Gru 122019
 

Często mam wrażenie, że kiedy coś robię i to jest słuszne i dobre, a także przynosi natychmiastowy efekt, jakaś ciemna siła próbuje to rozwalić mnożąc różne nieprzyjemne niespodzianki. Przypomina mi się wtedy mądrość zapisana na 4 stronie okładki, nie pamiętam już którego numeru „Literatury na świecie”, mądrość której autorem był amerykański pisarz John Sladek. Brzmiała ona – człowiek przez całe życie się stara, męczy się i pracuje, a za jego plecami, jakiś taki piździelec, wszystko to rujnuje.

Wchodzę dziś do biura, a tam zimno. Nie ma ogrzewania. Na wyświetlaczu pojawiło się słowo „awaria”. W sklepie jest już pewnie ze 200 paczek do wysłania, jutro przychodzą ludzie do tej wysyłki, a tu zimno. I będzie coraz zimniej. W dodatku idą święta. Właściciele mieli zrobić przegląd pieca, ale zapomnieli. Na fachowca czeka się w Grodzisku dwa tygodnie. Całe szczęście nasza pani Renata, która robi wysyłkę ma jakiegoś kolegę, który zgodził się po pracy przyjść i to naprawić. Już raz tak zrobił, dwa miesiące temu, kiedy okazało się, że piec nie grzeje. Mam nadzieję, że da radę i tym razem. Nie mogę nie mieć biura i nie mogę nagle wynieść się z niego do innego lokalu, bo leży tu pewnie z pięć ton książek.

Ponieważ mam nastrój taki jaki mam, postanowiłem opowiedzieć Wam coś o wczesnej twórczości Zbigniewa Nienackiego. Miałem o tym nie mówić, ale jednak powiem, choć wiążę się to z pewnym tajemniczym projektem, który przygotowujemy wraz z kolegą Michałem. Nie tym ze sklepu, ale innym, takim co napisał tekst do nowego numeru Szkoły nawigatorów. Chciałem Wam też zaproponować udział w pewnej niecodziennej konkurencji sportowej, ale to na koniec.

Zajrzałem jakiś czas temu do zapomnianej książki Zbigniewa Nienackiego, która nosi tytuł „Worek judaszów”. To jest coś absolutnie niezwykłego, bo tych worków judaszów, jest w literaturze kilkanaście pewnie, a zaczęło się od Sebastiana Klonowica, ławnika lubelskiego, który opisał w księdze pod tym tytułem, różne rodzaje przestępstw z jakimi się zetknął w czasie swoje praktyki sądowej. Klonowic ma też na koncie inne dzieła, wśród których odnajdujemy lament po śmierci Jana Kochanowskiego, a także opis spływu Wisłą do Gdańska. Ponoć bardzo dokładny. Nie o Klonowicu jednak jest książka Nienackiego, a o likwidacji zgrupowania Warszyca pod Radomskiem. Główny bohater, ubek o kasztanowatych włosach przybywa na prowincję, żeby zorientować się kto donosi leśnym o zamiarach milicji. Już raz UB próbowało przerzucić do lasu szpiega, ale akcja się nie powiodła, bo agent został zlikwidowany. Książka nie jest zbyt obszerna, ale ma ambicje na wielką powieść i jest w niej w zasadzie wszystko, o czym Nienacki pisał w latach późniejszych. Najważniejsze zaś, że jest tam także John Dee i Edward Kelley. Sam zaś Nienacki porównuje głównego bohatera, swoje alter ego do Olbrachta Łaskiego. To jest naprawdę niezwykłe. Prócz tego mamy tam całe mnóstwo opisów damskich kolan, ud, bielizny opinającej pośladki i temu podobnych atrakcji. Nudzić się nie można. Mamy też niezwykłe opisy duchownych, w tym zakonnic, prężących młode ciała pod habitami, a także przestrzeni sakralnej, która jest nieprzyjazna, wroga wręcz i głównemu bohaterowi nienawistna. Dźwięk sygnaturki zaś, nie wywołuje w nim żadnych miłych wspomnień, wręcz rozdziera mu duszę.

