Lut 212020
 

Skoro już napisałem o możliwościach, teraz pora na chęci. Te zaś maleją zwykle wraz z ponawianymi próbami wejścia na ten rynek, które kończą się fiaskiem. Dlaczego tak jest? Otóż dlatego, że ludzie nie rozumieją sprawy podstawowej – obecność na tym rynku to najpierw lata terminowania, zupełnie jak w hucie szkła. Terminowanie zaś oznacza, że nikt nikogo nie chwali, a przeciwnie, często dostanie się kopa w tyłek. Nikt nikomu nie prawi duserów i za terminującym autorem nie oglądają się dziewczyny. Na rynku treści terminowanie było przez długi czas zupełnie niemożliwe, dopóki nie powstał internet. Nawet to nie poprawiło sytuacji, bo dopiero pozwolenie na swobodną wypowiedź każdego w każdej sprawie umożliwiła normalne próby zdobycia umiejętności przekazywania treści bliźnim. Tego jednak nie zauważył chyba nikt poza mną. Ja zaś próbowałem wytłumaczyć wielu ludziom, jak ogromne mamy szczęście, że możemy żyć w takich czasach i próbować zmieniać różne oszukane relacje i hierarchie, doskonaląc przy tym nasz warsztat. Po każdej takiej próbie zostawałem sam. Okazało się bowiem, że większość żyjących osób uważa, że możliwości jakie daje nam internet, służą do autopromocji. Ta zaś jest przecież prosta i łatwa do wykonania. Wystarczy się przebrać w habit i coś poopowiadać ludziom. To wszystko. Oni zaraz tę treść skojarzą ze swoimi własnymi przygodami, bo jak wiecie nie ma łatwiejszej rzeczy niż kojarzenie wszystkiego ze wszystkim. A jak już skojarzą staną się wdzięcznymi odbiorcami kolejnych wynurzeń. I tak to się kręci.

Rynek treści nigdy nie był wolny. To jest rynek propagandy, gdzie obecne są wyłącznie propagandowe memy, które podawane są ludziom pod wysokim ciśnieniem. Ponieważ tak zwany kunszt autorski został już dawno przez macherów od rynku unieważniony, albowiem odwracał uwagę odbiorcy od ważkich czyli propagandowych problemów, konkurencja odbywa się na prostej zasadzie – żeby zwrócić na siebie uwagę trzeba mieć po swojej stronie absolut. Dobrze widać, gołym okiem, że rynek treści to miejsce, gdzie ludzie o bardzo podejrzanych intencjach okładają się pojęciami, które mają zrobić wrażenie na prostaczkach. Kościół i Pan Jezus są jednymi ważniejszych pojęć służących do utrzymania się na rynku. Od tego bowiem, kto będzie miał po swojej stronie prawdę „najmojszą”, zależy nie sukces, bynajmniej, bo trudno mówić o sukcesach, przy takich możliwościach, jakie są w Polsce, ale samo istnienie w obrocie treścią.

Nie ma więc mowy, w takich okolicznościach, by ktokolwiek zajmował się czymś mniej istotnym niż zbawienie duszy. To jest rzecz najważniejsza i ona musi być na tym rynku wywalona w miejscu najlepiej widocznym. Bez znaczenia jest przy tym, czy prezentacja problemów związanych ze zbawieniem, bądź potępieniem każdej pojedynczej duszy, rzeczywiście tym duszom pomaga. Nie można nawet próbować podjąć takiej kwestii, albowiem to z miejsca człowieka degraduje. Ja to przećwiczyłem na sobie, a nie zostałem zdegradowany tylko dlatego, że dzień w dzień, od dziesięciu lat terminuję na rynku treści, znosząc przy tym różne szykany, lekceważenie i szyderstwa. Ciągle jednak jestem i to powoduje, że moja obecność wywołuje też zdziwienie pewnych osób i kręgów. Przecież wszystko zostało zaplanowane? Ten mówi o niebie, ten o chlebie, a publika klaszcze i płacze we właściwych momentach. O co więc chodzi? Rynek został podzielony na segmenty i można sprzedawać propagandę, bez obaw, że ktoś się wtrąci do biznesu. Oczywiście, że można i ja się do żadnego biznesu wtrącał nie będę. Ja tylko, korzystając z dobrodziejstwa, wolności słowa, pisałem tu przez kilka dni, że działalność ojca Szustaka, jest certyfikowana przez siły obecne na rynku treści, które są zainteresowane sprzedawaniem propagandy, także politycznej. Nie przeczę, że wystąpienia Szustaka mogły na kogoś wpłynąć pozytywnie, ale jak długo wpływ ten będzie się utrzymywał, tego nie wiemy. Możemy za to określić z dużą dozą prawdopodobieństwa, że ojciec Szustak zostanie w pewnym momencie wycofany z pierwszej linii, albowiem przestanie budzić już zainteresowanie i zastąpi go ktoś inny, kto będzie miał jeszcze ciekawiej zredagowane treści propagandowe do zaprezentowania.

