cze 082024
 

Pomiędzy tym muszę wspomnieć księcia Marcina Lubomirskiego, jednego z najmajętniejszych panów. Ten w stolicy królewskiej trzymał batalion nadwornej piechoty, która zaciągała u niego publiczne warty bębnami i muzyką; i niejednych dopuszczał się przestępstw. By się z nich wywinąć, pojął córkę austriackiego feldmarszałka Haddika; protekcja tego związku wszystko pokryła. W ciągu kilku lat stracił on prawie cały swój majątek. Wreszcie udał się do niejakiego Franka, żyda polskiego, wodza sekty żydowskiej. Sekta łączyła obydwa testamenty, stary i nowy. Dopuszczała przyjście Mesjasza, chcąc uchodzić za chrześcijan, tajemnie trzymała się dawnych obrządków. Nie łączyła się jak między sobą, zachowywała niedzielę i szabat. Wielu żydów w Polsce przeszło na nią, i między tymi najznaczniejsi, Wołoscy, Krysińscy, Szymanowscy, Lanckorońscy, którzy bez skrupułów obierali sobie imiona dawnej szlachty. Frank był niepospolitą osobą, umiał wzbudzić w żydach rzadki entuzjazm; zbierano na niego hojne składki. Lękając się prześladowania w Polsce, przeniósł się do Austrii, gdzie cesarz Józef II dał mu protekcję, trzymał on znaczny dwór w Brynie i żył wspaniale. Pamiętam, iż w roku 1783 jadąc do Wiednia, spotkałem go przez Bryn jadącego na spacer w pięknej karecie. W 10 lat później przeniósł się on do Aszaffenburga, gdzie się z nim złączył książę Marcin Lubomirski, i jak mówiono został pół żydem, i córkę jego pojął. Odtąd o nim nie słyszano. Zostawił jedną córkę Łucję wydaną za Janusza Tyszkiewicza…

Ktokolwiek będzie czytywał te zapiski, niech się nie dziwi ich nieuporządkowaniu. Chwytam wspomnienia jak się przesuwają w pamięci, cofają lub wyprzedzają czasy. Przerzucenie się księcia Lubomirskiego na sektę Franka cofnęło mnie do najdawniejszych chwil dzieciństwa. Rodzice moi mieszkali jeszcze w Skokach, ja mogłem mieć wtenczas 6 lat. Pamiętam jak w piątek, drogą idącą koło dworu z Brześcia do Skoków, mnóstwo wózków żydowskich przelatywało pędem.

– Mój dobry Boże – mówiła pobożna matka moja. – Książę Radziwiłł został żydem, kapcany lecą do Czernawczyc.

W rzeczy samej książę Radziwiłł – krajczy w. lit., do wielu już poprzednio okazanych znaków szaleństwa przydał i ten, że się żydem uczynił. Co piątek więc lecieli do niego żydy na boruchy, suty łokszyn, szczupaki i kugiel. Do tego prowadziła samowładność panów i szlachty naszej! Zgorszenie moralne i obrażona pycha radziwiłłowska tak były wielkie, iż familia postarała się o kuratelę nad księciem. Był on ojcem trzech synów: Jakuba, który zwariował; Dominika, który ożenił się z moją siostrzenicą oraz Michała, wojewody wileńskiego, który obu tych braci trzymał w kurateli.

