Lis 112017
 

W zasadzie każda globalna koniunktura to przekręt. Stąd ludzie traktujący biznes serio nie szukają szczęścia na tak zwanych rynkach, ale poszukują zleceń od organizacji poważnych dysponujących poważnymi budżetami. Na przykład od państw. Niedawno dowiedziałem się, że pewna firma z Wyszkowa, do tego prywatna będzie dostarczać paliwo dla administracji państwowej i dla rządu, ponieważ Orlen, największy gracz paliwowy na polskim rynku, przegrał przetarg ze względów formalnych, a do tego jeszcze nie zgłosił chęci powtórzenia tego przetargu. Uchybienie było drobne, wręcz nic nie znaczące i można było spokojnie zaskarżyć decyzję, ale koncern się wycofał. Jak powiedział Pan w radio, zarząd zdecydował się na to, bo przecież przegrali i nie ma o co kruszyć kopii. Może rzeczywiście nie ma, ja tam się nie znam. Wiem jednak, że największy w polskiej literaturze szwindlarz jeśli idzie o interesy z państwem – Stanisław Wokulski – były subiekt od Mincla także miewał podobne sukcesy. On jednak zwyciężał dlatego, że kochał ryzyko i, jak sam mawiał, „kontentował się zyskiem dwa a nawet trzy razy mniejszym niż inni”. Bolesław Prus, autor powieści „Lalka”, w której występuje ta postać nie miał zielonego pojęcia na czym polegały dostawy dla wojska, jemu się zdawało, że Stachu musiał podwodą jeździć na front i wprost wręczać żołnierzom buty i suchary. Biedny Prus, biedni polscy pisarze, biedni czytelnicy, biedne dzieci w szkole i ich nauczycielki. Do czego my dojdziemy z taką wiedzą….? Jak sobie przypominacie zapewne Wokulski znał niejakiego Suzina, którego burdelmama w Paryżu notorycznie myliła z Wokulskim i nazywała tego ostatniego panem Sjuzą. Otóż pan ten, co dla czytelnika patrzącego troszkę dalej niż linia horyzontu wyznaczona przez tiurniurę panny Łęckiej, zajmował się zbieraniem informacji o bogatych i wpływowych politykach francuskich i obcych bywających w tym burdelu. Stachu mu pomagał i dostawał za to gratyfikację nie małą, ale stanowiącą ułamek jedynie pensji pana Sjuzą. Burdel w Paryżu, w przeciwieństwie do ministerstw w Polsce, pełen był dystyngowanych dam, patrzących na przybysza ze wschodu ze zrozumiałą wyższością. Stachu czuł się tam nieswojo, ale pieniądze brał, a ponieważ był powiązany z organizacją reprezentowaną we Francji przez pana Sjuzą, pewnie także wyjścia nie miał. Oni to, jak mniemam, uczynili go wcześniej swoim przedstawicielem na froncie bałkańskim i on realizował ich zlecenia. Nie narażał się przy tym bynajmniej na przebywanie w strefie ostrzału tureckich armat, ale co najwyżej na jakiś bandycki napad w zaułkach Sofii czy Warny. Tak to musiało wyglądać, nie inaczej. Dziś zaś jest jeszcze lepiej, bo nikt się nie musi przejmować już żadnym ostrzałem. Oto po prostu duża firma składa dokumenty do przetargu, w których jest mały formalny błąd i przez to dostawy paliwa dla administracji państwowej obsługiwać będą panowie Wokluski i Sjuzą. To proste jak włos Mongoła. Pewnie Was ciekawi jak ja to teraz połączę z historią Vincenta van Gogha, którą oglądałem w poniedziałek w kinie? Uczynię to z wdziękiem prestidigitatora. Niesłychanie interesujące jest bowiem kto wpadł na pomysł i jakie intencje się za tym kryły, żeby wpakować nadwyżki pochodzące z wydobycia miedzi w coś tak absurdalnego jak Statua Wolności. Stał za tym jak pamiętacie Hiacynt Secretan, który nie był ponoć w żaden sposób spokrewniony z braćmi Secretan oskarżonymi w nowej biografii van Gogha i w filmie o jego zamordowanie. Budowę statuy asekurować musiał rząd francuski, nie mogło być inaczej, a więc możemy mieć pewność, że pan Secretan, zaczynający swoją karierę jako prosty robotnik, był kimś w rodzaju monsieur Wokluski i z całą pewnością miał też swojego pana Sjuzą. Nie każdy ma takie szczęście, że może obsługiwać kontrakty asekurowane przez rząd, chronione przez tajniaków, a w razie poważniejszych zagrożeń także przez wojsko. Normalni ludzie muszą radzić sobie inaczej i zwykle sobie radzą. Oni też chcą zarobić, a każdy wie, że pieniądze lubią spokój. Nie można więc działać nerwowo. Poza tym duże pieniądze