Lut 112021
 

Próbowałem, po wielu latach, obejrzeć serial zatytułowany Kariera Nikodema Dyzmy, uznany cztery dekady temu za jeden z najlepszych, polskich seriali. Niestety poniosłem klęskę, mimo iż kilka razy się uśmiechnąłem, to jednak przez większość czasu przesiedziałem przed ekranem z zasłoniętymi oczami. To prawda, że zwykle oglądam w ten sposób wszystkie filmy, ale zawsze bardzo się staram i zmuszam się do patrzenia. Tym razem się nie dało. Mam za sobą także próbę zmierzenia się z prozą Tadeusza Dołęgi Mostowicza, również zakończoną klęską. Próbowałem kiedyś przeczytać książkę Świat pani Malinowskiej. Chyba nawet ją przeczytałem, ale zaraz potem musiałem wszystko zapomnieć, tak strasznie żenujące były te treści. Ja wiem, że Tadeusz Dołęga Mostowicz był najlepiej zarabiającym pisarzem w dwudziestoleciu, ale to tylko świadczy źle o tym okresie i czytelnikach, którzy tę prozę konsumowali. To jest jedna histeria. Tak to trzeba określić. Książki Dołęgi-Mostowicza to projekcje histeryka, który musi być zawsze w centrum uwagi. I zrobi wszystko, by tę uwagę na sobie skupić. To jest demaskatorskie oczywiście i myślę, że gdyby ktoś wpadł na pomysł, by za pomocą bata i rozpalonego żelaza nauczyć pisania Szymona Hołownię, to uzyskałby ten sam efekt. Hołownia pisałby jak Dołęga Mostowicz, może nawet zostałby milionerem, choć mam nadzieję, że nie, bo muszę się pocieszać, iż od czasów przedwojennych wydorośleliśmy trochę i nie ekscytujemy się już głupstwami tak strasznymi.

Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że Dołęga Mostowicz zginął jak bohater broniąc mostu na Czeremoszu w miejscowości Kuty, przed nacierającymi sowietami, osamotniony, ostrzeliwując się z karabinu maszynowego. To jednak utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że nie potrafił radzić sobie z emocjami i z tego wynikła cała jego literatura. No, a dodatkowo obrobiona przez polskich, powojennych filmowców, zyskała ona urok lafiryndy udającej hrabiankę. W zasadzie nie wiadomo z kogo szydzi w tej książce Tadeusz Dołęga Mostowicz, albowiem życie ziemiaństwa nie wyglądało tak, jak to jest tam pokazane, na pewno zaś nie wyglądało tak, jak to jest pokazane w serialu. W zasadzie możemy przyjąć za pewnik, że autor Dyzmy, postanowił nieco ukryć degrengoladę środowisk władzy w II RP, dodając do niej niczym nie pasującą przyprawę do zupy, jakieś niby szlacheckie środowisko, złożone z brawurowych dziwek rozbijających się samochodami po umajonej kwieciem ojczyźnie. Wszystko to wygląda strasznie. Jedyną postacią, która ratuje ten film, mimo iż odgrywa kogoś absolutnie nieprawdopodobnego, jest Wojciech Pokora. To jemu zawdzięczamy, że nie idziemy zwracać treści żołądka po obejrzeniu tego serialu. Rozumiem, że Dołęga-Mostowicz miał opinię krytyka sanacji i to jest paszkwil na tę sanację, ale to mnie wcale nie uspokaja, albowiem rozwiązania, jakie zasugerowane są w tym filmie, wskazówki dotyczące postaw, nie pocieszają mnie wcale.

