Cze 192018
 

Chciałem dzisiaj poruszyć kilka kwestii, niektóre dotyczyć będą bloga, a inne zagadnień szerszych, ale także z blogiem związanych. Ostatnio uważniej czytam komentarze, które pojawiają się pod tekstami, a także notki, które umieszczacie w Szkole nawigatorów. Michał zamieścił wczoraj informację o tym, że ma w sklepie 10 egz. albumu z rysunkami Adama Wycichowskiego. Przywiozła je Teresa, wdowa po Adamie. Nie zająknąłbym się na ten temat wcale, ale Teresa umieściła na moim blogu komentarz, w którym wyraziła niepokój spowodowany moją postawą. Ponieważ nie lubię zagadek, chciałbym się dowiedzieć cóż takiego niepokoi Teresę w mojej postawie? Mógłbym się oczywiście domyślać, ale nie mam specjalnie chęci. Do sklepu Michała oczywiście zapraszam.

Proszę Państwa, mam wrażenie iż wytworzyło się tutaj, na blogach i portalach należących do mnie pewne ciekawe złudzenie. Otóż niektórym ludziom zdaje się, że to jest przestrzeń, w której mogą oni uzyskać popularność i trochę dostymulować swoje emocje. Tak momentami rzeczywiście bywa, ale tylko momentami. Inna bowiem jest misja naszych przedsięwzięć. To nie jest, wbrew temu co piszą trole, kółko wzajemnej adoracji, ani miejsce terapii grupowej, o czym już pisałem. Chciałbym, nie wiem który już raz w ciągu ostatnich lat, zwrócić wszystkim uwagę na skalę przedsięwzięć internetowych. Oto salon24, miejsce które wydawało się szansą dla wielu i wielu ludzi ciągle tam pisze, bo łudzą się, że coś z tego wyniknie. Nic nie wynikło i nic nie wyniknie, ponadto co myśmy tutaj zmalowali. To jest jasne, albowiem strefa, w której przebywamy, publikujemy i dyskutujemy jest powszechnie nieakceptowana. A jest taka, bo ludzie, którzy się w niej znajdują nie wykazują odruchów Pawłowa. To nie może się przełożyć na żadną popularność czy sławę, albowiem tymi sprawami zarządzają duże organizacje o charakterze politycznym i handlowym. Dobrze jest ten kontekst rozumieć. Łatwiej wykreować całkowicie fikcyjną blogosferę niż choć przez moment zwrócić na nas uwagę. Łatwiej, bo uwaga zwrócona na tutejszych autorów to przyznanie się do klęski, kłamstwa i manipulacji. Mam nadzieję, że wszyscy to rozumieją. Poza tym trend na rynku jest taki, że trzeba poszukiwać czytelników idiotów, a czynią to – w dobrej wierze rzecz jasna – redaktorzy idioci, którzy – jak to zwykle bywa – szukają lustra, które powiedziałoby im, kto jest najmądrzejszy na świecie. My takich luster na składzie nie mamy. Mamy same krzywe niestety. I taki Sekielski jakby się w którymś przejrzał wyglądałby nie jak słoń bynajmniej, ale jak szczeżuja.