zarabia się na byle czym, tyle że dobrze rozreklamowanym, no i konieczna jest do tego koniunktura, tę zaś napędza się poprzez media i zwykle buduje w opozycji do czegoś lub kogoś, po to, by uzyskać sprzężenie zwrotne i zwyczajnie sprowokować ofiarę do ataku. Nadaje to koniunkturze niezbędny pęd i obniża koszta jej działania. W takiej Francji stulecia XIX notoryczną ofiarą koniunktur na rynku sztuki była akademia. To ona bowiem decydowała co jest dobre a co nie, jeśli więc ktoś chciał zainwestować w obrazy musiał trzymać się akademików, albo też boksować przeciwko nim. Boksowanie było tańsze, nie niosło ryzyka (bo co zaangażowanemu dziennikarzowi może zrobić akademik?), a ilość malarzy uważanych przez akademię za miernoty, a przez odbiorców za ciekawych i wartych obejrzenia tak duża, że można było w nich przebierać. Żeby zarobić na sztuce prawdziwie duże pieniądze trzeba było jednak poczekać kilkanaście lat. No i trzeba było też zapłacić malarzowi, jeśli oczywiście dożył tej chwili. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jeszcze nie mordowano płodnych artystów i nie dostarczano im darmowej wódki ani darmowych, zarażonych syfilisem dziewcząt. W tamtych latach żyli jeszcze panowie Corot i Millet, którzy wyglądają na fotografiach jak zamożni akcjonariusze spółek miedziowych, a nie malarze pejzażyści. Nikt by się nie domyślił, że to malarze, a jednak. Oni jeszcze wiedzieli co jest grane i pewnie dobrze obliczyli ryzyko związane z wyborem swojej życiowej drogi. Później było już coraz gorzej. Trafiały się jednak wyjątki. Zanim o nich opowiem, pora zacząć wymieniać ceny. Oto w czternaście lat po śmierci Milleta, jego obraz „Anioł pański” przedstawiający dwoje chłopów na polu pochylających głowy na dźwięk dzwonu kościelnego, osiągnął cenę 552 tysiące franków. Czy to dużo. To jest, jakby nam zapewne oznajmił Janusz Rudnicki, zajebiście dużo. Kiedy otwieramy biografię takiego Cezanne’a, który w czasie gdy obraz Milleta został sprzedany, liczył już 36 wiosen, odnajdujemy tam zdanie „Mój ojciec był geniuszem, zostawił mi 250 tysięcy”. Stary Cezanne, człowiek pokroju Hiacynta Secretan, choć o dużo mniejszym rozmachu i nie znający zapewne ani Wokluskiego, ani pana Sjuzą, zostawia synowi ćwierć miliona franciszków, przez co syn ów, mógł przez całe życie pokazywać tak zwanego wała marszandom i różnym Secretanom oraz oddać się temu co malarze przełomu stuleci tak kochali – poszukiwaniom twórczym. Żył sobie na wsi, gdzie koszta utrzymania były tanie i jego egzystencja upływała wśród róż i wina. Co prawda ojciec nie pozwolił mu się ożenić z modelką, no, ale jakie to miało znaczenie? Do pracowni w trakcie pozowania przecież nie zaglądał. I nie łaził też wszędzie za swoim synem, a do ślubu w końcu i tak doszło. I teraz zobaczcie, mamy z jednej strony spadek w wysokości 250 tysięcy, owoc starań całego życia nie byle jakiego spekulanta, a z drugiej cenę za jeden obraz ponad pół miliona. Ja wiem, że ta cena była wyśrubowana, ale nawet gdyby była dziesięć razy mniejsza i tak warto było ryzykować i zostać malarzem. Nie wszystkim się udawało, ale ci którym się powiodło mieli pieniądze, sławę i mogli żyć jak chcieli. Dziś już chyba nie mogą, po pokusa, by utrzymywać koniunktury poprzez zamazywanie i unieważnianie kryteriów oceny, poprzez eliminację odbiorcy i wreszcie całkowite zanegowanie warsztatu, doprowadziła do tego, że malarze może i coś zarabiają, ale nikt poza ich panami, czyli pośrednikami z rynku nie wie nic o ich istnieniu. Czasem w nagrodę dostają jakieś pięć minut sławy, bo mówi się o nich w wieczornych wiadomościach. Zresztą rynek francuski to nie rynek polski. W Polsce w ogóle nie ma rynku i nigdy go nie było, a wynika to wprost z faktu, że w Polsce nikt nie miał zamiaru oglądać siebie i tego co jest wokół niego. Każdy aspirował i naśladował. Jak w takich okolicznościach zrobić szwindel na grube miliony? Niemożliwe. Rynek polski zawsze był rynkiem ciułaczy i detalistów zbierających groszaki z podłogi. Żeby go utrzymać, trzeba było wmówić ludziom, że kochają malarstwo batalistyczne.

