Wrz 112018
 

Wyobraźcie sobie taką sytuację; rzemieślnicze strzechy, czyli warsztaty przyjmują od wielkiego miasta zlecenie na budowę olbrzymiego kościoła. Budowla ma być wyrazem potęgi miasta, króla, Kościoła, ma powstać na chwałę Bożą, ale ma też wyrażać potęgę pieniądza. To znaczy każdy ma widzieć jakie obroty osiągały okoliczne jarmarki, że udało się podnieść kraj cywilizacyjnie, wznieść takie wielkie kościoły i każdy jeszcze żył jak panisko, z wyjątkiem leni i agentów królestw obcych zwanych zbuntowanym ludem. Majstrowie kierujący strzechami zawierają umowy na konkretne zlecenia, mając w nosie cały plan. Nie ogarniają go i nie mają na to czasu. Nikt nie wie przecież ile będzie żył, a praca musi być wykonana. Osobno kontraktuje się prace ziemne, osobno konstrukcyjne, osobno detal. Nad wszystkim czuwa główny architekt, minister królewski i książęta Kościoła. Nic nie może iść źle, choć wiadomo, że wszystko w ręku Boga i zdarzają się wypadki. A to się strop zawali, a to zły kamień przywiozą, a to drewno na rusztowania i szalunki okazuje się za słabe. Czasem też się zdarzy, że ten i ów majster zamiast dobrego pachołka od tłuczenia kamieni zatrudni jakiegoś gamonia, który zmarnuje materiał. Wyszydza się wtedy takiego osła publicznie i okłada karą pieniężną, a potem przepędza. Tu nie ma miejsca na pomyłki i nie ma czasu na nie. Każdy z wykonawców jest wysokiej klasy specjalistą i w zasadzie jest nie do zastąpienia. Dlatego wiedza na temat wykonawstwa poszczególnych prac, nieraz bardzo drobnych i pozornie nic nie znaczących jest chroniona omertą. Z wielkim zaskoczeniem przywitano by w tych okolicznościach kogoś, kto podnosiłby kwestię lepszego uposażenia robotników, a także lepszego ich traktowania. Sami kamieniarze powiesiliby go na rusztowaniu z obawy, żeby nie wysypał przed innymi kamieniarzami ich tajemnic, a także, by połączywszy się z kilkoma takimi jak on nie pozbawił ich pracy i nie rozciągnął nad nimi swojej władzy. Jak się w języku współczesnym nazywa takie rozciąganie władzy nad robotnikiem wykwalifikowanym zapewne wiecie. Nosi ono nazwę zakładania branżowego, albo międzyzakładowego związku zawodowego. Twierdzę iż manewr taki nie był w ogóle możliwy w czasach kiedy panowała zdrowa rywalizacja, a każdy warsztat starał się robić rzeczy możliwie najlepsze.

