkotyków.Nie dziwię  się karierze Wilka stepowego w Ameryce .Tam swego czasu miał swoje pięć minut i zrobił niezłą sieczkę młodym ludziom.Zresztą Thomas Merton ze swoim oparciem na wschód też swoje zrobił.To nie byli ludzie z przypadku .Bez polityki nigdy by nie zaistnieli.Mieli za sobą swoją gazownię.

  16. Przepraszam .Chciałem napisać ,że Wenanty Katarzyniec nie miał nic wspólnego z bogactwem a wkradł się błąd i napisałem odwrotnie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.