Wróćmy teraz do Vincenta van Gogh. Czy on był pierwszą ofiarą nowej, rynkowej mody, czyli skracania oczekiwania na zysk, poprzez eliminację twórcy i wzrost zainteresowania jego osobą spowodowany tą eliminacją? Ja tego nie wiem na pewno, ale takie myśli krążą mi po głowie. Na pewno pokusa była wielka, dla ludzi, którzy potrafią sprzedać jeden obraz za pół miliona franków, życie Vincenta nie mogło stanowić żadnej przeszkody. A przecież te pół miliona za Milleta, to jedynie jakieś grosze, w porównaniu z cenami, jakie dzieła impresjonistów zaczęły osiągać w XX wieku. Tak sobie tylko gdybam.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące wspierali ten blog dobrym słowem i nie tylko dobrym słowem. Nie będę wymieniał nikogo z imienia, musicie mi to wybaczyć. Składam po prostu ogólne podziękowania wszystkim. Nie mogę zatrzymać tej zbiórki niestety, bo sytuacja jest trudna, a w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza. Nie mam też specjalnych oporów, wybaczcie mi to, widząc jak dziennikarskie i publicystyczne sławy, ratują się prosząc o wsparcie czytelników. Jeśli więc ktoś uważa, że można i trzeba wesprzeć moją działalność publicystyczną, będę mu nieskończenie wdzięczny.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim,

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

gabrielm[email protected]

Przypominam też, że pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego przeznaczamy na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie ksiądz prałat dokonał swojego dzieła, a gdzie obecnie pełni posługę nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek.

Zapraszam też do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze, do Tarabuka, do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu GUFUŚ w Bielsku Białej i do sklepu HYDRO GAZ w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim.

  62 komentarze do “Monsieur Wokluski, monsieur Sjuzą i Vincent van Gogh”

  1. Za https://businessinsider.com.pl/finanse/handel/orlen-przegral-rzadowy-przetarg-na-dostawy-paliwa/0zf243j:

    „Cały przetarg bowiem był prowadzony w formie elektronicznej, gdzie przy ofertach wymaga się tzw. kwalifikowanego podpisu elektronicznego. PKN Orlen takiego podpisu w dokumentach nie miał, co formalnie wykluczyło jego ofertę z przetargu jako nieważną.

    W ten sposób spółka z Wyszkowa została jedynym oferentem. W ofercie zawarła dostawy paliwa za 2 mln 100 tys. złotych, podczas gdy propozycja Orlenu miała być o kilkaset tysięcy złotych tańsza.”

    Ciekawe skąd w tej branży, w tym przypadku, wzięła się różnica marż kilkusettysięczna na 2 mln kontrakcie? Czyżby Sjuzą był głównym dostawcą?

    Dla tych co pamiętają, co się działo w Wyszkowie, a szczególnie w wyszkowskim sądzie, w latach 90, miła niespodzianka:

    http://www.to.com.pl/wiadomosci/wyszkow/art/6265324,cwierc-wieku-nizinskiego,id,t.html

  2. Drogi Coryllusie, a gdzie ta prywatna firma z Wyszkowa kupi paliwo na dostawy do rządowych limuzyn? Od kogo będzie zależała terminowość i wielkość dostaw. Nawet na stacjach paliwowych Schella czy Lukoil sprzedawane są paliwa z Orlenu. Znaleźli pajaca, który wszystko weźmie na swoje plecy a oni i tak będą pociągać za sznurki. I to jest poważny gracz biznesowy!

  3. Zawsze kiedy czytałem Lalkę, a czytałem parę razy jedynie, bawił mnie ten nierozwinięty wątek o tym skąd Wokulski zdobył kasę. Wyobrażenie zapychania z paroma furmankami pełnymi naboi, pod ostrzałem wrażym, bawiło mnie niezmiernie. Podobnie jak wyobrażenie sobie opisywanej przez seksedukatorkę Rubik scey , jak to zakonnica z zapałem tłumaczy, rumianym z podniecenia gimnazjalistkom, że aby nie zajść w ciążę, trzeba sobie posmarować pępek musztardą.
    W kinach leciał film „Rekiny Wojny” notabene bardzo dobry,którego fabułą było jak to dwóch gówniarzy wygrywało przetargi dla Pentagonu na dostarczanie broni. Oczywiście gówniarzy ktoś wystawiła i już niemal się wybronili, gdyby jeden nie próbował drugiego oszukać, a drugi nie okazał się mięczakiem. Wszystko dobrze się skończyło, zły poszedł siedzieć, a ten dobry dostał program ochrony świadków. Oczywiście jest to równie zabawne jak scena smarowania pępka musztardą i równie prawdziwe. Prawdopodobnie gówniarze zapomnieli odpalić jakiemuś generałowi doli i ten ich upupił.