Jak powiadam, będę się upierał przy swoim, albowiem to ja, a nie moi oponenci, zarabiam na rynku treści, to ja widzę trudności jakie się piętrzą przed takim wydawnictwem, jak moje i to ja wyrażam swój sprzeciw wobec manipulacji, jakimi posługują się niektórzy ludzie wykorzystujący obecność i misję Kościoła do sprzedaży swoich, bynajmniej nie fascynujących produktów. Zwracałem na to uwagę, ale bez skutku. Możliwości sprzedażowe firmy, którą reprezentuje Adam Szustak są ogromne. Firma ta działa na preferencyjnych warunkach, a wykorzystuje do realizacji swojej misji entuzjazm różnych wariatek zafascynowanych postacią Adama Szustaka.

Wielokrotnie pisałem o tym, jak bardzo szkodliwy dla sensownej działalności jest entuzjazm i wielokrotnie zwalczałem entuzjazm, który prezentowali różni ludzie chcący pomóc mojej firmie. To jest zła droga, która moim zdaniem z miejsca zdradza nieszczerą intencję. To jest tak, jak zwykle bywa z młodymi ludźmi, ale także z tymi starszymi, którzy chcą od razu uczestniczyć w samych najważniejszych rzeczach i mieć swój udział w sukcesie. Najlepiej żeby był on jeszcze wywalczony przez kogoś innego.

No więc jest tak – nie możemy, i to wynika z dobrze rozumianej pokory, stosować zasad promocji i lansować kwestii, które dziś tworzą rynek treści w Polsce. To znaczy ja nie mogę, w Wy kochani czytelnicy róbcie sobie co tam chcecie. Nie można obiecywać ludziom zbawienia i dawać im rozgrzeszeń w miejscu takim jak rynek, bo ono nie temu służy. Ono zostało wykorzystane przez wędrownych kaznodziejów wszystkich możliwych religii i sekt, bo tu się gromadzą ludzie. Miejscem stosownym do takich zamierzeń jest świątynia. Ta ponoć  pustoszeje i zaczyna wiernych nudzić. I to jest zdumiewające, bo ja nie zauważam pustoszenia świątyni, ale takie sugestie słyszę. W związku z tym, ktoś wpada na pomysł, by stworzyć ewaneglizacyjną hybrydę – połączyć media, książki i misję. No i z tym zestawem wyruszyć na łów. To jest pomysł głupi. Był kiedyś taki film – „Złote węgorze”, gdzie zwariowany ojciec próbował pokazać swojemu synkowi, jak się łowi węgorze. Zastosował metodę, która wydawała mu się skuteczna – kazał dziecku chodzić po rwącej rzece i przegradzać ją sznurem z zawieszonymi na nim przynętami. O mało tego dziecka nie utopił, a na taki zestaw nic się rzecz jasna nie złowiło. Nie wierzę w masową ewangelizację za pomocą mediów, koszulek, książek i różnych gadżetów. No i postaw takich, jak ta reprezentowana przez Adama Szustaka. Jest on bowiem, przez swoje chęci, albo przez głupotę, uczestnikiem gry rynkowej, w miejscu, które jest z istoty Kościołowi wrogie. I nie kieruje swojego słowa do ludzi, którzy tę wrogość jawnie okazują, on je kieruje do zagubionej młodzieży, która – kiedy już sobie posłucha jak ojciec Adam opowiada – sięga po inne zestawy przygotowane dla potrzeb rynku, nie mające nic wspólnego z ewangelizacją, ale też używające absolutu dla potrzeb zwiększenia sprzedaży.