Do Grodna, zaś później do Wilna, wyjechaliśmy licznym taborem i wlekliśmy się z Białegostoku. Grodno, miasto z drugiej strony Niemna, korzystne się wydaje. Ponieważ prawa nakazywały, że każdy czwarty sejm dla dogodności Litwinów w Grodnie miał się odbywać, a dawny zamek, w którym król Stefan Batory umarł, był zniszczony, August III wystawił nowy, niezbyt obszerny. W tym książę z całym swym dworem się ulokował. Izba sądowa była w sali sejmowej. Deputaci, jak większa część posłów w Warszawie, tak i tu mieścili się po klasztorach. Codziennie był u księcia stół na 60 osób. Litwa miała nad Koroną tę korzyść, że nie rozrzucone w księgach praw, ale zawarte w jednym porządnym statucie ustawy swe miała. Statut ten był dziełem Lwa Sapiehy – kanclerza i hetmana w. ks. lit. Zebrał on je z najlepszych ksiąg prawnych owego czasu, mianowicie z praw angielskich. W ważnych bowiem sprawach, gdy dekret w jednym dniu napisanym być nie mógł, sędziowie przez całą noc zamknięci byli w izbie, aż do ogłoszenia dekretu, po to aby strony nie miały sposobności widzenia się z sędziami i zjednywania ich sobie. Gdy taki przypadek zachodził, ciekawą była rzecz, widzieć hajduków deputackich, znoszących piernaty, i na tych wąsatych deputatów chrapiących pokotem.

Z początkiem trybunału w Grodnie w letargicznym stanie Polski, zaszło w kraju ważne zdarzenie, o którym wspomnieć należy. Rozległa ekonomia, czyli stołowe dobra królewskie, dane były w zarządzenie Antoniemu Tyzenhauzowi, później nadwornemu podskarbiemu w. ks. lit. Był to człowiek niepospolity. Jezuickim naówczas wychowaniem, naturalnym pojęciem, biegłym rozumem, pozgadywał czego się nie nauczył, o czym zaledwie słyszał. Urządził on na nowo królewskie posiadłości, a chcąc wzniecić nieznany w kraju przemysł, założył rozmaite rękodzieła i z zagranicy majstrów do nich sprowadził; w tym tylko zbłądził, że od zbytkownych zaczął. Nie znając słowa innego jak polski, w towarzystwie p. Bohusza, człowieka przebiegłego, zwiedził obce kraje, mianowicie Francję i Holandię. Co w nich pożytecznego widział, to bez względu na różnicę położenia, i moralnego i fizycznego, a nade wszystko politycznego krajów, z gorliwością chciał do siebie wprowadzić. Wesoły, rubaszny, skory do kielicha, mający w ręku korzystne arendy i nieograniczony kredyt u króla, stał się nie tylko popularnym, ale całą Litwą rządzącym. Działo się to tak dalece, że na sejmach gdy przychodziło wotować, pierwszy poseł litewski zniósłszy się z Tyzenhauzem tak zawsze wotował: Cała prowincja litewska affirmative lub negative. Podobnie, niestety, rządził on trybunałami. Mimo możnych Radziwiłłów i Czartoryskich, on szalę sprawiedliwości jak chciał podnosił lub zniżał.

Do tego stopnia nieograniczony kredyt jednego człowieka, ta przez niego stworzona jedność w całej Litwie, obudziły podejrzenie i zawiść moskiewskiego posła, mającego za zadanie siać niezgodę, przeszkadzać wszelkim pożytecznym dla kraju dziełom. Przyszedł więc rozkaz Katarzyny II, aby król oddalił Tyzenhauza od zawiadywania dóbr w Litwie. Jak piorunem uderzony upadł natychmiast Tyzenhauz; rozlecieli się jego przyjaciele jak oderwane od drzewa konary. Wystawił on w Grodnie pałac Horodnicą zwany z budynkami fabrycznymi wokoło. Pałac dotąd tak huczny, budowle działające, wszystko tętniące, jużeśmy puste odkryli. Rzewuski – marszałek w. kor., objął rządy ekonomiów. W salach, gdzie niedawno panował Tyzenhauz, gdzie widziano tłum kontuszów, wąsów, czupryn, gdzie pełne krążyły kielichy – dziś cichość. Kilku sekretarzy, kamerdynerów, lokajów, wszystkich po francusku ubranych. Tak gwałtowne zmiany działy się w czasach moich. Może nie zawsze trafny w używaniu swej władzy Tyzenhauz, był jednak twórczym umysłem, i gdyby nie piekielna zawziętość Moskwy na Polskę, wiele ważnych pożytecznych zasług mógł ojczyźnie oddać.

