Lis 232018
 

Dawno, dawno temu, u samych początków zorganizowanej blogosfery, w salonie24 zaczęły się ukazywać teksty blogera, którego nicka już nie pamiętam. Czytałem je, bo były to teksty poruszające ważne tematy, tak to przynajmniej wtedy oceniałem, a wszystkie razem układały się w powieść o karcianych oszustach. Potem, nagle chyba, teksty zniknęły i słuch o nich zaginął. Nie miały dużego wzięcia wśród publiczności, bo ta karmiła się bierzączką polityczną i mało zawracała sobie głowę nieznanymi, w dodatku zdegenerowanymi bohaterami sprzed wieków. Myślałem o tych tekstach czasem i zastanawiałem się co się z nimi stało. I oto, wyobraźcie sobie ukazały się one, po 9 latach drukiem i okazały się powieścią. Jej autorem zaś jest profesor Włodzimierz Bolecki. Książka robi duże wrażenie i nosi tytuł „Chack. Gracze. Opowieść o oszustach”. Jeszcze nie zacząłem czytać głównej części dzieła, na razie przedzieram się przez wstęp. I mam przy tym wrażenie, że my tutaj, wszyscy razem rzucamy grochem o ścianę. Tak zwany świat akademicki i tak będzie robił swoje po swojemu, to znaczy piłował gałąź, na której siedzi. Jak wiecie literatura ważna, czyli specjalistyczna, także ta dotyczące dyscyplin humanistycznych jest kitrana na pawlaczu, a nakłady książek stale są zmniejszane. Do tego jeszcze pojawiają się postulaty, by całkowicie zrezygnować z druku, a pozostawić jedynie publikacje elektroniczne. I tak do momentu, kiedy jeden z drugim profesor nie zapragnie zostać Aleksandrem Dumas, wtedy wszystko się zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Literatura popularna musi być drukowana masowo, musi być elegancka i trafiać pod strzechy, powinna być lekko kokieteryjna, tak żeby wszystkie dziewczyny widziały, że autor jest poważny, ale stać go na żart i nie jedną perwersję intelektualną. I w żaden sposób nie można przekonać tych ludzi, że zachowują się jak idioci. Nie można im wytłumaczyć, że nie mają szans z formatami produkowanymi na zachodzie i promowanymi przez olbrzymie budżety. Nie można im wyjaśnić, że ich aspiracje i ambicje to nędza, na którą nikt nie zwróci uwagi. Nie zrozumieją, że dopóki książki pisane w języku polskim nie zdobędą należytej renomy za granicą, ich pisanie nie ma sensu. Taka renoma zaś może być osiągnięta jedynie przez wyższe uczelnie i przez takie opracowywanie tematów, które są dla Polaków ważne, żeby cała reszta narobiła w spodnie od samego czytania. To się oczywiście nie stanie, albowiem polscy humaniści zostali sprowadzeni do roli reasercherów w zachodnich ośrodkach propagandy. Pisałem o tym już, ale nie za szkodzi przypomnieć i powtórzyć to jeszcze raz. Przy tak zarysowanych okolicznościach jeden z uczonych humanistów pisze powieść łotrzykowską, którą reklamuje w mediach Andrzej Nowak, znany z tego, że jego książki kupuje się po to, by ładnie wyglądały na półce. O czym i o kim jest ta książka? O Ignacym Chackiewiczu, oszuście karcianym, szpiegu Targowicy, agencie nie wiadomo ilu mocarstw i bon vivancie. Mam zamiar przeczytać to dzieło i informować Was na bieżąco co się dzieje na jego kartach. Na razie nie mogę wyjść z podziwu nad samym zamysłem. To jest dokładnie tak, jak kiedyś napisał valser – jak ktoś nie potrafi zrobić 10 pompek od razu zaczyna pisać o nadczłowieku. Jak ktoś żyje z nędznej pensji i honorariów od razu zaczyna pisać o szulerach i bon vivantach mających szalone powodzenie u kobiet. Ja to niby wiem, ale nieustająco mnie to zdumiewa, bo widzę, że ludzie nie zdradzający na pierwszy rzut oka takich objawów, kiedy przychodzi co do czego ujawniają właśnie takie cechy – próbują zwrócić na siebie uwagę poprzez kreowane postaci. Wybierają bohaterów, którzy im imponują i to w sposób kokieteryjnie niejednoznaczny. Jak szczerze i poważnie wygląda przy nich Marek Hłasko, który napisał o sobie I’m Goofy the dog.

