Wrz 152020
 

Tak zwane wywołanie ducha Barbary Radziwiłłówny nastąpiło, jak twierdzi Roman Bugaj, autor książki Nauki tajemne w dawnej Polsce, w roku 1569. Główną bohaterką tej inscenizacji, nie była bynajmniej królowa Barbara, ani nawet Zygmunt August. Była nią inna Barbara, de domo Giese, córka kupca warszawskiego pochodzącego z Frankonii. Literatura wspomina ją jako Barbarę Giżankę. Opisy tego wydarzenia są tyleż ułomne co komiczne. Wszyscy zgadzają się co do tego, że król został oszukany, ale nikt nie dopatruje się innych niż merkantylne motywów oszustwa. Oto dworzanie, ludzie z istoty zepsuci i zmanierowani, widząc słabość swojego pana, drwią zeń podsuwając mu fałszywą małżonkę, a następnie ujawniają oszustwo i instalują ową flamę przy królewskim boku, po to, by czerpać korzyści z całej sytuacji i wymuszać na królu różne aktywa. Od pieniędzy poczynając, na ziemi kończąc. Ci dworzanie, to bracia Mikołaj i Jerzy Mniszchowie. Jeden z nich, ten drugi, był królewskim pokojowcem, a pierwszy znał wcześniej Giżankę, uznał, że jest ona kropka w kropkę podobna do zmarłej królowej i, jak mawia brzydko margines społeczny, przeleciał ją, kiedy była w klasztorze, a następnie wraz z bratem podsunęli ten zatruty owoc królowi. Zygmunt musiał być stale pod wpływem narkotyków, nie można bowiem inaczej wytłumaczyć jego zachowania, degrengolady i słabości w ostatnich latach życia. Miał przecież tych lat ledwie pięćdziesiąt. Sama melancholia po stracie żony nie mogła go doprowadzić do takiego upodlenia, tym mniej jest to prawdopodobne, że nie stronił od towarzystwa kobiet i miał liczne kochanki. No, ale wśród nich najważniejsza była Giżanka.

Skoro mamy dworzan, z których jeden był później reżyserem przedstawienia zatytułowanego Dymitriada, trudno nie sięgnąć po dzieło Łukasza Górnickiego Dworzanin polski, opisywane przeze mnie w II i III tomie Baśni polskich. Górnicki był, że się tak brzydko wyrażę, wyinterpretowany na wszystkie możliwe sposoby. Nie próbowano jednak nigdy wyjaśnić zagadek tkwiących w jego dziele dosłownie. To znaczy, tak, byśmy wiedzieli kogo mamy przed sobą. A mamy dworzan królewskich, tę bandę degeneratów, oźralców, opilców i innych zboczeńców, a także dworzan biskupa Samuela Maciejowskiego, którzy są może trochę bardziej od tamtych zmitygowani, ale też lubią się zabawić. Wśród nich nie ma ani jednej kobiety, co zapewne nie jest bez znaczenia. Wśród dworzan znajduje się teść Jana Kochanowskiego, imć Podlodowski. Roman Bugaj w swojej pracy Nauki tajemne w dawnej Polsce, przywołuje anegdotę, którą jeden z dworzan usiłuje zabawić towarzystwo. Oto wśród ludzi królewskich był ktoś, kto szalenie interesował się magią i zjawiskami nadprzyrodzonymi. Jego kamrat postanowił rozerwać się kosztem tych obsesji i namówił babę sprzedającą iłżeckie garnce pod Wawelem, by na dany z okna znak, chwyciła kij i całe to gliniane dobro potłukła. Została za to sowicie wynagrodzona. Kiedy w korytarzach zamkowych żartowniś spotkał mitomana, rzekł, że pokaże mu coś ciekawego, coś, czego nie powstydziłby się sam Twardowski. Po czym ustawił go przy oknie i dał chustką babie znak, a ta potłukła garnki. Wrażenie było wielkie. Potem zaś, żartowniś opowiedział wszystko królowi i miłośnik czarnej magii został wyszydzony. Anegdota ta, jest często powtarzana bezmyślnie, bez zrozumienia, w sposób wręcz idiotyczny. Bugaj zaś, do którego można mieć wiele zastrzeżeń, twierdzi, że jest to pierwsza w ogóle wzmianka o Twardowskim, mistrzu czarnej magii. Pisze także, powołując się na teksty i wzmianki późniejsze, oraz na informację samego Górnickiego, który wskazuje, że często prawdziwe nazwisko ukrywać się może pod spolszczoną jego wersją, że Twarowski to w istocie Duran, niemiecki czarnoksiężnik z Norymbergi, wynajęty przez Mniszchów. Ów Duran – durus to po łacinie twardy – był obok warszawskiego Żyda Idziego, głównym mistrzem ceremonii wywoływania ducha królowej Barbary.