  4. A w Polsce z miłości do malarstwa Batalistycznego i chęci wygenerowania jakiegoś zysku Styka pociął Panoramę Siedmiogrodzką a Kossak z Fałatem Bitwę pod Berezyną i… poszło na mikroobrazki w zapomnienie.

  5.  w Polsce nikt nie miał zamiaru oglądać siebie i tego co jest wokół niego. Każdy aspirował i naśladował.

    to ja tez „z wdziękiem prestidigitatora”:

    https://www.salon24.pl/u/niewolnik/352898,nr-0228-dzien-zwyciestwa

  6. Dwóch muzyków sprzedawało gaz , to jest dokonanie .

  7. Oczywiście. Po co zarabiać na tym samym towarze raz, skoro można dwa razy? Nie mówiąc o tym, że PKB wzrośnie.

  8. Oczywiście realnym dostawcą będzie Orlen lub Lotos ale przez Wyszków będą szły faktury a – jak mawia Michalkiewicz – z samego kurzu przy księgowaniu tych faktur można uzbierać niezłą fortunę.

  9. Może ten Wyszków to szwagier kogoś z Orlenu. Pewnie po zmianie ekipy będzie na to komisja sejmowa…

  10. Z faktu, że Orlen wygrałby przetarg nikt nic nie ma.

    Oferta była droższa i to w sposób rażący (kilkaset tysięcy w relacji do kilku milionów) – bo to jest tzw. górka, czyli marża na prowizje. Można ją doliczyć w kwocie większej niż konkurent wiedząc, że się przetarg wygra i mieć na nagrody. Idą Święta, potrzeba na prezenty. Jeżeli przetargu się nie wygra – to i tak się nic nie traci, po prostu nie dochodzi do zawarcia umowy.

    Kwota jest śmieszna – 2 miliony – ktoś liczył, że w ogóle nie zostanie zauważona.

    Ktoś jednak doniósł, ale prasa zrobiła z tego „orlena-debila”, co nie potrafi wypełnić dokumentów przetargowych. Otóż, trzeba wiedzieć, że Orlen bardzo dba o formalizmy – i jest to mało prawdopodobne, że zrobił to z niewiedzy czy niedopatrzenia.

    Może być tak, że ktoś po prostu zadbał o medialne uderzenie wyprzedzające, tzn. że jakby CBA zajęło się sprawą, to Gazeta Wyborcza na pierwszej stronie napisze, że Kaczyński morduje uczciwego przedsiębiorcę z małej firmy rodzinnej, bo PiS zatrudnia w Orlenie swoich pociotów-debili, co nie wiedzą, co to podpis elektroniczny, bo nie mają komputera w domu, jak Prezes.

    Zabrakło podpisu elektronicznego – jak należy się domyślać – podpisuje się nim dokumenty w wersji elektronicznej. Cały przetarg był elektroniczny – czyli taki, o jakich się mówi, że są niemożliwe do obejścia, bo to maszyna na podstawie wpisanych w formatkę danych podejmuje decyzję. Jak widać – a to jest przytyk do tych, co wierzą, że komputery uczynią nasze życie sprawiedliwym – można obejść procedurę niemożliwą do obejścia.

    Oczywiście, to, co wyżej, to tylko przykład, pokazujący co by było, gdyby ludzie byli nieuczciwi, nie mający nic wspólnego z rzeczywistością.

  11. Re śmieszna kwota

    Śmieć dla jednego, skarbem dla innego

  12. To był przetarg na dostawę 500 tysięcy litrów paliw. Z.Niziński paliwa bierze od Orlenu i Lotosu. Ma kilka stacji benzynowych, hurtownię paliw płynnych, usługi budowlane,  kopalnię kruszywa.

    Czytaj więcej: http://www.to.com.pl/wiadomosci/wyszkow/art/6265324,cwierc-wieku-nizinskiego,id,t.html

  13. no niestety …

    dobrze, ze chociaz jest rysunek

    a niepodleglosc i tak wywalczymy jak nie dzis to jutro 🙂

  14. Zastanawiam się czy ten powrót formy u gospodarza to przypadkiem nie po lekturze Pana Janusza. Nieważne. Amunicja ostra, szybko y dokładnie. Brawo, brawo.