W tym samym czasie książę Adam Czartoryski odebrał list od cesarza Józefa II oznajmujący mu, że zamierza utworzyć gwardię galicyjską czyli polską w Wiedniu, i jemu przekazuje nad nią dowództwo. Książę zważywszy, że istnienie tej gwardii w stroju polskim, z komendą polską, zachowa w całej części naszego kraju narodowość, nie wahał się przyjąć tej ofiary. I sam po skończeniu kadencji grodzieńskiej zamierzał udać się do Wiednia.

Wcześnie tego lata udaliśmy się w podróż. Ucieszony byłem pierwszymi wojażami zagranicę. Przejeżdżaliśmy przez Śląsk, Morawy, Austrię; dziwiły mnie nawet wsie murowane. Cieszyłem się słysząc w pospólstwie język polski. Podobał mi się Wiedeń, zwłaszcza ogromne ogrody i zwierzyńce. Cesarza Józefa II wszędzie widzieć było można; pracował w swojej kancelarii, lub objeżdżał inne; czynny i prędki, ustawicznie wprowadzał odmiany, nieprzyjaciel okazałości i etykiety; był pierwszym z monarchów, który odrzucił zasłonę i pokazał się ludowi człowiekiem jak oni. Za przykładem poszła jego siostra Maria Antonina, królowa Francji. Lecz co uszło w Niemczech, we Francji fatalne sprowadziło skutki. Książę objął komendę nad gwardią. Sierakowski, dawny oficer w służbie austriackiej, był jego podkomendnym. Gwardia galicyjska składała się z pierwszych rodów Galicji, wszyscy z niej wychodzili na oficerów.

Czas naglił, przez Warszawę udaliśmy się do Wilna na kadencję zimową trybunału. Wilno w najpiękniejszym jest położeniu. Widniały jeszcze ruiny zamku Wielkich Książąt Lit., co więcej gdzie była świątynia pogańska, widać było reszty kości spalonych na ofiary. Pod zamkiem pałac Radziwiłłów, do którego młody Zygmunt August spuszczał się w zalotach do Barbary Radziwiłłównej. Miasto całe prawie murowane. Jakaż różnica od dzisiejszego stanu. Zamek zniszczony, mieszkańcy sami żydzi lub gorsi od nich Moskale.

Do Wilna, jako do stolicy Litwy, zjeżdża się wielu znaczniejszych obywateli. Towarzystwa liczne, bale, reduty; zima sroższa nierównie jak w Warszawie. Pamiętam, że na Nowy Rok było 27 gradusów mrozu, ja jednak o jednym mundurku, konno objeżdżałem wszystkie wizyty z powinszowaniem. W ciągu trybunału z rzadką bezstronnością sądzącego, dwie sprawy pamiętam. Jedną, między księciem Czartoryskim, ojcem księcia Adama, a prywatnym obywatelem, w której syn skazał ojca wojewodę ruskiego, nie tylko na uiszczenie czynionych mu pretensji, ale na zapłacenie grzywien. Dowód ten sprawiedliwości, niestety tak rzadkiej dotąd, czyniąc honor cnocie marszałka, wielkie sprawił wrażenie. Druga sprawa nie powinna była nigdy przechodzić przez sąd publiczny. Oskarżony został niejaki ksiądz Ogonoski o obcowanie z krową; stąd rumor niezmierny. Całe duchowieństwo z biskupem Massalskim na czele powstało, przecząc, że sąd cywilny nie powinien sądzić duchownego. Do Wilna przyjechał nuncjusz papieski Saluzzi, proponując mediacje. Po wielu zachodach, bo według statutu sodomia powinna być śmiercią karana, Ogonowski został skazany na więzienie.