Mamy więc takie oto, pomijane przeważnie lub lekceważone szczegóły: nowa kochanka króla jest córką kupca pochodzącego z Frankonii, a człowiek, który realizuje przedstawienie z nią właśnie w roli głównej, przyjechał do Krakowa z Norymbergi, zwiedzając wcześniej różne dalekie kraje. Można więc rzec, że Giżanka i Duran-Twardowski są krajanami. Jeśli oczywiście uwierzymy Bugajowi, czego wcale czynić nie trzeba. Można bowiem uważać, że Twardowski był szlachcicem, co się układał z diabłami, a potem poleciał na księżyc, na kogucie, w jednym kapciu, w drugim bucie. Z Frankonii zaś pochodzili synowie starego margrabiego Fryderyka i wnuki Kazimierza Jagiellończyka, Albrecht, Georg i Kazimierz Hohenzollernowie, dobrze nam przecież znani.

Zygmunt August także poszukiwał różnych alternatywnych rozwiązań swojej niewesołej i kłopotliwej sytuacji, a w tym celu posyłał po magów rezydujących na dworze Jana Hohenzollerna, ich kuzyna, w Berlinie. Oczywiście pomoc takową otrzymał.

Jak pamiętamy siedliskiem wiedzy tajemnej i nauk okultystycznych była Wittenberga. Tam zaś studiował człowiek, którego Roman Bugaj i inni wymienieni przezeń autorzy łączą z czarnoksiężnikiem Duranem, nazwanym przez Górnickiego Twardowskim – późniejszy biskup krakowski Franciszek Krasiński. To jest postać ze wszech miar warta uwagi, a to z tego względu, że jako jedyny hierarcha katolicki podpisał on akt konfederacji warszawskiej. Akt ten został sprokurowany i był pilotowany przez wojewodę krakowskiego Jana Firleja, nad którego życiem rozpływają się wszyscy postępowi i nowocześni autorzy. Jan Firlej bowiem był podporą frakcji protestanckiej w Polsce, humanistą, myślicielem, literaturoznawcą i organizatorem produkcji w swoich dobrach. Jego bratu zaś, Jan Kochanowski pożyczył kiedyś, wzięte nie wiadomo skąd 14 600 florenów. To jest taka proporcja, jakbym ja pożyczał dwa miliony panu Krauze na rozkręcenie nowego interesu, bo jak raz mu zabrakło, a nikogo innego nie ma w pobliżu. Taki deal oznacza, że albo ja nie jestem tym za kogo się podaję, albo Krauze.

Franciszek Krasiński studiował w Wittenberdze u samego Melanchtona, a towarzyszył mu tam stale Duran Twardowski. Krasiński studiował też w Zgorzelcu, ale w końcu jego wuj, biskup gnieźnieński, który zapewne szykował bratanka do kariery duchownej z myślą o prymasostwie, kazał mu opuścić protestancką uczelnię i jechać do Bolonii. Duran pojechał wraz z nim. Nie było łatwo zostać biskupem krakowskim, ale Krasińskiemu udało się to nadzwyczaj łatwo. Zborowscy, którzy stanowili w gangu kalwińskim nad Wisłą przeciwwagę dla Firlejów, nazywali go z tego powodu złośliwie księdzem Giese, albowiem swoje awanse zawdzięczał on pochodzącej z Frankonii Giżance. Nie inaczej było z intelektualną ozdobą protestanckiego firmamentu w Polsce, Janem Firlejem. On także został wojewodą krakowskim dzięki Giżance. Tak naprawdę, nie dzięki niej, ale dzięki Duranowi i innym agentom rodziny Hohenzollern czynnym w Polsce, tym z Berlina i tym z Frankonii. Giżanka była tylko figurantką, która swoim biustem i pośladkami zasłaniała istotne mechanizmy rządzące dworem krakowskim.