    I ta fraza, jakby napisał Rudnicki… (!)

  15. Wiem, mamy to obiecane. Ale chwilami ręce opadają.

  16. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jeszcze nie mordowano płodnych artystów i nie dostarczano im darmowej wódki ani darmowych, zarażonych syfilisem dziewcząt. W tamtych latach żyli jeszcze panowie Corot i Millet, którzy wyglądają na fotografiach jak zamożni akcjonariusze spółek miedziowych, a nie malarze pejzażyści.

    To jest właśnie ciekawe, jak łatwo udzie kupili kłamstwo, że artysta to musi być cierpiący pijak czy narkoman, który odkrywany jest dopiero po śmierci, a za życia ledwie wiąże koniec z końcem i nikt go nie rozumie i nie chce.

  17. Prus nieszczęsny w grobie się przewraca, Coryllusie :))) Tyle lat dobrze żarło, tyle lat można było dziatwie i dorosłej dziatwie przeciwstawiać idiotów i podelców oraz utracjuszy z ziemiaństwa fantastycznemu Stachowi Zaradnemu, tyle lat napoleońskich sentymentów Rzeckiego po narodzie się rozlewało, a tu taki jeden z drugim spod Grodziska się pojawia i z rańca wykopuje wszystko w kosmos. I to w narodowe święto! Święto w państwie, które w zasadzie czci rząd Daszyńskiego, mimo że Piłsudski właśnie przyjechał do Warszawy i póki co – „zdymisjonował” ten cały „rząd”. Ale idea pozostała. Do dzisiaj. Także co do ziemiaństwa.

    Pocieszam się, że po zejściu ceny na moje obrazy poszybują w niebo. No ale – w zasadzie – to pocieszające nie jest 😉

  18. To jest jeden z wielkich sukcesów reklamy. Nie do wykorzenienia

  19. no bo reklama rzadzi sie swoimi prawami
    wykorzystuje glupote, naiwnosc i oszukuje w sposob mistrzowski

    ale jak sie troche ”inaczej” poczyta te listy
    to przeciez wychodzi czarno na bialym
    ze van Gogh mial za co zyc, mial za co malowac
    nawet mial za co utrzymywac (i leczyc) swoje kobiety i na wizyty w burdelu
    mial na leczenie, na teatr, podroze, przeprowadzki
    to o jakiej biedzie mowimy?
     
    tak wiem inne czasy i inne klimaty, ale jednak

  20. i dzieki temu mogl malowac

    coś za coś

  21. A jeszcze jakiś czas wcześniej – malarze mieli pracownie, zawód często był dziedziczny – i to oni byli beneficjentami swojej twórczości. Nikt nie musiał im płacić pensji. Malarz to była marka – „obraz z pracowni mistrza..”, „obraz ucznia…”

    Holandia to ojczyzna współczesnej spekulacji – i ktoś zapragnął przejąć zyski i je powiększyć – a malarstwo świetnie się do tego nadaje. Każdy obraz jest unikatem – wszyscy chcą mieć coś, co jest w jednym egzemplarzu i ma ogromną wartość – idealny obiekt do pompowania ceny. Kolejne unikaty można produkować masowo.

  22. W bizniesie, w którym zamawiającym są spółki skarbu państwa, nie ma przypadkowych wygranych. W przetargu na dostawę autobusów dla MON, wygrał niemiecki MANN, bo „SANOK”, spóznił się ze złożeniem oferty…. o 20 minut 🙂

    Każdą „Specyfikację Istotnych Warunków Zamówienia”, można ułożyć tak, by wygrał ten, kto ma wygrać!

  23. Produkcja masowych unikatów. Rzecz powtórzona w wersji dla plebsu nazywa się filatelistyka

  24. i wlasnie dlatego, ze tak latwo jest produkowac unikaty masowo
    to cena/wartosc prawdziwego egzemplarza spada
    zwlaszcza, ze juz prawie nikt nie potrafi odroznic co jest tym unikatem a co nie
    zainteresowanie taka sztuka jest coraz mniejsze
    zwlaszcza wsrod mlodego pokolenia

  25. filatelistyka tez umiera

  26. P.S. Właśnie widzę w TVP info, Marka Króla,byłego sekretarza KC PZPR, jak ładnie opowiada o patriotyzmie, o niepodległości, o nauce społecznej KK, o JPII….To jest teraz autorytet medialny „dobrej zmiany” 🙂  A ja pamiętam tego pajaca, jak z moją przyszłą żoną, zamieniał się mieszkaniami. To była niedziela; i gdy na klatkę schodową, wyszła jego sąsiadka z pretensjami, że hałas w niedzielę, powiedział jej: my jesteśmy muzułmanami i święta katolickie nas nie obchodzą 🙂

    Takich mamy teraz, k…wa, „komentatorów” , „dobrej zmiany” 🙂

  27. To są proste triki „biznesowe” w „ten kraju”. Wszyscy o tym muszą wedzieć.

  28. …i wiedzą ale jest taka silna pozycja podpisana sloganem „i co nam zrobicie”.

