Wrz 292019
 

Bardzo wszystkich przepraszam, ale dziś znów gotowiec.

 

Rozdział III

 

 

Z którego dowiadujemy się, jak bardzo wolna prasa nienawidzi cenzury i policji, a także jak silnie owa nienawiść łączy obydwie instytucje. Dowiadujemy się także, że nawet przekonani socjaliści agnostycy potrafią w sytuacji kryzysowej wzywać na pomoc Boga Wszechmogącego

 

 

 

 

Emil Haecker cenił bardzo swoją posadę redaktora w socjalistycznym piśmie Naprzód, choć zdawał sobie sprawę jak niewdzięczna rola mu przypada. W mieście takim jak Kraków, mieście kołtunów, zabobonu i wstecznictwa niełatwo było o czytelnika i pismo bez przerwy właściwie zalegało z wypłatą honorariów. A przy tym jego nominalny właściciel pan Daszyński, od wielu już miesięcy ani myślał o tym, by podróże służbowe odbywać drugą klasą. Jeździł wyłącznie pierwszą, a kiedy jechał do Berlina, brał salonkę. Nie łatwo było też w takich warunkach o współpracowników, którzy przynosiliby z miasta informacje i prowadzili robotę reporterską, umożliwiającą panu Emilowi rozwijanie talentów redaktorskich i publicystycznych. To się powoli zmieniało, ze tego choćby względu, że do Krakowa przybywało coraz więcej młodzieży z Królestwa, młodzieży ideowej, bojowej i patrzącej w przyszłość z podniesionym czołem.

 

– Mimo wszystko szkoda – rzekł do siebie redaktor Emil Haecker – że to wszystko  jeden w drugiego durnie. Ledwie zdążył to powiedzieć, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

– Proszę – powiedział cicho redaktor Haecker i drzwi się otwarły. Stanęli w nich znani nam już z pogrzebu panny Salomei ludzie, płacząca rudowłosa piękność, teraz rozpromieniona z niewiadomych jeszcze przyczyn i delikatny ale postawny młodzieniec z aksamitką pod szyją.

– A, to wy – redaktor Haecker nie mógł ukryć rozczarowania – nie mogę wam dziś zapłacić, pryncypał wyjechał do Splitu i redakcja nie ma pieniędzy. Jak wróci może coś się znajdzie.

Przybysze popatrzyli na siebie znacząco

– Ale, ale…- Haecker coś sobie nagle uświadomił – czy to nie ty chłoptasiu – tu zbliżył się groźnie do młodzieńca, opublikowałeś w Kurierze informację o tej zabitej znalezionej nad Wisłą?

– W istocie – rzekł młodzieniec, który nadużywał wyrażenia „w istocie” sądząc, że nadaje to jego wypowiedziom więcej powagi.

 

– Trudno – rzekła jego towarzyszka – trudno, żebyśmy nie próbowali publikować gdzie indziej, kiedy tu nie możemy się doprosić o pieniądze.

 

Haecker popatrzył na nią uważniej. Była to osoba o powierzchowności mogącej budzić zainteresowanie, ale tylko do momentu, w którym nie otworzyła ust. Dla człowieka takiego jak Haecker, który był dzieckiem nizin społecznych, pochłoniętym całkowicie pielęgnowaniem swoich aspiracji do lepszego świata i statecznego, mieszczańskiego życia, była to osoba nie do zaakceptowania. Pomijając już to, że mówiła okropnie brzmiącym w jego uszach, wschodnim zaśpiewem, to jeszcze była, co dość charakterystyczne dla istot z pogranicza Kongresówki i cesarstwa, bardzo bezczelna.

 

– Ponoć studiuje pani medycynę – zagadną ją Haecker

 

– Tak, ale co to  ma do naszych rozliczeń – najeżyła się ruda

 

– Publikacje w prasie to dla pani hobby, ma pani pieniądze na studia, opłaca pani stancję w mieście, z tego co wiem, nie tanią. Nie może się pani zachować jakoś oględniej? Od razu musi pani wysuwać te nieprzyzwoite roszczenia?!

 

– W istocie – wtrącił się młodzieniec, który uznał, że już zbyt długo rozmowa toczy się w obszarach nie dotykających go bezpośrednio – w istocie, opublikowałem tekst w Kurierze. I zrobiłem to właśnie dlatego, że nie mogłem się doczekać na honorarium.

