Maj 082020
 

Dwa albo trzy lata temu przeczytałem po raz pierwszy w życiu książkę Geoffreya Bibby zatytułowaną „Cztery tysiące lat temu”. Dowiedziałem się, że wielu ludzi, czytając tę książkę jeszcze w liceum zdecydowało o swoim losie i próbowało zdać na archeologię. Potem dowiedziałem się, że książka ta jest wyrzucana z bibliotek instytutowych, z przyczyn nie do końca jasnych. Zapewne dlatego, że jest przestarzała. Nie bardzo rozumiem co to znaczy – przestarzała – w kontekstach archeologicznych, ale niech im będzie. Znam wystarczającą ilość archeologów, żeby rozumieć iż polemika z nimi nie ma najmniejszego sensu, szczególnie polemika na temat ich pracy. Z anegdot zaś o nich samych i ich działaniach, a także wewnętrznych hierarchiach, które rządzą tą grupą można by stworzyć dzieło znacznie grubsze od tego, które napisał Szymon. I może się kiedyś skuszę. Praca łatwa, target pewny i zdyscyplinowany, sprzedaż gwarantowana, a promocja w postaci szeptanej propagandy będzie taka, że Jaruzelski z Kiszczakiem się w piekle zdziwią. Jak wielu ludzi zwykłych, zwanych tak nie wiadomo dlaczego, mam duży sentyment dla archeologii, ale widzę ją na sposób baśniowy. Myślę, że to jest pierwsze złudzenie, jakiego muszą się pozbyć ludzie, którzy zaczynają się archeologią zajmować. Praca archeologa nie jest baśniowa, ale promocja przedmiotów badań baśniowa być musi, bo inaczej nikt by się tym nie zajmował. Mamy więc dwa obszary skrajne, a pomiędzy nimi step szeroki, zapewne bogaty w różne prehistoryczne artefakty zakopane w ziemi, ale jakoś tak się dzieje, że mało kto zabiera się za jego eksploatację. Sugestii dlaczego tak się dzieje mam sporo, ale pozostanę przy jednej – archeologia jest w Polsce, a być może i na świecie jest dziedziną hermetyczną. Jej tajemnice zaś mają charakter dwojaki. Jedne wiążą się z tym, o czym myśli każdy przeciętny konsument treści popularyzatorskich, a inne dotyczą konstruowania hagad na bazie odnalezionych atrefaktów. Archeologia ma zapewne jeszcze wiele innych, ukrytych funkcji i sądzę, że kiedyś, jako nauka niebezpieczna dla różnych środowisk i hierarchii, zostanie zwinięta i wsadzona do wora. Na razie jest tylko paraliżowana. Zapytałem kiedyś koleżankę archeolożkę dlaczego nie pisze popularnych książek. Popatrzyła na mnie jak na martwego ptaszka i powiedziała, że środowisko nie przewiduje takich aktywności. I to mnie zdziwiło, albowiem sądziłem, że środowisku zależy na tym, by wyszukiwać młodych zdolnych ludzi, którzy będą kontynuować tradycje polskiej archeologii. W końcu nauka to nie dziedziczenie a kooptacja i dobrze jest mieć narzędzia do kooptowania takie, które się sprawdzą i wyłonią najlepszych i najbardziej zaangażowanych. Okazało się, że jestem w mylnym błędzie. Za narzędzie naboru przez wiele lat wystarczał Indiana Jones, a z poważniejszych rzeczy wspomniany Geoffrey Bibby. Dlaczego nie było polskich książek o archeologii, które miałby charakter popularyzatorski? Pewnie dlatego, że najważniejsi mistrzowie tak byli pochłonięci poważną badawczą pracą, iż nie mieli czasu ich pisać. Tylko Brytyjczycy, niezawodni jak zwykle, marnują swój czas na takie głupstwa. Nasi są na to zbyt poważni. Szydzę oczywiście. Jestem pewien, że książek takich nie było i nie ma – nie liczę prac prof. Michałowskiego, starych i napisanych z takim sobie polotem – ponieważ to przeszkadza w zarządzaniu kadrami i adeptami tej nauki. Kiedy mamy z jednej strony prace prof. Bursche a z drugiej Indianę Jonesa, to sprawa jest prosta. Ci co gotowi są nudzić się przy czytaniu tego pierwszego zostają, a ci drudzy wylatują, ale mogą potem opowiadać, że próbowali. Pomiędzy tymi punktami nie ma nic. I tym obszar treści popularnych dostępnych w Polsce różni się od analogicznego obszaru w krajach anglosaskich. To co tu wywołuje zawstydzenie, tam wywołuje zrozumienie, a czasem entuzjazm.