Autor rozpoczyna swoje rozważania o Chackiewiczu, jego naturze i nawykach od tego iż w zasadzie nie ma po nim śladu w źródłach. On zaś – Włodzimierz Bolecki – musiał go więc na poły wykreować z czego się bardzo wdzięcznie tłumaczy. Chackiewicz oczywiście imponuje Boleckiemu, tymi wszystkimi cechami, które u bywających tutaj ludzi wywołują jedynie ziewanie. Był szpiegiem, grał w karty, nie tolerował dłuższych przyjaźni i związków, bo nielojalność była jego zawodem, no i dziewczyny na niego leciały. Był przy tym jeszcze bardzo uczuciowy, kochał dzieci i miał serce dla zwierząt. No i stać go było na gesty wobec ubogich. Taki zbiór cech wystarcza do tego, by Chackiewicz uwiódł profesora. I teraz dochodzimy do zdumienia największego. Ten cały Chackiewicz znika nagle ze źródeł i nikt nie wie dlaczego. Najprawdopodobniej ktoś kropnął go za jeden z licznych aktów nielojalności, albo wziął pieniądze od Anglików i z czegoś się nie wywiązał, bo mu się zdawało, że coś im tam powie i oni zrozumieją. No, ale się przeliczył. I to jest tak intrygujące, że trzeba o nim pisać powieść. Na naszych oczach defilują od lat postaci tak zdeprawowane jak Kołłątaj i Staszic, a Bolecki wyciąga nie wiadomo skąd tego Chackiewicza i mówi – patrzcie oto brudne, ale jednocześnie cudowne ucieleśnienie ducha epoki. Czy nie jest fascynujące? Odpowiadam – nie jest. Historia domaga się rewizji na poziomie podstawowym, to znaczy ponownego określenia co jest dobrem, a co złem. Zdjęcia z panteonu bohaterów oszustów i złodziei, a także nieszczerych propagandystów, uważanych za ojców ojczyzny. Wyciąganie teraz tego Chackiewicza, powoduje jedynie wrażenie, że tamci byli uczciwi. Najistotniejsze zaś w całej pracy literackiej jest stworzenie wrażenia, że czytelnikowi należy się przede wszystkim rozrywka. Tymczasem czytelnik ma dość rozrywki. On wręcz womituje rozrywką, wszyscy naokoło starają się go rozerwać i sprawić, żeby czuł się dobrze. Nikt nie może tego wytrzymać, ale wiara w czytelnika leniwego, zdeprawowanego i ciekawego różnych sensacji jest przemożna i nie da się jej zwalczyć. Oznajmiam więc – takich czytelników nie ma. Niektórzy z nich sami mogliby uchodzić za Chackiewiczów naszej epoki. Może nie grają za dobrze w karty, ale inne cechy mógłbym wielu osobom przypisać bez pudła. I co? Mają się ekscytować wyczynami jakiegoś podrzędnego agenta? Bo ustawiony został w dekoracjach z XVIII wieku? Żarty. Wstęp do tej książki jest okropny. Pretensjonalny, irytujący i nudny. I nie zmienia tego faktu opis zasad gier karcianych, którymi ekscytowano się przed 200 laty.