 

Haecker opadł na krzesło i rozpiął górny guzik od kamizelki. Ludzie, którzy odwiedzili go w redakcji, byli mu potrzebni, ale gdyby mógł, najchętniej porozumiewałby się z nimi za pomocą woźnego.

 

– No dobrze – rzekł – pieniędzy nie ma – na razie. Skoro tu jednak jesteście, to znaczy, że macie coś nowego.

 

Ruda zmrużyła oczy

 

– Tylko dzięki mnie dowiaduje się pan o tym, kiedy i gdzie znajdowane są ciała i jakie wnioski co do ich stanu wysnuwa patolog….Pan Remigiusz – tu wskazała na swojego towarzysza – może to potwierdzić. Tylko dzięki mnie dowiadujecie się co takiego robi policja w jednej czy drugiej sprawie. I tylko dzięki mnie przybywa wam czytelników

 

Haecker chciał zaprzeczyć i przypomnieć, że nie tylko dzięki niej, bo kimże ona jest, jakąś przybłędą zza kordonu, przybyłą tu nie wiadomo z jakiej dziury, z tej jakiejś Hajnówki koło Białowieży, gdzie jest letnia rezydencja cara i pałac myśliwski. Co zresztą było jedyną przyczyną dla której Daszyński zgodził się na współpracę z nią. Już, już miał głośno powiedzieć, żeby sobie nie wyobrażała za wiele, bo pan Daszyński właściciel socjalistycznego pisma Naprzód jest zakolegowany z panem nadprokuratorem Hintze, ale ugryzł się w język.

– Niechże się pani opanuje – rzekł tylko – i z powrotem zapiął górny guzik w swojej kamizelce.

– Może jednak zdecydujecie się zdradzić mi powód tych odwiedzin – rzekł patrząc na młodzieńca nazwanego przez rudą Remigiuszem – co macie?

 

Przybysze wymienili spojrzenia pełne pogardy, której adresatem był on – redaktor Emil Haecker

 

– Powiedz mu Remigiusz– rzekła ruda

 

– W istocie – rzekł młodzieniec – mamy coś. Oto w Prądniku doszło do bójki nożowej w karczmie starego Szmula….

 

Haecker popatrzył na młodzieńca zwanego Remigiuszem tak, jak małe, idące do pierwszej komunii dziewczynki patrzą na łażącą po ścieżce ropuchę. Karczma, stary Szmul, bójka nożowa…wszystko to wywołało z pamięci redaktora Haeckera obrazy, których w tej chwili widzieć on wcale nie chciał…miał też szczery zamiar przerwać młodzieńcowi w pół słowa, ale tamtej był szybszy.

 

– doszło do bójki nożowej – ciągnął – w której ranny został praktykant stolarski Kmieć Walenty…

 

Tu Haecker nie wytrzymał.

 

– Moi mili – powiedział – pryncypał jest w Splicie, poszukuje pieniędzy na wydawanie gazety, potrzebujemy tematów, które podniosą sprzedaż, ale nie tylko ją. Także takich co podniosą ciśnienie filistrom i mieszczuchom, jesteście pewni, że rozprawa nożowa w karczmie starego Szmula w Prądniku to jest dobry powód by marnotrawić mój czas?

 

– W istocie – ciągnął niezrażony młodzieniec – tak właśnie sądzimy, albowiem przy Kmieciu Walentym, praktykancie stolarskim znaleziono list od panny Salomei onegdaj pochowanej na Salwatorskim cmentarzu.

 

Haecker zastygł w oczekiwaniu

 

– No i…- zapytał w końcu, kiedy cisza przedłużyła się o jakieś półtorej sekundy

 

– List był w pończosze…

 

Haecker przekrzywił głowę

 

– Mam nadzieje, że czystej – próbował zadrwić z młodzieńca zwanego Remigiuszem

 

-…wraz z czterem tysiącami koron

 

– Słucham? – Haecker nie mógł uwierzyć

 

Wtrąciła się ruda

 

– Teraz może pan nas doceni. Ktoś wsadził nóż pod żebro tego nieszczęśnika, zawieźli go do szpitala, a policja znalazła przy nim pończochę, w niej list od służącej Henryka Kleina oraz cztery tysiące koron w lekko tylko wyświechtanych banknotach.

