lt. 252014
 

Dawno, dawno temu telewizja polska emitowała w prime time produkcje filmowe pochodzące z nieistniejącego już dziś kraju o nazwie Czechosłowacja. Za każdym razem polski widz zasiadając przed odbiornikiem, w którym pokazywać mieli jakiś film czy spektakl czechosłowacki czuł to przedziwne drżenie w sercu i ciarki wzdłuż kręgosłupa. Nigdy bowiem nie dało się przewidzieć co też filmowcy czechosłowaccy wymyślili tym razem. A stać ich było na wszystko. I to niezależnie czy tworzyli filmy fabularne czy rysunkowe. Nie wiem czy pamiętacie taki serial dla dzieci pod tytułem „Psi żywot”, gdzie występowały dwa pieski, czarny i biały, które zmagać się musiały ze złośliwą wroną. W pewnym odcinku, (nie wiem doprawdy co się musiało wydarzyć w domu scenarzysty kiedy pracowała nad tą bajką), pokazywali kowboja z dzikiego zachodu, który za pomocą szabli i rewolweru zwalczał olbrzymie, długością dorównujące człowiekowi komary. Pieski i wrona także tam były, ale jakoś tak w tle. Te wielkie komary i kowboj to był plan pierwszy. On je dziobał ostrzem szabli, a one pękały z hukiem.
Kiedy byłem już troszkę starszy przesłanie produkcji czechosłowackich docierało wprost do mojego biednego serca i wiele dni po obejrzeniu jednego czy drugiego odcinka przygód Rumburaka i księżniczki Arabeli siedziałem osowiały i przybity. To samo miałem po obejrzeniu bajki i szczeniaku imieniem Daszeńka. Tylko Rumcajs działał na mnie pobudzająco. Najlepiej było jednak wtedy kiedy byłem jeszcze małym dzieckiem, bo ni diabła nie rozumiałem po co oni mi to wszystko pokazują, ale za to różne dziwne, niespodziewanie się ujawniające konteksty związane z czechosłowacką kinematografią chwytałem w lot. No, może nie sam, bo pomagał mi trochę wujek Romek, który też oglądał ze mną filmy, a był dużo straszy i więcej rozumiał. W każdym razie śmialiśmy się już z Romanem wspólnie i było fajnie. Najgłębiej zapadł w moją pamięć film o przygodach księcia Bajaja. Puszczali to chyba ze dwa razy tylko, a ja i Romek pękaliśmy ze śmiechu widząc tego czechosłowackiego księcia. Potem kiedy dorosłem, przez długi czas zdawało mi się, że to nieprawda, że wszystko to zdawało mi się tylko i wcale się nie wydarzyło. Telewizja bowiem już się bardzo zmieniła i filmów czechosłowackich było tam mniej. Przez to, rzekome znormalnienie telewizji, zwątpiłem w istnienie księcia Bajaja i myślę, że dla wielu z Was będzie to całkowicie zrozumiałe. Nie wydaje się bowiem dziś możliwe, by telewizja polska, płacąc za to jeszcze pieniędzmi wyemitowała dziś coś, co nosi tytuł „Książę Bajaja”. I jeszcze przeznaczone jest dla dzieci. To jest absurd zbyt oczywisty, zbyt nachalny, żeby był możliwy. A jednak! Ostatnio przypomniałem sobie film o księciu i wyobraźcie sobie, że moja pamięć mnie nie zawiodła. Książę istniał naprawdę, a w czeskiej wikipedii można nawet odnaleźć opis tego filmu i dowiedzieć się o czym opowiadał. Główną rolę zagrał w nim Ivan Paluch, wybitny aktor słowacki, który jako jedyny Słowak zaproszony został kiedyś do Cannes. Mam tu na myśli oczywiście Słowaków aktorów, a nie Słowaków gangsterów, którzy współfinansują niektóre produkcje pokazywane później na festiwalu w tym mieście.