Są tam jednak spostrzeżenia warte uwagi, które rzecz jasna nie są należycie docenione. Nigdy nie zajmowaliśmy się tu głębiej modą, ale myślę, że przyjdzie na to czas niebawem. Jeśli moda jest tym o czym myślę, to znaczy próbą łagodnego przejęcia rynku tekstyliów przez obce koncerny, posługujące się nowymi i ciekawymi wzorami ubrań, to czym jest moda w hazardzie? Czym jest gra, której oddają się z zapałem wszyscy, w której przegrać można cały majątek? I kim są ludzie, którzy nagle – niczym sfora wściekłych psów zostają wypuszczeni na swobodę po to, by nakłaniać innych do gry, gdzie stawką są nieruchomości i duże aktywa w złocie? To są chyba forpoczty rewolucji, jak mniemam, tylko, że mają do dyspozycji subtelniejsze narzędzia niż karabin i szaszka. Zmiany jakich dokonują są jednak głębsze, albowiem – legalnie całkiem i przy aplauzie – dewastują nie tylko teraźniejszość posiadaczy, ale także ich przyszłość. Na własność bowiem szulerów przechodzą całe majątki ziemskie i wiele nieruchomości miejskich, spadkobiercy zaś zostają na lodzie. I teraz rzecz najważniejsza – Bolecki wymienia tych sukinsynów po kolei, z nazwiska, jednego za drugim. I wyobraźcie sobie, że on pisząc tę książkę przez dziesięć prawie lat nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, co który wygrał i od kogo, a następnie komu to sprzedał. To nie interesuje profesora Boleckiego, bo on musi się zastanawiać nad dwoistością charakteru Ignacego Chackiewicza. To mnie, przyznam, zdumiewa, bo ja mam szczerą ochotę zlecić jakiemuś humaniście taki risercz – kto przegrywał nieruchomości do oszustów wymienianych przez Boleckiego i komu oni te nieruchomości następnie sprzedawali, albo w jakim banku je zastawiali? To ważne pytanie, bo to jest kwestia wyjaśnienia mechanizmu podgotowki pod rozbiory. Przecież nie zatrzymywali tego wszystkiego dla siebie, bo byli lekkoduchami i bon vivantami, na których leciały dziewczyny…ach jakie to ciekawe i ekscytujące…Dlaczego nikt z historyków, a tak wielu przecież pasjonuje się tymi „ciemnymi stronami życia” nie wpadł na pomysł, by zrobić taką inwentaryzację? A potem jeszcze nanieść te straty na mapę. To by dopiero był widok.

Na dziś to tyle, po południu wrzucę nowe książki do sklepu. Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Aha jeszcze ogłoszenie. Nasza koleżanka Sylwia napisała dziś z Barcelony tak:

Może ktoś byłby zainteresowany kongresem na temat rodziny odbywający się w podwarszawskim Józefowie w ten weekend? W sobotę o 15.30 będzie wykład naszej znajomej profesor z IESE z Barcelony, Nurii Chinchilli, z którą wkrótce mamy w planie przeprowadzić wywiad o Opus Dei, o którym ci kiedyś wspomniałam. Myślę, że warto.

  12 komentarzy do “O bezsensie pisania powieści historycznych”

  1. Cos wspanialego  !!!

    Licze mocno na podanie przez Pana wzglednie ciekawszych kawalkow z gniota tego calego profesUra Boleckiego… tym samym licze na calkowita kompromitacje tego akademickiego matola i CWANIAKA… bo jesli juz mam miec rozrywke to wole ja wybrac sobie sama… a wybor w Polsce jest tylko jeden –  blog CORYLLUS  i  portal  SN  !!!

    I tak ogolnie to nie zycze sobie aby ktokolwiek w Polsce DBAL o moja rozrywke  !!!

  2. A  REWIZJA  HISTORII… i  WARTOSCI…

    … to na dzis  PRIORYTET… juz sie nie da w tym SZAMBIE  zaklamania  i  obludy funkcjonowac… to jest  NIEMOZLIWE  !!!

  3. Wywiad o Opus Dei – genialnie!!! Warto warto 🙂

  4. W nawiązaniu do dzisiejszej notatki i słów Coryllusa o tym, że władza może być święta albo tajna; warto zwrócić uwagę na jedną z metod uwiarygadniających obecnych oszustów reprezentujących władzę tajną. Dokonywane jest to poprzez [oczywiście zmarłych, bo „ich” można kontrolować poprzez odpowiednie treści dystrybuowane z odpowiednim państwowym certyfikatem „koszerności”] ludzi reprezentujących władzę świętą i jawną.

    Dziś o 11:00 odbędzie się [odbywa się] na stronie „Niepodległej”, acz w pełni zależnej od „państw zewnętrznych”, transmisja z sali kolumnowej im. Kazimierza Pużaka [o ile nie mylę osób, według wikipedii: polski działa socjalistyczny pochodzenia ukraińskiego, będący członkiem zarządu między innymi Komisji Likwidacyjnej do Spraw Królestwa Polskiego], konferencja naukowa „Arcybiskup Ignacy Tokarczuk – świadek historii, świadek wiary”.

    Za to jak widać niektórzy urzędnicy uszlachetniają nieszlachetnych.

    By było zabawniej, to kurator i ktoś tam jeszcze w sprawie Amber Gold, pod przysięgą zeznawali i wielokrotnie powtarzali, „że dali się uwieść panu Plichcie”.