 

Haecker nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest podekscytowany.

 

– Rozumiem, że macie ten list przy sobie?

 

Ruda popatrzyła znudzonym wzrokiem na Remigiusza

 

– Chodźmy stąd – rzekła – pan Haecker ma nas za durniów.

Tak rzeczywiście było, nie zmieniało to jednak faktów podstawowych – ruda i jej towarzysz potrzebowali pieniędzy, a Haecker mógł je wypłacić tylko w sytuacji przymusowej. I taka właśnie sytuacja stała się udziałem całej trójki.

 

– W istocie – rzekł młodzieniec – jesteśmy w posiadaniu listu, ale nie pokażemy go panu dopóki nie otrzymamy pieniędzy, które się nam należą.

 

Wzrok Haeckera był pełen nienawiści.

 

– No dobrze – wycedził nie siląc się wcale na spokój – przyjdźcie jutro wczesnym popołudniem.

 

Kiedy drzwi za rudą i Remigiuszem zamknęły się, redaktor Haecker osunął się na krzesło i ponownie rozpiął górny guzik od kamizelki. Potem zaś, jakby szydząc z samego siebie wyjął z szuflady biurka pugilares. Otworzył go i lekko spotniałą ręką wyłożył na blat wszystkie znajdujące się tam pieniądze. Było tego raptem dwieście osiemdziesiąt koron. Haecker zacisnął zęby. – Człowiek męczy się – powiedział do samego siebie – męczy się, trudzi, kończy studia, odmawia sobie wszystkiego, musi znosić towarzystwo jakichś kreatur, albo kogoś takiego jak Daszyński albo ten inżynier ze Splitu, jak mu tam – Moraczewski, a to wszystko dla dwustu osiemdziesięciu koron? Gdzie tu sprawiedliwość?! Głupia gęś, wiejska dziewucha, gamoniowata krowa z tłustym zadem podszczypywanym od wielkiego dzwonu przez tego obleśnego Żyda Kleina, miała w pończosze cztery tysiące? Ciekawe skąd je wzięła? Ciekawe ile ten stary bałwan jej płacił – rozmyślał redaktor Haecker, ale jego ciekawość nie mogła być zaspokojona, albowiem wynagrodzenia tak w sektorach państwowych, jak i prywatnych całej monarchii były przedmiotem nie tylko drwin, ale także obrosły mitami. Nasza zaś historia jest – czego już ukrywać nie należy – relacją z tworzenia się jednego z takich mitów. Oto przy rekordowo niskich uposażeniach urzędniczych, przy sławnej biedzie galicyjskiej, przy nędznych wynagrodzeniach pobieranych przez tak zwanych ludzi kultury i profesorów uniwersytetu, okazywało się i to już w dwóch przypadkach, że są ludzie, nie należący bynajmniej do jakiegoś szczególnie uprzywilejowanego kręgu, którzy potrafią zgromadzić w pończosze, kilka tysięcy koron. Redaktor Haecker nie znał na swoje szczęście szczegółów zbrodni dokonanej na pannie Róży, guwernantce państwa Hochwalder, te bowiem, gdyby doń dotarły mogłyby spowodować ostry atak duszności, albo czegoś jeszcze gorszego, co dla biednego redaktora idealisty, mogłoby się zakończyć tragicznie.

– Cztery tysiące koron – myślał Haecker – przy takich dochodach mógłbym pomyśleć nawet o ożenku. Tu uśmiechnął się, ale zaraz przyszło opamiętanie. – O jakim ożenku – co ja gadam – mało mam kłopotów, mało zmartwień. To już lepiej zostać oszustem matrymonialnym….W tej sekundzie, zaraz po tym, jak myśl redaktora Haeckera poszybowała śmigłym lotem ku podławej profesji matrymonialnego oszusta, doznał on olśnienia i rzucił się jak żbik ku wielkiej żelaznej szafie, w której przechowywano, pozszywane i oprawione w grubą tekturę roczniki socjalistycznej gazety Naprzód. Nie namyślając się wiele wyrwał ze stosu opasłych tomiszcz jedno i rzuciwszy je na biurko zaczął przeglądać ogłoszenia, jedno po drugim. Był już w połowie roku 1908 kiedy ktoś zapukał do drzwi. Haecker podekscytowany zawołał – proszę – a w drzwiach pojawił się goniec z prokuratorii. Znany dobrze redaktorowi chłopak, który nie raz i nie dwa ostrzegał redakcję socjalistycznego czasopisma Naprzód, przed szykowanymi w tym szacownym urzędzie prowokacjami, wymierzonym wprost w osobę Ignacego Daszyńskiego, albo któregoś z jego współpracowników.