Salon24 oszukał ludzi, dając im złudzenie szansy. Złudzenie, albowiem szanse tam mieli wyłącznie ludzie wyznaczeni do odegrania wcześniej napisanych ról. Wielu osobom wydaje się, że ja mam jakiejś czarodziejskie moce i skoro nie udało się w salonie, może uda się tutaj. Słuchajcie, to nie są czarodziejskie moce, ale przymus – ja mam przymus kreowania innych autorów, bo tylko wtedy ta działalność ma sens. Przymus ten nie wiąże się z żadnymi moimi szczególnymi umiejętnościami, nie mam w zanadrzu żadnych sekretnych formuł, które otworzą komuś drogę do popularności. Moja popularność, jakże przecież wątpliwa, wynika wprost z faktu, że od 10 niemal lat codziennie piszę nowy tekst – podkreślam – nowy tekst. Nic więcej w tym nie ma, żadnych czarów. Wszystkie klucze do popularności dostępne w tworzonej przez meinstream sferze pop są oszukane i nie pasują do drzwi z napisem „SŁAWA”. To jest złudzenie. Nie ma czegoś takiego i musicie się do tego przyzwyczaić. Wczoraj był tu Jarek i zwrócił mi uwagę na rzecz szalenie ważną. Oto nasz ulubieniec Zapała Sławomir, próbował udawać Andrzeja Zauchę. Łaził po Zakopcu w kożuchu i kapeluszu na głowie. Okazało się, że nie wystarczy mieć wąs, żeby być Zauchą. Oni też próbują, bo nie wiedzą co zrobić. Nie ma nikogo, w całej branży rozrywkowej, kto dźwignąłby projekt oryginalny i wziął za niego odpowiedzialność. Oni też muszą coś udawać, żeby przeżyć, bo wszystko może skończyć się jednego dnia i żadne doinwestowania nie pomogą. Mówimy tu o rynku muzycznym, a przecież wiemy, że w książkach jest jeszcze gorzej. Książka jednak ma nad płytą zasadniczą i kluczową przewagę – można kontrolować jej produkcję w całości. To znaczy jeśli autor ma wydawcę i ten wydawca jest w sytuacji takiej jak ja tutaj, jest szansa, niewielka, ale jednak, że coś się tam sprzeda. Mam za sobą wiele chybionych projektów, bo jak napisałem, wszystkie rzekomo nośne narracje, wytworzone czy to przez media czy to przez uniwersytet, wszystkie te atrakcyjne gawędy, w które próbują się wpisać różni autorzy są do dupy. To są kreacje z czasów komuny jeszcze, które dziś nie działają. Dlatego właśnie u nas sprzedają się książki z serii gospodarczej, a gdzie indziej one nie będą szły. Żeby myśleć o sprzedaży i zysku trzeba się zdrowo nakombinować, a także trochę zainwestować. I powiem Wam, że naprawdę, są branże łatwiejsze niż książki, nie ma powodu, by się przy nich upierać. Tyle, że ja muszę tu zostać, bo nic innego nie potrafię robić. Do czego zmierzam? Do tego, że wszyscy, którzy chcą coś u mnie wydać, a potem jeszcze sprzedać mają słuchać co mówię. Jeśli ktoś tego nie robi i forsuje własne pomysły sam jest sobie winien, jak się bowiem upierał nie będę i łatwo mu ustąpię. Niech się jednak potem zwraca z pretensjami do jakiegoś lustra prostego, albo krzywego, a nie do mnie. Ja oczywiście nie gwarantuję nikomu sukcesu, ale nikt go nie gwarantuje. Ja mam jedynie przymus kreowania nowych autorów i to mnie odróżnia od reszty. Przymus ten oznacza jednak także, że autor musi brać udział w promocji książki. Nie może być inaczej.

