Wrz 062019
 

Dziś z rana przywitała mnie informacja, że w Gdyni wręczają jakieś nagrody literackie i to jest sam smak, creme de la creme, a wszyscy na wieści z tej literackiej Gdyni czekają jak na szpilkach. Informacja jest stara i podał ją Onet, a chodzi o to z grubsza, by wydawnictwa Czarne, WAB i Ha! Art mogły podzielić się naszymi pieniędzmi. Pretekstu do tej jumy dostarczają autorzy i tłumacze. Ja wiem, że już o tym pisałem sto razy i że nie da się z tym nic zrobić, ale piszę raz jeszcze bo to co dzieje się wokół filmu „Malowany ptak” i wokół filmu Vegi daje jakąś nadzieję na normalność, to znaczy daje nadzieje, że te beznadziejnie prowincjonalne, w wymiarze emocjonalnym, wydawnictwa albo znikną albo się opamiętają. Stasiuk zaś przestanie zwyczajnie pieprzyć te swoje dyrdymały. Jak to widzieliśmy wczoraj w niektórych komentarzach, towarzystwo rąbie liny łączące je z reżyserem Vegą, a najbardziej energicznie macha toporem Tomasz Raczek, który zrobił wszystko, żeby nie kojarzono go z tym, pardon, syfem. Dobrze bowiem Tomasz Raczek wie, w filmie nie da się pewnych rzeczy obronić. To znaczy konwencja jest sztywna i przekroczenie jej zasad to po prostu pastisz, na który widzowie nie są przygotowani, a jeśli nie pastisz to katastrofa. Stąd właśnie wniosek, że nie ma innego kina niż gatunkowe. Jeśli do tego ktoś próbuje łączyć kino z polityką, nie rozumiejąc polityki i aktualnych trendów, ten nie zasługuje na nic, a najmniej na to, by podawać mu rękę. W filmie nie można sobie pozwolić na obronę instalacji gdzie widać jak baba je banana i w żywe oczy wmawiać, że to jest wybitne dzieło. Mankamenty filmu widać od razu i one silnie oddziałują na emocje. Kino zaś jest rozrywką dla mas, a wpływanie na emocje mas przed ważnymi wyborami musi mieć swoje konsekwencje. One nie zostaną ujawnione wcześniej niż w dniu wyborów i do tego czasu ten dureń reżyser może jeszcze mieć jakieś złudzenia. Potem już nie. Złudzeń jednak nie mają krytycy tacy jak Raczek i politycy tacy jak Celiński, którzy odcinają się od Vegi widząc, że ten jego obraz kręcony „na zamówienie społeczne”, zbadane przez poważną sondażownię, doprowadzić może ich formację do klęski gorszej niż forsowanie Berezyny zimą. Są jednak jeszcze tacy, którzy się łudzą. Ich los powinien być nam obojętny.

Vega od samego początku ustawił się w takim segmencie, który wymusza na nim pewne zachowania i pewne decyzje, w wielu przypadkach nieodwracalne. Nie można sobie usunąć z boku obscenicznego tatuażu, on już z nim zostanie do śmierci. Nie można zrezygnować z uprawianej konwencji, nawet jeśli ona się zgrała, bo próba kreowania czegoś innego, zostanie oceniona przez widzów jako niewiarygodna. Nie można wreszcie wiecznie kręcić filmów na podstawie tych samych scenariuszy z lekko tylko zmienionymi realiami.

Mam wrażenie, że idzie ku jakiemuś przełomowi. To nie znaczy, że będzie lepiej, ale na pewno będzie inaczej. Jak ktoś słusznie wczoraj zauważył, Raczek i gazownia przynajmniej potrafią się odciąć od nędzy i ją skrytykować. Tak zwani „nasi” będą bronić nędzy do krwi ostatniej, bo to „nasza” to znaczy ich nędza. I nie można im wytłumaczyć, że ten sposób prowadzenia spraw to droga do katastrofy. Oni bowiem są u progu sukcesu, który tylko w niewielkim stopniu zawdzięczają sobie, w sercu jednak hołubią przekonanie całkiem inne. Na ekrany za chwilę wejdzie film „Piłsudski”, a już tam jest film „Malowany ptak”. Z tm Piłsudskim jest kupa śmiechu, bo kraj jest oblepiony plakatami, na których widać krasnala Hałabałę przebranego w dziwny mundur, nad którym ktoś – nie wiedzieć z jakiej przyczyny – umieścił napis „Piłsudski”. Całość ma robić wrażenie podniosłe. Mam nadzieję, że klapa tego filmu przywróci do przytomności wszystkich sponsorów i kolegów Szyca, z Lejbem Fogelmanem na czele. Ponoć „Malowany ptak” już robi plajtę, bo widzowie oglądający to w Wenecji zaczęli wychodzić z kina. Dlaczego? Otóż dlatego, że w kręgach ludzi wtajemniczonych, nawet jeśli wziąć pod uwagę spory odsetek żydów, którzy do tych kręgów należą, Jerzy Kosiński był, jest i pozostanie, zwyczajnie trefny. Tej zależności i rządzącej środowiskiem hierarchii, nigdy nie zrozumieją aspirujący reżyserzy i literaci z Europy Wschodniej, którym się zdaje, że wystarczy pokazać zoofila i gwałt zbiorowy na wariatce, żeby zyskać uznanie. Ten trend się kończy. To jest jasne. Nie wiem co przyjdzie po nim, być może coś gorszego, albo jeszcze bardziej mydlanego niż te nagrody literackie w Gdyni wręczane przez komisję pod przewodem Agaty Bielik Robson, w każdym razie będzie odmiana.