– No co tam chłopcze – stwierdził raczej niż zapytał Haecker

Chłopak ukłonił się i wyrecytował formułkę, którą najpewniej kazano mu powtórzyć kilka razy zanim posłano go do redakcji.

 

– Pan nadprokurator Hintze uprzejmie prosi pana redaktora o przybycie do gmachu prokuratorii, a to w celu niezwykle ważnym, dla dobra publicznego, ale też i prywatnego szanownego pana redaktora

 

– Teraz? – zdziwił się Haecker

 

– Musowo – rzekł dzieciak zapominając o formach, które wbijano mu do głowy co dzień.

 

– No dobrze, zaraz idę – rzucił w stronę chłopca Haecker i machnął nań ręką, jakby chciał odpędzić muchę. Chłopak jednak nie ruszył się z miejsca. Haecker przypomniał sobie o leżących na stole dwustu osiemdziesięciu koronach, sięgnął do portfela gdzie zostały drobne i wydłubawszy z niego dwa halerze wetknął w dłoń posłańca. Ten zaś przyglądał się drobnej monecie przez dłuższą chwilę tak uważnie, jakby wyryte na niej były egipskie hieroglify, od których odczytania zależy kariera dwóch przynajmniej profesorów sławnego krakowskiego uniwersytetu.

– No co – zawołał Haecker –  za mało? Myślisz, że ile ci się należy?

Chłopak nic nie powiedział, tylko odwrócił się na pięcie i wzruszył ramionami. Potem zaś trzaskając bezczelnie drzwiami ruszył galopem w dół po schodach.

Haecker zaś, zebrał ze stołu pieniądze, zaznaczył drewnianą linijką stronę w roczniku gazety, który właśnie przeglądał. Trzasnął okładką aż zadudniło, założył palto, kapelusz i pełen dostojeństwa wyszedł z redakcji, a potem ruszył piechotą – wszak fiakry kosztują – ku budynkowi krakowskiej prokuratorii. Po drodze zaś zastanawiał się, czy to aby na pewno możliwe, żeby nadprokurator Hintze wzywał go do siebie, z powodu listu jaki zmarła służąca aptekarza Kleina napisała do praktykanta stolarskiego Kmiecia, osobnika znanego w pewnych kręgach z drażliwości, gwałtownego temperamentu i skłonności do nadużywania alkoholu.

W holu prokuratorii przyjął Haeckera woźny, dobrze rozpoznający gości ważnych i nieważnych, który z wielką pieczołowitością odebrał od redaktora wierzchnie okrycie i odwiesił je osobiście na wystający ze ściany kołek. Haecker ruszył po schodach wprost do gabinetu nadprokuratora, a kiedy już się w nim znalazł zorientował się od razu, że sprawa jest poważna.

– Witam pana – rzekł nadprokurator, mężczyzna wysoki, kostyczny, nie mający w sobie nic z typowego urzędnika państwowego.  Już prędzej było w nim coś z rabina-filozofa.

Haecker skinął tylko głową, a następnie usiadł na wskazanym dłonią nadprokuratora, obleczoną w półprzezroczystą skórę, krześle.

– Sprawa jest poważna panie Haecker – rzekł Hintze

 

– Zamieniam się w słuch – próbował rozładować nieco napięcie redaktor socjalistycznego pisma Naprzód – rozumiem, że rzecz dotyczy wypadków z Prądnika oraz znalezionego przy poszkodowanym listu od służącej?

 

Hintze odwrócił głowę ku niewielkiemu oknu.

 

– Poniekąd – rzekł cicho – tak się jednak składa, że ów list nie był adresowany do tego ranionego nożem młodzieńca, jakże się on nazywa?

 

– Kmieć panie nadprokuratorze – pospieszył z odpowiedzią Haecker – Kmieć Walenty

 

– Nie był adresowany do owego Kmiecia, ale do kogoś innego

 

– Ciekawe do kogo – pokręcił głową Haecker, a uczynił to z fałszywym niedowierzaniem i jeszcze mniej prawdziwym zainteresowaniem.