Sprawy się skomplikowały w roku 1568, albowiem umarł człowiek, który szykował się do objęcia tronu w Krakowie po śmierci Zygmunta Augusta – książę Albrecht z Prus. Rok później stany wymusiły wreszcie unię z Litwą i trzeba było działać, żeby nie stracić wpływów w Polsce. Na szczęście na Litwie i w Małopolsce rozrosły się już poważnie klany protestanckie, gwarantujące, że w kraju spokoju nie będzie. Pomysł, by umieścić przy królu Giżankę był znakomity, albowiem Zygmunt August rzeczywiście co jakiś czas wspominał swoją zmarłą żonę. Czy miał na jej punkcie prawdziwą obsesję, czy też została ona wymyślona przez literatów, nie będziemy tego dziś dociekać. Giżanka zadbała o to, by ukryci agenci protestanccy, pilnowani przez Durana- Twardowskiego – Franciszek Krasiński i Jan Firlej, dostali odpowiednio eksponowane stanowiska, co dawało im z miejsca przewagę nad możnowładcami katolickimi i ich kolegami z bandy, mającymi stosunki u dworu w Wiedniu, czyli Zborowskimi. Jeden miał zostać prymasem, to znaczy sprawować władzę w razie bezkrólewia, a drugi miał zarządzać stołecznym województwem i samym miastem. To wystarczy, by postawić kraj w stan rzeczywistej okupacji. No, ale prymasem był ciągle Uchański i kiedy król umarł, zbuntował on Wielkopolskę i stwierdził, że jakiekolwiek ustalenia poczynione po śmierci króla przez Firleja, są nieważne. Jan Firlej zaś ogłosił się interrexem. To ciekawe, bo powołał się przy tym, na bardzo wątpliwe prawo zwyczajowe, które kwestionowano wokoło, a czynili to nawet Zborowscy. Ktoś im jednak w końcu wyjaśnił, żeby się zamknęli i powstała ta cała konfederacja, pod którą podpisał się jeden jedyny biskup – Franciszek Krasiński. Postrzegam w tej konfederacji zalążek tylekroć opisywanego warcholstwa szlacheckiego, albowiem zmieniła ona – będąc w istocie nieważną – relacje pomiędzy panującym a poddanymi. Podzieliła tych poddanych na lepszych i gorszych. Tyl lepszym – protestantom, król musiał składać jakieś dodatkowe obietnice i gwarancje. Czego nie musiał czynić w przypadku katolików. To właśnie akt konfederacji warszawskiej wzbogacił pacta conventa przedstawione Henrykowi de Valois, z czego powstała anegdota o tym, jak to Zborowski zmusił Walezjusza do zaprzysiężenia wolności wyznania kalwinom i luteranom. Było to wymuszenie dokonane dla dobra agentury, a nie pro publico bono, czego uporczywie nikt nie stara się zrozumieć. Stanowiska otrzymane w wyniku działań królewskiej flamy doprowadziły do zaprzysiężenia aktu wrogiego królestwu, aktu, który położył się cieniem na stosunkach pomiędzy panującym, dworem, a narodem szlacheckim.

Ciekawe jest to, że Henryk, któremu niemiecka i angielska propaganda dorobiły gębę rzeźnika hugonotów, choć przecież to on i jego bracia ocalili króla Nawarry, późniejszego króla Francji Henryka IV, był kandydatem kompromisowym. To znaczy jego kandydaturę poparł prymas Uchański, a Firleje i Zborowscy ją zaakceptowali. Nie dało się widocznie inaczej, choć chętnych na tron było więcej. Irena Rolska w książce Firlejowie Leopardzi twierdzi, że Jan Firlej sam szykował się do włożenia korony na skronie, a miał przy tym poparcie sułtana. To ciekawe, bo sułtan poparł też kandydaturę francuską na polski tron, a dla wszystkich było jasne, że żaden z Firlejów nie zostanie królem, bo nie zgodzą się na to Zborowscy. Tak więc nie chodziło o całość państwa przy wysuwaniu kandydatur do korony, ale o całość stronnictwa protestanckiego, które w każdej chwili mogło się rozpaść, a było przecież zbyt ważne dla książąt niemieckich, cesarza i Turków.

