wrz. 202019
 

Na początek ogłoszenie. Ten targ kończy się dzisiaj, a jutro są tylko imprezy. Ja zaś przenoszę się w inne miejsce i nie będę miał internetu, tak więc jutrzejszy tekst ukaże się jako popołudniówka.

W zasadzie cały dzień wczoraj przegadaliśmy o różnych sprawach. Przyjechała pantera, przyszli wierni czytelnicy i czas spędziliśmy miło, ale pod koniec dnia już ledwo stałem. Potem zaś, przy kolacji, na którą poszedłem sam, przypomniałem sobie Lublin z lat osiemdziesiątych, kiedy był dla mnie przystankiem w drodze do szkoły. Dziś kiedy o tym myślę, nie mogę uwierzyć, że to tak wyglądało. Miałem chorobę lokomocyjną, tak straszną, że dojechanie pociągiem do dziadków w Nałęczowie, było już problemem. No a do szkoły w Biłgoraju jeździłem systemem następującym – najpierw do Lublina pociągiem, a potem autobusem do Biłgoraja – 150 km, przez teren pagórkowaty i nierówny. Aviomarin jadłem już przed wejściem do pociągu, tak więc kiedy wytaczałem się z pociągu byłem w zasadzie w półśnie. Dopiero w drugiej klasie mi przeszło i mogłem odrzucić ten aviomarin, ale tylko w pociągu, przed wejściem do autobusu, musiałem zjeść dwa. Kiedy już znalzłem się w Lublinie, trzeba było przejść kawałek na Dworzec Południowy, skąd odchodziłu autobusy do Przemyśla, Biłgoraja i Rzeszowa. Tam zaczynała się prawdziwa jazda. Autobusów i miejsc było za mało, a na dworcu kłębił się tłum. Kolejka do kasy była takim pozawijanym wielokrotnie wężem, a ludzie, którzy w niej stali nie mieli żadnej nadziei, że kupią bilet i gdziekolwiek pojadą. Kiedy zjawiałem się na dworcu o godzinie dwunastej w południe, bilety na wszystkie autobusy odjeżdżające w niedługim czasie były już wyprzedane. Ci co stali w kolejce liczyli na to, że kupią bilet na godzinę 17.00 albo 19.00. I ja tak przeważnie czyniłem, snując się potem po dworcu przez wiele godzin, bez sensu, celu, książki do czyatnia. Czasem zjawiał się któryś z kolegów, ale to była rzadkość, dlatego, że ci, którzy mieszkali bliżej Lublina kupowali sobie bilety wcześniej i po prostu przyjeżdżali na określoną godzinę. Tak więc gdzy pojawiałem się w Lublinie o 12 w południe, to opuszczałem to miasto w okolicach 17.00, przy dobrych wiatrach, albo – co zdarzało się częściej – o 19.00. Najciekawiej było zimą, bo dworzec był słabo ogrzewany, a zwiedzanie jego okolic w mroźny wieczór nie stanowiło szczególnej atrakcji. Nie wiem czy kiedykolwiek później jeszcze miałem poczucie tak głupio marnowanego czasu.

Alternatywą dla takiego systemu była próba uproszenia kierowcy, jednego z wcześniejszych autobusów, żeby sprzedał mi miejsce stojące. Raz tak zrobiłem i najpierw musiałem stoczyć walkę o dostęp do kierowcy z jakimiś babinami i dziadkami, którzy chcieli się także dostać do Biłgoraja, a potem kiedy już byłem w środku i szczęśliwie stałem, okazało się, że zapomniałem zjeść aviomarin i nie mam przy sobie żadnej foliowej torby. Koniec tej podróży był tragiczny.

