Maj 212021
 

Jeden z rozdziałów II tomu Kredytu i wojny, rozpocząłem od zdiagnozowania sytuacji w jakiej znajdują się historycy. Otóż jest to sytuacja schizofreniczna. Nie dość, że nie mają dostępu do połowy istotnych informacji na temat badanych zjawisk, to jeszcze muszą je diagnozować. Kiedy zaś pojawi się jakaś istotna informacja, oni – sami z siebie, albo przez kogoś namówieni – lekceważą ją i pomijają. Jest to stan chroniczny i systematycznie utrwalany jakąś szklaną wodą wlewaną do głów.

Oto wczoraj dotarła do mnie książka, którą miałem wstawić do sklepu, nie zrobię tego jednak, albowiem przyjechał tu tylko jeden egzemplarz, a treści w niej zawarte są zbyt istotne dla realizacji różnych moich dalszych projektów. W książce jest artykuł Andrzeja Dziubińskiego, ważnego bardzo autora, którego prace koniecznie trzeba poznać, dotyczące próby nawiązania relacji dyplomatycznych pomiędzy Władysławem IV, a sułtanem Maroka w roku 1645. Przyznam, że mnie zatkało. Zacznę jednak nie od początku, ale od końca. Oto w zamykającym artykuł akapicie Andrzej Dziubiński pisze, że dokumenty dyplomatyczne nie były w Maroko archiwizowane do połowy XIX wieku. Pozwolę sobie teraz zrobić minę i zadać pytanie, jak tak dziennikarka ze starej reklamy, kiedy się dowiedziała, że istnieją mikrogranulki, ale ich nie widać – to skąd wiadomo, że istnieją – błysnęła inteligencją. I ja teraz zrobię to samo – to na jakiej podstawie Andrzej Dziubiński napisał swoją Historię Maroka? Trochę prowokuję, bo mam ją, ale nie przy sobie, mógłbym łatwo sprawdzić. No, ale skoro nie archiwizowano dokumentów, to ktoś je rozpraszał celowo, a może też i poprawiał. Ktoś je gubił, potem odnajdował, a historia Maroka była pisana przez ludzi, którzy mieli w jej pisaniu jakiś interes. Nie mogło być inaczej. Synteza, której dokonał Dziubiński, jest więc jakimś konglomeratem opinii spreparowanych, w których mało co jest prawdą. Pozostały bowiem po średniowiecznych i późniejszych czasach w Maroku, lekceważone przez historyków źródła narracyjne, tendencyjne, jak wszystkie gawędy, a dokumentów nie ma. A nawet jakby były, to co? Źródła dokumentalne są interpretowane przez tendencyjnych autorów. Nie kpijmy więc może tak otwarcie z Dziubińskiego.

No, ale wracajmy do porozumienia Władysława IV z sułtanem. Miało być ono wymierzone w Turków, albowiem król przygotowywał się do wojny z tym krajem. Była to pułapka, wymierzona w żywotne podstawy istnienia Rzeczpospolitej, o czym król nie wiedział, albowiem rozpoznawał tylko część potencjałów politycznych wokół siebie. I był przekonany, że tacy na przykład Francuzi, rzeczywiście chcą mu pomóc. Był też przekonany, że kozacy na pewno go poprą, a to był jego największy błąd. Fakt, że szukał sojuszników w Afryce Zachodniej, świadczy o tym, że miał jednak świadomość ogromu swojego zamierzenia. Dziubiński pisze, że projekt był przestrzelony, albowiem sułtan Maroka był już wtedy mocno ograniczony jako polityczna siła. Odebrano mu wpływy, w zasadzie kraj był podzielony na zbuntowane prowincje, a on sam siedział zamknięty w Marrakeszu i trząsł się ze strachu. No, ale król wysłał tam swojego człowieka i otrzymał od sułtana odpowiedź. Nie zachował się dokument po arabsku, ale jego włoski odpis, który znajduje się, a przynajmniej do niedawna znajdował się, w Archiwum Głównym Akt Dawnych. Ciekawe czy jest zdigitalizowany. Dziubiński podaje taki adres: Archiwum Koronne Warszawskie, Dz. tu, k. 75, t. 394.