Wróćmy teraz do definicji strefy, w której się znajdujemy, a która, jako się rzekło, jest poza akceptacją szerokich mas publiczności. Po co w ogóle ta strefa została stworzona, bo że została stworzona, nie można mieć wątpliwości. Salon24 otworzył corral, do którego wbiegły różne byki, cielęta i inna rogacizna i zaczęło się szaleństwo. Po co to było? No, żeby eksploatować potencjał tej rogacizny i nie dawać jej nic w zamian poza sianem. A to wszystko przy świadomości, że cały ten obszar jest poza akceptacją i zrozumieniem szerokiej publiczności. Ta bowiem jest profilowana na idiotów. My tutaj dziś jesteśmy w o wiele gorszej sytuacji, bo nasz corral jest znacznie mniejszy, a do tego mamy co jakiś czas pokaz różnych pretensji w wykonaniu komentatorów i autorów, którzy nie spełnili swoich oczekiwań, albo uważają, że spełnią je jeśli realizować będą misję w sposób dostępny ich percepcjom. Tak się nie stanie, dopóki tu jestem. I mam nadzieję, że to jest dla wszystkich jasne. Prowadzę tu pewną politykę i już sam ten fakt decyduje o sprawie najważniejszej – skuteczność wyklucza tłumaczenie się i wyjaśnianie. Musicie się do tego przyzwyczaić. Tłumaczyć i wyjaśniać będziemy coś innego. I na tym właśnie polega misja. Skończyłem wczoraj czytać książkę Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”. Jestem wstrząśnięty, bynajmniej nie pozytywnie. Zamierzam wydać tę książkę z własnym posłowiem, które chciałem napisać szybko, okazało się jednak, że szybko to można jedynie łapać pchły. To jest książka, patrząc na nią ze wszystkich stron, kokieteryjna, a może nawet szkodliwa. Nie cofnę się jednak przed jej wydaniem. We Wrocławiu pewien pan zadał mi pytanie – czy pan nie ma wahań? Odpowiedziałem – nie mam, nigdy nie mam wahań. Nie będę ich miał także i tym razem. Chciałem Wam, przy okazji tej książki, zwrócić uwagę na jedną kwestię – zobaczcie jaki jest los oficerów wywiadu w II RP. Mam na myśli oficerów działających na granicy wschodniej. Wymienię dwa nazwiska – Sergiusz Piasecki i Florian Czarnyszewicz. Jeden pozostawiony sam sobie trafia do więzienia, gdzie traktowany jest jak pospolity przestępca, a drugi w roku 1924 na samym początku dwudziestolecia musi wyjechać do Argentyny. Rzekomo z biedy. No, ale to był przecież oficer wywiadu, a potem oficer policji. O jakiej więc biedzie mówimy? Jaki jest los oficerów wywiadu dzisiaj, albo jaki był ich los w państwach takich jak Wielka Brytania choćby? Nikt się nigdy nad tymi kwestiami nie zastanawiał? No to ja się zastanowię, a moja niezawodna intuicja podpowiada mi formułę taką – ludzie ci skończyli w taki właśnie sposób, albowiem sfera ich działań, była poza akceptacją czynników podejmujących istotne decyzje. Co zaś było istotne w latach po podpisaniu pokoju ryskiego? To, by za Berezyną i na wschodzie w ogóle, nikt nie wspominał ani słowem o żadnych Polakach. Ci bowiem znajdowali się poza zainteresowaniem szerokiej publiczności. II zaś RP rozpoczęła swój festiwal radości na trupach tych ludzi i gruzach ich domostw. Choć dla każdego wówczas i dzisiaj, jasne było, że w granicach wyznaczonych w Rydze, kraj ten nie może się utrzymać. I rzeczywiście się nie utrzymał. Mamy tu więc podwójną pułapkę – mamy plan, który jest realizowany konsekwentnie i narrację, która go przykrywa. Narrację, którą buduje także sam Florian Czarnyszewicz. Można go oczywiście usprawiedliwiać, ale ja tego czynił nie będę. Zmierzam do tego, że nie można wydawać bliźniego swego na śmierć i mękę zasłaniając się płytko rozumianą polityką, układami międzynarodowymi, obawą o własne życie, albo innymi jakimiś historiami. Bo oznacza to tyle jedynie, że wybieramy ofertę szatana i z nim podpisujemy pakt. On zaś, jak wiemy jest ojcem kłamstwa i podpisuje z nami ten pakt po to jedynie, by nas wykorzystać. Co było do okazania w roku 1939 i w 1944.

I teraz ważna rzecz – nie ma w tradycji polskiej myśli politycznej i polskiego politycznego czynu, takiej formuły, która pozwalałaby bezkarnie i bez odpowiedzialności żadnej wydać bliźnich na śmierć. Nie ma takiej tradycji. To jest oszustwo, bo ci którzy szli na śmierć i ryzykowali czynili to z dobrej woli, świadomi konsekwencji. Niech tu Andrzej Bobola wystarczy za przykład. Jeśli działo się jednak coś podobnego, to było to efektem głęboko ukrytego podstępu, którego do dziś nikt nie potrafi wyjaśnić, a jedynie zwraca nań uwagę, tak jak to uczynił Rafał z kwestią handlu niewolnikami z Polski w XVII wieku, w książce „Okraina Królestwa Polskiego”, albo….No właśnie, albo było narzuconą z zewnątrz, oszukaną, konwencją polityczną związaną z dominującą w państwie ideologią. Jaką ideologią? Socjalistyczną rzecz jasna. Czy wszystko do tej pory jest jasne? Jeśli tak to przechodzimy do pointy.