Może gdybym wpadł na pomysł, żeby nie kręcić się bez sensu w okolicach dworca PKS, PKP i bazarku przy nim, a wybrał się, na przykład na starówkę, ubogaciłbym się duchowo. No, ale starówka była daleko, a ja miałem na plecach, plecak pełen jedzenia, książek i ubrań, a do tego torbę na ramieniu. Wyglądałem jak typowy głupi Jasio z wioski, który usiłuje – wbrew okolicznościom i wszelkim prognozom – gdzieś dojechać. Mimo wszystko lubiłem miasto Lublin. Kojarzyło mi się zawsze dobrze i jakoś tak ciepło. Najbardziej lubiłem obserwować co działo się na ulicach, kiedy jechałem z Biłgoraja, w piątek po południu. Gdzieś w okolicach placu Bychawskiego była taka mordownia, z szydlem reklamującym piwo Perła, cała oszklona. Z autobusu było widać co działo się w środku no i rzecz jasna przed lokalem. A działy się tam ciekawe rzeczy. Kiedy autobus zatrzymał się na światłach, pasażerowie mogli obserwować tytaniczne zmagania, alkoholików, którzy usunięci z jakichś przyczyn ze środka lokalu, usiłują dostać się tam z powrotem, wykrzykując przy tym obelżywe słowa pod adresem tych, którzy ich stamtąd wypchnęli.

Generalnie z Biłgoraja do Lublina jechało się przyjemniej niż z Lublina do Biłgoraja. Pewnie z tego względu, że w tamtą stronę zwykle jechałem w ciemnościach, a zimą mogłem tylko patrzeć jak wiruje śnieg w świetle ulicznych latarń i w jak dziwne kształty układa go wiatr wiejący po pustych ulicach i chodnikach. Kiedy wracałem było prawie zawsze widno.

Żeby nie zdechnąć z nudów na tym Dworcu Południowym, oglądałem wystawy kiosków, odczytywałem tytuły książek i gazet, patrzyłem co się pokrywa kurzem na najbardziej oddalonych od okienka półkach. Przez wiele lat w kiosku przy dworcu stała odwrócona okładą do szyby, na bardzo wyeksponowanym miejscu pewna książka. Ja przyjeżdżałem i wyjeżdżałem, a ona tam ciągle była. Miała czarną okładkę, a tytuł i nazwisko autora wybite były okropną żółtą czcionką. Litery wygladały tak, jakby kto je wprawił w drżenie dźwiękiem o niskiej bardzo częstotliwości. Do tego domalowano jeszcze jakiś schematyczny miejski pejzaż, takie blokowisko. Za każdym razem, kiedy wracałem na dworzec po wakacjach okładka była coraz bardziej wypłowiała i bledsza. Zastanawialem się czasem czy nie kupić tej książki i nie spróbować jej przeczytać, ale jakoś się powstrzymałem. Tytuł mnie odstręczył, było bowiem bardzo dziwny. Książka nazywała się „Cichot Pana Boga”. Wiele lat później w końcówce komuny, ktoś wyreżyserował spektakl w teatrze telewizji na jej podstawie. Kompletnie idiotyczny i absurdalny. Główną rolę zagrał w nim Zdzisław Wardejn. Nie wiem kto tę książkę napisał, nie pamiętam też kiedy zniknęła, ale na pewno nie utrzymała się do końca moich przejazdów przez miasto Lublin. Pewnie wyrzucili ją w końcu do śmieci.

No nic, to na dziś tyle, jutro tekst będzie po południu. Jadę na targ.

  8 komentarzy do “Lublin – wspomnienia”

  1. Polska dziwna kraj. U mnie na osiedlu poczta jest nieczynna w soboty. Wiele firm uslugowych (np. warsztaty samochodowe) w soboty nie pracuje. Podobno polowa tzw. spoleczenstwa zyczy sobie, zeby handel odbywal sie w kazda niedziele, ale wszyscy chca miec wolne soboty, jak w 1980-tym. Ja tego nie rozumiem. Rozumiem natomiast, ze jak sie wprowadza dodatki finansowe za prace w soboty i niedziele, to wszyscy normalni ludzie beda chcieli pracowac we wszystkie soboty i niedziele, zeby wiecej zarobic, a odpoczna sobie w poniedzialek. Z tego powodu targi koncza sie dzisiaj (bo nie przewidziano dodatkow weekendowych), zeby wydawcy i panie z biura organizacyjnego targow mogly w weekend odpoczac albo pochodzic po galeriach handlowych, a ci co nie zdazyli kupic ksiazek bo pracowali od poniedzialku do piatku sa sami sobie winni, natomiast amatorzy atrakcji historycznych, przebieranek, festynow i trunkow w Lublynie bawio sie do poniedzialku.
    Na chorobe lokomocyjna u maloletnich najlepsza jest wizyta w macDonaldzie, zeby nie jechac na pusty zoladek, ale wiadomo, ze kiedys macDonaldow nie bylo. Wracajac z Chorwacji do Polski, przejechalismy granice w samym srodku nocy w rejonie Jakuszyc i wjechalismy w pelen dziur i zakretow, wyboisty odcinek drogi. Dzieciaki nagle sie obudzily i mowia do mnie, ze chce im sie rzygac. Kochani, jestesmy w kraju! – odpowiedzialem zgodnie z prawda.