Takie myśli chodziły mi po głowie, kiedy poprosiłem Szymona, by napisał taką samą książkę jak Bibby tylko lepszą. Szymon, jak to Szymon, usiadł i napisał. Kiedy przysłał mi gotowy plik z nijakim zdziwieniem zauważyłem, że liczy on dwa miliony dwieście tysięcy znaków. Nie ukrywam – załamałem się. Jarek to złożył, wyszło ponad 900 stron maczkiem. Nikt by tego nie przeczytał. Wydanie takiej książki nie wchodziło w grę, nawet najbardziej wierni czytelnicy Szymona i najzacieklejsi wielbiciele archeologii odpadliby od tego, a ja zostałbym z tą książką, jak Himilsbach z angielskim. Postanowiłem więc, nie oglądając się na nic, podzielić to na dwie części. I tak się stało. Skłoniły mnie do tego ograniczenia, które opisałem wyżej i obawy przed skalą sprzedaży. Jasne jest bowiem, że po raz kolejny wyrywamy się jak Filip z konopi. Taka książka bowiem, nawet jeśli jest potrzebna, to powinna być napisana przez kogoś „godniejszego” – tak lubią czasem mówić sfrustrowani naukowcy. Kogoś, kto ma odpowiednią pozycję w środowisku. Jeśli taka zależność nie zachodzi, to środowisko się na jej temat nie zająknie nawet. Ja o tym doskonale wiem i nawet nie zamierzam się oglądać w tamtą stronę. Wydałem książkę, która kosztowała autora tak wiele pracy, że mało kto potrafi zdać sobie z tego sprawę. Teraz muszę ją sprzedać. Zmniejszyłem nakład z obawy o tę sprzedaż, ale i tak jest to nakład przekraczający o kilka setek egzemplarzy publikacje najtęższych archeologicznych głów.

Książka mogłaby się w tej formie, to znaczy wydawnictwa popularnego, zapoznającego czytelnika z najnowszymi badaniami różnych dziedzin archeologii, ukazać w USA albo Wielkiej Brytanii. I nie wywołała by niczyjego zdziwienia, grymasu, nie byłaby też przyjęta obojętnie. Myślę, że wywołałaby, co najmniej, żywe zainteresowanie. W Polsce nie będzie zauważona, albowiem tutaj wszyscy dawno odzwyczaili się od „zauważania” książek innych niż te wskazane przez media. A tam, rządzi król i królowa kryminału.