Ktoś wrzucił tu ostatnio link do plakatu wyobrażającego Polskę w obecnych granicach, w koronie cierniowej, z bawiącymi się na tle tej mapy dziećmi i napisem – Nie ma niepodległości bez męczeństwa. Jeśli zdaje się Wam, że to przypadek, albo może jakieś niezrozumienia, czy lapsus, albo może dobre chęci wyrażone bez wdzięku i polotu, porzućcie tę myśl. To jest tradycja. Do tego tradycja propagandowa, której zadaniem jest uwiedzenie słabszych i nieodpornych umysłów. I jeśli chcecie zrobić coś naprawdę dobrego dla siebie i wspólnoty chrześcijańskiej w Polsce, to nie kłóćcie się o encyklikę Amor Laetitia ale zadzwońcie do tej parafii, która wywiesiła ten plakat i powiedzcie księdzu, że jest w zmowie z szatanem. Bo składa ofiarę z dzieci skrwawionym ekranom Molocha. Moloch przebrał się tylko, ale ogonem na mszę dzwoni tak samo jak dawniej.

Przypominam, że w sklepie jest od wczoraj książka „Dzieje górnictwa i hutnictwa na Śląsku do roku 1806”. Zapraszam też na portal www.prawygornyrog.pl

  32 komentarze do “O dupie, w której należy umieścić dobre chęci 2”

  1. No tak, Moloch założył ornat,  i jak zawsze tym ogonem ogłasza,  przywołuje .

    Kiedy biskup K. Wojtyła zasiadł na stolicy Piotrowej, wśród moich znajomych wzmogło się czytelnictwo  czasopism katolickich ( trochę dla  ostentacji) i pamiętam, że były tam podawane pełne treści papieskich wystąpień,  nie do pomyślenia było podawanie wyrwanych zdań , nawet w Trybunie Ludu, redaktorzy nie odważali się, albo raczej cenzura im  nie pozwalała na takie manipulacje, no a teraz kto niemieckiej prasie i nie katolickim przekaziorom zabroni  manipulować? No kto ?

    A co do lansowania męczeństwa zainspirowanego nie wiadomo gdzie , to wielu osobom pod wpływem lektury Coryllusa i Brauna i innych autorów otworzyły się oczy.

    Jasne, że nigdy  nie ma wojny bez kasy, kasę daje ten co ją ma a koszty ponosi obiekt wskazany przez finansującego .

  2. czytasz komentarze bo prawie ich nie ma – to po pierwsze

    po drugie – moje martwienie sie twoja postawa nie wymaga zadnego tlumaczenia (kto chce to zrozumie)

    a po trzecie – Michal dal ogloszenie nie wczoraj a dzisiaj

     

    DROGI PANIE MICHALE!

    JESTEM BARDZO WDZIECZNA ZA OGLOSZENIE INFORMACJI

    I ZA TO, ZE PRZYJAL PAN ODE MNIE KSIAZKI

    BARDZO SERDECZNIE POZDRAWIAM!

  3. w piątek robiłam zakupy u p. Michała, widziałam tą książkę, jest wydana w formacie  klasycznym dla tego rodzaju książek,  nadaje się na prezent, rozbawi towarzystwo a zatem wszystko jest ok.

