Maj 262021
 

Nie wiem czy Państwo wiecie, ale za głębokiej komuny wydano olbrzymią autobiografię Gandhiego. Kupiłem ją sobie, ale nie mam czasu przeczytać. Jakieś fragmenty jednak wchłonąłem, a dotyczą one roślin barwierskich czyli tematu absolutnie priorytetowego jeśli chodzi o tłumaczenie zjawisk zachodzących w historii przed epoką wielkiej chemii. Jak to już kiedyś na tym blogu ustalono, a nie ja to uczyniłem, a znakomici komentatorzy, I wojna światowa musiała wybuchnąć, albowiem niemiecki przemysł chemiczny unieważnił brytyjskie uprawy indygo w Indiach. Pisze o tym Gandhi. One zostały zamienione w coś innego, ale nie było na to rynku. Natomiast cała sfera gospodarcza związana z produkcją niebieskiego barwnika we wszystkich odcieniach, a także barwnika czarnego, bo i taki wytwarzano z indygo, zapadła się w nicość. Nie wiem czy za naszego życia – oby nie – będziemy mogli obserwować podobny kataklizm, dotyczący innej jakiejś branży, ale ja chciałem teraz zwrócić uwagę na jego mechanikę. Oto mamy obszar gospodarki, zatrudniający miliony ludzi. Nie tylko w produkcji, ale także w pośrednictwie, obszar, na którym zarabiają zbieracze indygo, odziani już nie w miejscowe tkaniny, ale w perkale przywożone z Manchasteru, zarabiają na nim także panny sklepowe w Londynie, które sprzedają błękitne materiały na łokcie. Zarabiają na nim także spekulanci lokujący olbrzymie sumy uzyskane z handlu indygo w jakieś inne przedsięwzięcia, na przykład zbrojeniowe. I nagle, w zasadzie z dnia na dzień wszystko to zapada się pod ziemię. Dlaczego? Otóż dlatego, że jakiś tam Frizt, w Lipsku czy Dreźnie, zastrugał sobie ołóweczek, usiadł przy nocnej lampce ustawionej na prostym stoliczku i w niewiele godzin machnął z czapy całkiem, formułę barwnika, dającego na suknie i płótnie piękne błękitne odcienie. Ponieważ rzecz działa się w wilhelmińskich Niemczech nikt nie czekał z wdrożeniem produkcji. Ja oczywiście poetyzuję teraz i upraszczam, ale chcę też podkreślić, że to były kwestie szalenie ważne, a nie mówi się dziś o nich tak, jak nie mówi się o sznurze w rodzinie powieszonego. Lepiej to ukryć, albowiem zbyt wiele spraw poważnych było z tym obszarem produkcji związane i ujawnienie ich spowodowałoby, że sposób w jaki dziś tłumaczymy historię, na przykład wybuch I wojny światowej, straciłby całkiem na znaczeniu. I zapadł się pod ziemię, tak jak plantacje indygo na subkontynencie produkujące dla potrzeb przemysłu brytyjskiego.

Mam takie przeczucie, nie potwierdzone na razie niczym, jeśli nie liczyć literackich opisów, które zostawił Roy Moxham w książce Wielki Żywopłot Indyjski, że z chwilą, kiedy niemiecki przemysł chemiczny zaczął pracować na pełnych obrotach, Indie przestały być Brytyjczykom potrzebne. Kraj był wyeksploatowany obsiany monokulturowymi uprawami dla przemysłu – indygo, herbatą, kawą i czym tam jeszcze. Produkował żywność na własne potrzeby, ale nie na eksport i zaczynał ciążyć. Tak bardzo, że trudne stało się nawet utrzymanie straszliwej bariery celnej zbudowanej w poprzek całych Indii. Niestety kraj tak wielki i różnorodny jak Indie to nie armia, która wykonała zadanie i można się jej pozbyć, nawet jeśli jest duża. Armię można zarazić tyfusem, wprowadzić w pułapkę bez wyjścia, albo zagłodzić i powiedzieć potem, że okoliczności uniemożliwiły jej uratowanie. Kraj wymaga innej strategii. I ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by dać Indiom niepodległość, w taki jednak sposób, żeby przez samą tylko pracowitość swoich mieszkańców nie stały się gospodarczą konkurencją. I dlatego wymyślono Pakistan i Bangladesz. Indyjscy muzułmanie zaś są ulubionymi bohaterami wszystkich książek opisujących życie Brytyjczyków na subkontynencie. Cóż to znaczy „niepodległość”, to znaczy przerzucenie kosztów utrzymania kraju na miejscowych, którzy nie mają w dodatku dostępu do żadnych istotnych gałęzi przemysłu i muszą wszystko budować od zera.

Brytyjskie indygo z Indii, niemiecki przemysł chemiczny i zakłady w Manchasterze to nie jedyni bohaterowie niezwykłej historii barwników do tkanin. Nigdy nie powinniśmy zapominać o Miluzie, tak jak nigdy, patrząc głęboko wstecz w średniowieczną historię Europy Środkowej, nigdy nie powinniśmy zapominać o Nitrze, małym miasteczku na Słowacji. Nie powinniśmy też zapominać o politechnice w Zurychu.

