sierpień 202020
 

Niełatwo nakłonić cię do publicznych wypowiedzi?

To prawda, dlatego, jeśli się już na taką wypowiedź decyduję, staram się unikać kokieterii. Rozmawiajmy więc serio i bez żartów.

Dlaczego zdecydowałeś się na napisanie powieści kryminalnej?

Bo mnie o to poprosiłeś (śmiech). Okay, mieliśmy rozmawiać poważnie, przepraszam… Mam całe szuflady zawalone zapisanymi papierami. Nie mam, jak wiesz, przymusu wydawania tego, skrobania do drzwi wydawców, których po prostu nienawidzę. No, ale lata lecą, więc pomyślałem, że coś w końcu wydam. W jakimś bezpiecznym i gwarantującym święty spokój miejscu.

U mnie…?

No tak. A gdzie?

Czy ja wiem? W wydawnictwie W.A.B?

Miało być poważnie.

No dobrze, już jest poważnie, od tej chwili jest śmiertelnie poważnie. Napisałeś dziwaczną książkę o Nienackim, której nikt nie rozumie, a teraz kryminał, rozgrywający się w Galicji przed I wojną światową. Nie lubisz Nienackiego, o czym wiem od dawna i nawet nie przeczytałeś większości jego książek. Nie pochodzisz też z Galicji. Po co się czepiasz takich tematów?

Ustalmy coś. Pisarz w Polsce musi się zachowywać w określony sposób, po to, by ludzie stojący między nim, a czytelnikiem w ogóle rozumieli o co mu chodzi. Podkreślę to może – nie żeby czytelnicy rozumieli, ale ludzie, którzy oddzielają pisarza od czytelników. Prowadzi to do obłąkanych zachowań i obłąkanych kreacji. Jak ktoś pochodzi ze Śląska musi się zachowywać w sposób przejaskrawiający wszystkie śląskie stereotypy, bo ludziom pośredniczącym w sprzedaży książek wydaje się, że to tę sprzedaż ułatwi. W rzeczywistości nie ułatwi, ale tego nikt nie chce przyjąć do wiadomości….

Jesteś pewien, że nie ułatwi?

Nie przerywaj mi to, po pierwsze, a po drugie, dobrze wiesz, że jestem pewien, więc po co takie głupie pytanie? Nie ułatwi sprzedaży książek, ale ułatwi sprzedaż innych rzeczy. Rynek książki bowiem jest jak wysychające bajoro, a pisarze, to w istocie ludzie, którzy poprzez swoje konwencjonalne, narzucane im przecież w dodatku zachowania, muszą sprzedawać inne produkty.

Jakie, na przykład?

Nie udawaj głupiego. Na przykład ubrania. Pisarzy kreuje się po to, by reklamowali łachy, a książki mają podkreślać jakość tej konfekcji, jej styl i usprawiedliwiać cenę, która jest zawsze bardzo zawyżona.

Nie zrozum mnie źle, nie chcę Cię podpuszczać, ale czy pisarz, który lubi garnitury nie może się tak po prostu elegancko ubrać?

Nie rozmawiajmy o elegancji. Nie gniewaj się, ale nie masz o niej zielonego pojęcia. Wiem, jak się ubierasz, więc błagam nie mów mi o elegancji. To o czym obaj teraz myślimy, nie jest żadną elegancją. To kostium dzięki któremu pisarze mają robić jakiś ruch na rynku tekstyliów, a przy okazji udawać kogoś kim w istocie nie są, jakieś istoty nadprzyrodzone, jakichś Reptilian.

No, a co z książką?

Książka jest fetyszem, który nadaje tym łachom dodatkowy sznyt. Cała literatura współczesna jest fetyszem, zbiorem niepowiązanych ze sobą śmieci, które same oddzielnie, nie stanowią o niczym i niczego nie oznaczają. A kiedy się je połączy mają niby coś sugerować. Jakąś głębię, perspektywę, styl…

Jak pończochy guwernantek?