  4. Myślę, że komentarz Szanownej Żony Niewolnika był, poniekąd, skierowany jednak do mnie.

    Niestety komentarze – nie wszystkie zresztą – czytam zazwyczaj dosyc pózno i dlatego pózno zrozumiałem, że oczywiście się z  Szanowną Żoną Niewolnika nie zrozumiałem się. Ja czekałem na informację z Jej strony w „blogosferze” o przekazaniu książek do księgarni Foto-Mag, Ona, że sam podejmę inicjatywę „promocyjną”. Dopiero komentarz uświadomił mi, że inicjatywa ma być mo mojej stronie stąd moja informacja na szkole Nawigatorów.

    Nieporozumienie jakich wiele, dobrze że możliwe do wyjaśnienia.

  5. Przepraszam za nieporozumienie – mea culpa !

    Wyjaśnienie powyżej.

  6. To ja przepraszam za zamieszanie

    Nie dogadalismy sie w sprawie ”promocji”

    Byc moze bylo to dla mnie zbyt oczywiste, ze jednak mimo wszystko gospodarz zainteresuje sie i poinformuje swoich komentatorow o ksiazce

     

    Wyjasniam  rowniez, ze pierwsza czesc mojego poprzedniego komentarze jest do coryllusa

  7. Świetny tekst. Jeden z lepszych jaki ostatnio czytałem! Dziękuję!

  8. Jakie

  9. Ja Gabriela o tym, że mam album Niewolnika w księgarni Foto-Mag, poinformowałem dopiero wczoraj wieczorem, nie mógł więc o tym poinformować ponieważ o tym po prostu nie wiedział. Wobec tego komentarz powinien być skierowany do mnie i jako do mnie słusznie tak odebrałem.

    Pozdrawiam i dziękuję, że mogę uczestniczyć w rozprowadzeniu albumu Autora, którego jak wielu innych fanów Niewolnika bardzo ceniłem.

  10. 1. Notka znów na wyżynach – zauważyłem, że Gabriel ma takie fale – raz na jakiś czas kilka notek jest takich, że coś wspaniałego.

    2. A ja będę jutro probował kupić Górnictwo… w FotoMagu 🙂

    Jest szansa że będzie! Wiem, bo już byłem i rozmawiałem z Krukiem.

  11. co do pozostawiania swoich na pastwę losu to tradycja przed chrześcijańska jest jak głoszą pewne teorie skąd prepaństwo Piastów więzło fundusze na swoje istnienie, teoria głosi że sprzedawało niewolników tem szlakiem, który pan Rafał w starożytnym numerze opisał, a co do polityki to trzeba mieć mocne karty żeby własne pomysły realizować, a jak się nie ma to trzeba nieco apetyt ograniczyć i takie organicznie wykonano w II RP tylko że założenia były błędne, po za tym gospodarz w swoich publikacjach wskazuje że autorzy tych założeń to socjaliści i wrócili do składania w ofierze niewolników  z własnego społeczeństwa, ta tradycja jest kontynuowana w PRL i III RP  bo założenia są podobne i „korpoludek” wysłany do pracy  u „zagranicznego inwestora” po odliczeniu kosztów w dalszym ciągu wart jest może 3 krowy

  12. Losy byłych  oficerów  wywiadu także  dzisiaj  są  powiedzmy dziwne. Na jutybe mówi o tym  Piotr Wroński na kanale o nazwie – kcht

  13. Dziekuje za wyjasnienie, niepotrzebnie czepiam sie  coryllusa, ze nie poinformowal

    Wywolalam ”burze” ale niewolnik mi wybaczy …

    zwlaszcza, ze obylo sie bez ”piorunow”

  14. to bylo do ravena59

    sorry …

  15. Wpis  fenomenalny…

    … po prostu  MISTRZOWSKI… chapeau bas,  Panie Gabrielu   !!!     !!!     !!!

  16. dodalbym jeszcze do dyskusji ten link

    https://www.youtube.com/watch?v=ul3E6Ex4jRA

    jesli to prawda to represje przeciwko narodowcom we wschodniej europie po wojnie byly robota CIA

    warto by to sprawdzic bo to stawia naszych nowych sojusznikow w nowym swietle

  17. Kwestia Traktatu Ryskiego jest cały czas do rozliczenia. To konieczność nie tylko historyczna, ale i konieczność bieżąca jak najbardziej. Brak różnych zapiekłych zaniechań i rozliczeń skutkuje całkowitą samowolą elit politycznych. Zasadniczo – antypolskich.