 

Nie przestając patrzeć w za małe okno nadprokurator Hintze wolno i bardzo wyraźnie powiedział

 

– Do pana posła Ignacego Daszyńskiego

 

Haecker o mało nie zleciał z krzesła. Chwycił się blatu biurka w ostatnim momencie i jakoś powstrzymał upadek.

 

Hintze odwrócił się gwałtownie ku niemu i podobnie jak wcześniej, wolno i wyraźnie zadał pytanie

 

– Pan rozumie w jakiej mnie to stawia sytuacji?

 

Haecker pokiwał głową nie mogąc dojść do siebie.

 

– Czy na pewno Pan rozumie – powtórzył raz jeszcze Hintze

 

– Ależ tak, z całą pewnością rozumiem panie nadprokuratorze – wyszeptał zbielałymi wargami Emil Haecker, redaktor socjalistycznego pisma Naprzód

– Szanowny panie Haecker – kontynuował swoją myśl nadprokurator Hintze – staramy się jak możemy, żeby socjalistyczne pismo Naprzód mogło się ukazywać i żeby ludzie tacy jak pan, panie redaktorze Haecker mogli spokojnie wyrażać na jego łamach swoje poglądy. Wielokrotnie ostrzegaliśmy pana Daszyńskiego i także pana miły panie Emilu o szykowanych przeciwko wam prowokacjach. Wielokrotnie też ten gamoniowaty goniec, którego muszę tu zatrudniać biegał do redakcji, a nieraz i do prywatnego mieszkania pana posła Daszyńskiego i  w przytomności jego żony ostrzegał go przez różnymi świństwami, jakie przygotowywano, żeby pogrążyć go ostatecznie.

Haecker słuchał tego i czuł jak zasycha mu w gardle

 

– Nie jesteśmy jednak wszechmocni panie Haecker, a poza tym jesteśmy, o czym powinien pamiętać nawet pan poseł Daszyński, wiernymi sługami monarchii. Urzędnikami państwowymi jeśli pan woli, a nie ludźmi wynajętymi do tego, żeby kryć różne niepiękne upodobania pana posła Daszyńskiego.

 

– Ależ panie nadprokuratorze – próbował się oburzyć Haecker

 

– Niech pan lepiej słucha – w głosie Hintzego zaczął narastać gniew – wiele możemy znieść i wiele przysług możemy oddać wypróbowanym przyjaciołom. Nie możemy jednak robić wszystkiego drogi redaktorze. Pamięta pan ten donos, w którym sugerowano, że pan poseł Daszyński gustuje w podlotkach?

 

– Ależ panie prokuratorze – uniósł się raz jeszcze Haecker

 

– Jestem nadprokuratorem – zauważył Hintze – niech pan lepiej słucha – powtórzył – pamięta pan to przecież dobrze. Pamięta pan tę smarkulę, co szła po schodach wprost z mieszkania pana Daszyńskiego cała zapłakana i została zauważona przez szpicla?

 

– Ależ panie prokuratorze! To była córka znajomych pana Daszyńskiego, która uwielbia go wprost, dowiedziała się właśnie, że pan poseł nie może zaszczycić swoją osobą uroczystej rodzinnej kolacji i się rozpłakała.

 

– Pan się zapomina Haecker – powiedział wolno Hintze – jestem nadprokuratorem. Opowieści zaś o uroczystych, rodzinnych kolacjach z udziałem podlotków możecie – pan i pan poseł Daszyński –  opowiadać swoim kolegom socjalistom z Wiednia i Berlina. Oni są w sam raz od tego, żeby w nie uwierzyć.

Tu Hintze uśmiechnął się szyderczo i sięgnął do szuflady biurka skąd wyjął złożoną na dwoje kartkę papieru.

– To jest ten list – powiedział.

Emil Haecker wyciągnął dłoń w kierunku kartki, ale Hintze nakrył list swoją pergaminową ręką i pogroził redaktorowi palcem.

– Co to, to nie – powiedział – nie obejrzy pan tego listu. Żarty się skończyły panie redaktorze Haecker. I to definitywnie. Koniec tego dobrego.