Prócz tych niewątpliwych atrakcji mamy tam też zarysowane konflikty pomiędzy przedwojennymi jeszcze opcjami politycznymi. Leśni zabijają starego profesora, którego córka była narzeczoną zabitego przez nich wcześniej prowokatora. Myślała co prawda, że jest on partyzantem, a nie ubekiem, ale to dla narracji nie ma znaczenia, wręcz ją pogłębia. Stary profesor reprezentuje w tej książce liberalną inteligencję, uczącą młodzież racjonalnej wizji historii. Tak tam jest napisane. Wizja małego miasta w powojennej Polsce jest spójna i klarowna. Oto nowa władza, otoczona przez przeważające siły leśnych, musi borykać się jeszcze z agentami śpiochami i prowokatorami. A nie dość tego, wśród mieszkańców miasta są tacy, którzy tęsknią wprost za nowymi czasami i przyjmują opłatę za wynajęcie pokoju w dolarach. Oferują za to nie byle jakie luksusy. A wszystko w Radomsku tuż po wojnie.

Najciekawiej moim zdaniem wygląda w tej powieści mordowanie żołnierzy radzieckich, bezradnych gapciów snujących się bez celu po miastach i wioskach. Do tego jeszcze dochodzi sprawa milicji robotniczej, którą bez sensu i celu wysyła się do lasu na platformach ciężarówek, po to, by leśni mogli ich wszystkich wytłuc. Gdzieś tam w tle pojawia się co prawda KBW, ale nie daje ono rady Warszycowi i jego ludziom. Sam Warszyc nosi w książce Nienackiego ksywę Rokita i jest postacią demoniczną. Zastąpił w okolicznych lasach niejakiego Perkuna, którego schwytano, osądzono i stracono. Najlepsze zaś jest to, że obaj dowódcy byli przed wojną miejscowymi nauczycielami. No, ale zeszli na złą drogę. Ich kolegą z pokoju nauczycielskiego był ów zamordowany profesor, do którego ma interes główny bohater, podający się za badacza historii zainteresowanego Johnem Dee i jego obecnością w Polsce. Mamy więc wyraźnie wskazanego wroga, który jest odpowiedzialny za całe zło, są nim nauczyciele, którzy przekazują młodzieży nieracjonalną wizję historii. Widzimy więc jak niewiele zmieniło się od czasów kiedy Zbigniew Nienacki pisał swoją książkę.

Teraz pora na konkurencję sportową. Na podstawie opisanej tu prozy Nienackiego nakręcono film pod tytułem „Akcja Brutus”. Film jest dostępny na CDA i łatwo go odnaleźć. Ktoś spreparował do niego czołówkę w taki sposób, że wygląda on jak film o dzielnych żołnierzach wyklętych walczących z UB. Wszyscy wiemy, że jest na odwrót. Gra w tym filmie plejada polskich aktorów: Pyrkosz, Pokora, Hubner, kogo tam nie ma…Ten film jest chyba najbardziej wulgarnym obrazem jaki dane mi było oglądać w życiu. Niemieckie pornosy z lat siedemdziesiątych są lepsze. Myślę, że szybko się zorientowano, jak straszny jest to obraz i Jerzy Passendorfer, który jest zań odpowiedzialny doprowadził do tego, że filmu nie pokazywano. Na czym mają więc polegać nasze zawody sportowe? To proste – kto dłużej wytrzyma oglądając ten film. Stawiam tylko jeden warunek – nie przymuszamy się, pierwszy odruch wymiotny i wyłączamy. Ja wytrzymałem 30 sekund. Nie ułatwię nikomu roboty zamieszczając linka. Niech każdy sam tego poszuka.

Po południu wstawię kolejną listę tytułów, których zostało niewiele. Św. Andrzeja jest już tylko 210 egzemplarzy.

  12 komentarzy do “Kasztanowe włosy ubeków czyli kłopoty się nigdy nie kończą”

  1. właściciel to jeszcze przyjdzie z opłatkiem, żeby wyniuchać z pańskich słów, czy się firma wyprowadzi, dopiero pod groźbą utraty dochodu ,wyprowadzki może podejmie się naprawy, to są tacy …

  2. Ta twoja ‚awaria’ to nic z ‚AWARIĄ’ Trzaskowskiego – to tak na pocieszenie ☺

  3. 4’03!
     