  29. …i nawet jak tzw „dobra zmiana” napina się trochę i stara to jak ma to przeskoczyć?

  30. Pod sekretariatem od godziny siedzi kobieta z dwoma kopertami na kolanach. Kilka chwil przed wyznaczoną godziną składa ofertę przetargową. Pytanie jest: jaką ofertę złożyła?

    Oferty składanej drogą pocztową strzeże tajemnica korespondencji, a kto lub co strzeże tajemnicy oferty składanej za pomocą elektronicznej platformy przetargowej. Ogłaszający często zastrzega sobie prowadzenie licytacji, również w wersji elektronicznej. Warunkiem ważności wylicytowanej wysokości oferty jest dostarczenie jej również w wersji papierowej. W dwóch przetargach okazało się, że wygrała je firma miejscowa w wylicytowaną ofertą nieznacznie różniącą się od oferty firmy zajmującej drugie miejsce.

    Co do uchybień to pewne rzeczy, nawet ewidentne błędy rachunkowe, można wyjaśniać z oferentami po owarciu kopert. Obecnie, po wprowadzeniu nowych przepisów o zamówieniach publicznych, jest o wiela łatwiej przygotować ofertę i dopiero na etapie kwalifikacji ofert prosi się o dane umożliwiające dokładną ich weryfikację. Kiedyś wszystkie dane oferent musiał złożyć razem ze składaną ofertą.
    Poprzednio do wygrania przetargu waga dla ceny wynosiła 100%, a dzisiaj do tego wymogu mogą wejść warunki gwarancji i serwisowania, szybkość dostawy, warunki płatności (raty, leasing), szkolenie personelu, wdrożenie stosownych aplikacji i wszystko to z odpowiednimi wagami. Zamawiający ma możliwość dobrania tak wag, aby interesująca go oferta miała największą szansę na zwycięstwo. Owszem zarzaja sie ewidentne wpadki, ale to dotyczy raczej małych firm, gdzie pani Grażynka dorywczo robi oferty przetargowe, bo w dużych firmach, a tak jest w Orlenie, jest dział marketingu.

    Ogłoszenia zakupowe Orlenu na chwilę obecną – 94 pozycje z realizacją tylko w listopadzie i grudniu.

    https://connect.orlen.pl/servlet/HomeServlet?MP_module=outErfx&MP_action=erfxRepoOut&request_org=0000000a0001

    http://www.orlen.pl/PL/OFirmie/Przetargi/Strony/default.aspx

  31. filatelistyka tez umiera

    Oni to nazywają ewoluowaniem rynków. Rządzi zmienność.

    Przy okazji tutejszych rozważań przeczytałem krótki tekst o jakimś domu aukcyjnym i że polska firma kupiła jakąś światową gazetę, co o sztuce pisze. Czytając komunikat miałem wrażenie, że dla nich żadna sztuka nie istnieje, istnieje tylko rynek sztuki. Tzn. sztuka jako przedmiot spekulacji, jak soja czy waluty.

  32. „W takiej Francji stulecia XIX notoryczną ofiarą koniunktur na rynku sztuki była akademia.”

    Wiki: „Zarzucano im despotyczne ograniczenie wolności twórców i ogłupiające metody nauczania.” Czyli chodziło o zniszczenie instytucjonalnej ochrony rzemiosła, akademia to taki cech, a raczej uzależnienie go od handlarzy i kapitału, powrót rzemiosła do małych pracowni.

    W 1857 akademia przyjęła do swojego panteonu Delacriox (który na tym zdjęciu wygląda jak stary wytrawny handlarz żywym towarem z wytrenowanym gestem Bonapartego: https://pl.wikipedia.org/wiki/Eugène_Delacroix#/media/File:F%C3%A9lix_Nadar_1820-1910_portraits_Eug%C3%A8ne_Delacroix.jpg) czyli 6 lat przed jego śmiercią.

    Ale i przed nim działo się tam oj działo.