Firlej wysunął także kandydaturę króla szwedzkiego Jana III lub chciał widzieć na tronie jego syna. Na takie kombinacje było jednak za wcześnie.

Wygląda więc na to, że o obsadzie tronu w Polsce, w czasie pierwszego bezkrólewia zadecydowali Turcy, którzy uratowali interesy dworów protestanckich osadzając na tronie Henryka de Valois. Ten jednak nie wytrzymał presji, co opisywane jest jako niemożliwy do załagodzenia konflikt obyczajów zachodnich i polskich. To są oczywiście brednie, nie takie konflikty łagodzono. De Valois uciekł, albowiem obawiał się, że stanie się zakładnikiem frakcji protestanckiej, której zaprzysiągł specjalne pacta conventa, a oni go zamordują, jeśli zerknie choćby ukradkiem w kierunku Gniezna, gdzie rezydował prymas. Kiedy więc pod Zatorem czy Oświęcimiem, Zborowski wołał coś do niego zza rzeki, mógł jedynie, świadom sytuacji, żgnąć konia ostrogami i przyspieszyć galop. Musiało być naprawdę źle, skoro król zdecydował się na ucieczkę, co zostało od razu opisane z właściwymi akcentami przez Jana Kochanowskiego.

Od jego ucieczki można datować stopniowy wzrost wpływów Zborowskich w Polsce. Firlejowie słabną powoli, albowiem człowiek, którego chcieli wylansować na króla – Albrecht Hohenzollern, nie żył od roku 1568, a nikt inny na to stanowisko nie pasował, syn Albrechta był wariatem. Kandydatura Jana Firleja nie wchodziła w grę, a królewicz szwedzki był jeszcze dzieckiem. Na kandydaturę Iwana IV bądź jego syna, nie było zgody stanów, choć szlachta wolałaby chyba cara, niż któregoś z arcyksiążąt.

Pora ujawnić kto, prócz Durana Twardowskiego, który w czasie wywoływania ducha królowej Barbary, pilnował interesów rodziny Hohenzollern, asystował przy tym arcyważnym wydarzeniu, strzegąc interesów dworu tureckiego. Wychodzi na to, że był to Żyd Idzi.

Na dziś to tyle, reszta szczegółów w książkach.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/firlejowie-leopardzi/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-tom-iii-wielki-powrot/

  30 komentarzy do “Mistrz Twardowski czyli mnóstwo drobnych szczegółów”

  1. Gdzie diabeł nie może tam babę pośle ☺

  2. Naprawdę niezłe

  3. …  swoim biustem i pośladkami zasłaniała istotne mechanizmy rządzące, przy tym stwierdzeniu brzytwa okhama  jest folijką od czekolady

  4. Bardzo przepraszam, ale to nie ja nazwałem biskupa krakowskiego księdzem Giese, jakaś przyczyna tego być musiała

  5. Świetna synteza !

    Ale jak wygląda Michał Radoryski?

  6. Mam to zwierciadło Twardowskiego. Zjawy wywołuję na poczekaniu.

  7. Czy Frédéric Chopin opowiadał George Sand teksty z Ballad i Romansów?

    Otóż George Sand miała wielką i piękną przyjaciółkę Paulinę Garcia. Była śpiewaczką operową, a na wieczorach muzycznych bywali u niej Rubinstein, Schumann, Chopin, Brahms i inni. Z Szopenem grywała na cztery ręce. Śpiewała m.in. specjalnie zaaranżowane dla niej 12 Mazurków. W Nohant spędziła wiele czasu z Sand i Szopenem. Wyszła za mąż za dyrektora teatru i krytyka sztuki Louisa Viardot. Ten pojechał za nią do Petersburga, gdy otrzymała tam kilkuletni kontrakt operowy. Zakochał się w nich Turgieniew. Ale wracajmy do Ballad i Romansów. Otóż w roku 1845 Louis napisał opowiadanie Polowanie w Rosji, gdzie dokładnie przytacza opowieść o Panu Twardowskim, jaką usłyszał w saniach od pewnego Polaka. Opowiadanie to ma spore powodzenie i już w roku 1853 ukazuje się w prasie amerykańskiej w języku francuskim, a w latach 1872 i 1885 w tłumaczeniu angielskim. Opowiadanie ma dwa zakończenia. Jedno z mickiewiczowskim szantażem diabła/Czerneboga żoną, a drugie z księżycem. Ciekawe, że bezbożnik Viardot nie waha się w tej drugiej wersji przytoczyć słów, które uratowały Twardowskiego przed piekłem: Ave Maria Purissima.