I teraz kwestia najważniejsza – czy komukolwiek w Polsce potrzebne jest żywe zainteresowanie archeologią? Myślę, że poza nami tutaj, nikomu. Gdyby ono istniało, mielibyśmy sześciu przynajmniej znanych autorów i kilkunastu aspirujących, którzy zajmowali by się przerzucaniem mostów linowych nad przepaścią dzielącą publikacje naukowe od Geoffreya Bibby. Nic takiego się nie dzieje. Ktoś może powiedzieć, że to normalne, albowiem ludzie mają to w nosie i żadna archeologia ich nie interesuje. Myślą bowiem tylko o koronawirusie, ustawie 447 i sprawach poważnych, od których zależy ich życie. Któż by się zajmował tak odległą przeszłością? No popatrzcie, a jednak są tacy, co się tym zajmują, a jeszcze do tego potrafią połączyć to z polityką i propagandą. Nie tylko państwową, ale także globalną. W Polsce nikt na to nie wpadnie, albowiem partie polityczne składające się z półmózgich proli nie dysponują narzędziami, które mogłyby opisać takie problemy, a gdzie mowa o jego zrozumieniu. Jest jeszcze jedna kwestia, wielokrotnie wyszydzana publicznie i coraz bardziej zawstydzająca. Mianowicie taka, że uniwersytet i wszystkie jego instytuty, to placówki edukacyjne. Takie, które mają kształcić. O tej misji nikt już chyba nie pamięta. Jeśli idzie o mnie, to nawet lepiej. Ludzie bowiem nie wierzą w to co się naprawdę dzieje na uczelniach. Nie wierzą w to, czym żyją tamtejsze hierarchie i co między sobą ustalają. Nikogo to nie interesuje, bez względu na to, co sobie uczelniane autorytety wyobrażają i jak widzą siebie w kontekstach istotnych – politycznych, rynkowych, gwiazdorskich wreszcie, bo o to także chodzi. Czytelnicy mają to w nosie. Im bowiem cały czas się wydaje, że autorom i wydawcom na nich zależy. I rzeczywiście, niektórym zależy. Proszę bardzo – oto nowa książka doktora Szymona Modzelewskiego, archeologa, nosi tytuł „Wieki brązu i żelaza”. Mogę ją wydać, promować, możemy o niej dyskutować i cieszyć się nią, a jak się sprzeda nakład, nawet wznowić. Szymon może ją wydać u innego wydawcy, jeśli nie będzie chciał jej wydawać u mnie i wszystko będzie wyglądać prawie jak w filmie, prawie jak w wolnym świecie, gdzie można – bez przesadnego stresu – rozmawiać o sprawach istotnych, takich, które nie degradują nas w wymiarze jednostkowym i nie czynią z nas ludożerki konsumującej przekazy medialne.

Na dziś to tyle. Wyjeżdżam na cały dzień, a więc bawcie się tutaj dobrze. Jutro napiszę jeszcze coś o archeologii, polityce i propagandzie.

A tutaj link

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wieki-brazu-i-zelaza-tom-i-nowa-ksiazka-szymona-modzelewskiego/

Aha, zapomniałbym – Pamiętnik podlaskiego szlachcica powrócił

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pamietnik-podlaskiego-szlachcica/

  15 komentarzy do “Komu potrzebne są książki o archeologii?”

  1. zapewne była jakaś polityczna zgoda na prace zespołu prof. Michałowskiego, było czyjeś przyzwolenie ze wskazaniem, na zespół naukowców z PRL  może chodziło o to kto ma sfinansować, może było zaufanie do kwalifikacji naszego archeologicznego zespołu badawczego …., nic wtedy nie było  jednoznaczne…

  2. „W końcu nauka to nie dziedziczenie a kooptacja i dobrze jest mieć narzędzia do kooptowania takie, które się sprawdzą i wyłonią najlepszych i najbardziej zaangażowanych.”

    Do budowy komputerów, bomby atomowej czy wirusów to TAK ale selekcja do szukania w ziemi tego co jeden człowiek zakopał a drugi nie potrafi odkopać jest zupełnie zbędna.

    Dobrze wiedzieć, że koguty poszukują kur które znają porządek dziobania, choć kury uważają, że najważniejsza jest umiejętność grzebania ☺

  3. ,,Obok ropy, ISIS handluje również… dziełami sztuki. Wynajmując własnych szabrowników, penetrujących stanowiska archeologiczne, wchodzi w posiadanie, a następnie upłynnia zrabowane antyki na rynkach w południowej Turcji oraz Bejrucie”.

    Maciej Cielecki, Imamowie. Mędrcy półksiężyca

    https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imamowie-medrcy-polksiezyca/

    Polecam

  4. Coryllus zapomniał dodać o naszym ulubionym autorze książek archeologicznych. ,, Skarb Atanaryka,, ,, Uroczysko,, ,, Wyspa złoczyńców,,

  5. W końcu nauka to nie dziedziczenie a kooptacja i dobrze jest mieć narzędzia do kooptowania takie, które się sprawdzą i wyłonią najlepszych i najbardziej zaangażowanych.