    Tematykę historyczną wraz z formą rzekłbym brawurową wprowadził  w latach 1840-tych Thomas Couture: (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Beauvais_(60),_MUDO,_Thomas_Couture_-_L%27Enrôlement_des_volontaires_de_1792_3.JPG). Zaś jego antytezą byli  już potrząsnął Słodka perfekcja Bougeureau i Cabanela, którzy zresztą osiągnęli sukces po nim, wypędziła go z Paryża. Oczywiście Couture szedł po linii republikańskiej. Nie wiem jak tam odnosił się do niego Delacroix. Ale od republikanizmu nie było odwołania. Akademicy mogli sobie czasem coś maznąć w duchu rojalistycznym tragedię Wandei, ale był to syreni śpiew: (Botigny, Bój o Cholet, https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Cholet#/media/File:GuerreVend%C3%A9e_1.jpg ; Faivre, Śmierć Księżnej de Lamb, https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Death-of-the-Princess-De-Lamballe-by-Leon-Maxime-Faivre.jpg). Nie było tam szansy na Matejkę, ani na godną recepcję matejkowej św. Joanny d’Arc (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:The_Maid_of_Orléans.PNG).

    Boje o jakość i wizjonerską brawurę zostały przegrane wraz z stopniowym rugowaniem Kościoła w Republice. Dalej to już równia pochyła. Na końcu truchła zwierząt obdarte ze skóry.

  33. sztuką jest to, co widz uwaza i przezywa jako sztuke
    rynek sztuki decyduje co i kiedy warto widzowi podsunac
    i wlasciwie widz jest bezbronny i grzecznie sie poddaje

  34. Intuicja Cię nie zawiodła, co do źródła fortuny Secretana.
    W styczniu 1887, a więc w czasie gdy Secretan zaczynał swój wielki przekręt miedziowy, amerykańska gazeta the Sun donosiła, że Amerykanie mają wieli apetyt na jego kolekcję, ale obecnie ma on kolosalne kontrakty dla armii, które potroją jego fortunę, więc po co miałby pozbywać się obrazów zwłaszcza, że bez swej galerii jest nikim – prostym dostawcą dla wojska. A dzięki galerii jest celebrytą.
    Dwa lata później sytuacja się zmieniła i aukcja kolekcji Secretana stała się sensacją największą od roku 1863, gdy likwidowano galerię San Donato za łączną sumę 900 tys. dolarów.
    Załączam jeden z artykułów prasy amerykańskiej, który napędził sporo klientów, wraz z reprodukcjami, które wybrał autor artykułu, ale dla lepszej jakości reprodukcje wkleiłem ze źródła książkowego. Reprodukcję małpich ekspertów dołożyłem z własnej inicjatywy, ale zapewniam, że ten obraz też był na aukcji.
    Oto artykuł przed aukcją.
    Jeszcze dziś wrzucę artykuł po aukcji z wylicytowanymi cenami.

  35. Tak, 94 oferty pomnożone przez rok + różne „nowoczesne” usprawnienia to jest ten las

  36. …w którym schowają liść. I kilkaset tysięcy jest do podziału.

  37. zmienia, czyli płynie czas. bezczelność wynikająca z bezkarności i zawsze zielone światło na przewały ,, juma” było, jest i.. będzie. Przypomnę, że był ,,Atr B”- Bagsik & Gąsiorowski. I co ? I.. NIC.

    SKOK Wołomin -> kilkukrotnie większy przewał niż wałkowany komisjami.. Amber Gold.

    Bo polski podatnik zapłaci za wszystko.I nie ma nic do gadania.

  38. …czasem coś wypłynie ale gracze poważni wiedzą że świat nie jest gładki. A gra jest wieczna.

  39. Aukcja paryska przyniosła pierwszego dnia 3 655 000 franków, a drugiego dnia $381 000 [kurs 5 franków do dolara]. Kupowali głównie Francuzi i Amerykanie oraz kilku Belgów. Zawiedli Anglicy. Kilka dni później aukcja w londyńskim Christie przyniosła 28 499 funtów, ale obrazy sprzedały się po cenach niższych niż Secretan kiedyś zapłacił.
    Do cen paryskich trzeba dodać 5% prowizji domu aukcyjnego. Za obrazy późniejsze niż 1700 Amerykanie musieli płacić u siebie cło. Amerykańscy eksperci celni zakwestionowali obraz Rubensa, ale sława paryskich aukcji przeważyła.
    A tu pełna lista obrazów i cen z aukcji.

  40. Aukcje katalogów , z tej strony: katalog Secretana,  do kupienia (500 USD):

    Secretan Collecion  – na drugiej stronie opisu jest o Ekspertach, jako o przykładzie dzieła wysokiej klasy i jego losach. Gdyby ten obraz był na sprzedaż, a miałbym zbywające środki – sam bym wziął.