W tym to roku 1782, przypadła śmierć księcia Augusta Czartoryskiego wojewody ruskiego. Miał on 86 lat. Dom Czartoryskich, chociaż szczep familii Jagiellońskiej, nie był z najbogatszych. Książę August pojąwszy dziedziczkę Zofię Sieniawską, córkę hetmana w. kor., wziął z nią niezmierne w Polsce i Litwie dobra. W młodości, jak wielu Polaków, książę ten służył w wojsku austriackim. W roku 1715 zwiedził Francję, lecz Ludwika XIV zastał już na marach. Był to człowiek wielce rozsądny, gospodarny, nie mieszał się do żadnych frakcji. Sprawy publiczne zostawiał bratu, księciu Michałowi Czartoryskiemu kanclerzowi w. lit., wspierając je tylko pieniędzmi. Jego dwór, acz okazały miał już coś obcego; kręcili się Francuzi, Włosi i Niemcy.

W nieszczęsnej Polsce zostawały błahe formy swobód. Z tymi Katarzyna rządziła krajem jak własną prowincją. Sześciotygodniowe sejmy z liberum veto stanowiły tylko ludibrium wolności, bo oprócz wybrania na nich Rady Nieustającej, nic dla dobra kraju ustanowić nie było można; chwytały się niespokojne umysły każdego zdarzenia by królowi dokuczyć. Rzecz prawdziwie niepojęta, król ten równie z władzy ogołocony, jak cały naród z wolności, jeszcze wzbudzał zawiść, od tych nawet, którzy przez niego dobrodziejstwami byli okryci. Na czele ich Ksawery Branicki, tenże sam, któremu król i hetmaństwo w. kor. i starostwo białocerkiewskie nadał; posiadał ambicję i pychę niegdyś tylko wielkim właściwą magnatom.

Dumne to przeciwieństwo, nie było za dobrem kraju, co gorsza walczono tylko o kredyt u Moskwy i jej posła. Ten, wierny swoim instrukcjom, utrzymywał te spory, mówiąc, że po to do Warszawy przysłany. Raz dawał protekcję królowi, drugi raz jego przeciwnikom.

Nastąpił sejm 1782 r., który za pozwoleniem Stackelberga – posła moskiewskiego, wrzaskom swoim wolne puścił wodze. Powód tego następujący. Nadmieniłem już, że biskup krakowski Sołtyk, zaraz po powrocie z niewoli w Kałudze, wtedy objawy pomieszania zmysłów zaczął przejawiać. Po powrocie do Krakowa choroba zaczęła się wzmagać tak dalece, że postanowiono usunąć go od zawiadywania diecezją i wziąć w kuratelę. Tego dotyczyły na sejmie 1782 r. żarliwe mowy. Pozwalał na to moskiewski poseł i cieszył się. Kłócić bowiem naród z królem, możnych z możnymi, było pierwszym jego monarchini zaleceniem. Na tym więc zszedł cały sejm; podobnie jak inne były jedynie zjazdami publicznymi. Nie wolno było nic zbawiennego dla kraju ustanowić. Zjeżdżali się panowie, trzymali stoły otwarte, dawali bale, na sesjach łajali króla. Dopełniwszy tego wszystkiego, znowu z wielkimi taborami wracali do swoich państw.

W ciągu tego sejmu książę A. Czartoryski odebrał wiadomość, że cesarz Józef II mocno zasłabł na oczy. Doktor księcia – p. Goltz wynalazł właśnie jakąś wodę na taką słabość, która już wielu uleczyła. Książę, czując dla cesarza prawdziwą przychylność, powziął myśl posłania mu tej wody i mnie za posłańca wybrał. Pocztą, ze skrzynią wody, z biletem do cesarza, w kilka dni przybyłem do Wiednia. Feldmarszałek Haddik urządził mi widzenie. Wprowadzony do cesarza, wręczyłem mu list. Uczynił mi kilka zapytań o księcia, o sejmie, i nazajutrz do siebie przyjść kazał. Oddał mi odpowiedź, i złotą tabakierę z emalią. W Wiedniu znalazłem wtenczas p. Michała Zabiełłę. Ten, po 10-letnim pobycie w Paryżu, gdzie ulubieńcem był kobiet, wszedł nawet w służbę francuską Royal Allemand. Straciwszy majątek wracać chciał do kraju; nie miał za co, więc ja go zabrałem.