    Czernyszewicz w Argentynie pracował w rzeźni, targając wołowe tusze na plecach. Fajna ta II RP była…

  18. … a ta IV RP   DALEJ   fajna jest  !!!

    I tylko pioseneczki  patriotyczne… obowiazkowo „maskotka” corka rotmistrza… gustowne wdzianka od  Ssssakiewicza… i  skandaliczne dyrdymaly wylewajace sie z  kurwizora i  reszty  porabanych  naszystUF…

    … ale Opatrznosc czuwa… Senegal uwalil  polskich… grajcarow… i cale to pApowane futbolowe talatajstwo  !!!

  19. Senegal miał za sobą Dobre Mzimu.

  20. Wychodzi na to, ze tak…

    …  dzis sie okazalo co reprezEtuje soba ta cala „narodowa pilka”  i jej srodowisko z tymi calymi detymi wag’ami… mamusiami, tatusiami, siostrami, braciszkami i reszta rodzinek…

    … co za  nedza  i obciach… dalby Bog zeby ta zgraja futbolowa czym predzej odpadla… zaoszczedzila wstydu i kosztow niemalych… a zaprzana banda merdialna z powrotem zajela sie  belkotem Timmermans’a… albo detymi – przez siebie –  slupkami poparcia  !!!

  21. Wiadomo, przecież narodowcy walczyli z żydowskimi organizacjami w Polsce i vice versa. A kto wspierał te żydowskie organizacje – jak nie diaspora amerykańska…

  22. czyli strzeż nas Panie boże od sojuszników bo z wrogami sami sobie poradzimy

  23. Nie fascynował bym się jawnymi wyznaniami podobno oficerów wywiadu, czy kim tam ten pan jest.

    Ostrożnie, bo „Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie”, albo jest wystawiony do kształtowania opinii publicznej.

  24. I tak na dopomóż Bóg

    Symptomem poprawy w Polsce będzie jak nasi piłkarze w końcu zaczną grać jak się należy, bo nasza reprezentacja zestarzała się. Jeśli to jest naród z przyszłością to ja widzę młodych chłopaczków jak w drużynie Brazylii a nie te same gęby a do tego jeszcze Nawałka. Ciekawe czy tymi 30stolatkami obskoczą jeszcze przyszłe mistrzostwa Europy. Po reprezentacjach narodowych definitywnie widać jak niektóre duże narody europejskie zaliczają bessę: Włosi, Polacy, Anglicy a nawet Niemcy a do tego Argentyna. A w tym samym czasie wybrane małe narody robią furorę: Islandczycy, Chorwaci, Szwajcarzy itd. Jeśli chodzi o reprezentację Polski to widzę po prostu fuszerkę kasty menadżerskiej. Zarządzanie polską reprezentacją lepiej zlecić firmie prywatnej. Chyba, że Ruscy po prostu coś im dosypują do jedzenia.

  25. Oj tam. Polska drużyna razem z trenerem zajęła się graniem w reklamach, wiadomo : forsa pewna, męczyć się nie trzeba. I wyszło jak zawsze. A w telewizji czysta propaganda sukcesu. W polityce tak samo. Mateusz Jakub, junior Morawiecki opowiada o samochodach elektrycznych, zrównoważonym rozwoju i dyskutuje z Anielą Merkel o ociepleniu klimatu, a tutaj śmieci bezkarnie podpalają. Gadanie gadaniem, a biznes musi sze krenczycz.

  26. Nie rozumiem co pocieszającego można widzieć w tym, że dwie drużyny zagrały słaby mecz i tak wyszło, że Polska przegrała.

    Nie rozumiem też jak można wyciągnąć tyle wniosków z jednego nieudanego spotkania, na nota bene mistrzostwach świata, na które najpierw trzeba było się dostać.