No właśnie. Jak pończochy guwernantek. To jest oczywiście prowokacja, podobnie jak umieszczenie akcji w Galicji. Wiem wystarczająco dużo o Galicji i Krakowie początku XX wieku, żeby napisać o tym książkę, która czytelnika przede wszystkim rozbawi, a mnie nie zmęczy za bardzo. Każdy kto przeczyta ten tytuł zrozumie, że to ironia, nie zagłębiając się w treść. No, może z wyjątkiem niektórych współczesnych pisarzy prozy kryminalnej, bo im pończochy kojarzą się z obsesjami seksualnymi, z których nie mogli się wyzwolić jeszcze dziesięć lat temu, ale dziś, kiedy są po sześćdziesiątce, mogą już o takich rzeczach myśleć nieco spokojniej. Pończocha rzucona na podłogę to śmieć, a ja gdybym był pisarzem prozy wskakującej na top listy musiałbym pisać o pończochach opinających ciasno dziewczęce uda…

Mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobisz?

To się okaże, nie wiem co mi odbije za dziesięć lat. Nie każdy się ładnie starzeje.

Przestanę ci płacić, jak to zrobisz…

Nie strasz lepiej, bo nic więcej nie napiszę.

No dobra. Uchylmy może rąbka szlafroka, żeby czytelnicy mogli zobaczyć choć fragment tej pończochy na udzie, ale nie mówmy dokładnie o co chodzi.

Okay, dokładnie nie powiemy, ale ogólnie możemy. Chodzi o pieniądze. I napychanie pończoch pieniędzmi. Tyle powinno ludziom wystarczyć na zachętę. Więcej nie powiem.

Nie musisz. Wróćmy do tej Galicji, dlaczego tam?

Ponieważ nieprzeliczone zastępy grafomanów umieszczają akcję swoich powieści w Krakowie albo Lwowie tuż przed I wojną światową. Grunt był więc przygotowany. Mogę powiedzieć, że zrobiłem to dla ciebie, żebyś mógł to łatwiej sprzedać. Pomyśl w jakim byłbyś kłopocie, gdybym umieścił akcję w Szczecinie, albo w Gorzowie Wielkopolskim…

E, z Gorzowem bym sobie poradził, poprosił bym o pomoc Grzegorza Kucharczyka, on stamtąd pochodzi, coś by na pewno załatwił. Galicja, którą opisałeś wygląda inaczej niż Galicja, którą sobie wyobrażają autorzy pochodzący z Krakowa i okolic.

Oczywiście, że inaczej. Przede wszystkim nie ma w tej powieści nachalnych nawrotów do tematyki i motywów patriotycznych. Ludzie, którzy się tam pojawiają są przywiązani do swoich codziennych zajęć, a nadchodzące wypadki polityczne, które przecież są wyczuwalne i do przewidzenia, traktują z wielką obawą. Komisarz Zdanowicz jest lojalistą, on wcale nie chce wolnej Polski, jego asystent to młody Niemiec pochodzący z Austrii. I on z kolei Polaków nie lubi, toleruje ich, ale ma swoje tajemnice i różne obsesje.

Uważasz, że to pogłębia czy spłyca psychologię tych postaci?

Oczywiście, że pogłębia. Jak możesz w ogóle o to pytać. Aha, zapomniałem dodać, że praktykant konceptowy Rostchek to zajadły antysemita. Jest to chyba pierwsza postać pozytywnego antysemity występująca na kartach polskiej prozy po wojnie. Choć mogę się oczywiście mylić.

Na pewno nie będziemy tego sprawdzać. Muszę Cię o to zapytać – czy jesteś mizoginem? Tylu cierpkich uwag na temat płci pięknej, dawno nie widziałem.

Oczywiście, że nie jestem mizoginem, jestem normalny, a to znaczy, że nie uprawiam nachalnej kokieterii i nie piszę powieści po to, by o nich opowiadać kobietom, szukając ich akceptacji. Wyrzuciłem z treści, same się tam w zasadzie pchające, postaci starych ciotek, dzielnych ideowych panien rozpaczliwie szukających męża wśród patriotów konspiratorów i temu podobne indywidua, których pełna jest polska proza, opowiadająca o tych samych czasach. To jest, chcę ci przypomnieć, warunek, pod którym zgodziłem się kontynuować książkę, którą ty sam zacząłeś w zeszłym roku. Nie może być w niej takich postaci, bo one budzą obrzydzenie.

