Sie 262010
 

Pomysł na napisanie tej książki zrodził się z zadziwienia niezwykłością otaczającego mnie świata. Nie, nie przebywałem na Maledywach ani na Wielkiej rafie Koralowej kiedy pisałem „Pitaval prowincjonalny”, mieszkałem sobie w małym miasteczku pod Warszawą, gdzie mieściły się siedziby kilku lokalnych gazet. Pracowałem we wszystkich. Byłem tam człowiekiem od brudnej roboty, trzeba wam bowiem wiedzieć, że gazety lokalne w Polsce rzadko wychodzą poza schemat – przecinanie wstęgi, otwieranie przedszkola, trzy trupy w wypadku drogowym. Taki jest standard i nikt o zdrowych zmysłach go nie złamie. Nie chodzi bowiem w prasie lokalnej o to co zwykło określać się mianem – „odkrywanie prawd bolesnych”. Chodzi tam o to samo, o co zabiegają także wielkie wydawnictwa prasowe – o sprzedaż powierzchni reklamowej.

„Brudna robota” polegała w moim przypadku na tym, że pewnego dnia odwiedziłem sąsiadkę, która – cóż za szczęście – pracowała w rejonowej prokuraturze. Ona właśnie skierowała mnie do jednego z zatrudnionych tam prokuratorów, a ten z kolei przyczynił się do tego, że stałem się gwiazdą powiatowego dziennikarstwa. Nikt bowiem przede mną nie wpadł na prosty pomysł, by po informacje o przestępcach i ich brudnych czynach zwrócić się do źródła, które to źródło biło właśnie w prokuraturze rejonowej. I tak, przez blisko dwa lata, odwiedzałem prokuratora Grześka i gawędziliśmy sobie o tym i o owym, o zbrodniarzach pospolitych i tych całkiem zwyrodniałych. O ludzkiej nędzy i motywach, które kierują przestępcami. Były to bardzo inspirujące dwa lata i ze znajomości z prokuratorem Grześkiem wykroję kiedyś jeszcze jedną książkę.

Jest więc „Pitaval prowincjonalny” zbiorem gawęd makabryczno-satyrycznych, albowiem tak to już jest w naszych realiach, że jak bandyta chce napaść na bank, to zdarza mu się zapomnieć pistoletu albo założyć na głowę pończochę tak prześwitującą, że wszyscy pracownicy banku zaczynają wołać – O!, O! to Wiesiek przyszedł.
Prócz historii kryminalnych jest w „Pitavalu” kilka opowiadań dotyczących specyfiki lokalnych gazet. Szczególnie zaś ich właścicieli, którzy dysponując gazetą próbują sięgnąć władzy lokalnej go gardła. Jest to o tyleż komiczne co dramatyczne, władza lokalna bowiem nie różni się prawie niczym od władzy centralnej i jeszcze żaden właściciel wydawnictwa nie zrobił takiej władzy nic złego. Jedynym efektem zakładania wydawnictwa prasowego przez ambitnych biznesmenów z prowincji było zawsze całkowite pozbycie się złudzeń co do tego jakie sprężyny poruszają mechanizm o nazwie Polska.

Jest w „Pitavalu” kilka opowiadań o ludziach, którzy zawód dziennikarza próbowali taktować jak misję lub posłannictwo. Nie dostrzegałem nigdy w takiej postawie nic szlachetnego i opisywanie ideowców, którzy przegrywają z brutalnymi realiami to nie jest moja pasja. Zawsze widziałem w takich konfliktach moment komiczny, który starałem się – na ile mogłem – przestawić w tych opowiadaniach.

„Pitaval prowincjonalny” to także kilka refleksji na temat działania tak zwanych organów sprawiedliwości. Nie są to jakieś druzgocące odsłony, raczej wesołe spostrzeżenia człowieka świadomego bezradności władz wobec zwyczajnego złodzieja rowerów.
Wszystkie opowiadania pochodzą z lat 2003 – 2005. Wtedy opisywane w „Pitavalu” fakty rozegrały się przed moimi zdumionymi oczami. Opisywałem je zaś na blogu przez cały rok począwszy od 2 sierpnia 2009.

Zainteresowani zakupem książki “Pitaval prowincjonalny” mogą korzystać z konta:

Klinika Języka Gabriel Maciejewski
68 1140 2004 0000 3202 5670 5661 – dla Polski

BREXPLPWMBK PL68 1140 2004 0000 3202 5670 5661
BRE BANK S.A INTERNET BANKING
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź. – dla zagranicy

„Pitaval prowincjonalny” ukazuje się w formacie 148×210 mm. Liczy sobie 176 stron. Oprawa klejona w grzbiet. Cena książki to 32 złote plus koszta wysyłki równe 8 zł za jeden egzemplarz, a koszt wysyłki  książek za granicę to 15.30 zł.

Należy oczywiście podać nazwisko i adres, pod który mam wysłać książkę, a także ilość zamawianych egzemplarzy.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.