  8. „Miłość, jak kabała, ma również swoją czarodziejską stronę”.

    Wygląda na to, że polski król padł ofiarą niezbyt wybrednej intrygi w stylu historii Lopeza Soareza z „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, opowiedzianej przez dowódcę cyganów, który wypowiada powyższą sentencję.

    Żmudna praca historyka i czasochłonna kwerenda w archiwach daje tylko taki rezultat, że jakaś Gizela Gryzelda Ranowalona odgrywająca rolę księżniczki trzęsła królestwem, nadal główne sprężyny i zleceniodawcy pozostają w ukryciu, tymczasem mogę wskazać palcem, gdzie takie „księżniczki urzędują”. Każdy Gastarbeiter, który przybywa na dworzec główny do Norymbergi i skieruje się do głównej bramy miejskiej, a następnie skręci w lewo, spotka ich mnóstwo przy Frauentormauer, reklamujących swoje wdzięki w witrynach średniowiecznych domków przytulonych do miejskiego muru. Burgrabiowie Norymbergi mogli udawać, że ich nie widzą, domki te znajdują się po przeciwnej stronie, niż zamek cesarski.

    W każdym razie żaden szlachetny człowiek nie mieszka na stałe w dużym mieście, gdzie najłatwiej jest zwerbować komandosów, nożowników, awanturników wszelkiej maści, a jest to pokazane dokładnie na tym filmie

    Od 1:49:40

     

    https://m.cda.pl/video/2802880a2

     

    Franciszek Krasiński mógł się uczyć w gimnazjum w Görlitz, stosującym zasady Melanchtona, w czasach gdy jego rektorem był pewien wrocławianin, narzekający na niski poziom umysłowy mieszkańców Zgorzelca, którzy dorobili się na prawie składu urzetu barwierskiego i handlu tkaninami, mimo, że około 1500 roku Zgorzelec liczył 10.000 mieszkańców, a Wittenberga w tym czasie miała ich tylko 2.000. Dzisiaj w Görlitz jeżdżą tramwaje, a Wittenberga liczy połowę liczby mieszkańców polskiej i niemieckiej części Zgorzelca łącznie.

    Podobnie 40-tysięczny Ansbach jest dzisiaj stolicą środkowej Frankonii, a nie półmilionowa Norymberga, ale właśnie w Ansbach możemy oglądać na portretach ponure oblicza krewnych naszych władców (jeżeli ktoś jest z zaboru pruskiego).

    Legalne burdele w Norymberdze dostały w kość z powodu pandemii, a tu można przeczytać o szczegółach dotyczących tego fachu:

     

    https://www.nordbayern.de/2.209/2.192/rotlicht-atmosphare-in-der-elisenstrasse-1.1582554

     

    https://www.radio8.de/nuernberg-lichter-aus-im-rotlicht-viertel-127211/

     

    Zresztą może lepiej jest opisywać te sprawy z daleka, niż narażać się na to, że ciekawskiego ktoś źgnie nożem w ciemnej uliczce jakiejś zapadłej dziury na zgniłym Zachodzie.

  9. A potem pojawił się Jan Zamojski z niejakim Batorym ( z ciemnogrodu) i zrobili porządek.

  10. „Rękopis …”, którego tak uczciwie w całości nigdy nie obejrzałem, zawsze po kawałku, z przerwami na przerwy, z całą pewnością w pewnych szczegółach zainspirował twórców „Dobrego, złego i brzydkiego”. Mowa o scenie gdy uwielbiający pojedynki szlachcic, ojciec ojca Maćka Cybulskiego, który wielokrotnie cyklinował mi różne podłogi i uczyłem go z dobrego serca techniki olejowania, wracając z przegranego pojedynku, po fetnym nabiciu na szpadę i będąc wystawionym na wspaniałe promienie iberyjskiego słońca w krakowskiej Jurze, zwrócił się z uprzejmą prośbą o wymianę łyka wody za duży majątek. Identyczna scena odbyła się z udziale Billa Carsona i Eastwooda przy zbłąkanym dyliżansie na pustyni.

