styczeń 162015
 

Choć zostało to już po wielokroć udowodnione przychodzi mi jeszcze raz pisać o tym dlaczego nie można porozumieć się z dziennikarzami na tak zwanej płaszczyźnie warsztatowej. Oto zajrzała wczoraj na mój blog Maja Narbutt (mam nadzieję, że to ona, a nie jakiś oszust, ale sądzę, że jednak administracja nie dopuściłaby do takiej hucpy). Wywiązała się dyskusja na temat jakości tekstów pani Mai i jakości naszych tekstów oraz kryteriów oceny. Pomijam kwestie takie jak literówki, przecinki i czeskie błędy. W pewnym momencie Maja Narbutt, wiedziona jakimś fałszywym instynktem napisała coś takiego:

W kwestii reportaży — Pan wybaczy, ale fakt, że Kapuściński zgłosił mnie do nagrody Fikusa, a „Courrier International ” co nieco przetłumaczyło i nawet zapłaciło, wydaje mi się satysfakcjonujący.

Jak się domyślacie, kiedy tylko wstałem rano, chwilę po szóstej, kiedy to zobaczyłem, natychmiast zablokowałem pani Mai możliwość komentowania na moim blogu. To są niemożliwe rzeczy, ten poziom dyskusji. Nie powinniśmy do tego dopuszczać, bo przeciwko takim hierarchiom właśnie prowadzimy naszą walkę. Możemy to spokojnie tak nazwać – walka. Codzienne pisanie tekstów, wydawanie książek, bez nadziei, że zostaną one zauważone przez tak zwany „świat”, poprawianie jakości tych książek, wydawanie luksusowych, lepszych niż wszystkie inne komiksów, nazywam walką. A propos, Tomek narysował już cztery ilustracje do nowej Baśni tom I, która ukaże się niebawem w twardej oprawie. Wracajmy jednak do walki. Oto okazało się, (ludzie, który ja już raz to piszę), że można zrobić sukces, samą tylko jakością tekstu. Samym tylko przywiązaniem czytelnika do autora. I jest to sukces bezwzględny niemożliwy do zakwestionowania. On ma swoje ograniczenia, jak wszystko, nie piszą o nas gazety, nie mówią o nas w telewizji, ale cóż to ma za znaczenie, kiedy są tu z nami każdego ranka nasi czytelnicy, a ja mogę na każdych kolejnych targach wykupywać coraz większe stoiska i poprawiać ekspozycję.
I na to wszystko przychodzi Maja Narbutt i wstawia taki tekst jak powyżej. No to cóż można zrobić? Okay, ona nas nie zna, nie wie co tu się dzieje, nie czyta blogów, a jej wyobrażenia o pisaniu ukształtowały się na uniwersytecie, gdzie wręcza się nagrody fundowane z kradzionych budżetowi pieniędzy. Nas to nie interesuje, niech sobie wręczają te nagrody. Nas ciekawi jakość debaty publicznej, w której się realizuje pani Maja i do tego odnosiła się nasz krytyka. W zamian za nią, pani Maja przyszła nam powiedzieć, że nie może odróżnić nas jako autorów, że Osiejuk ma zakładkę u Ebenezera Rojta na „Kompromitacjach”, że nie rozumiemy standardów dziennikarstwa, a ona miała celujący i Kapuściński zgłosił ją do nagrody Fikusa.
Nie widziałem, żeby ktokolwiek, na jakichkolwiek targach książki, czyli w jednym miejscu gdzie uchował się jeszcze rynek, a czytelnik może pytać wystawcę o to co chce, ktoś zagaił: panie, a gdzie tu leżą te książki co do nagrody Fikusa były nominowane? Nikt nie pyta nawet o Nike, każdy ma jakieś swoje indywidualne upodobania, które chce tam realizować. Pani Maja zaś uważa, że liczą się jedynie branżowe nagrody i uznanie kolegów. No więc jeszcze raz: nagrody za pisanie, czy to literackie czy to dziennikarskie nie służą już nawet do porządkowania rynku, jak to miało miejsce jeszcze parę lat temu. Nie ma bowiem żadnego rynku poza blogami i targami. Nagrody służą do pozycjonowania środowiska, do pompowania jednych i wypuszczania powietrza z innych. Nie mają żadnego znaczenia poza wąskim gronem zainteresowanych, poza środowiskiem sprofilowanym pod branżę lub poglądy. Nagrody unieważniają czytelnika i to jest ich najistotniejsza funkcja. Każdy więc kto posługuje się kartami tak przeraźliwie poznaczonymi jak to nam pokazała Maja Narbutt wyłącza się z dyskusji na własną prośbę.