I teraz popatrzcie, w jaki sposób, zbierając wątki ze wszystkich niemal książek które ukazały się w ostatnich dwóch latach, tworzy się nowa całkiem narracja i otwierają się nowe obszary zagadek, znaczeń i niezwykłych przeżyć.

Pamiętacie nowelkę Żeromskiego Doktor Piotr, o której pisałem w III tomie Baśni socjalistycznej? Na pewno pamiętacie, bo wielu z Was musiało tę ramotę czytać w szkole, zupełnie nie rozumiejąc o co tam chodzi. Treść tego nie jest ważna, bo Żeromski to socjalistyczny propagandysta. Chodzi o jego spostrzeżenie, dotyczące kształcenia polskich chemików. Oni nie mogli zdobyć dyplomu w Niemczech, dokąd mieli blisko, albowiem chemia, w tym chemia barwników była tam traktowana jak wiedza strategiczna. I słusznie, bo taki status owa wiedza miała. Nie mogli znaleźć pracy w kraju, albowiem wszystkie intratne funkcje w przemyśle chemicznym Żydzi przeznaczali dla swoich. A jak się trafił jakiś polski chemik-kolorysta to od razy Reymont albo Sienkiewicz robili zeń największego bohatera swojej twórczości. Bohater nowelki Żeromskiego musi więc wyjechać do Anglii, gdzie bezskutecznie próbują ratować swoją pozycję na rynku tkanin wysysając z takich miejsc jak Królestwo i Galicja wszystkich zdolnych ludzi, wykształconych na swój własny koszt. Czas się kończył i nie wiadomo było kto wygra w tym wyścigu. Żeromski tego nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć, ale polscy chemicy kształcili się w dwóch jeszcze miejscach – w Zurychu i w Miluzie właśnie, gdzie istniały olbrzymie zakłady farbiarskie. Miluza od 1871 roku znajdowała się na terenie Rzeszy, ale Francuzi przed wojną z Prusami zdążyli tam wykształcić odpowiednią kadrę chemików. Prowadzili bowiem swoją politykę tekstylną, opartą na zamówieniach państwowych. Oni też chcieli konkurować z Niemcami, ale mieli mniej do stracenia niż Brytyjczycy. Mieli przede wszystkim kontrolowany przez państwo rynek, co ich zabezpieczało przed niemieckimi produktami i nawet po stracie Miluzy, w mojej ocenie najważniejszego miasta w II cesarstwie, ważniejszego niż Paryż i wszystkie porty razem wzięte, może z wyjątkiem Lyonu, dawali sobie radę. Nie miał więc racji Żeromski, bo w niemieckiej Miluzie, kształciło się wielu Polaków, podobnie jak we francuskiej. I teraz trzeba postawić ważne pytanie – dotyczy ono Francuzów i ich zaawansowania technicznego, w zakresie produkcji barwników, które zawsze wyprzedzało zachowawczą polityką gabinetów ingerujących w produkcje i innowacje. Pytanie to brzmi – czy niemiecki boom na barwniki i chemię nie ma swojego początku w Miluzie właśnie? Czy nie zaczął się czasem od zajęcia tamtejszych zakładów i ośrodka badawczego? To taka poezja, w moim wykonaniu, jak zwykle, ale z takich przypuszczeń biorą się właśnie ciekawe narracje i ciekawe książki. Poezja, bo przecież formułę fuksyny Niemcy wymyślili – konsultując się z Natansonem w Warszawie – dużo wcześniej. I pewnie wiele rzeczy wymyślili dużo wcześniej, zanim armia zajęła zakłady w Miluzie.

Wracajmy do naszych, pozbieranych w jedno i tworzących nową jakość wątków. Mamy opowiadanie Żeromskiego, które stanowi jeden z elementów cyklu socjalistycznego, a łączy się z książką o alchemikach, gdzie cały rozdział poświęcony jest Miluzie. Ta zaś łączy się, poprzez postaci w niej omówione, z książką o żydowskich fechmistrzach i nawigatorem tekstylnym, który właśnie się ukazał, a poprzez barwniki z Indiami i reportażem Roya Moxhama o żywopłocie. No, a wszystko to zbierzemy, mam nadzieję już niebawem w II tomie Kredytu i wojny.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-28-tekstylny/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-zywoplot-indyjski/

  24 komentarze do “Kilka słów o barwnikach”

  1. Brzemię białego człowieka. Autor Kazimierz Dziewanowski. Wprost napisał, że kolonie nie mają sensu gdy metropolia do nich dokłada oraz jak wspaniała i jej spółki /nie tyle zarejestrowane/ zniszczyły produkcję tekstyliów w Indiach. Ciekawe że daty korespondują z przejęcie Indii od Kompanii Wschind przez Koronę z przyczyn humanitarnych. Ci londyńscy filantropowie

  2. Dzień dobry. „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Każda mama ucząca swoją małą córeczkę haftowania (tak, wciąż tak się czasem zdarza!) powinna zacząć od makatki z tym, nienowym już hasłem do powieszenia na ścianie w kuchni. Motyw graficzny – dowolny, znajdzie się sporo pasujących. Repetitio mater… i tak dalej. A u nas ta prawda ciągle nie jest dość powszechnie znana. Aha, makatka mogłaby być ze lnu, albo jakiejś innej lokalnej tkaniny, to tak a propos tekstyliów.

