gru 072020
 

Ostatni odcinek przygód króla Ludwika, zakończyłem, zdaje się, na tragicznej przeprawie przez jedną z odnóg delty, której finałem był niesubordynowany atak na twierdzę Al Mansura i śmierć Roberta d’Artois, królewskiego brata.

Ludwik, odepchnąwszy muzułmanów, rozpoczął przygotowania do oblężenia Al Mansury. Warunki był niesprzyjające, ale o tym armia i sam król mieli się dopiero przekonać. Na razie optymizmem napawał wszystkich fakt, że umarł stary sułtan, a jego następca był daleko na wschodzie. Na nieszczęście dla wojsk frankijskich, wdowa po sułtanie, bardzo energicznie zabrała się za organizowanie życia cywilnego i wojskowego w twierdzy. Zaczęła rzecz jasna od wysłania posłów na wschód z informacją o śmierci władcy i ponagleniem nowego sułtana – Turanszaha IV – do powrotu.

Frankowie byli w o tyle złe sytuacji, że nie kontrolowali obiegu informacji, to znaczy nie mieli szpiegów w twierdzy i nie mieli siatki agentów w Damaszku, gdzie zatrzymał się nowy sułtan w drodze do Egiptu. Nie dysponowali też flotą, która mogłaby strzec brzegów delty i kontrolować kto ląduje w Egipcie i kto z niego wypływa. Armia frankijska, była jak samotna twierdza pośrodku pustyni, która niestety pozbawiona została murów. Jedyną sensowną strategią, która mogła ocalić armię była szybka i zdecydowana akcja, albo zorganizowany odwrót. Tym bardziej, że Saraceni z całą pewnością posiadali agentów w obozie królewskim i z całą pewnością kontrolowali obieg wszystkich informacji jakie krążyły pomiędzy Egiptem a Syrią. Owa zorganizowana i szybka akcja mogła mieć tylko jeden kierunek – zajęcie Aleksandrii, które zostało skreślone z listy strategicznych celów już na początku wyprawy, ze względu na upór hrabiego Roberta.

Teoretycznie można było wycofać się spod Al Mansury, ale do połowy lutego nic nie wskazywało na to, że sytuacja armii gwałtownie się pogorszy. Pomiędzy zajętą przez krzyżowców Damiettą, a armią oblegającą Al Mansurę krążyły statki z żywnością i informacjami, można było transportować rannych do bezpiecznej Damietty, a rekonwalescenci mogli, po wyleczeniu ran, powracać pod twierdzę. Stan ten jednak zmienił się nagle. Oto młody sułtan powrócił do Egiptu, znalazł się w twierdzy, choć przecież trwało oblężenie i nikt nie powinien go tam wpuścić, a potem wydał rozkaz, który przypieczętował los armii. Oblężenie trwało już osiem tygodni i nie było widoków na żadne rozstrzygnięcia. Sułtan rozkazał zbudować bardzo dużo niewielkie stateczków, których elementy zostały na wielbłądzich garbach przeniesione nad dolne odcinki delty. Tam spuszczono je na wodę. Ich załogi atakowały jednostki, które wyruszały z Damietty z żywnością i niszczyły je jedna po drugiej. Król i jego żołnierze zostali odcięci od dostaw i znaleźli się w okrążeniu, choć przecież teoretycznie prowadzili działania oblężnicze.

Grozę położenia uświadomiono sobie dość późno. Na początku kwietnia rozpoczęto pertraktacje i król złożył sułtanowi bardzo spóźnioną i nie adekwatną do okoliczności propozycję oddania Damietty w zamian za Jerozolimę. Mogło to wywołać jedynie szyderstwo ze strony Egipcjan, całkowicie świadomych w jakiej sytuacji znajdują się wojska frankijskie.