  2. Dzisiaj do poludnia jest mlodziezowy strajk klimakteryjny w wiekszych miastach, dlatego lepiej skierowac furmanke od razu do Gdyni, zeby nie stac w korkach w Warszawie. W Gdyni na festiwalu bedzie mozna obejrzec premierowo „Solid Gold” w wersji nie ocenzurowanej, a takze wziac udzial w eventach. Kiedys w Gdyni, juz nie pamietam w jaki sposob, znalazlem sie na stolowce razem z gwiazdami. Przede mna stala Bozena Dykiel, a Marek Perepeczko wypchnal mnie z kolejki po jajecznice do szwedzkiego stolu. Warto miec rozne doswiadczenia zyciowe i wspomnienia.

  3. Książka nazywała się „Chichot Pana Boga”. Miała czarną okładkę, a tytuł i nazwisko autora wybite były okropną żółtą czcionką.(…) Do tego domalowano jeszcze jakiś schematyczny miejski pejzaż, takie blokowisko

    Rzeczywiście, okładka wygląda tak jak Pan ją opisał. Nic dziwnego, że nie zapamiętał Pan nazwiska autora, w przeciwieństwie do tytułu, jest bardzo słabo wyeksponowane, wdrukowano je w ten „miejski pejzaż”.

    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/51992/chichot-pana-boga

    https://www.filmweb.pl/film/Chichot+Pana+Boga-1988-4536

  4. Koszmar dojazdów, był specjalnie zaprogramowany, co i Pański wpis na to wskazuje. Nie zdawałam sobie z tego sprawy (nie dojeżdżałam) ale na studiach zadano nam jakieś takie banalne zadanie żeby opisać rozwiązanie systemowe (oświatowe, zdrowotne, administracyjne itp.) i kolega opisał swoje spostrzeżenia z dwóch lat dojeżdżania do liceum a mieszkał w tzw. „worku turoszowskim”. Jego konkluzja opisująca systemowe powiązania sieci szkół ogólnokształcących i linii PKS w tamtym rejonie była taka, że twórcom tego rozwiązania systemowego mogło chodzić tylko o jedno:  koniecznie zniechęcić młodzież do edukacji. Edukacja miała się kończyć na przyzakładowych szkołach szczebla zawodowego (PKS dowoziły i zabierały brać robotniczą i młodzież z zawodówek ) i starczy. Ambitni z liceów musieli się dostosować, mogli przyjechać  do Liceów na 6,00  rano świtem itd. i wracali z robotnikami kończącymi I zmianę, jeśli było miejsce w PKS-ie.

    Kolegę uratowała ciotka spod Warszawy, ukończył Liceum w podwarszawskiej miejscowości. Zdał na studia i do „worka turoszowskiego” nie powrócił. Kolega zrobił wyłom w systemie, mamy przykłady wiemy że nie on jeden.

  5. Pamiętam jak na 1 roku studiów w nowej uczelni dla „elyty” głownie czerwonej oraz dzieci prywaciarzy – Koźmiński – na 1 wykładzie rektor opowiada o zajęciach, i ze zaczynają się o 8. Na co jedna ze studentek wyrwała się z tekstem ” ale ja mieszkam daleko i muszę dojeżdżać komunikacją – rektor spojrzał na nią – to Pani nie ma samochodu? Wydawało mi się, ze wszyscy moi studenci maja… – sala nowobogackich czerwonych bachorów w ryk. Na parkingu Ferrari tego od Cin&Cin – Pawelca – etc. Koniec lat 90… Tata mi powiedział, ze idę do tej szkoły nie po to żeby się uczyć ale żeby poznać towarzystwo, z którym później będę robił szmal bo idą tam dzieci tych co coś moga 😀 – nie dałem rady. Przeniosłem się na darmowe UW po pol roku 😀

    A Lublin to nie jest żydowskie miasto? – wszystkich co znam z Lublina to pejsaci.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.