 

– Ależ panie nadprokuratorze – płaczliwym głosem rzekł Haecker – niech pan zrozumie, że ja w tej sprawie jestem zupełnie niewinny.

 

– O tym czy jest pan zupełnie niewinny, panie Haecker zdecyduję ja – Hintze uniósł brew – a poza tym nie wie pan nawet jeszcze o jakiej sprawie mówimy.

 

Słowa te dały Haeckerowi czas na zebranie myśli. Nie pomogło mu to jednak wiele. Siedział naprzeciwko nadprokuratora z miną cielęcia przyłapanego na wyżeraniu trawy, gdzieś na obcej łące.

 

– Kiedy wraca pryncypał – zapytał Hintze udobruchany nieco głupią miną redaktora,  chcąc przy tym najwyraźniej rozładować atmosferę i zmniejszyć napięcie jakie powstało pomiędzy nim, a redaktorem Haeckerem.

 

– W przyszłym tygodniu panie nadprokuratorze – rzekł zdrętwiały ciągle redaktor – prawdopodobnie w środę.

 

– Niech zjawi się tutaj niezwłocznie

 

Haecker niespodziewanie dla samego siebie i całkiem bezczelnie rzekł do nadprokuratora Hintze – no nie wiem, czy to wypada panie nadprokuratorze, by poseł do parlamentu gnał wprost z pociągu do gmachu nadprokuratorii.

 

Hintze zdziwił się.

 

– Wam się wydaje Haecker, żeście mnie przechytrzyli – powiedział  – widziałem to w waszych oczach. Powtórzę więc jeszcze raz, ale to już ostatni raz. Niech ten wielbiciel podlotków, endschuldigung, chciałem powiedzieć, niech pan poseł do parlamentu krajowego Ignacy Daszyński, zjawi się w moim gabinecie niezwłocznie po powrocie ze Splitu. Tak będzie najlepiej dla niego – tu Hintze zawiesił głos – i dla pana także – dodał po chwili namysłu.

Kiedy Haecker znalazł się na zasypanej śniegiem ulicy, natychmiast zdjął kapelusz i rozpiął palto. Rozluźnił też krępujący jego szyję szal i chwilę oddychał głęboko wachlując się kapeluszem, czym wzbudził niezdrowe zainteresowanie przechodniów. – Co ta tłusta krowa mogła napisać do niego – zastanawiał się gorączkowo – co tam może być?  O tym, że pan poseł Daszyński w tajemnicy przed żoną, kochanką, przed nim nawet – Emilem Haeckerem, a także przed braćmi Gross, dobroczyńcami, którzy finansowali wydawanie socjalistycznego pisma Naprzód wyprawiał jakieś brewerie, to było więcej niż pewne. Tylko jakie? Nie dawało to spokoju Emilowi Haecekrowi, znał bowiem dobrze swojego pryncypała i dobrze wiedział do czego jest zdolny. Podlotki dałoby się jeszcze jakoś znieść, nikt ich bronił nie będzie, a jeśli nawet to rozpęta się przeciwko takiemu prasową kampanię i zarzuci mu, że jest przeciwko postępowi, że nie popiera koniecznych zmian społecznych, albo coś podobnego. Gorzej – myślał Haecker – jeśli pan poseł na sejm krajowy wdał się w jakieś interesy. Do tego bowiem głowy nie miał wcale, ale wbity w pychę i nieźle finansowany, przekonany o własnej wyjątkowości, był całkowicie pewien, że co jak co, ale sprzedaż różnych, deficytowych, a może i zakazanych towarów, ujdzie mu nie dość, że na sucho, to jeszcze przyniesie krociowe zyski.

– Pół biedy jeśli chodzi o morfinę – myślał Haecker idąc ulicą – Bóg jeden wie czym się zajmuje tak naprawdę ten dureń Klein i po co jeździ dwa razy do roku do Nicei. Nie na wypoczynek przecież. Gorzej jeśli pan poseł pośredniczy w sprzedaży czegoś przywożonego z Azji – myślał Haecker – a co jeśli on się wdał, wraz z tą bandą z partii chłopskich w handel żywym towarem? To była przecież służąca Kleina, ten pochodzi z Rohatyna, jest ponoć też krewnym jakiegoś bandziora, zamieszanego w przemyt dziewczyn do Argentyny. Emil Haecker wiedział to wszystko, albowiem był poważnym redaktorem, traktującym swój zawód niezwykle serio. Pewne rzeczy musiał więc po prostu wiedzieć. No, a poza tym nie sposób nie wiedzieć takich rzeczy, jeśli się człowiek – chcąc nie chcąc – ociera o prokuratorię i spływające tam sprawy.