Ludzie zorientowani jak ważnym elementem kampanii i polityki jest osoba króla, doradzali Ludwikowi, by wraz z najwierniejszymi rycerzami podążył wprost ku Damietcie, armia zaś podąży za nim i będzie walczyć z Egipcjanami, którzy z całą pewnością ruszą za nią w pościg. Było to o tyle sensowne, że w obozie krzyżowców panowała zaraza i coraz więcej rycerzy nie mogło poruszać się o własnych siłach. Król odrzucił tę propozycję, co było oczywiście bardzo szlachetnym i budującym posunięciem, ale narażało na klęskę nie tylko armię w Egipcie, ale cały kraj i panującą dynastię. Odesłano jedynie rannych, a armia, wraz z królem podążyła tym samym szlakiem ku Damietcie.

Marsz, choć niedługi przebiegał w warunkach katastrofalnych. Król rozchorował się nagle i nie mógł samodzielnie dowodzić. Nikt, póki co nie zadał jeszcze prostego pytania – czy Ludwik nie został wówczas otruty? Być może cała armia została nafaszerowana trucizną, ale zwykle określa się to, jako masowo występującą dyzenterię, choć objawy, które opisał pan de Joinville przypominały raczej szkorbut. Wielu ludziom puchły dziąsła, co uniemożliwiało spożywanie posiłków i powodowało w konsekwencji śmierć głodową. Tym w najcięższym stanie cyrulicy wycinali obrzękłe dziąsła nożami.

Fatalnym momentem w czasie odwrotu była ponowna przeprawa. Saperzy nie zniszczyli mostu, po którym przeszła armia i trudno to uznać za lekceważenie czy wyraz niezrozumienia sytuacji, już prędzej był to zwykły sabotaż. Mamelucy ruszyli w pościg za wycofującym się wojskiem, które po dwóch dniach marszu musiało się zatrzymać ze względu na chorobę króla. Ludwik nie mógł już poruszać się o własnych siłach, tracił przytomność i zachodziła poważna obawa, że umrze.

Kiedy jasne stało się, że armia jest otoczona i prędzej czy później zostanie zniszczona, choć wszyscy, nawet chorzy żołnierze walczyli na ile starczało im sił, rozpoczęły się pertraktacje. Prowadzili je baronowie syryjscy z Filipem de Montfort na czele. Ich celem było ocalenie armii w zamian za oddanie Damietty. I cel ten został prawie osiągnięty, niestety wydarzyło się coś tak dziwnego, że trudno przyjąć do wiadomości wyjaśnienie tego epizodu podawane przez autorów opracowań.

Oto w trakcie rozmów prowadzonych z wodzami mameluckimi, kiedy wycieńczona do granic możliwości armia czekała na ostateczne rozstrzygnięcie, pewien serwient templariuszy, ruszył konno wzdłuż szeregów wołając, że król wydał rozkaz kapitulacji. Człowiek ten miał na imię Marcel, a zostało ono zanotowane przez pana de Joinville. Jego głos słyszeli wszyscy, Frankowie i Mamelucy. Zdezorientowana armia, której wodzowie prowadzili właśnie negocjacje, zaczęła składać broń. Król, ani towarzysząca mu świta nie byli świadomi tego co się dzieje. Trudno uznać więc, że klęska armii, w kwietniu 1250 roku była winą Ludwika, czy jego baronów. Klęska to została spreparowana przez ludzi, którzy wykorzystali moment na to, by jednym fałszywym rozkazem sparaliżować armię. Steven Ruciman pisze, że ów serwient był opłacony przez muzułmanów z Al Mansury. To ciekawa koncepcja, ale zważywszy na to, że chodzi o templariusza możemy chyba w nią zwątpić i postawić inną. Marcel został, rzeczywiście opłacony, ale przez Wenecjan, którzy obawiali się, że po oddaniu Damietty muzułmanom, trzeba będzie od nowa renegocjować z Egipcjanami wszystkie umowy, a armia i król, ocaleni od zagłady, staną się wierzycielami Genueńczyków, którzy wzmocnią przez to bardzo swoją pozycję w międzynarodowym handlu.