To się zmieniło, albowiem zmieniła się organizacja pracy. Ta zaś wynaturzyła się wskutek umasowienia produkcji wszystkiego, nie tylko tekstyliów. Herezja zwyciężyła, a władzę nad nią przejął bank. Ponieważ jednak u samych źródeł herezji znajduje się fałszywa troska o los robotnika, trzeba było wynaleźć narzędzie kontroli tych robotników. Mam tu na myśli rzesze robotników niewykwalifikowanych, których przyuczało się w fabrykach do prac najprostszych. Tym narzędziem był i jest nadal związek. Hierarchia związkowa nie służy ludowi pracującemu, służy temu, by lud ten pracował i nie szemrał. Albowiem związek spełnia całkiem fałszywy, czynny jedynie w rzeczywistości heretyckiej postulat ochrony człowieka pracy. Tego zaś chroni się zwykle jak nie kwitem na węgiel, to darmowymi trzewikami ze stalowym noskiem. To jest zaspokajanie potrzeb, które w warunkach normalnych każdy by załatwił we własnym zakresie. I na tym też polega mechanizm herezji – żeby z dóbr podstawowych i teoretycznie łatwo dostępnych uczynić luksus i rarytas. Dystrybuowany w dodatku kontrolowanymi kanałami. I teraz wyobraźcie sobie, że taki związkowiec pojawia się przy strzechach pracujących w XII wiecznym Paryżu przy budowie katedry. Co o nim myślą ci ludzie? Ludzie mający zdrowy odruch i nauczeni czegoś konkretnego, czegoś, czego nie można im zabrać, bo jest to powszechnie ważne i potrzebne. Ci na samej górze – minister królewski, książęta Kościoła myślą, że to cesarski agent, w najlepszym razie wenecki. Architekt myśli, że to oszust, a robotnicy i majstrowie wprost chcą go zlinczować, bo dla nich jest jasne, że to złodziej now how. Im prędzej zawiśnie tym lepiej. My zaś uważamy, że przywódcy związkowi to ludzie z charyzmą, którzy nadają się wprost do tego, by robić politykę. Wierzymy w to, albowiem odjęto nam wiarę w siebie i we własne umiejętności. W możliwość wykonania czegokolwiek własnymi rękami i własnym umysłem. To jest największy kłopot z jakim musimy się borykać i ja tego doświadczam wielokrotnie kiedy rozmawiam z autorami. No, ale nie o książkach dziś piszemy, a o fałszywych hierarchiach. Związki w ostatnich dwóch stuleciach, w czasach totalnego umasowienia produkcji, stały się narzędziem kontrolującym tę produkcję i kontrolującym rynek. Niby się tego pozbyliśmy, ale dobrze wiemy, że to tylko chwilowe. Za jedną, dwie dekady, kiedy okaże się, że Chiny nie chcą już produkować tanio, a praca najemników z Azji podrożeje, historia zatoczy koło i znów staniemy w tym samym miejscu, w którym ludzkość stanęła przed pierwszym, wielkim, masowym strajkiem, który dał związkom władzę na rynkiem i polityką, a także stworzył fałszywą, odległą od naturalnej, wewnętrznej – zauważcie, że nie piszę tajnej – hierarchii wśród pracowników najemnych. Hierarchii opartej na jakości i umiejętności. Przy wielkich budowlanych inwestycjach średniowiecza, nikt pochopnie nie zdradzał swoich zawodowych tajemnic. Ktoś powie, że później też ich nie zdradzał, bo tajemnice produkcji były zawsze. No tak, ale propaganda socjalistyczna pełna była postaci dobrotliwych majstrów, którzy sobie tylko znanym sposobem, potrafili wykonać coś, czego zagraniczny koncern nie mógł sobie nawet wyobrazić. Jakiś detal, albo śrubkę, albo coś innego…I każdy widział, że robotnik to łepski gość i sroce spod ogona nie wypadł.

I teraz zastosujmy opisaną tu schemat budowania fałszywych hierarchii do opisania innych obszarów ludzkiej działalności, w zakresach opiewających na sprawiedliwość społeczną, dobrostan i temu podobne dyrdymały. Czy wiecie jak można zdefiniować wybory samorządowe? To jest powtarzana co cztery lata, walka pracowników resortów siłowych o budżety samorządowe. Taką definicję proponuję tu dzisiaj, a opisem konsekwencji przyjęcia takiego oglądu spraw zajmiecie się już Wy, mili czytelnicy, w komentarzach. Jeśli jest tak jak opisałem, cała hierarchia samorządowa jest fałszywa i nie ma najmniejszego sensu się nią przejmować. Są na mapie kluczowe punkty, kluczowe budżety i o nie toczy się walka, między ludźmi zasłużonymi. Dla kogo? Tego już nie wiemy. Wiozłem rano dziecko do szkoły i włączyłem jak zwykle radio. Mówili coś o ministrze koordynatorze służb specjalnych. Od razu przypomniałem sobie tego gościa w powyciąganym swetrze co to go Buzek mianował tym koordynatorem. Warum – pomyślałem – taki gamoń nim został? Bo ktoś musiał. Buzek tą nominacją wyraził treść następującą – oddajemy wam towarzysze ten sektor, róbcie sobie co chcecie, ale sami rozumiecie, że nominowany na stanowisko być musi. Proszę bardzo oto on, macie dowód, a jest nim jego gamoniowatość oraz brak przygotowania do wszystkiego, że ja premier rządu polskiego jestem wobec was lojalny i nie zamykam wam drogi penetracji różnych miejsc i budżetów na zarządzanym przeze mnie obszarze. To jest tylko sugestia z mojej strony i wcale tak nie musiało być. Mogło być przecież inaczej – pan w sweterku, który rozgromił Grom, był w rzeczywistości przebranym na niedojdę kosmitą z planety krwiożerczych gadów, który – wespół z premierem Buzkiem – postanowił zrobić wreszcie porządek w Polsce. Dlaczego nie zrobił? Spytajcie może Mariana Krzaklewskiego.