    Wreszcie druga scena, fantastycznie zagrana przez Pyrkosza-płatnego zabójcę, gdy mimo próby przekupstwa przez ofiarę, czyli sierżanta Czernousowa w szlafmycy, pobiera dodatkową zapłatę, ale z wcześniej podjętego zobowiązania z lubością się wywiązuje.

    W „Dobrym…” gra nie tak dobry jak Pyrkosz Lee van Cleef, ale jest szlafmyca i chytry safanduła, który jednak przechytrzony ginie pod humanitarnie przyłożonej mu do głowy wyciszającej strzały Remingtona i osłaniającej mordercę w ekstazie przed zakrwawieniem.

    Tak „Rękopis…” jest filmem światowym i genialnym. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ogromny wkład w scenografię i rekwizyty włożył dobrze znany mi w dzieciństwie człowiek, którego historia jest nie mniej ciekawa i wielowarstwowa co te opowiedziane w filmie, a na której poznał się Krzysztof Szwagrzyk poświęcając jemu i jego bratu spore opracowanie…

    Ci do miast, uświadomił mi pewien historyk, że były one siedliskiem brudu, chorób, bałaganu wszelkiego rodzaju typowego dla podlejszych zawodów i niższych stanie. Dwory przy miastach były oazami kultury, czystości, uporządkowania. Nic więc dziwnego, że k…y w oknach w Norymberdze pasują jak ulał do krajobrazu i nie ma znaczenia jak daleko są te uliczki od ratusza …

  11. Zygmunt i Barbara

    2:08:45

     

    i werbowanie agentów

    2:31:15

     

    https://m.cda.pl/video/2802880a2

  12. Uwaga! Zastrzegam prawa autorskie do odkrycia nieznanego dotąd w Polsce Viardota, ale badaczom/studentom udostępnię na życzenie jego teksty angielskie i francuskie o Twardowskim, jeśli zwrócą się przez Coryllusa (o ile nie zaprotestuje).

    Raczej trudno dostrzec na księżycu Pana Twardowskiego, ale Oscar dla Czarodziejskiej Polski jest w naszym zasięgu. Zygmunt , Barbara, Twardowski i zwierciadło, Mickiewicz, Viardot, Paulina, Szopen i muzyka jej salonu z tuzinem tuzów, opera w Petersburgu i sanie. Aktorzy z rolami życia. Polecam Polskiej Fundacji Narodowej. Scenariusz – polecam Coryllusowi. Problem z LGBT i ciemnoskórymi w Oscarach łatwo rozwiązać dając na stronę tytułową piosenkę Edwarda Fettinga, a potem wrzucając niedopowiedzenia w sprawie George Sand i jej towarzystwa oraz przebitki na Czajkowskiego i Puszkina.

    PS. Moja ilustracja zwierciadła, o którą zamieściłem w pierwszym komentarzu, to jest moje dzisiejsze prawdziwe zdjęcie (nie Photoshop) bez inscenizacji ale z odrobiną szczęścia (przypadkowy witraż w kadrze). Tak mogły wyglądać seanse ze zjawami u Zygmunta.

  13. Podaję przykłady, że małe miasta mogą mieć uniwersytety i rezydencje, jednym słowem wysoką kulturę i na tym tle jak wygląda Rafał Trzaskowski, który o pierwszej w nocy, w rozchełstanej koszuli i być może po kielichu podbija do DJ-a i mówi: jestem z tego miasta.

    Po prostu dramat.

    O ile Jura Krakowsko – Częstochowska może być nieco myląca, to aranżacja ogrodów Buen Retiro jest całkiem w porządku, a Madryt ma kilka dobrych dzielnic na tyle dużych, żeby się odizolować od tych złych dzielnic.

    W „07 zgłoś się” pani prowokatorka milicyjna zapytana o wiek mówi do Leona Niemczyka, który grał bodajże zboczeńca, mordercę kobiet: jestem na tyle młoda, żebyś czuł się świetnie i na tyle dojrzała, żebyś się nie krępował.

    Otóż, ja bym powiedział, że Madryt jest na tyle elegancki, że cygara smakują tam świetnie (np. w Buen Retiro) i na tyle bałaganiarski, że nie krępujesz się, gdy spadnie popiół.