Prócz Żorża Poniemirskiego w całej tej produkcji jest jeszcze jedna pozytywna postać, na której skupia się nienawiść autora, scenarzysty, reżysera, czytelników i widzów. Tym człowiekiem jest Leon Kunik alias Leon Kunicki, przedstawiany jako hochsztapler i aferzysta. Kunicki nie jest żadnym aferzystą. Jest to człowiek świadomy bezbłędnie wyczuwający koniunktury, człowiek, który mógłby być ministrem, ale brak mu siły przebicia. Kojarzy on ową siłę błędnie, albowiem wydaje mu się, że jego słaba pozycja towarzyska wynika z braku kultury i stosunków. To nieprawda. Kunicki nie może wejść na salony, bo tam rządzą gangsterzy lepsi od niego, ale ich akurat w filmie nie widzimy. Ludzie ci kręcą jak chcą postaciami stanowiącymi dla Dyzmy tło, czyli tymi wszystkimi ministrami Jaszuńskimi, pułkownikami Waredami i resztą. Kim jest więc sam Dyzma? Człowiekiem, na którego cała ta czereda może zrzucić odpowiedzialność. Nie jest bowiem uwikłany, nie ciągnie się za nim nic, co w oczach tej niby elity, stanowiłoby kompromitację. Przez sam fakt zaś pojawienia się i kilku przypadkowych gestów oraz słów, staje się pożądanym kompanem dla wszystkich, albowiem widzą w nim oni człowieka, który im nie zagraża, a do tego daje złudne poczucie mocy. Kunickim się brzydzą, bo ma za sobą jakieś afery dotyczące podkładów kolejowych. Święci Pańscy, cóż to jest afera podkładowa wobec postawy takiego Zyndrama-Kościałkowskiego, czy innych prominentnych działaczy politycznych międzywojnia? Dyzma zaś, kradnąc pomysły Kunickiego staje się dla mężczyzn kompanem, a dla znudzonych niby-hrabianek ogierem, który wreszcie interesuje się nimi, a nie ich majątkiem i pozycją. On sam w ogóle nie rozumie sytuacji, w jakiej się znalazł i to zostało zaplanowane jako mechanizm wywołujący sytuacje komiczne. Niestety one nie są komiczne. Dyzma wrabiający Kunickiego, do spółki z policją jest gorszy niż Wałęsa śmiejący się z Olszewskiego w sejmie, w czerwcu 1992. Serial Kariera Nikodem Dyzmy jest w ogóle serialem zasmucającym i demaskującym tak zwaną elitę przedwojenną, ludzi całkowicie bezradnych wobec wyzwań, jakie postawiło przed nimi życie i polityka, ludzi którzy wierzą w mit mocnego człowieka i jak ognia unikają odpowiedzialności skupiając się wyłącznie na tym, co można by nazwać przyjemnością, gdyby nie było tak okropnie żenujące.

Oglądałem ten serial z ciężkim sercem, krzywiąc się bez przerwy, także z tego powodu, że widywałem czasem na ulicy i w monopolowym Bohdana Łazukę, który mieszka tu niedaleko. No, a w tym filmie jest on szefem zespołu baletowego, w lokalu gdzie Dyzma ze swoimi kompanami ze sfer bywa notorycznie. Łazuka śpiewa tam piosenki i tańczy, raz przebrany za Cygana, a raz za dziewczynę. I to jest coś absolutnie koszmarnego.

Przerwałem oglądanie w połowie przedostatniego odcinka. Nie zabrałem się za to, co uważane było za demaskacje ostateczną, czyli sceny, w której elita powierza mocnemu człowiekowi ster rządów państwa. No, a on waha się, czy ten ster przyjąć. Na nic szał Żorża Poniemirskiego, który mówi, że Dyzma to oszust, na nic wyczyny samego Dyzmy, który nie radzi sobie z żadną sytuacją. Potrzeba posiadania bohatera, na którego można zwalić wszystko, jest przemożna. I ona była także przemożna później, w naszych czasach, kiedy wykreowano Wałęsę, po to, by reszta tych durniów udających angielskich lordów, francuskich filozofów i amerykańskich biznesmenów, mogła dyskutować ze sobą nawzajem w mediach o problemach nieistotnych dla nikogo. Czekając, rzecz jasna na to, aż ktoś się skompromituje za nich, aż ktoś za nich coś załatwi, aż wszystko samo się rozwiąże. I to się niestety nie zmieniło do dziś. Zmienia się tylko postać Nikodema Dyzmy, albowiem ludzie ci niesłychanie szybko się zużywają, trwała jest tylko potrzeba posiadania kogoś takiego. Może to być Wałęsa, może to być Kijowski, Lempartowa, Hołownia, ktokolwiek. Warunek jest jeden, on nie może mieć zielonego pojęcia o co chodzi i musi brać na siebie odpowiedzialność. Tylko wtedy bowiem życie ludzi, którzy żyjąc za państwowe pieniądze uważają się za wybrańców nabiera sensu, tylko wtedy…