Rozpaczliwe szukanie trendów, które poniosą dzieło jak spieniony rumak i uniezależnią je od dotacji jest dziś ulubionym sportem literatów. Filmowcy mają gorzej, bo oni bez forsy nie mogą nawet włączyć prądu na planie. Pisarze jednak próbują sobie radzić. Oto toyah wspomniał ostatnio o niejakim Reszce, który – zanim stał się gorącym pisoskim patriotą – pisał wraz z niejakim Majewskim paszkwile na Lecha Kaczyńskiego. Cóż zrobił ten cały Reszka? Otóż on się przebrał za księdza i jeździł po Polsce w tym przebraniu usiłując poznać życie księży od podszewki. Potem zaś napisał o tym książkę. Jak pisano w recenzjach – wszedł w środowisko księży. To jest niezwykła zmiana, bo do tej pory jak dziennikarz albo literat robił dzieło wcieleniowe – reportaż czy książkę – nie istotne, to wcielał się w złodzieja, szedł do więzienia na krótko, albo udawał żebraka. A ten wcielił się w księdza. I co robił, że spytam? Uwodził nieletnie? Wizytował parafie z fałszywymi papierami od biskupa? Chodził po odpustach? Nie potrafię sobie tego jakoś wyobrazić. Przypuszczam, że Reszka przebrał się w czarny garnitur z koloratką, zrobił sobie zdjęcie i umieścił je w sieci. To wszystko. Potem zasiadł do klawiatury i przepisał fragmenty jakiegoś XIX wiecznego paszkwilu na księży, dawno w Polsce nie wznawianego. Jego koledzy zaś, krytycy, jak najbardziej „nasi”, którzy już ledwo pamiętają, kto to był Lech Kaczyński i co o nim pisał Reszka, zrobili mu promocję. I teraz ludziska mają udawać, że traktują to wszystko serio i że to „mocna rzecz”. Reszka zaś spodziewa się krociowych zysków. Że też on wcześniej nie zadzwonił do Sekielskiego, który ponoć wyciął sobie połowę żołądka. Może on by mu powiedział parę słów, dzięki którym Reszka by się opamiętał…

Idę dziś na film Vegi. Już nie mogę się doczekać.

Teraz ogłoszenie – w dniach 19 – 22 września trwa w Lublinie zjazd historyków, będzie tam także targ z książkami i ja na tym targu będę. Zapisałem się jeszcze wiosną.

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze i na stronę www.prawygornyrog.pl

 

 

Tak się niestety składa, że dynamika rynku (a nie mówiłem, a nie mówiłem) w związku z okrągłymi rocznicami politycznych sukcesów Polski, jest tak słaba jak nigdy chyba do tej pory. Mamy wielkie plany dotyczące tłumaczeń, które od kilku lat są realizowane z budżetów, generowanych bieżącą sprzedażą. Niestety budżety te nijak nie pokryją dalszych, będących w trakcie realizacji projektów. Jeśli więc ktoś ma taki kaprys, żeby wspomóc mnie w tym dziele i nie będzie to dla niego kłopotem podaję numer konta. Ten sam co zwykle

 

47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

i pay pal [email protected]

Jestem tą koniecznością trochę skrępowany, ale ponieważ widzę, że wielu mniej ode mnie dynamicznych autorów nie ma cienia zahamowań przed urządzeniem zbiórek na wszystko, od pisania książek, do produkowania filmów włącznie, staram się odrzucić skrupuły. Jak nic się nie zbierze trudno, jakoś sobie poradzę…

 

  12 komentarzy do “Mocni ludzie filmu i literatury”