    Sarkastycznie: chyba nie ma znaczących różnic między ludźmi i metodami, stosowanymi w XVIII a XX i XIX wieku.

    ……………………………………..

  5. Bohater „Puszczy” Weyssenhoffa, po pobycie w Paryżu i miłości do Theo, też nosił się z myślą sprzedania kawału ojcowizny i sprzedał, … Francuzom. Czy on w Paryżu grał w karty, pewnie tak. Właśnie za wystawne paryskie  życie,  musiał sprzedać część majątku, choć podobno w efekcie kontrakt z Francuzami to był dobry interes. Pozytywnie oceniono te handle lasem w tamtym  puszczańskim środowisku.

  6. Posłuchałam fragmętu tej książki w Polskim Radio i wydaje mi się być interesująca. Rozumiem,  że gospodarz zarzuca autorowi brak zrozumienia szerszego kontekstu polityki globalnej. Mnie bardzo spodobał się zamieszczonym w książce wiersz, w którym gra w karty porównywana jest    w skutkach do najazdów tatarskich.

    „Przyszła dziś nowa klęska obrzydła i wściekła

    Na nieszczęśliwy ród nasz wypuszczona z piekła.

    Tą klęską dzisiaj w Polsce jest gry smutny narów,

    A karty zasąpiły głód, mór i tatarów”

  7. Tak, karty są dla wielu nowo majętnych nobilitacją względem takich grających na foreksie lub innych derywatywach. To próba spenetrowania i wyznaczenia nowego obszaru do kompletnego wyzucia z majątku. Celna diagnoza gospodarza!

  8. Arcydzięgiel Ignacy Chodźkiewicz/Chackiewicz (ur. przed 1766, zm. 1823) aferzysta, szuler, szpieg, kombinator, uwodziciel, w każdym kierunku osiągnął tak wybitną doskonałość, że można go postawić na czele wszystkich polskich awanturników.

    Ze starej szlachty kresowej. Nazwisko pisano również przez Chodż-, Chodz-, a nie od rzeczy byłoby sprawdzenie dokumentów archiwalnych z nazwiskiem na litery H oraz G oraz pokrewnych nazwisk wywodzących się od imienia Haćko/Chaćko.

    Lodoisco – pan z panów

  9. Hazard jako przepływ pieniądza. Przykład amerykański – niejeden tu dom przegrał w ruletkę. To jest cały przemysł i „szara strefa”, i legalizacja pieniądza. Oczywiście, że żadna powieść sensacyjna nie zastąpi grafów przepływu.

  10. Dzięki Panu całkiem inaczej spojrzałam nagle na empirową modę na indyjskie szale z kaszmiru. Niby wiadomo, że domagała się ich głębokość empirowych dekoltów, ale taka Francja napoleońska była przecież pod blokadą, więc skąd Francuzki z cesarskiego dworu (i Polki) brały te indyjskie kaszmiry? Jaką drogą je nabywały? I za jaką cenę?

  11. >musiał go więc na poły wykreować…

     

    Chackiewicze z różnymi polsko-ruskimi odmianami nazwiska (jest ich w Polsce kilkuset), także takimi jak Chodkiewicz, zasługują na historyka, który spędzi tygodnie w archiwach w Mińsku, Wilnie i Petersburgu nie mówiąc o Francji i Włoszech. Wiele anegdot do fantazjowania i powieści o Ignacu znalazłem w moich zasobach w kilka minut. Także wiele wzmianek historyczno-literaturowych. Od historyka oczekuję więcej.

    Dziś w południe odwiedziłem sklep polskiego „discountu”, który oferował tani power bank z okazji black friday. Już nie było, choć przecież ludzie na ogół nie robią zakupów w drodze do pracy.  Sprzedawca zdradził, że rano były dwa! Znowu dałem się nabrać. Jakoś skojarzyło mi się to, z fantazjowaniem profesora.

  12. Że sprawdzę, czy nie jestem zablokowany, (Zdziwię się i rozedrgam się uznaniem, jeśli nie.)

    B. mi się podoba ta hipoteza o hazardzie jako wstępnej  grze nadciągającej rewolucji, bo to finezyjne jak cholera, choć w realnym świecie widzi to mi się sporo ZBYT kunsztowne, by było w tym wiele prawdy. Nawet z modą widzę to podobnie, choć też ładne. Szczerze mówiąc – w kategoriach eseju piękna robota, ale jednak to marksizm do szóstej potęgi.

    Pzdrwm

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.