Sugeruje też, i na tym się skupia, że dokument został przetłumaczony na włoski przez samego posłańca, który uczynił to albowiem chciał sobie dodać splendoru. Dlaczego? Otóż dlatego, że był Żydem, nazywał się Izaak Palache i pochodził z Maroka, ale został stamtąd wygnany i zajmował się interesami w Niderlandach, gdzie miał dobrą pozycję. Miał również braci – Mojżesza i Dawida, którzy krążyli po Europie z różnymi misjami. Dawid wdał się nawet w aferę, albowiem podrobił pismo sułtana tureckiego do króla Ludwika XIII i w piśmie tym nadał sobie wyższą godność niż zwyczajowo w korespondencji nadawana Żydom przez muzułmanów. Dziubiński sugeruje, że w przypadku Izaaka, miało miejsce to samo, zaś cała afera z sojuszem polsko-marokańskim służyła temu jedynie, by podnieść znaczenie rodziny Palache. I tu dochodzimy do wspomnianej na wstępie schizofrenii historyków. Nie wiemy jakim językiem, albo językami posługiwał się Izaak Palache, ale wiemy, że może przetłumaczył arabski dokument na język włoski. Po co? Po jaką cholerę tłumaczyć arabski dokument na włoski i przedstawiać go do wglądu królowi Polski, który mówi po polsku, łacinie, rusku i może po francusku (niech ktoś sprawdzi jakimi językami władał król Władysław)? Takie rzeczy czyni się po to, by przedstawić rzeczony dokument ludziom władającym włoskim, czyli na przykład agenturze weneckiej w Warszawie. Nie musiał tego dokumentu tłumaczyć sam Izaak, mogli go przetłumaczyć Wenecjanie, albowiem słuch po Izaaku ginie, gdzieś w okolicach roku 1646.

Rodzina Palache to nie jest jakaś tam rodzina i mam wrażenie, że ktoś już na SN kiedyś o nich pisał. To jest rodzina, którą w misjach dyplomatycznych do odległych krain wysyłają władcy najpotężniejszych królestw. Z Paryża to Stambułu jest tak samo daleko jak z Krakowa do Marrakeszu. No może trochę bliżej, ale to wiele nie zmienia.

Sugestia Dziubińskiego jest moim zdaniem głupia, a to z tego względu, że omija on łukiem informację najistotniejszą. Pisze, że w początku XVII wieku saharyjskie szlaki handlowe zostały wyjęte spod kontroli sułtana, a prowincje i złoto płynące z Sudanu zaczęli kontrolować jacyś watażkowie, bardzo ponoć groźni. Dwa akapity później pisze zaś, ze rodzina Palahe, czynna w Maroku od niepamiętnych czasów, musiała uciekać do Amsterdamu i tam się urządzać – jeden z nich założył pierwszą w Niderlandach synagogę, a stało się to w roku 1597. Dlaczego uciekali? Przed tymi watażkami może? A skąd, watażków to oni mogli wynajmować na pęczki. Uciekali, bo interesy w Maroku przejęli Anglicy. Łał! Może to jest ten słynny moment, kiedy Anglia powraca ma Morze Śródziemne? Gibraltar jest jeszcze hiszpański, ale Maroko już jest brytyjskie. Sułtan zamknął się w stolicy i szczęka zębami ze strachu, handel złotem kontrolują „watażkowie”, a uczciwi żydowscy kupcy muszą uciekać do dalekiego Amsterdamu. Tylko tam bowiem można znaleźć odpowiedni klimat i odpowiednich ludzi, którzy mogą tym Anglikom pokazać gdzie jest ich miejsce. To jest właściwe tło do omawiania misji Izaaka w Maroku, zleconej przez króla Polski, Władysława IV. Nie zaś rzekome fałszerstwa dokumentów czynione przez nieodpowiedzialnych rzekomo ludzi, którzy chcą podnieść swoje znaczenie w oczach wynajmujących ich władców. Jak wiemy, na Rzeczpospolitą spadły wkrótce takie klęski, o jakich się nikomu nie śniło. Jej los zaś zaczął przypominać los podzielonego przez watażków z południa, kontrolujących szlaki handlowe, sułtanatu Maroka. Nie lubię analogii, ale ta sytuacja jest jak najbardziej analogiczna. Mamy szlaki o kluczowym znaczeniu, mamy takich samych wąsatych watażków, tyle, że jedni chodzą w barwionych indygo, turbanach, a drudzy w czapkach z fantazyjnym piórkiem i mamy nowych inwestorów, którzy próbują wyprzeć z najważniejszego terenu tych poprzednich. Wszystko do wszystkiego pasuje, a jak ktoś nie wierzy, niech sobie znajdzie na allegro książkę „Bagno głębokie” Natana Hannowera i poczyta, bo u mnie w sklepie już jej nie ma.