Omawianie tych kart i znaków na nich wyrysowanych zacznę od reportażu i Kapuścińskiego. Skąd wziął się w ogóle ten cały reportaż? Kapuściński pisząc swoją ostatnią książkę pod tytułem „Podróże z Herodotem” próbował przekonać nas, kokieteryjnie nieco, że ten cały Herodot był pierwszym reporterem na świecie. To są głupstwa rzecz jasna, chyba że przyjmiemy za pewnik równanie takie: reproter=agent. To się sprawdza w wielu przypadkach, na pewno w przypadku Kapuścińskiego, ale także w innych. Omawialiśmy tu kiedyś Henry Mortona Stanleya i jego słynny reportaż dotyczący odnalezienia doktora Livingstone’a. Takiej nieprawdopodobnej hucpy nie czytaliśmy wszyscy nigdy chyba. Kapuściński ze swoimi pomysłami jest w porównaniu ze Stanleyem uczniakiem, biednym dzieckiem. Sam Stanley zaś, oznajmia nam otwartym tekstem, kim jest i jakie są jego funkcje. Moim, (niezmiennie), idolem pozostaje Egon Erwin Kisch, ze względu na swoje demaskacje a rebours i niekwestionowany talent. Po 100 albo i więcej latach mili czytelnicy na naszych oczach objawia się prawda zaskakująca, oto pisarze języka niemieckiego mają nam więcej do zaoferowania niż pisarze anglojęzyczni, przynajmniej jeśli chodzi o reporterów. No, ale do rzeczy. Skoro XIX wieczny imperializm wypracował taką formułę jak latający reporter i formuła ta sprawdzała się przez kilka dekad, nic nie stało na przeszkodzie, by komunistyczny reżim w Polsce również miał swojego latającego reportera. Był nim Kapuściński właśnie, człowiek, który kłamał tak strasznie, że nie można tego po prostu znieść. Maja Narbutt została przez niego nominowana do nagrody Fikusa, o którym na szczęście nic nie wiem. No, a do tego jeszcze jakaś anglojęzyczna gadzinówka wydrukowała jej fragmenty tych nagrodzonych reportaży. Fragmenty reportaży….zwróćmy uwagę na to co jest miarą sukcesu dla dziennikarki Mai Narbutt, są nią przedruki fragmentów jej tekstów w zagranicznych gazetach. A niech to szlag! Zobaczcie jaka hierarchia zza tego wygląda. Miejscowi agenci wyznaczeni na stanowiska autorytetów zawodowych i branżowych decydują kto będzie, a kto nie będzie nagrodzony. Potem zaś ci wybrani, co znajdują się dwa szczeble niżej niż sami agenci, dostają ochłap w postaci publikacji anglojęzycznej. Następnie spośród nich wybiera się kolejnych agentów, którzy kształtować będą wyobraźnię mas w Polsce. Kim są te masy? To wy właśnie mili czytelnicy. Wy i nikt inny, a ja z Wami. No i my mamy jedną rolę do odegrania, mamy klaskać, bo jeśli nie to nasze teksty znajdą się na portalu Ebenezera Rojta. Pomiędzy św. pamięci Kapuścińskim, jego następcami, a czytelnikami nie mogło być żadnych połączeń, nawet przegubowych, bo nie o to chodzi by ktoś się z kimś porozumiewał. Chodzi o przyjmowanie na wiarę różnych bredni. Jeśli zaś ktoś uzyskuje coś własną pracą i nie „wierzy w pisane”, należy tę pracę niszczyć i unieważniać ile sił, żeby sama obecność tego czegoś nie zagroziła stabilności opisanej tu przeze mnie konstrukcji.
Na to nie ma naszej zgody. I o tym wczoraj dowiedziała się pani Maja Narbutt. Mam nadzieję, że dość dobitnie. Nie ma na to naszej zgody, choćby nie wiem jak prawicowe i patriotyczne gazety wydawano w Polsce i nie wiem jak strasznych czarnych biskupów w nich demaskowano.
Teraz słów kilka na temat misji. Jaka jest misja Mai Narbutt? Otóż z tego co zdążyłem się zorientować jest nią niepublikowanie istotnych informacji, które zastępuje się emocjami, podawanymi w dodatku bez zrozumienia znaczenia słowa „dramaturgia”. Inaczej bowiem nie sposób określić tego co pani Maja Narbutt pisze w swoim reportażu.
Czym się to różni od naszej misji? Otóż nasza misja polega na tworzeniu rynku. Nie na zdobywaniu medali z kartofla na rynkach już istniejących, konstruowanych z intencją podłą i oszukaną. Dopiero wtedy, kiedy uda nam się stworzyć rynek treści i rynek jakości, będziemy mogli przenieść to co uważamy za wartościowe do innych języków. Nie sądzę byśmy czekali na to długo, bo przecież już zaczęliśmy to robić. Chodzi o to, by nie przyjmować od nikogo łaski, ani nagród, bo one są z istoty oszukane, a hierarchia, która tworzy się w oparciu o nie, konstruowana jest przeciwko nam. Poznajemy to choćby po lekturze książek Kapuścińskiego. Jeśli nie rozumieją tego dziennikarze „naszych” mediów, tym gorzej dla nich.