Może trochę przesadzasz?

Wcale nie przesadzam. Budzą obrzydzenie i wywołują ból brzucha. Jak nie masz czasu czytać, żeby się o tym przekonać, obejrzyj sobie te wszystkie filmy o legionach, bitwie warszawskiej i innych, podobnych eventach, albo ten serial o dziewczynach wydających gazetę w Krakowie przed I wojną. Już to chyba nawet zdjęli z anteny, tak było kretyńskie, Żyd był fachowcem od naprawiania maszyn drukarskich, a Anna Polony udawała orgazm – w jej wieku – na widok rekruta w mundurze legionisty. To są rzeczy niemożliwe do zaakceptowania.

No, ale twoja powieść jest antyfeministyczna?

Oczywiście, że taka jest, a jaka ma być? Jest antyfeministyczna, ale nie jest mizoginiczna. Nie rozumiesz?

Niby rozumiem, ale może przybliż to czytelnikom.

Chodziłeś do szkoły prawda? Wiesz co to znaczy sfeminizowane ciało pedagogiczne? Na pewno wiesz. To wyobraź sobie, że my dwaj teraz, w jakimś batyskafie czasu, schodzimy głęboko, głęboko pod falę, na której unoszą się takie śmieci, jak szkolny feminizm

Jesteś okropny…

Oj, tam…schodzimy pod tę falę i zagłębiamy się tak nisko, że prawie widzimy dno. Na nim zaś pełzające stwory sprzed potopu niemal, które za to piekło na ziemi, jakim była nasza podstawówka są odpowiedzialne…Rozumiesz?

No dobrze, powiedzmy, że rozumiem. Nie wierzysz w szczęście, które daje powszechna edukacja?

A znasz kogoś kto wierzy? Nie wiem dlaczego akurat o tym rozmawiamy? Dlaczego nie zapytasz mnie o te żydowskie szwarccharaktery, które tam się stale pojawiają?

Właśnie miałem taki zamiar. Skąd ich wytrzasnąłeś?

To są autentyczne postaci, dwaj gangsterzy, ale nie z Krakowa, tylko z innego dużego miasta w Polsce. Nie powiem z jakiego, niech sobie każdy poszuka. Oczywiście w rzeczywistości działali na dużo mniejszą skalę. Musiałem ich trochę podrasować, żeby pasowali do intrygi. Wyszło dobrze, mam nadzieję…

Chyba tak, czytelnicy ocenią sami. A co z autentycznością scen, postaci, plenerów?

Ta cała autentyczność, to kolejny fetysz, którym się masturbują autorzy tacy jak Krajewski. Ludziom się zdaje, że jak będą podawać szczegółowy opis produktów, które spożywa na śniadanie główny bohater i produkty te będą pasować do tego, co w opisywanym czasie wytwarzały na miejscu mleczarnie, to będzie autentyczna narracja. To nie jest żaden autentyzm, ale fetyszyzm, który ma zasłonić deficyty i szaleństwa autora. Guzik mnie obchodzi czy Kraków, który opisałem wyda się komuś autentyczny czy nie, bo nie o to chodzi w pisaniu książek. To jest kolejna próba, nie skokietowania, ale wręcz publicznego zgwałcenia czytelnika, a potem próba obłaskawienia go jakimiś regionalnymi przysmakami. Czysty obłęd. Gdyby Krajewski umieścił akcję swoich powieści w Słupsku, wszyscy bohaterowie jedliby dwa razy na dzień serek „Die Stolope Junge”, nawet jeśliby mieli uczulenie na nabiał.