    Chyba prócz chowania różnych rzeczy do dupy, dobrze było by z niej wyciągnąć trochę umiaru. Wiadomo, że „jest jak jest”, ale żeby we wszystkim dopatrywać się albo eskimoskich knowań, albo boskiej interwencji to jest już zblazowanie…

  27. Ja nie byłem w stanie dokończyć czytanie „Nadberezyńców”,z tych samych powodów…

  28. … zapewne dalej Pan nic nie zrozumie, bo wie Pan, ze „jest jak jest”… a umiar – ze wszechmiar wskazany jest przy biciu merdialnej piany z tego futbolowego  ZEROWISKA… skorumpowanego i kryminogennego  !!!

  29. „Prowadzę tu pewną politykę i już sam ten fakt decyduje o sprawie najważniejszej – skuteczność wyklucza tłumaczenie się i wyjaśnianie.” Poparafrazujmy sobie. W nurcie żeglarsko-piłkarskim. Blogosferę można porównać albo do rozchulanej imprezowni, albo do karnej łódki. W pierwszym przypadku chodzi głównie o hałas i frekwencję, wg motto „Jest impreza – jest kasa” (naczelne motto każdego właściciela dyskoteki). Niekiedy nie o kasę chodzi, a o skanalizowanie, czyli o to, by niechciani imprezowicze poszli sobie gdzie indziej. W drugim przypadku właścicielom łódki przyświeca określona misja (dotarcie do określonego miejsca, przewiezienie ładunku, wykonanie rejsu dookoła świata dla chwały potomnych). Autorom daje się blogi – wiosła. Oczywiście nie oznacza to jeszcze, że łódka popłynie, bo często ruchy w przeciwnych kierunkach znoszą się wzajemnie (fraktalizm) lub łódka płynie w kierunku przypadkowym (wypadkowa siły mięśni, wiatru i prądu). Najpoczytniejsze blogernie wybierają oczywiście ruch z prądem rzeki w stronę morza (dając załogantom wiosła, które nie sięgają powierzchni wody, łódka i tak płynie na diesla) – chodzi tylko o to, by pod prąd nie wiosłowali. Najbardziej wartościowe blogernie – odwrotnie, one już tę drogę pokonały, morze widziały i uznały, że wolą góry, szczególnie te, gdzie są jeziora, więc płyną do źródła. Tutaj trzeba siły mięśni Glika (gdy nikt nie ma siły wiosłować, on jeden nadal macha), przewidywalności Krychowiaka (jak obsadzić załogę 24/7, by nie było konfliktów), refleksu Lewandowskiego (mielizny) i zdolności adaptacyjnych Olisadebe (ps. proponuję zaadoptowanie połowy Senegalu na mecz z Kolumbią). Kapitan, jeśli pisze się na tę funkcję, musi znać cel wyprawy. Oczywiście w przełożeniu na piłkarskie realia tym pierwszym jest Nawałka. Opaska to zmyłka, pełnomocnictwo dla bosmana. Od zawsze naczelną zasadą żeglarstwa jest niekwestionowana pozycja kapitana. Oczywiście w dobrze rozumianym własnym interesie jest to, by kapitan nie kwestionował pozycji innych najemników, pełniących tę samą funkcję, bo, po pierwsze, nie wie, gdzie i po co płyną, a po drugie sam podkopuje morale przyszłej załogi. A bosman? Wcale nie musi byś uświadomiony w zawiłości misji (co innego zawiłości nurtu – to jego brocha) i musi mu wystarczyć „kiss by ann” po zakończeniu danego etapu rejsu, nawet jeśli przepłynięto o połowę mil morskich mniej, niż założono. A może kapitan wie, że niebawem podczepi się pod parowca i chodziło tylko o to, by doraźnie dać wygrać tym, którzy jeszcze bardziej tego ducha zwycięstwa niż narodowa załoga potrzebują, bo światowa sława po „7 seconds away” dawno minęła? Największe pojedynki rozgrywają się poza areną… w kuluarach… na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Chodzi tylko o karność załogi.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.