Przed nami wybory samorządowe, które będą tym właśnie, co opisałem wyżej – kolejną odsłoną wielkiej budowy ukrytych hierarchii, w których nie wiadomo kto jest kim i kto przed kim ma przyklękać na jedno kolano. Ludzie przywiezieni w teczkach nie wiadomo skąd, będą ubiegać się o urzędy i miejsca w radach na terenach, których nigdy wcześniej nie odwiedzili, nie mieli nawet takiego zamiaru. My zaś, jak zwykle czekać będziemy, żeby nam ktoś wręczył kwit na węgiel, albo parę trzewików ze stalowym noskiem.

Kiedy wracałem ze szkoły, już bez dziecka, zacząłem słuchać wywiadu, jakiego Mazurkowi udzielił nowy rzecznik prezydenta, tej jakiś Błażej. To jest naprawdę niezwykłe, kiedy człowiek słyszy, jak rzecznik głowy państwa podlizuje się nędznemu dziennikarzynie, który wypytuje go o pieniądze. O to ile zarabiał w wodociągach w Tomaszowie Mazowieckim i dlaczego zgodził się na mniejsze zarobki u prezydenta. Tak jakby nie wiedział, że gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają. No, ale celem Mazurka było coś innego, mianowicie rozsierdzenie i rozgrzanie blogerskiej tłuszczy, żeby sama z siebie rzuciła się na tego biednego Błażeja. To się nie udało, przynajmniej tutaj. A skoro już jesteśmy przy pieniądzach, może ktoś by kiedyś ujawnił ile zarabia Mazurek i jaką on hierarchię reprezentuje, że nie można go za jasną cholerę usunąć, choć nie jest ani śmieszny, ani bystry. Może Wy zgadniecie?

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

  18 komentarzy do “O hierarchiach ukrytych”

  1. No i ja się z tym poglądem zgadzam, on nie jest ani śmieszny ani bystry, ale z miesiąc temu a może dwa, przeleciało gdzieś info, że w gazecie w której pracował trzeba było  rozpocząć optymalizację kosztową. No to chyba ten koleś coś tam kosztował, jakoś tak „nieobojetnie” dla równowagi finansowej firmy, bo go firma zwolniła.

  2. co do pana koordynatora z czasów Buzka, to pamiętam, że któryś rozjuszony polityk nazwał go człowiekiem w swetrze, ale mnie koordynator rozbawił,  kiedy w jednym ze swoich wywiadów mówił o „mirze domowym”, wyglądał jak zaprzeczenie miru domowego, a jednak się na ten temat wypowiadał i to całkiem sensownie, wtedy sobie pomyślałam na kogo on pozuje na polityka (wbrew ubraniowemu anturażowi) czy na luzaka (zgodnie z ubraniowym anturażem). Kiedy się przebiera ?

  3. Prawda z tymi środkami przeznaczonymi dla służb. Na Podhalu wielu gminnych „działaczy” to ludzie związani z wojskiem, zwłaszcza z wywiadu. I to tego komunistycznego, którego głównym zadaniem w terenach przygranicznych była walka z tzw. „śmuklem”, czyli przemytem z terenów Czechosłowacji, a później Słowacji.

  4. W samorządach ludziska już się raczej nie nabierają na przywiezionych w teczkach złotoustych troglodytów. Raczej na przyuczonych i namaszczonych przez, dobijających siedemdziesiątki, odchodzących komuchów czerwonych lub zielonych. Wszak długi za kryte baseny i inne bezsensowne wodotryski spłacać trzeba, ale i dalej mus pilnować interesu.

  5. Jeden z lepszych tekstów od kilku miesięcy. Zdecydowanie nadaje się do trzeciego tomu The best of Coryllusa…

  6. nie chciałam się rzucać rano z pochwałami, ale też  uważam tekst świetny a pierwszy akapit to wiele uzmysławia takim leniwym mózgom jak mój.

    Tekst miodzio, a pierwszy akapit cudny.