  3. Czy w Polsce wytwarza się jeszcze ten barwnik?

  4. Nikt już nie pamięta co to len

  5. Produkcja barwników teraz to nawet nie jest alchemia, ale czarna magia. Nikt nie wie gdzie się je wytwarza i kto tego pilnuje

  6. Polska chemia w latach siedemdziesiątych poszła tak mocno do przodu, że masoni z Zachodu postanowili zniszczyć państwo przez oddolne ruchy społeczne.

    Byliśmy wtedy dziesiątą potęgą na świecie.

     

    https://m.youtube.com/watch?v=Q33fh4X0Wl4

  7. Do mnie przyszła ostatnio ładna pani z takiej firmy do renowacji poniemieckich okien i zaproponowała farby na bazie oleju lnianego albo konopnego. Podobno akryl jest do d*py. Rozmawialiśmy o tym, jak dbać o drewno. Miała dużą wiedzę.

  8. Może nikt nie pamięta, ale na tym zarabia lenimy.pl

  9. Sprawdzałam w Internecie i wyszło mi,  że jest nawet dyrektywa na ten temat, barwnik oznaczony jest jako E120. I wyskoczyło mi też coś ciekawego, porada jak te robaczki zwalczać, by nie zniszczyły uprawy marihuany! Ma Pan rację, czarna magia – ani słowa kto to produkuje. A była u nas taka elokwentna i przebojowa pani ambasador znaczyni kosmetyków…

  10. Ha! Strategiczny surowiec może to nie jest, ale letnia lniana koszula… Tekstylia – jak Pan zawsze słusznie podkreśla – są ważne. Kiedyś generowały krociowe zyski, z tym i dziś nie jest źle, choć to może nie ropa. Ale dziś tekstylia nadal spełniają funkcję oznaczania ich nosicieli, wskazywania przynależności do różnych gildii i kast, zupełnie jak w średniowieczu. Tylko kody się zmieniły i kto chce je wykorzystać dla swoich celów – musi je zgłębiać.

  11. Mój (nieżyjący już) Ojciec wdrażał produkcję pierwszej cefalosporyny w Polfa Tarchomin – późne lata 80. Potem woził się z procesami wytoczonymi przez koncerny niemieckie dotyczące łamania patentów. Niestety – dokumentacja procesowa przygotowana przez Niemców (z pomocą Jaśnie Wielmożnych Profesorów z Gdańska) nawet dla osoby na ostatnich latach studiów chemicznych (to Ja – wtedy) była tak beznadziejna, że roszczenia niemieckie zostały odrzucone.

    A tak na marginesie, to dopiero po II Wojnie Światowej (chyba dopiero w latach 60.) językiem chemii stał się angielski. Wcześniej wszystko co się liczyło, było po niemiecku.

  12. Nic w tym dziwnego. Wiem, że to żadne porównanie, ale w zakresie historii sztuki też tak było

  13. Tradycyjne receptury bazowały m.in. na pokostach lnianych, żywicach naturalnych typu sosnowego itp.. Wyroby działały.

    Teraz te same wyroby są oferowane jako zdrowa i dobra chemia.

  14. Teraz musi byc podarte i powycierane – za ciezkie pieniadze.

    https://www.szamponik.pl/images/items/d6c5c859a7e099bbbb4fc5c5659f98f5.jpg

  15. Podoba sie Panu takie cos?

  16. Jest rynek konsumencki i rynek surowców. Dla zwykłych konsumentów sprawa tajemnicza, specjalnie opakowana w zaklęcia marketingowe. Dla ludzi z branży chleb powszedni.

  17. No i co, że IG Farben?…

  18. A ja na to odpowiadam: Standard Oil. No i co?

    Bayer truje nas dzisiaj glifosatem i co na to mowi Morawiecki i minister rolnictwa?

    Na czym polegala niewolnicza praca w zakladach IG Farben w Oswiecimiu (poza obozem)? – Ze chlop musial wstawac o piatej rano do roboty? Z lektury wynika, ze glowny zarzut polegal na tym, ze do zarzadu firmy nie dopuszczono osob pochodzenia zydowskiego.

    Dzisiaj system polityczny w USA, Europie i w Polsce polega na wladzy koncernow, ktora sie umacnia.

    https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQ3o-mn54kGTrCVcy4ioo0T5iTVML8EswpsFw&usqp=CAU

  19. Ludzie są niedoskonali, nawet w pozornie fajnych, ułożonych ludziach odkrywa się żenujące słabości. Czyli w nas 🙂

    To dlaczego koncerny miałyby być bez skazy?

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.