To taka moja sugestia, być może niesłuszna. Kapitulacje była zaskoczeniem dla wszystkich, ale nie można było jej już powstrzymać. Żołnierze, którzy złożyli broń stali się natychmiast ofiarami mameluków, którzy zabijali ich, albo brali w niewolę. Zapanował nieludzki chaos, którego Ludwik nie był na szczęście świadom. Kiedy kapitulowała armia, muzułmanom udało się zatrzymać statki z rannymi płynące do Damietty. Wszyscy, którzy nie mogli poruszać się o własnych siłach zostali natychmiast zabici. To samo spotkało nieszczęśników znajdujących się w kolumnie jenieckiej. Wymordowano wszystkich chorych. Ci, którzy szli na własnych nogach musieli się dobrze pilnować, by nie okazywać zmęczenia i słabości, bo sułtan wydał rozkaz, by co wieczór ścinano trzystu najsłabszych żołnierzy.

Ludwik, który nie mógł chodzić i tracił przytomność, został zakuty w kajdany i przewieziony do Al Mansury. Żołnierzy zabijano również w Al Mansurze, albo sprzedawano ich w niewolę, wszystkich baronów zamknięto w jednym dużym domu i grożono im śmiercią, dopóki nie zaczęli negocjować wykupu z niewoli. Wielu giermków podawało się za swoich zmarłych panów, byle ocalić życie. Kiedy okazywało się, że nie mogą oni nawet w przybliżeniu określić kwoty, za którą mogliby się wykupić, mordowano ich bez litości. Król dostał osobną kwaterę, ale był tak słaby, że nie mógł w żaden sposób wpłynąć na los swoich ludzi.

Do niewoli dostał się również pan de Joinville, który opisał wypadki zaszłe pod Al Mansurą i Damiettą, płynął on na statkach wraz z rannymi. Próbował ocalić swoje życie mówiąc iż jest krewnym króla. Nie zrobiło to jednak na Mamelukach dużego wrażenia. Okazało się jednak, że wielu z nich doskonale orientuje się w europejskich koligacjach rodzinnych i wywiedziono na miejscu, że Joinville jest spokrewniony z cesarzem Fryderykiem II. To natychmiast odmieniło jego sytuację i stał się on jeńcem o wyjątkowym statusie.

CDN

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiety-ludwik-jacques-le-goff/

  17 komentarzy do “Ludwik Święty pod Damiettą”

  1. po tylu latach/wiekach istnienia zawodu handlarza/kupca  – Francuzi nie mieli swojej V kolumny w tych handlowych miejscowościach, które planowali  zdobyć i nie mieli rozpoznania podbijanej społeczności …

    kierowali się szlachetnością i etosem rycerskim ?

    no są granice, bo np. przeciwnik znał /na wyrywki?/ koligacje europejskie

    bez rozpoznania, albo z powierzchownym rozpoznaniem nie urządza się poważnej wojny

    chyba w podobie było z Warneńczykiem, tez ktoś czegoś nie rozpoznał przed wyruszeniem z wojskami

    no nie wiem, ale tekst smutny

    tu jest jakieś niedopatrzenie,

  2. Marcel przeżył ?

  3. Historia pełna jest takich niedopatrzeń

  4. Dzień dobry. Wniosek praktyczny, jaki można wyciągnąć z tej sytuacji w Egipcie jest taki, że szlachetni idealiści często przegrywają tu na ziemi, bo nie przychodzi im do głowy, że sama walka z otwartą przyłbicą to za mało. Żeby wygrać, trzeba dysponować agenturą…

  5. Etos rycerski najwyraźniej przeszkadzał etosowi kupieckiemu i nawzajem. Jedną z kluczowych instytucji tamtego regionu były zajazdy znane jako funduq/fundicum/fondaco czyli karawanseraje: noclegi, tawerny, rynki, hurtownie. miejsca poboru podatków i opłat celnych. Były ich setki. Pojawiły się też na południu Europy. Miasta kupieckie, takie jak Wenecja, nie były zachwycone wojnami ze swymi arabskimi partnerami handlowymi. Joinville wspomina, że spalenie Damietty w roku 1249 można by porównać do spalenia paryskiego Petit Pont.