No, ale w twojej powieści też jest sporo autentycznych fragmentów tamtej rzeczywistości

To prawda, ale dobierałem je tak właśnie, żeby nikt nie uwierzył w to, że są autentyczne. Nikt nie uwierzy przecież, że po jakichś miasteczkach i wioskach we wschodniej Galicji instalowano laboratoria chemiczne, żeby produkować cudowne balsamy czy środki na porost włosów. A to prawda, przeglądamy prasę z tamtej epoki i widzimy masę podobnych ogłoszeń. Wszędzie była jakaś produkcja, bynajmniej nie prosta do wykonania i zainstalowania. Nikt nie uwierzy w autentyczność ogłoszeń matrymonialnych, ukazujących się na łamach ówczesnych gazet. Nikt nie wpadł póki co na pomysł, żeby na ich podstawie nakręcić film, to by dopiero było wydarzenie. W Polsce takie rzeczy są niemożliwe, jak sądzę, musieliby się za to wziąć Czesi.

Jeszcze jedno. W twojej książce występuje masa nazwisk, które wywołują odruchowe skojarzenia…

Wszystkie podobieństwa do postaci żyjących współcześnie są przypadkowe i niezamierzone…

No jasne, ale…

Daj już spokój. Wysil się i wymyśl następne pytanie.

Jak będą wyglądały kontynuacje dwóch twoich powieści?

Nad Nienackim ciągle się zastanawiam, ale sądzę, że będzie to Zbigniew Nienacki vs Umberto Eco. Jeśli zaś idzie o przygody komisarza Zdanowicza i praktykanta Konceptowego Rotschka, to sprawa jest jasna. Kolejny tytuł to „Komisarz Zdanowicz i początki psychoanalizy”.

Ale co? Wyślesz ich do Wiednia? Do gabinetu doktora Freuda?

Nie, skąd. Wiedeń przyjedzie do nich

Kiedy się za to weźmiesz?

Pozwól mi trochę odpocząć, dobrze…Niech się ludzie nacieszą pierwszym tomem.

Dobrze, ale zdradź coś jeszcze. Co tam będzie prócz tej psychoanalizy?

Pewnie wiesz, ale ci jeszcze przypomnę. W Krakowie, w średniowieczu i później istniała sławna na całą Europę katedra astrologii.

Nawet nie mów…

Tak właśnie, sławna katedra astrologii. Przywołam to i nakręcę wokół tych rzeczy jakiś młyn, jeszcze bardziej zwariowany niż w pierwszym tomie.

No dobra, ostatnie pytanie: spod jakiego jesteś znaku?

Panny, bo co?

Nic, to taki żart miał być, że niby ta astrologia…sam wiesz.

Mieliśmy rozmawiać serio. Znowu przegiąłeś. Kończymy.

Niech ci będzie. Do następnego razu.

  15 komentarzy do “Literatura jako fetysz. Z Michałem Radoryskim rozmawia Gabriel Maciejewski”

  1. ☺ awers-i-rewers 😉

  2. Pamiętajmy, że to jest Małopolska, a nie Galicja. Jak widać wpływy Wiednia i HK-Stelle okazały się trwalsze niża one same.

  3. Tylko niech pan się nie rozpłacze…bardzo proszę

  4. I jeszcze wyjaśnienie, gdyby ktoś jednak bronił określenia „Galicja” bo przecież czas akcji książki to okres kiedy była to prowincja monarchii wiedeńskiej. Ale tu padło „Nie pochodzisz też z Galicji„. Ala Pan Radoryski z pewnością ma mniej niż 102 lata.

  5. Niech sie pan już uspokoi dobrze…taka prośba

  6. Na Nike nie ma szans.

  7. OK, gdzie ta książka?

  8. Na razie „się składa”. W poniedziałek pójdzie do druku, a na początku września będzie w sprzedaży. Na razie robimy kampanię promocyjną

  9. O, z całą pewnością mniej. On ma nawet mniej lat niż ja

  10. Nike stawia się na telewizorze, tylko to musi być prawdziwy telewizor a nie jakieś slim frame z Azji.

    Po drugie laureaci Nike stają się automatycznie kreatorami mody. Gdyby  Pan dostał Nike, to w Polsce byłaby moda na swetry i pan Michał Radoryski musiałby odszcz… to znaczy zrewidować swoje poglądy na temat elegancji.

    (żartuję)

  11. Ten Radoryski to istnieje w ogóle, czy jest Alter ego Coryllusa?

  12. Zdecydowanie Alter ego Coryllusa

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.