  1. Zeby pisac recenzje do filmow, to albo trzeba byc homoseksualista, albo miec nerwowe tiki, do tego potargany krawat i wymieta marynarke – jak wiadomo kto, albo uzywac czesto slowa „kontrowersyjny”, albo miec szyk i kulture Grazyny Torbickiej lub nosic okulary w rogowej oprawce ze szklami, jak denka od pepsi i wypadniete wlosy, jak u Zygmunta Broniarka, bo inaczej to nie bedzie stylowe i inne recenzje oprocz wymienionych po prostu sie nie licza w towarzystwie.
    W Niemczech ludzie nie interesuja sie polityka i w ogole nie rozmawiaja na ten temat, bo ufaja swoim wladzom, natomiast Niemcy kochaja ogrody. W malym miescie Heilbronn wystawe ogrodnicza odwiedzi 2,2 miliona zwiedzajacych i mozna tez wejsc do studia radiowego i powiedziec na antenie cos od siebie, ale tu nie ma goracych glow, ani tematow politycznych. Jest sielanka i wachanie kwiatowych aromatow, rabatek, podlewanie i przycinanie zieleni wokol zadbanych domow. Gorace glowy siedza w aresztach, albo placa grzywny!

  2. Dla tych masowo wyjezdzajacych do Anglii proponuje wznowic te pozycje (mozna zbic kokosy), ktora zawiera naprawde dobre, skuteczne pomysly:

    https://marszalek.com.pl/sklep/pl/pedagogika/170-broniarek-uczy-jezykow-365-dni-z-angielskim.html

  3. w społeczeństwie „otwartym” nagrody są przydzielane  swoim, nie jesteś ich, nie dostaniesz nagrody, tyle , jeszcze ewentualnie mogą być (za kurtyną) zrobione zakłady bookmacherskie (jak to opisywano z nagrodą Nobla), no to jest przygotowana dodatkowa ustawiona pula dla kogos niespodziewanego np…… ?

  4. Społeczeństwo otwarte to jednocześnie społeczeństwo wiedzy…wiedzy o tym z kim pić i do kogo się nie przysiadać

  5. czyż nie działa to tak od początków tej kultury politycznej wywodzącej się z podnoszonego do super wzorca Rzymskiego forum ….

  6. Vega i Szyc to sa pampersy, chocby nie wiadomo jakie fury mieli w garazach, a Tomasz Raczek reprezentuje jeszcze stara, dobra szkole. Niech Pan zbierze kilku prowokatorow i obrzuccie po projekcji ekran pampersami. Moze napisza o tym w mediach, a Raczkowi moze Pan przybic piatke.

  7. Niech sie pan puknie w głowę. Pampersem najlepiej, bo to bezpiecznie

  8. Nie rozumiem po co oglądać ten nędzny film. Widziałem służby specjalne i to był ostatni film Pana Vegi który obejrzę. Jesli juz mam sie faszerowac najwazniejsza ze sztuk wybiore raczej nowego Tarantino. Ten ma lepsze budżety i lepszych aktorów do dyspozycji.

  9. Hmm. Pani Bielik-Robson przewodniczy komisji nagród literackich… Istotnie idzie nowe. Jest wszak specjalistką od myśli judaistycznej, postsekularyzmu, studiów żydowskich na PAN itd. Interesująca jest zawsze intencja tych obszarów badawczych z okolic nowej lewicy i  oczywiście innego obszaru wpływu na masy czyli mediów . Tęgie głowy nowej lewicy i szkoły frankfurckiej  to Adorno czyli Weisengrund, Habermas i Horkheimer,  tęgie głowy mediów to np   Jerry Springer. W  jednym z wywiadów dla BBC ( HARDtalk ) prowadzący nie mógł zrozumieć dlaczego Springer robi taki śmieciowy program pokazujący patologiczne , dysfunkcyjne relacje między ludźmi w sposób cyniczny i manipulacyjny. „Najlepsze”  tematy to ciąża transseksualistów, romantyczne seksualne stosunki z koniem zakończone ślubem.  Springer oczywiście jest dumny z tego programu ale co ciekawe nigdy go nie ogląda. Podkreśla, że wykształceni go nie oglądają. Wygląda na to że Springer nie widzi roli mediów w kształceniu motłochu  pewnie uważa, że istnieje jakaś rasa, niewykształcona,  nawóz historii, który można demoralizować do woli czyli pewnie tzw społeczeństwo otwarte.  Jeżeli przyjmiemy nurt uniwersytecki nowej lewicy plus media to pozostaje nam jedynie rola nawozu historii. Tym  bardziej, że małżonek pani Bielik Robson to Cezary Michalski który dokonał spektakularnej wolty z konserwatywnej prawicy do Krytyki Politycznej. Wyszedł na tym jako neofita lepiej niż jego była małżonka Manuela Gretkowska, która musi żebrać w pakamerze Newsweeka u Lisa o promocję swojej książki. Jak widać nieskutecznie bo próbuje zarobić na antykatolickiej obscenie ( przyjmowanie konsekrowanej hostii dopochwowo ). Nie wykluczone że ma szanse na nagrody literackie…

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.