  9 komentarzy do “Kariera Nikodema Dyzmy, serial całkiem nieśmieszny”

  1. Czyli jednak Dołęga-Mostowicz dobrze zdiagnozował potrzeby społeczeństwa? Na końcu Żorż Ponimirski stwierdza: wy sami wynieśliście to bydlę na piedestał (cytuję z pamięci).

    Od takich bydlaków wyniesionych na piedestał aż się u nas roi. O ile uczciwemu i mądremu człowiekowi jest w Polsce bardzo trudno zrobić karierę, to wystarczy być łotrem i oportunistą, aby było to bardzo łatwe.

    Z przedstawioną oceną powieści i serialu się nie zgadzam.

  2. przedwojenna elita powierza mocnemu człowiekowi ster rządów państwa….

    kilka lat później , ale po wojnie

    czerwona elita wyznaczała do steru osoby 'właściwe' , tak bardzo 'właściwe' , że jeśli nie umarły to do dzisiaj są naszymi reprezentantami teraz np reprezentują nas w parlamencie europejskim

    są to osoby z rodzinami tak bardzo 'właściwe', że aż karakula, nie może zrozumieć dlaczego nie ma miejsca dla uczciwych i mądrych, ano miejsca jest dużo ale zajmowane jest już przez czwarte pokolenie tych co byli po 1945 roku z właściwych rodzin.

  3. Dzień dobry. Nie mam zdania na temat Dołęgi-Mostowicza, nic nie czytałem. Serial oglądałem dawno temu, ale byłem już przytomny na tyle, żeby nie brać jakiejś komunistycznej bieda-produkcji za dokument z epoki. Dwudziestolecie jeszcze wtedy nieco idealizowałem, pod wpływem nostalgicznych opowieści dziadków… Ale to, co dla mnie stanowi pożytek z obejrzenia tego filmu, to świadomość, że i wtedy i wcześniej i później tak zwany wielki świat pełen jest przebranych pomocników grabarza. To dla młodego człowieka wiedza o strategicznym znaczeniu, a niełatwo ją było wtedy pozyskać. Dziś jest niewiele lepiej.

  4. Oportunizm to jest ten „wirus”, który dręczy nas od wieków. I tych mądrych i tych głupich. Dodajmy do tego skromne pokłady odwagi cywilnej i już mamy komplet naszych „grzechów głównych”. Te dwa wystarczą, żeby kraj „z zasobami i potencjałem” średnio wegetował na obrzeżach świata.

  5. Obrzeża świata, sugerujesz się tytułem książki Mieczysława Jałowieckiego 'Na skraju imperium' , ale tytuł odnosił się do miejsca wileńszczyzny wobec petersburga .

    Zapomniałeś , czy może nie wiesz, że jest też taka wypowiedź angielskiego polityka, że kto rządzi środkową Europą ten rządzi wszystkim … nie pamiętam, ale wskazywał na środek Europy jako ważny .

    przewertuj szkołę nawigatorów, znajdziesz ten cytat

  6. Wszyscy mądrzy i piękni, tylko my jedni głupi na tym świecie.

  7. w swojej opinii pewnie się zasugerował stanem mentalnym opozycji

  8. Mostowicz się szerzy. Chwilę temu wydano „Karierę” po hiszpańsku:

    https://almuzaralibros.com/fichalibro.php?libro=5340&edi=7

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.