  4. 3 awarie:  mentalna (lgtb), ściekowa, ciepłownicza 

  5. Festung Breslau niemal do konca byla zaopatrywana w gaz ziemny z koksowni w Walbrzychu podziemnymi gazociagami, ale trzeba miec ambicje.

  6. Panie Gabrielu, mam książkę Sztuki teatralne Nienackiego a widzę że lubi Pan autora, wymieniłbym na Bukę u Psychiatry, pasuje?

  7. Obawiam się, że nie czytałem Nienackiego. Już raczej Niziurskiego. We wczesnym dzieciństwie z filmów dla dzieci interesowały mnie tylko kreskówki, a kukiełkowe uważałem za kompletne dno. Potem Passendorfery, Nasfetery, etc. mogły produkować co chciały, bo na wagarach otwierałem butelkę wina w kinie w PKiN, gdzie było ciepło i miło. Nie istniał wówczas IPN. Dlaczego PO chce tę instytucję zlikwidować?
    Po pijaku do piachu.

  8. Mi z Nienackiego, a raczej Samochodzików utkwiło jedno(każdy kiedyś czytał chyba), no może więcej ale to jedno szczególnie, mianowicie ów pan Tomasz był ormowcem, koniec tematu.

  9. kino w PKiN otwierano o 8,45, więc warszawscy wagarowicze udając że idą do swojej szkoły, mniej więcej o 7,55, mieli możliwość miłego spędzenia czasu w kinie , na 8,45 dojeżdżali wsamraźnie nawet z najdalszej szkoły

  10. 40 sekund,  teraz muszę dojść do siebie

  11. Tak jest, Panie Gabrielu…
    … klopoty sie nigdy nie koncza,  a jesli nawet sie skoncza to za chwile pojawiaja sie inne, nowe i tak ciagle w kolko Macieju
    Mam nadzieje, ze Pani Renaty kolega uporal sie z awaria, bo rzeczywiscie nie ma nic gorszego jak jest zimno, a tu roboty pelne rece.  Nic nie bede Panu radzic, bo wszystkie rady zdadza sie jak psu na bude… moze trzeba z wlascicielem „ponegocjowac” upust za wynajem, a jesli to nie poskutkuje to moze kupno jakiegos fajnego piecyka ogrzewczego na butle gazowa – za wlasna kase oczywiscie… sama nosze sie z zamiarem kupna takiego wlasnie .
    Wiem z doswiadczenia co to jest zimno, tym bardziej, ze jestem strasznym zmarzluchem, szybko sie przeziebiam i lapie rozne infekcje od malego dziecka.  Kiedy jade na handel zimowa pora to bez piersiowki tak o mocy 50 „wolt” to wcale sie nie ruszam… kilka lykow i juz moge te pare  godzin wytrzymac,  do tego codzienie po kilka ziarenek dzikiej rozy, specjalna mikstura z miodem, czosnkiem i pigwa… po powrocie szklanka grzanego winka lub piwa  – no i odpukac w niemalowane drewno to pomaga skutecznie, szczesliwie obywam sie bez lekarza i bez prochow  – tak wiec, to tylko taka mala  sugestia z mojej strony, a przede wszystkim od serca.
    Poza tym od pazdziernika nastawilam  mnostwo  nalewek… swoich nalewek, zeby nie pogubic sie w datach nastawu, zlewu, filtrowania itp. rzeczach musialam zalozyc sobie specjalny kajecik –  i jesli to mozliwe to z przyjemnoscia podrzuce do Panskiego biura dla Pani Renaty taka, doskonala pigwoweczke… tak ze 2 litry chociaz, zebyscie sie mogli Panstwo troszke podkurowac i nie zmarznac… ale to tak gdzies zaraz po 3 Krolach.
    A teraz zdrowka zycze Panu i pracownikom… i prosze przekazac pozdrowienia i najlepsze zyczenia Pani Renacie.  

  12. Przypomniałaś mi, że w PKiN można było wagarować od rana. W gronie męskim nasze ulubione  filmy, to były kreskówki Warner Bros . W towarzystwie żeńskim trzeba było wybrać jakieś ambitne nudy. Problemem były tzw. trójki, czyli ludzie, którzy wyłapywali wagarowiczow na ulicach.
     

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.