    Jak to często obserwujemy u naszego Gospodarza, i tym zdaniem trafił w samo sedno problemu uprawiania i upowszechniania nawet skromnych osiągnięć nauki w Polszcze.

    Nie tyko w obszarze archeologii …, nader często, sprawy wszak się dzieją … wspak.

  6. Czy w książce Szymona są ilustracje, mapy bądż zdjęcia?

  7. Archeologia w służbie wywiadu i polityki

    Angielsko-duński Bibby był absolwentem Cambridge i agentem brytyjskim w okresie II wojny światowej, a potem nie znalazł pracy jako archeolog, więc pracował dla Iraq Petroleum Company. To oczywiście nie ma żadnego związku z tym, że w 1953 poprowadził duńskich archeologów do Dilmun w Bahrajnie.

    Ciekawe, że Dilmun datuje się z okresu hellenistycznego 2400 pne. Jeszcze ciekawsze jest to, że Zatoka Perska była tak nazwana przez źródła greckie w 550 pne. Ale to nie przeszkadzało Bibbiemu i wielu innym „uczonym” archeologom w nazywaniu jej Zatoką Arabską lub po prostu Zatoką, zwłaszcza po rewolucji irańskiej. W książce o selektywnej pamięci w archeologii „Selective Remembrances” autorzy starannie punktują archeologów. Delikatnie piszą, że uprzejmy podróżnik może nazwać Zatokę Perską Zatoką Arabską, aby nie obrazić arabskich gości, ale co z uczonymi, których wiąże etyka akademicka?

    Załączam mapkę z roku 1798

  8. Tak, są w niej ilustracje.

  9. Tak, są w niej ilustracje.

  10. To prawda, zresztą nie tylko G. Bibby pracował dla wywiadu. Wielu innych archeologów robiło to samo, choćby John Pendlebury, następca Artura Evansa w Knossos na Krecie. Sir Henry Creswicke Rawlinson, który miał duży udział w odczytaniu pisma klinowego był jednocześnie oficerem armii Kompanii Wschodnioindyjskiej, dyplomatą i wywiadowcą. W czasie I wojny światowej amerykańscy archeolodzy prowadzący badania w Mezoameryce i Ameryce Południowej pracowali dla amerykańskiego (a niektórzy także dla brytyjskiego wywiadu):

    https://www.researchgate.net/publication/280207168_Spying_by_American_Archaeologists_in_World_Wa

  11. To prawda, sytuacja nie była jednoznaczna, choć polska archeologia niewątpliwe skorzystała na sojuszu państw bloku socjalistycznego z krajami arabskimi. Odkrycia prof. Michałowskiego i jego uczniów były doceniane na Świecie, a przez to nośne propagandowo.

  12. To prawda, to jest doskonała książka. Również szczerze zachęcam do jej kupowania.

  13. Mam tylko nadzieję, że ktoś przyszedł nad korektą nowej książki p. Szymon. Czytając „Jak nakręcić bombę” zęby aż bolały chwilami…:)

    Pozdrawiam

  14. Wie pan co, niech się pan zgłosi z tymi uwagami do jakiegoś innego wydawcy, dobrze? Na przykład do Napoleona V, który wydaje reprinty za dotacje. Naszych książek najlepiej po prostu nie kupować. Niech pan je omija z daleka i w ten sposób unika stresu.

  15. Nie rozumiem czemu Pan się tak obrusza? Kupiłem książkę z ciekawości, bo dopiero niedawno odkryłem Pana wydawnictwo. Nie rozumiem też co mi Pan z Napoleonem wyjeżdża. Ani to miejsce, ani temat. Była mowa o p. Szymonie, więc napisałem o książce p. Szymona. To że sprzedaje Pan bubel pod względem korekty i tekst bez ładu i składu, to nie powód żeby złościć się jak dzieciak. A książki faktycznie będę ominął, nie ze względu na stres bynajmniej, ale najzwyczajniej jak się wciska bubel za konkretne pieniądze. Pozdrawiam serdecznie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.