  17 komentarzy do “Maroko a sprawa polska”

  1. wspaniałe powiązanie zdarzeń, no a historycy chyba mają za zadanie nie wyjaśniać a motać

    ludność żydowska z krajów Maghrebu kojarzy mi się  z opisem dziennikarza polskiego który na początku lat 70- opublikował książkę o młodym państwie Izrael i wspomniał tam o kłopotach tego państwa związanych z tym że dominująca fala emigracji która przybyła to byli żydzi z Maghrebu mówili po francusku i byli analfabetami, brakowało kadry urzędniczej i wtedy wg tego dziennikarza , w  latach 60 – tych miało miejsce spotkanie jakichś przedstawicieli Izraela i naszego państwa , na temat aby dostarczyć urzędników temu nowemu państwu i efektem był w Polsce marzec 1968.

  2. Generalnie cała historia Polski była pretekstem do tego, żeby podnieść znaczenie kilku rodzin żydowskich.

  3. pewnie tak, podnieść znaczenie rodzin, podnieść znaczenie państwa …

  4. Dlaczego w naszym języku rodzina jest „państwem”?

  5. Dzień dobry. Nie żebym się rozczarował, ale tak trochę czekałem, że pod koniec będzie coś o polskiej linii tej rodziny, mieszkającej gdzieś pod Berdyczowem… Skoro Anglicy wyparli ich z tego Maroka, Holandia pewnie była dobrym azylem, ale zapewne nie tak bezpiecznym i złotodajnym jak Rzeczpospolita. Jestem pewien, że u nas też byli i w niejednym maczali palce.

  6. Piękna historia, a jak obudowana

  7. Czekają na swojego odkrywcę, nie mogę robić wszystkiego

  8. W krajach gdzie dominuje łaciński archetyp państwa jako stanu stosunków prawnych w jurysdykcji, państwo to Stan. W krajach słowiańskich rządzi prawzór pradawny w którym państwo to jedno wielkie gosudarstwo należące do Władyki i jego wojów. Do tej tradycji nawiązuje też Dominium, dziedzina właściwA Panu na włościach.

  9. To, że dokumenty nie były poddawane archiwizacji, nie znaczy, że nie istniały, albo, że ich nie przechowywano. Archiwistyka to zarządzanie archiwaliami zgodne z przyjętą metodyką.

  10. Z książki o człowieku trzech światów dowiadujemy się, że rodzina Pallache służyła strategicznie własnym interesom, a taktycznie każdemu kto płacił, imając się dyplomacji, prowokacji, handlu, szpiegostwa i piractwa. W załączonych stronach z materiału źródłowego zwracam uwagę na motto: „Historii nie da się pisać z rękopisów„.