Nie wiem kto wymyślił księcia Bajaja, ale był to ktoś całkowicie głuchy na znaczenia słów w języku polskim. I nie ma się czemu dziwić, Słowacy i Czesi nie mają obowiązku znać polskiego. O wiele ciekawsze jest to, kto zdecydował się zakupić ten film dla naszej telewizji. Nie wiemy tego, ale musiał to być ktoś związany z ekipą krwawego Maćka, co zadaje jawnie już kłam pogłoskom o rzekomym, porównywalnym z zachodnim, profesjonalizmie tych ludzi. Żaden profesjonalista bowiem nie dopuściłby do emisji filmu pod tytułem „Książę Bajaja”. Nawet w komunizmie.
Dlaczego ja się tak uczepiłem tego księcia? Otóż czynię to ponieważ bardzo długo szukałem jakiejś skończenie absurdalnej realizacji, która dałaby się porównać z obecnością i aktywnością oraz metamorfozą Jarosława Warzechy w salonie24. I wierzcie mi, że myślałem nad tym naprawdę bardzo długo. Od razu też zawęziłem obszar poszukiwań do kina czechosłowackiego, co mam nadzieję jest zrozumiałe. Od razu wiedziałem, że Rumburak, psy i wrona, kowboj i komary, a także przygody małej kosmitki w słowackim kurorcie w Tatrach, to są rzeczy za słabe, żeby wytrzymały porównanie z Jarosławem Warzechą. I już, już traciłem nadzieję, kiedy przypomniał mi się książę Bajaja i jego przygody. I wtedy w serce me wlało się zwątpienie – a co jeśli książę nie istniał i wyprodukowała go tylko moja dziecięca wyobraźnia? Z drugiej strony – pomyślałem – niby z czego miałbym go stworzyć? Z jakich skojarzeń? Dajcie spokój! I zacząłem szukać….resztę już znacie. Książę Bajaja istniał, a jego istnienie uważam za antycypację pojawienia się Jarosława Warzechy w blogosferze.
W konkurencji późny debiut moderowany jest Jarosław Warzecha mistrzem absolutnym, jest on też wraz ze swym synem Łukaszem mistrzem w autorskiej sztafecie pokoleń, rzadko się bowiem zdarza, by dwóch członków tej samej rodziny, o bliskim stopniu pokrewieństwa pisało w sposób tak samo beznadziejny i trywialny. Być może dzieje się tak przez fakt, że Jarosław Warzecha, rocznik 1949 oglądał kiedyś film „Książę Bajaja” z pełną świadomością i zrozumieniem i wyciągnął z tego jakieś wnioski? Ja nie wiem, snuję tylko rozważania.
Nie wiem czy pamiętacie, ale Jarosław Warzecha pojawił się w salonie najpierw jako bloger niebieski. Umieszczano go gdzieś w okolicach senatora Ciocha, na pudle rzecz jasna, bo po znajomości. Nie wyróżniał się niczym poza nazwiskiem, podobnie jak książę Bajaja, przez co od razu wszyscy kojarzyli go ze znanym prawicowym publicystą Łukaszem Warzechą. Nagle, nie z tego, ni z owego, Jarosław Warzecha stał się blogerem czerwonym, profesjonalistą jednym słowem, takim samym jak jego syn. Kiedy tylko to zauważyłem od razu sprawdziłem kim jest ten człowiek. Możecie to sami sprawdzić w wikipedii. On rzeczywiście zasłużył na tytuł profesjonalisty, był bowiem i pewnie jest nadal dziennikarzem periodyków łódzkich, a do tego jeszcze pisał książki i słuchowiska. Nie udało mi się żadnego odsłuchać, ale może Wam się uda. Mam nadzieję, że nie adaptował dla radia żadnych czechosłowackich audycji, bo mogłoby być jeszcze ciekawiej niż z księciem Bajaja.