  14. Sławik Kraszennikow ostrzegał, żeby się nie wpatrywać w Księżyc, ponieważ jest to miejsce pobytu ogromnej ilości demonów i mogą one wytwarzać efekty wizualne, żeby zafascynować i przerazić obserwatorów.

  15. Tak było w Harendzie w Warszawie, kopii pubu Watson z Paryża, na tyle eleganckiej, że przyciągała snobistyczne towarzystwo i na tyle luźnej, że popiół strząsało się na podłogę.
    A co z petami? O, pety dostawały najbardziej! Na glebę i z buta!

  16. Rafalala się rozhuśtał i podstawił sobie nogę, to fakt, może gdyby usiadł w szklarni w Harendzie przy-trułby się dymem i nie chciałoby mu się dygać na parkiecie.

    Trzeba jednak przyznać, że terror DJejów jest trudny do wytrzymania, dlatego kiedyś w moim ulubionym lokalu trzymałem swoje własne płyty i miałem prawo puszczania ich do woli. Tam gdzie leciała rąbanka mnie nie było.

    Poza tym miał prawo chcieć poczuć się Al Capone, też jest z niezłej bandy.

  17. Wierzby też są niebezpieczne. Patrz Goethe. Najlepiej nosić mocno przyciemnione okulary a wtedy niewiele się widzi.

  18. Ilość złota w 14tys florenów wg obecnych cen jest warta ponad 20 000 000. Poza tym zgoda.

  19. I aparacik do resetowania aplikacji w zwojach mózgowych 🙂

  20. Całe Niemcy śmieją się z tego, że Norymberga jest największym ich miastem, które nie ma uniwersytetu.

  21. Ale jakoś sobie radzą bez tego uniwersytetu, prawda?

  22. Ten współtwórca scenografii w „Rękopisie…” pochodził z rodu, który przybył do Polski z królową Boną i odznaczył się wybitnie w historii Polski. Dwory zawsze miały znaczenie, dobór dworskiej kadry nie mógł być przypadkowy, determinował potem atmosferę i dynamikę władzy. Złożoność dworskiej polityki, uwikłania w intrygi, mądre i głupie, zawsze tworzą pokusę dla władcy przejścia do władzy absolutnej, bezwarunkowej, opartej na mniejszej lub większej dyscyplinie przechodzącej w różne skale od surowości do terroru. No i inaczej się po prostu nie da, żeby likwidować cienie podejrzeń, zmieniać stwierdzone i udowodnione fakty, budować własną przestrzeń opartą na własnych wektorach i doprowadzać swoje plany do celu. Problem, że silna władza, wolna od knowań np. protestantów, będzie jak wieża z książek, która zawsze, w końcu, obciążona słabościami, musi się przechylić i upaść, po to, by cykl zaczął się od początku. Ot, fizyka układów złożonych.

    I dalej – koncepty układów historycznych, odpowiednio przez czas i zręcznych manipulatorów zatarte, miały niewątpliwy wpływ na dzieje naszej państwowej przestrzeni. Ich rozpoznawanie jest po ludzku ciekawe i pragmatycznie ważne dla odniesień do teraźniejszości. Teraźniejszości, która jest tak bliska, a tak mglista, tak niebezpiecznie ukrywana przed nami ….

  23. Witold Pyrkosz jako płatny zabójca – genialny. Należy się Oskar za rolę dziesięcioplanową, bo tyle przynajmniej należałoby tu uwzględnić.

    Otóż, Rafał Trzaskowski został zredukowany do miejskiego pachołka i jest to przykre, ale nie możemy być naiwni.

    Cała zaś pajęczyna ważnych powiązań jest dla nas niewidoczna.

  24. Polecam gorąco samemu się przekonać.

  25. https://www.facebook.com/1508002022797871/posts/2662883270643068/?extid=iRJepo9LwXnWR7O6&d=n

    Link do zdjęcia ze scenografią do „Sanatorium pod klepsydrą”, wybudowaną na Skałkach Twardowskiego w Krakowie, miejscu wybuchu laboratorium czarnoksiężnika….

    Ten sam reżyser i scenograf co w „Rękopisie…” + opary po wybuchu tajemnych substancji w powietrzu, na ziemi i skałach….

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)