  11. A panowie od misji specjalnych i dyplomacji nie zajmowali się przypadkiem handlem bronią? I zgodnie ze zwyczajami przyjętymi w pewnych środowiskach  opylali ją obu walczącym stronom?

  12. Sieć kontaktów w imperium ottomańskim, na półwyspie Iberyjskim i w Europie Zachodniej dawała żydom marokańskim wielkie szanse biznesowe. Do Zjednoczonych Prowincji z Maroka sprowadzano złoto, miedź, gumę arabską, wosk, skóry, konie i cukier, a wysyłano cynę, wiosła i broń, taką jak miecze i kopie. Broń była potrzebna przeciw Hisszpanom, a ponieważ po śmierci starego sułtana w Maroku próbowali zdobyć władzę pretendenci, to odbiorców broni nie brakło. Dobrym biznesem był wykup jeńców z Maroka, ale ponieważ sułtani ich potrzebowali i dawali ochronę i luksusowe warunki, więc nie wszyscy chcieli wracać. Sułtan al-Mansur wybudował 18 rafinerii cukru, a każda zatrudniała 2 tysiące ludzi. Potrzebował fachowców. Isaac Pallache zebrał sporą sumę na wykup jeńców, ale gdy mu się nie powiodło, to wyruszył do Brazylii, skąd przywiózł różności, ale nie chciał oddać pieniędzy przeznaczonych na wykup i nie oddał towaru kompanii wschodnio-indyjskiej.

  13. tacy jakby -wybrani-  z tej europejskiej przeciętności

  14. A metoda taka prosta: na królika. Wszędzie rodzina i znajomi.

  15. Nasz śląski, piękny kodeks lubiński z 1353 r. z legendą o świętej Jadwidze z czasów bitwy pod Legnicą, wystawiony teraz w formie fotokopii na planszach na rynku w Legnicy, jak się okazuje – był lub nagle stał się, ale w jaki sposób? prawowitą własnością jakiegoś Żyda, który potem przehandlował go nafciarzowi ze Stanów. A my mówimy o zwrocie  żydom „mienia bezspadkowego”.

    Wiki podaje:
    Do czasów reformacji kodeks spoczywał w brzeskiej kolegiacie, po jej sekularyzacji trafił do biblioteki Gimnazjum Piastowskiego ufundowanego przez księcia Jerzego II w Brzegu. Pozostawał w niej do czasu emigracji do Polski wnuka Jerzego II księcia Jana Chrystiana brzeskiego, który dzieło oddał na przechowanie katolickiemu arystokracie Franciszkowi Gotfrydowi von Troilo z Lasocic koło Nysy. Gotfryd von Troilo, ze względu na działania wojny trzydziestoletniej, nie zatrzymał kodeksu na Śląsku lecz wysłał go do swych czeskich posiadłości.

    Zmieniając wielokrotnie właścicieli, kodeks pozostawał przez dłuższy okres w bibliotece klasztoru pijarów w czeskim Ostrovie, by ponownie trafić w ręce prywatne – tym razem do rodziny Gutmannów w Wiedniu. W 1938 roku skonfiskowany jako mienie żydowskie przetrwał w dobrym stanie II wojnę światową. Po wojnie został wystawiony na sprzedaż w jednym z niemieckich antykwariatów. W 1947 roku wrócił do rąk Gutmannów, mieszkających wówczas w Kanadzie. W 1964 roku na aukcji w Nowym Jorku kodeks został sprzedany do akwizgrańskiej kolekcji Ludwigów i znowu znalazł się w Europie. W 1983 roku, kolejny raz Legendę św. Jadwigi wystawiono na licytację. Rękopis kupił milioner ze Stanów Zjednoczonych Paul Getty, który swoją kolekcję wraz z rękopisem zapisał w testamencie narodowi amerykańskiemu. Obecnie Kodeks lubiński znajduje się w kalifornijskim The J. Paul Getty Museum w Malibu.
    Po co jankesom nasz Kodeks???

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.