  41. Wokulski być może dorobił się na tych dostawach wojennych, na których Zygmunt Krasiński i jemu podobni stracili swoje fortuny. Taki polski naganiacz.

  42. Chyba też rozpiszę przetarg na dostawę (nie będę musiał jeździć na stację). 4,20 za litr to dobra cena.

  43. Jasne, razem z dostawą 😀

  44. „Abigail i David” Rubensa poszedł za $22 400, Rembrandty znacznie taniej, a „Eksperckie małpy” Decampsa za 70 000 franków (czyli $14 000). Pewnie kupiłbym dla siebie Rembrandty, ale nad wejściowymi portalami do Akademii Sztuk Pięknych i Muzeów wolałbym mural/graffiti wzorowane na Decampsie. Trochę autoironii nie zaszkodzi.

  45. Gdyby ktoś z czytelników chciał obejrzeć profesjonalną reprodukcję małpich ekspertów/koneserów z francuskiej akademii malarstwa Aleksandra Gabriela Decampa, to jest dostępna na stronie Metropolitan Museum

    https://images.metmuseum.org/CRDImages/ep/web-large/DT209332.jpg

    Na moim monitorze jakość tej reprodukcji jest skandaliczna. Reprodukcja z roku 1889, którą automatycznie podkoloryzowałem z pewnością nie jest wierna, ale przynajmniej widać szczegóły obrazu.

  46. do malpich ekspertow dodaje jeszcze rysunek

    nocne koszmary murowane! 🙂

     

    http://archiwum-niewolnika.blogspot.se/2011/11/nr-0234-obudz-sie-to-nie-sen.html

  47. A jakże. Ehhh coś mnie poniosło, a może spróbować (i tu słychać charkot) 🙂

  48. no i prosze, jak na zamowienie (chociaz to nie malarz):

    Jan Himilsbach zaskakiwał na każdym kroku. Niektóre tajemnice ujawniono 27 lat po jego śmierci
    Ze zgromadzonych tekstów stworzono książkę „Monolog i inne zapiski”, która trafiła do księgarń ponad ćwierć wieku po śmierci autora.

     

  49. „Stał za tym jak pamiętacie Hiacynt Secretan, który nie był ponoć w żaden sposób spokrewniony z braćmi Secretan oskarżonymi w nowej biografii van Gogha i w filmie o jego zamordowanie”

    To pokrewienstwo nie istnieje tylko w zasobach internetu…Trzeba teraz poszperac w aktach urodzenia no i w tej nowej biografii van Gogha bo az trudno uwierzyc, ze autorzy, ktorzy siedzieli w archiwach przez blisko 10 lat nie skojarzyli ze soba tego nazwiska i noszacych je postaci.

    Byc moze tak ma byc zeby tego pokrewienstwa nie bylo widac… Od dwoch dni przeczesuje internet i w koncu trafil mi si maly slad, w zbiorze ancestry.com (przy okazji, nie polecam Panstwu tego zbioru w poszukiwaniach danych o przodkach, jest platny i zwyczajnie slaby).

    Jesli chodzi o przemyslowca Hyacynta to ancestry dostarcza odplatnie te same informacje, ktore juz sa za darmo na internecie. Za to mam nowosc o aptekarzu, ojcu braci Secretan: otoz on sie urodzil w roku 1833 w Baumes-les-Dames – miescinie oddalonej o 50 km od Saulx (miejsce urodzenia Hyacynta kolekcjonera i przemyslowca) ! Teraz tylko wystarczy sprawdzic czy aby ci dwaj panowie nie mieli czasem tego samego ojca… Zadzwonie tam jutro i dowiem sie czy wysla mi ich akty urodzenia.

    Coryllus, zasugerowal wczesniej, ze nie mozna byc byc bankierem jesli sie nie jest z rodziny bankierow Byc moze wtedy mozna bylo zostac bankierem jesli sie bylo synem aptekarza no i w nagrode za dobrze wykonane zadanie, tak jak René, mlodszy z braci. Byc moze mozna bylo zostac w nagrode slawnym na Montmartrze szansonista tak jak Gaston (ten starszy), bo przypominam, ze tesc Hyacynta byl autorem wodewilow…

    I na razie tyle, wiecej sie o nich z internetu nie wycisnie.

  50. Ale rekord ceny chyba nadal dzierży wspomniany Cezanne, ponad 250 mln $ za któregoś z Grających w karty świadczy dobitnie, że poszukiwania artystyczne opłacają się również dziś.

  51. I weź tu dokonaj wyboru ! Byłem na spacerze… ehhh

  52. Byliśmy. ale ze mnie cymbał !

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)