  6. Po pojmaniu, po klęsce pod  Fariskur, Ludwik IX został wykupiony  z niewoli za 400 000 dinarów czyli 1700 kg złota, po dzisiejszym kursie 110 milionów dolarów ☺

  7. A przynajmniej postawić człowieka z kuszą na rzeką, po której pływają łódki z wiadomościami

  8. W tej skali dopiero widać czym była sakra królewska, prezydent nie ma do tego wstanu

  9. Nie były zachwycone, to jest gruby eufemizm

  10. no tak, dziedziczny władca, to był ktoś, nie musiał się obawiać serwera Domino, po prostu dziedziczył

    tak się zastanawiam nad tym serwerem Domino we Frankfurcie, nie śledziłam procedur wyboru cesarza rzymskiego narodu niemieckiego, nie przeczytałąm żadnek ksiazki na ten temat, wiem troche np że córka Sobieskiego też sięgnęła po ten zaszczytny tytuł jako żona niemieckiego księcia, ale śmiać mi się chce, że gdyby w tamtych czasach był taki serwer we frankfurcie, to od Hohenstaufów poczynając  –  różniście mogłyby się toczyć losy różnych państw.

  11. Dlaczego Joinville kojarzy Damiettę z paryskim Petit Point.

    Otóż wg książki, której okładkę zamieszczam w dodatkowej ilustracji, w roku 1200 Paryż miał tylko dwa mosty nad Sekwaną: wielki (Grand) i mały (Petit). Wzdłuż każdego z nich były kamienice z rzemiosłem. Na małym moście królowali aptekarze, którym z doków sprzedawano „korzenie”, przerabiane przez nich na leki. Miasto regulowało czystość składników i moc leków. Ten mały most często znosiły powodzie i pożary. Wikipedia wspomina, że jeden pożar spowodowała kobieta, która ze świecą poszukiwała topielca. O czym wiki chyba nie wspomina to fakt, że krewni topielców często puszczali świece na wodę, by odnaleźć ciała, gdyż wydostanie trupa z miejskiej kostnicy kosztowało wielkie pieniądze. Zamieszczam domyślne ilustracje średniowiecznego Petit Point, a o okładce książki, która dotyczy czasów 200 lat później,  napiszę przy innej okazji, bo wysłuchałem godzinnej pogadanki z rozbiorem tego obrazu.

  12. Było trochę prościej, ale nie mniej obłudnie, zważywszy na przysięgę jaką składali elektorzy. Za serwer robił Jakub Fugger, a za nim też stały worki złota.

  13. dzięki za ilustracje, zaimponował mi ten fondaco dei tedeschi – miejsce szkolenia młodego Fuggera  – imponująca kubatura

  14. ano, ano, jak miło,  osioł z workiem złota przejdzie każda bramę  i wszystko się przy wyborach kończyło wesołym oberkiem,

    jednakże – co do tego dzisiejszego wyborczego oberka  – to  jednak blamaż – frekwencja wyborcza w hrabstwach niektórych stanów USA, sięgająca  700%, prześcignęła i rodzime wynalazki znane jako – głos nieważny-

    nawet prześcignęła Stalina, bo on mówił o liczeniu głosów, a tu zastosowano jeszcze lepsze bo dorzucanie głosów

  15. A sądy mają zupełnie jak u nas, trzy małpki.

    U nas w Europie, to jedynie ten polityk ze Słowacji zachowuje się jak prawdziwy mąż stanu. Warknął ostatnio współczesnemu Fuggerowi, by się od Europy trzymał z daleka. Te wieczyste obligacje, genialne… i co za bezczelność.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.