  5 komentarzy do “Julian Ursyn Niemcewicz. Wspomnienia. Fragment”

  1. Tę książkę powinno się kupować i czytać młodzieży, żeby zrozumiała, że I Rzeczpospolita nie była taka fajna, jak nam się wydaje z perspektywy lat i utraty niepodległości.

    Ja już dawno doszedłem do wniosku, że powinno się zwyczajnie skserować prawo angielskie w całości i przyjąć w Polsce, jak to zrobiła Litwa – wtedy sejm byłby niepotrzebny i wystarczyło by, gdyby się zbierał raz w roku dla załatwienia spraw. Sejm nieustannie obradujący to jest choroba systemu.

    Zdanie o cesarzu Józefie przypomina, że termin Niemcy jest równoznaczny z określeniem Brytyjczycy. Można być Niemcem z Saksonii, Austrii czy Górnego Śląska. Odrębność narodowa Austriaków to dość świeża sprawa – XX wiek, dlatego mieszkańcy południowego Tyrolu we Włoszech czują się Niemcami, a nie Austriakami mimo, że z RFN nie graniczą.

  2. Tak naprawdę to żyjemy znowu w systemie kontrolowanej I Rzeczypospolitej pod zaborami, jak w XVIII wieku, a nie w 3. lub 4. Rzeczpospolitej ani 3,5.

     

    Płk Piotr Wroński dochodzi do wniosku, że sekty (np. takie, jak Franka) działają jednak legalnie, ponieważ koncentrują się na przekonywaniu klienta i nie stosują przemocy, w związku z czym nie można postawić komuś zarzutów, jeżeli członek uczestniczy w sekcie z własnej woli.

    Jako dowód podaje przykład, że seks z kobietą po pięćdziesiątce jest aktem poświęcenia i dobrodziejstwa, a nie wykorzystaniem drugiego człowieka. Takie rzeczy są w sektach na porządku dziennym (albo nocnym).

    https://youtu.be/Np-P3eB6S-c?si=iG6qQVKtjZHKWtIv

  3. Płk Wroński zdradza albo chwali się – jak kto woli – że służby specjalne stosują w pracy operacyjnej metody i doświadczenie sekt. Zaznacza jednak, że robią to dlatego, że są DO BÓLU pragmatyczne oraz, że świadczy to jedynie o ich profesjonalizmie.

    Z tego płynie wniosek, że prawdziwy James Bond sypia z kobietami 50+, 60+ albo nawet starszymi, jeśli dostanie taki rozkaz.

    Po raz kolejny możemy się przekonać, w jaki sposób świat filmowy transformuje rzeczywistość i prawdziwe historie w obraz na ekranie, który ma niewiele wspólnego z prawdą, dlatego chodzenie do kina szkodzi bardziej, niż papierosy chyba, że idziemy do kina z obiektem w celach służbowych.

  4. „Odrębność narodowa Austriaków to dość świeża sprawa – XX wiek” – Austriacy to naród, kt. wmówił całemu światu, że Hitler był Niemcem.

  5. „sekty (np. takie, jak Franka) działają jednak legalnie, ponieważ koncentrują się na przekonywaniu klienta i nie stosują przemocy” – z przemocą tam różnie bywa, można ją też rozmaicie definiować. Ja słyszałem, że sekt nie da się zdelegalizować, gdyż nie sposób sformułować takiej definicji sekty, żeby nie obejmowała przynajmniej niektórych zakonów katolickich. Można się spierać, czy to służby spec. stosują metody sekt, czy raczej sekty metody służb specjalnych

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)