Jarosław Warzecha jest autorem kilku książek, które w latach osiemdziesiątych trafiły do bibliotek, wiem to, bo wypożyczałem wówczas książki i pamiętam, jak w roku 1982 pojawiła się tam książeczka „Pamiętnik umysłowego”. Napisał ją właśnie nasz profesjonalista. Na publikację tę zareagowałem tak jak na film o księciu Bajaja, całkowitym niezrozumieniem treści. Skupiłem się wyłącznie na tytule i w swojej dziecięcej naiwności pomyślałem, że autor to może jakiś psychiatra…Okazało się, że całkiem nie.
Potem napisał nasz autor jeszcze jedną książkę, a później kolejną. Ta pierwsza jest także antycypacją, tyle, że prywatyzacji w Polsce po roku 1989, wydano ją w roku 1986 pod tytułem „Afera żyrardowska”. Jest to historia przekrętów dokonywanych w przemyśle lniarskim przed wojną. Jak ktoś chce to sobie może sprawdzić szczegóły. Trzy lata później Jarosław Warzecha napisał zaś dzieło pod tytułem niezwykle intrygującym – „Intymny atlas anatomiczny”. I to jest moim zdaniem lepsze niż książę Bajaja, niż kosmitka co wylądowała na Słowacji i wielkie komary co występowały w filmie o psach i wronie. Chyba sobie to kupię i przeczytam, a co celniejsze fragmenty umieszczał będę na blogu. Nie można trzymać światła pod korcem jak powiedział książę Bajaja.
Czym Jarosław Warzecha zajmuje się w blogosferze? Tym, czym wszyscy profesjonaliści, stoi na straży dobrych obyczajów, standardów cywilizowanej polityki, a także wyznacza kierunki, którymi podążać winni ludzie z sektora publicznego. Ostatnio pisał o tym, że poseł Hofman wydał 12, 50 czy 12, 80 na taksówkę z publicznych pieniędzy i przyjmując pozę senatora schyłkowej republiki rzymskiej, łamał ręce nad upadkiem politycznych obyczajów. Jak na autora książki „Afera żyrardowska” to trochę moim zdaniem dziwne i za bardzo teatralne. No i ciągle nie wyjaśnia dlaczego mianowany on został czerwonym czyli profesjonalistą. Protekcja to jasne, ale czy to wystarczy? Czy zagrało tam coś jeszcze?
Trzeba się teraz zastanowić czy nie mamy do czynienia z jakąś tradycją, z czymś co idzie za nami krok w krok, od czasów pamiętnej komedii o przygodach Lemoniadowego Joe, gdzie Milosz Kopecky grał demona w ludzkiej skórze. Czy profesjonaliści ujawniający się co i rusz przed naszymi oczami, czy autorzy zapomnianych książek o sprawach ważnych i ciekawych, jak choćby ten atlas anatomiczny intymny, nie są przypadkiem tej samej klasy co czechosłowacki książę Bajaja. Nie jest bowiem możliwe, by to wszystko działo się naprawdę. Nie jest możliwe, by autor trzech nie liczących nawet 100 stron książeczek mikroskopijnego formatu stał się nagle zawodowcem, podobnie jak nie ma na tym świecie, poza kinem czechosłowackim, książąt nazwiskiem Bajaja. I zauważcie, że nie mogą tu działać żadne czary, nie ma na przykład mowy o dziedziczeniu talentów, a w dodatku o dziedziczeniu a rebours, z syna na ojca. Nie może być o tym mowy, bo jeśli o tym pomyślimy nawet nasza energia kinetyczna pchająca cały świat ku granicom absurdu wyrzuci nas do przodu z taką siłą, że zostawimy księcia Bajaja daleko, daleko z tyłu…I zniknie nam on z oczu całkowicie.

Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.

Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.

  23 komentarze do “Książę Bajaja albo inwazja Warzechów”

  1. Nie wiem doprawdy na jakiej zasadzie powstają w głowie pewne skojarzenia .
    Moje to nazwisko : Aleksandr Dugin . Generał .

    Może mi się rozjaśni w ciągu dnia jak mnie przestanie boleć głowa .

    Obejrzałam sobie od rana , czekając na tekst na blogu Coryllusa :
    1. wczorajszy ,, Polski punkt widzenia ,, . Jest w internecie na stronie TRWAM . Gość to dr . R. Wyszyński .
    2 . Klub Ronina , porzegląd , gdzie Janecki mówi kim jest autor artykułu z The Economist . Po którym Radek się odmienił .

    Nie ma powodu zgadzać się ze wszystkim co ci ludzie tam mówią , ale jest sporo wiedzy , którą się inaczej żmudnier zbiera samemu . Albo i się nie trafia .

  2. Już wiem , czemu ten Dugin .
    To takie odniesienie do wczorajszego stwierdzenia , że niektórzy siedzą na barierce corralu .
    Ale niektórzy są w corralu , a jeszcze inni palą cygara poza corralem i układają plany .
    A potem kręcą czeskie bajki dla publiczności dziecięco naiwnej .

  3. Dzwonią ale nie w tym kościele. To żona Hofmana wydała, płacąc kartą męża. Żony tak mają 😉

  4. Przeleciałam wzrokiem . Jedną tylko rzecz mogę dodać . Magowie mieszkali w Krakowie na ul. Szczepańskiej . Też na tej ulicy mieszkał w tym mniej więcej czasie Twardowski . W piwnicach pałacu Pod Krzysztofory bodaj , miał pracownię . Nie mam teraz czasu szukać po google . W znaczeniu – dat szukać

  5. Naprawdę uważasz, że to nie ten kościół? Moim zdaniem to w ogóle nie jest kościół…

  6. Wiesz co, ja nie chcę z nim teraz polemizować bo mamy w planach tournee….

  7. Czy zawitacie do Gdańska?

  8. A ja myslalem ze Jaroslaw to syn Lukasza Warzechy.

  9. No to Julka Pitera będzie miała na Hoffmanowej używanie. Sama zrobiła karierę z radnej Warszawy na posłankę z Płocka na dorszu, który był kupiony w supermarkecie, a zapłacony kartą płatniczą posła, a to po to aby mieć czarno na białym kto kupił, gdzie kupił i co kupił i że sieciówka łamie prawo ue – a oberwał za tego dorsza nie ten co zawinił (śieciówka) ale ten co „nie zgadzał się z przyjętymi przez Julkę faktami”
    No znowu jej się trafia sprawa za 12,50 czy 12,80 – myślę że po tej hecy z taksówką opłaconą z publicznych pieniędzy, Julka rozpęta taką akcję anty, że będzie w parlamencie ue.
    Minimum wysiłku, żaden koszt a kształt kariery prawie pionowy.

  10. Jarosław Warzecha – 1949
    Łukasz Warzecha – 1975
    ………. Warzecha – ……
    No chłopaki to mają ten kłopot że po wstąpieniu w związek małżeński nie zmieniają nazwisk i zawsze wyłazi ta warta pokoleń.

  11. Pisałam , że p.o.prezytednta Ukrainy jest aktywnym kaznodzieją baptystów w Kijowie . Ołeh Turczynow
    Dość trudno to wyguglać , ale , ….
    Baptystów mamy oczywiście aktualnie w Polsce . Widzę zbory we Wrocławiu , Katowicach i Krakowie . I tu , to co trudno wyguglać.: w Katowicach i Krakowie jest szkoła językowa Three Lyons … Powołuja się na stronie internetowej na związek z British Council ….. ale jak się napisze i nazwę szkoły i słowo baptyści … to wychodzi związek . To ich szkoła .
    Braun i powstanie listopadowe jakoś mi to nasunęły .T..zn. misjonarzy ….
    Nie pamiętam kiedy ale młodzi wysocy chłopcy w garniturach chodzili po domach zachęcać …. zapytałam ich czy jehowici … nie … my baptyści …..
    Nie widzę w ilu miastach są bo to mi wyszło w internecie pierwsze a nie mam czasu …..
    Tak to jest z funkcją jawną i ukrytą takich różnych .

  12. Eeee tam,,, baptysci. Jaro i Lukas pewnie sa z innych Warzechow…
    http://en.wikipedia.org/wiki/Walter_Warzecha

  13. Jaro Warzecha urodzony w 1947 w KUTNIE ???

  14. KIEDY TO TURNEE i PO JAKICH MIASTACH ???????????????????

  15. Jeśli turnee do Kutna to proszę nie zapominać że to depresyjne miasto „.. kiedy już będziemy w Kutnie może będzie jeszcze smutniej … „

  16. Jeszcze nie wiem kiedy. Miasta: Wrocław, Białystok, Lublin i Stalowa Wola

  17. Proszę , pani Aniu , tylko nie ten kabotyn ……. Tatuś matematyk niedouczony … może syn dlatego tak śpiewa

  18. no i dlaczego nie MOJE miasto ??? Nawet koleżnkę bym przyprowadziła , bo zainteresowana bardzo …………..strasznie smutno dziś wszystko wychodzi ……

    a te warzechy , to jakieś chochle drewniane chyba ….. coś bredzę , idę spać , bo przez ból głowy mało dziś pracowałam….

  19. ustawowo mogą i ja znam takie przypadki
    jeden to znany muzyk , a drugi to prywatnie

  20. Proszę informować to bym rodzinę w Lbnie wysłał na Pana wykład.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.