31 stycznia mam spotkanie z czytelnikami w moim rodzinnym mieście, w Dęblinie, w domu kultury, który teraz jest w budynku dawnej przystani nad Wisłą, tuż przy moście drogowym. Początek o godzinie 16.00. 19 lutego zaś o 17.30 (chyba) odbędzie się spotkanie w Gdańsku, w bibliotece, tak jak w zeszłym roku, w tym całym centrum handlowym, jakże się ono nazywa….Manhattan chyba…Zapraszam wszystkich serdecznie.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl Mamy tam cały festiwal promocji. „Dzieci peerelu”, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” oraz „Dom z mchu i paproci” sprzedajemy po 10 złotych plus koszta przesyłki. „Najlepsze kawałki” oraz 2 i 3 numer Szkoły nawigatorów sprzedajemy po 15 złotych plus koszta przesyłki. Zapraszam także do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie.

  18 komentarzy do “O możliwościach porozumienia się z dziennikarzami”

  1. Fundowane z budżetowych kradzionych pieniędzy 😉

  2. „Celujący” – to już chyba do niej „przylgnie”. Tak czy inaczej to kompromitacja. Na jej korzyść przemawia to, że chociaż pojawiała się na blogu

  3. W telewizji Republika w programie „Republika kultury” bobo-Gociek prawie piał z zachwytu nad ostatnią książką Tokarczuk. Ale to drobiazg. Teraz będzie to lepsze. Jeden z zaproszonych mądrali nazywał się Iwo Zmyślony.

  4. dialektycznie to by brzmiało „fornalizm dziennikarski”

  5. Ona myślała, że ci co ją wspierają są jej aktywami (jej kapitałem) otóż te aktywa są dla rynku medalem z kartofla. Smutna konstatacja dla osoby sprofilowanej na osiąganie sukcesu. Nie ma sukcesu jest śmiech.

  6. …a podswiadomosc figluje zamiana:
    >>nagroda Fikusa<>nagroda Fiskusa<<.
    PS: Uprzejmie uprasza sie o obecnosc kamery na spotkaniach.

  7. Jeśli ktoś był promowany przez Kapuścińskiego, to się powinien poważnie nad sobą zastanowić. A w żadnym razie się tym nie chwalić – chyba, że jest się pracownikiem GW i/lub okolic – wtedy oczywiście wręcz przeciwnie.

  8. Nie należy pisać o misji; a niech się dziewczynki i chłopcy natrudzą, by zarobić na chlebuś.
    TU NIE MA ŻADNEJ MISJI – oświadczam wiadomym.
    TU IDZIE TYLKO O PIENIĄDZ – mam nadzieję, że rozumicie. 🙂

  9. Wicie rozumicie, ale z Ludwików Narbuttów to ona nie jest.

  10. Sie wie.
    Można łatwo kopić było w pewnym czasie lub tytułem pospolitowania nazwiska nadawali go zaborcy ludziom, którzy nawet stajennymi nie byli u nich. A tak to ładnie wygląda – Jean Poniatowski (z akcentem na ki) i Lee(lee) Sobieski (wymawiane z kluchami w gębie).

  11. „Narbutt” wygląda jakoś, ale czytać hadko

  12. Maja Narbutt jest skutkiem braku rynku o czym gospodarz cały czas wspomina. Coryllus, Braun, Toyah i różni profesorowie próbują to odwojować ale to ciągle za mało. Profesorowie zresztą do młodych nie docierają bo mają akademickie maniery. Oni nie są w stanie dotrzeć nawet do własnych studentów. A młodym trzeba poświęcić jedynie trochę uwagi i zainteresowania i sami się do „człowieka” garną. A na na to ciągle jest za mało czasu bo pogoń za „punktami” i „impact factorami” bo wywalą a kredyty trzeba spłacać. Kreowanie rynku to jest „praca u podstaw”. Grzegorz Braun niestety stracił cierpliwość i stąd te Hajdarowicze i Ruch Narodowy. Mam nadzieję, że to jedynie chwilowa depresja.

  13. Dziękuję i również pozdrawiam .

  14. ” Kapuściński zgłosił mnie do nagrody Fikusa” – to, delikatnie pisząc, nie jest powodem do chwały. Pisząc zaś wprost: okoliczność ta całkowicie dyskredytuje autorkę. To prawie tak, jakby napisała: „Publikowałam w Charlie Hebdo”.

  15. Myślę, że to ostatnie aresztowanie i może szybki rachunek, że i tak nic człowiek nie znaczy dla urzędów sprawiedliwości lub może mała depresja, że wojowanie nic nie daje i…
    zobaczymy, bo człowiek ma tyle wigoru i lubię go słuchać, bo ma dar nie tylko przekazywania, ale także, co już jest rzadkością, dar przykuwania uwagi.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.