  7. Wpis  kapitalny, Panie Gabrielu…

    … naprawde kapitalny  !!!   Mysle jednak, ze juz wiekszosc Polakow nie nabiera sie na te dobrotliwe ZZ… tych roznych  Dudow,  Sniadkow, Ochmany, czy innych Dominkow ze Slaska… mysle, ze wiekszosc Polakow ma juz dobrze wyrobione zdanie o tych „dzialaczach”,  darmozjadach i pasozytach spolecznych  !!!

    A tak z innej beczki…

    … to w ubiegla niedziele w mojej parafii byla wizytacja duszpasterska przez bp pomocnizego Archidiecezji Warszawskiej Piotra Jareckiego.  Strasznie mnie nurtowalo wiedziec cos blizej o tym biskupie, no i poguglalam sobie troche i okazalo sie, ze ten biskup to byl akurat ten sam co po pijaku w 2012 roku wiechal autem w lampe na Krakowskim Przedmiesciu… byla z tego afera na cala Polske… bp Jarecki mowil o spotkaniu z radnymi i burmistrzem Blonia… „nasi” rajcy uragali sobie bardzo, ze brakuje im  DZIALACZY-AKTYWISTOW  !!!… ze mlodzi nie garna sie do czynu spolecznego, ze maja trudnosci z „typowaniem” na radnych… i ze w ogole  NIE  MA  komunikacji z tutejsza  spolecznoscia  !!!

    Tak sie u nas porobilo  !!!… „nasza waadza”  nie ma sie kim  wyslugiwac  !!!   Konczy sie  zakONszanie  i zadawanie szyku  przez „nasze waadze”… kochane  !!!

  8. Architektura krajobrazu czyli Kamuflaż

  9. Również chciałem napisać, że dobry wpis. Ciekawe podejście do tych związków zawodowych, szkoda, że mało kto tak myśli. Herezja zwyciężyła…

  10. Ha! Nas najbardziej rozbawiła nagła przebieranka Krzaklewskiego /a właśnie – co on robi teraz?/. Smokingi, garniaki, muchy etc., ale kiedy /za AWSu/ górnicy się zbuntowali, to ów pojawił się w jakiejś kopalni w rozchełstanej, kraciastej koszuli i z kilkudniowym zarostem. Przemawiając z balkoniku jako „zbuntowany związkowiec”. Kwiczelimy ze śmichu 🙁

  11. Wyngiel, buty z noskami i cebula! Nie zapominajmy o cebuli! /W workach./

  12. jeden ze studentów zaocznych załatwił jeszcze z Radoskóru mokasyny, kolor czarny, damskie i męskie. Spisał na kartce potrzebne rozmiary i przywiózł na uczelnię, każdy z nas wziął swoją rozmiarową parę z jego bagażnika, dyskretnie i bez miary, bo zaoczny student zapewniał, że „muszą”  pasować i rzeczywiście. To były czasy.

  13. A co tam cebula, mokasyny to było coś, no i ten wyngiel tyż był  waaażny.

  14. Pamietam tego cwoka w tej koszulce w kratke…

    … ale jeszcze wtedy to wierzylam w te scieme odgrywana w telewizorze przed narodem… dzis jest zupelnie inaczej… duuuzo sie nauczylam  !!!

  15. Ja tam nie wiem 🙂 Moja rodzina nie podlegała przydziałom, a związkom zawodowym w szczególności /Tata był tzw. wolnym zawodem, a za stanowczą niechęć do zapisania się do związków był represjonowany – zakazano Mu pracy w dużym, rodzinnym mieście/. Ale pamiętam ludzi wracających z roboty z workami cebuli na plecach 🙂

  16. Noooo nieeee…. Przecież „tworzył rząd AWSu”, rezydował bodaj w Europejskim w tych smokingach, a jednocześnie „był związkowcem” w koszuli w kratę i z kilkudniowym zarostem podczas strajku przeciwko temu rządowi :)))

  17. wszystko w jednym … „związkowcu”.

  18. Tak, tak, Pani KOSSOBOR…

    … lykalam te papke jak pelikan… tez nie za bardzo interesowalam sie tym co sie dookola dzieje, nie sluchalam jeszcze RM, nie bylo jeszcze internetu i Coryllus’a… mlodosc ma swoje prawa… ale w koncu otrzezwienie zyciowe  i  prawdziwa wiedza przyszlo… i dotarlo  !!!

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)