– Boże lituj się nade mną – wyszeptał patrząc w niebo redaktor socjalistycznego pisma Naprzód –zapominając, że jest postępowym ateistą, a do tego żydowskim sierotą, porzuconym w dzieciństwie przez matkę i ojca.

  12 komentarzy do “Kryminał III”

  1. Kraków –  Split – Nicea –  i między tymi miastami (jakby bagatelna)  Hajnówka –

     

    No i my tu mamy:

    dwa nazwiska Gross ((finanse) i Daszyński (polityka postępu)

    no i reprezentant półświatka bandzior Kmieć

    i ta kasa znajdowana przy dziewczynach raz osiem tysięcy raz cztery tysiące a  takie kwoty to zawrót głowy dla centusiowego Krakowa.

  2. KAPITALNE  !!!

    Wobec powyzszego – to ja juz  TYLKO prosze o zamieszczenie IV rozdzialu Panskiego politycznego kryminalu…

    … i jesli to mozliwe – to  JUZ  JUTRO…  bardzo prosze  !!!

  3. Nie, nie mogę. IV nie jest skończony, a ja jestem półżywy. Nie dokończę go dzisiaj

  4. Niech pan nie kończy czwartej części bo pan umrze.

  5. czy to groźba karalna czy ostrzeżenie ?

    o co chodzi ?

  6. Ta pani uważa, że kieruje mną szatan, jej się bardzo nie podoba to co piszę, albowiem jest to zbyt zręczne, żeby mogło pochodzić od człowieka.

  7. Karczma, salonka i Salona (z pończochą koron w tle)

  8. Panie Gabrielu a tę historie Pan zna? http://www.twierdza.art.pl/a_skala.htm

  9. słowa wpisu autorstwa pani B., są takie że nie wiadomo co powiedzieć. Trudno mi uwierzyć, ale chyba Pan nie żartuje z tym „złem”, więc  napiszę tak:

    Pani Bernadetto

    Byłam na koncercie gdzie odśpiewano wiersze powstańców warszawskich, którzy tylko z tymi wierszami za pazuchą (bez jedzenia i wody) wyszli przez Dulag z gruzów Warszawy i zostali zawiezieni do Sztutowa, tam wydano im pasiaki a papiery zza pazuchy zarchiwizowano, bo u Niemców musiał być „porządek”, dyrektor Muzeum w Sztutowie doprosił muzyków i do tych zarchiwizowanych wierszy napisano muzykę i ten projekt muzyczny mieliśmy możliwość podziwiać w rocznicę kapitulacji Mokotowa (miniony piątek) – zatem mam do pani pytanie co jest złego w tym że wiersze, muzyka, koncert, wszystko było  znakomite a brawa były długie…?

    Co budziłoby Pani niepokój w tym koncercie, a był świetny ?

    Proszę o dystans do wszystkiego co Panią otacza, trochę drwiny z otoczenia  też się przyda, bo ideałów nie ma …

  10. Rozumiem…

    … bede czekac z utesknieniem i z wielka cierpliwoscia na dokonczenie tego kryminalu… to jest  moj  PIERWSZY  czytany kryminal  w zyciu  !!!

    Nigdy nie gustowalam w kryminalach, chociaz moj sp. tato pochlanial je jak gabka… ale rozumiem Panskie zmeczenie… prosze odpoczywac i  DBAC  O  SIEBIE  z calych sil,  bo zdrowie jest najwazniejsze… bo ja i tak wiem, ze Pan zrobi wszystko zeby go jak najszybciej skonczyc i tym samym sprawic mnie, i nam wszystkim mila niespodzianke.

    A wiec, Panie Gabrielu zdrowka dla Pana wszelkiej pomyslnosci  !!!

  11. Na razie jestem na pierwszym. Przyjemnie się czyta. Życzę zdrowia.

  12. Czekam na czwarty i nadal życzę zdrowia. Pozdrawiam. Chętnie zamówię też całość z wymowną okładka.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.