Dlaczego on tak robi? Myślę, że gdyby zmienił gawędę i zamiast mówić do pogubionych dzieci, zaczął mówić do wydawców pism satanistycznych, albo do autorów szkalujących katolików takich, jak Miłoszewski i Twardoch, zaraz zostałby przywołany do porządku, albo zdjęty z rynku. Nie o to bowiem chodzi. Istotą obecności na rynku jest jego podział na strefy wpływów. No i jedna ze stref dostała się Kościołowi, który – jak to Kościół – wydzierżawił ją jakimś zgromadzeniom. Te zaś, korzystając ze wszystkich możliwości jakie daje koncesja, zajmują się sprzedażą, która w ich mniemaniu jest ewangelizacją. Nie jest. Rynek to rynek, a Świątynia to Świątynia.

Tak niestety się składa, że przy rynku sformatowanym na opisanych zasadach trudno jest sprzedać cokolwiek, co choć trochę nie będzie się ocierało o lansowane tu, nieszczere treści, dobrze jest przynajmniej nie udawać entuzjazmu i wejść na ten rynek z produktem, który jasno nas określi. W jaki sposób? No w taki, że damy jasno do zrozumienia, że nie godzimy się na dotychczasową segmentację i nie będziemy słuchać żadnego słodkiego pierdzenia. Ja to próbowałem wytłumaczyć różnym ludziom, ale za każdym razem bez skutku. Za każdym razem bowiem autor, do którego zwracam się z taką propozycją, czuje się wyróżniony, a jak wyróżniony, to od razu samodzielny i pewny siebie. I to jest katastrofa. Trzeba bowiem połączyć dwie rzeczy bardzo trudne do połączenia – trzeba zminimalizować ryzyko i jednocześnie wykazać się maksymalną dowagą. Ja sam, jak wiecie zajmuje się od lat promocją produktów z rynkowego punktu widzenia niesprzedawalnych. One są poza propagandą, w przeciwieństwie do wystąpień Adama Szustaka. Co nie znaczy, że nie zawierają treści istotnych. Zawierają, ale nie te, które służą formatowaniu mas. Tak się jednak dłużej nie da. Trzeba doprowadzić do jakiejś konfrontacji, na zasadach, które obowiązują powszechnie, ale jednocześnie nie mogą być zastosowane przez ludzi porządkujących rynek. Tylko to bowiem zagwarantuje nam sukces. A stanie się tak, albowiem rynek nie może się obyć bez publiczności. Ta zaś dysponuje potencjałem intelektualnym, poczuciem humoru, kojarzy odległe nieraz fakty i lubi ocenić intencję autora po swojemu.

Nie będę tu już wracał do moich suplik kierowanych do różnych kolegów, których prosiłem o napisanie tego czy tamtego. Definitywnie z tym kończę. Postanowiłem, jakiś czas temu poprosić mojego dawnego kolegę Michała, o napisane tekstu do rzymskiego numeru Szkoły nawigatorów. Jednocześnie zaś poprosiłem go o to, by podjął próbę napisania książki, która mogłaby zakwestionować ustalone przez wielkich graczy rynkowych zasady. On się zgodził, ale postawił warunek. Taki, że nie będę go lansował publicznie. Jest to bowiem człowiek dyskretny, samotny i dość ekscentryczny. Nie lubi rozgłosu. Zadanie zostało wykonane, a ja będę czekał na efekty. Michał zaplanował wręcz całą serię produktów, ale na razie do drukarni pójdzie jeden. Zobaczymy jaki będzie efekt. Ja sam napisałem recenzję tej książki, którą może zaprezentuję niebawem. A dziś chciałem pokazać okładkę, oczywiście autorstwa Tomka Bereźnickiego. Prezentuję ją w całości, a nie tylko pierwszą stronę jak dotychczas, albowiem Michał zaplanował też strategię marketingową tego produktu, która zawiera się w nim samym. To jest bardzo ciekawe moim zdaniem, nie jestem tylko pewien efektów, ale postanowiłem dać Michałowi szansę. Oto książka.

  16 komentarzy do “O chęciach zaistnienia na rynku treści i poszukiwaniu akceptacji”

  1. Być żeglarzem, sterem i okrętem i płynąć tam gdzie pasterze z Pustyni Błędowskiej nie dojdą ☺
     

  2. hmmm, ja chyba skądś znam (i to dobrze:) tego Michała…

  3. Gdyby to co się dzieje na rynku media -książki -misja  =  jakoś spuentować i wykazać jego bzdurność i odlot,  to chyba porównanie kulinarne (bo nam wszystkim dostępne) najlepiej to odda, że jest to jak ciasto czekoladowe nadziewane anchois i obsypane chili…. czyli pomieszanie smaków nie do zaakceptowania w tzw dobrej kuchni.
    A co do brawury, to Pańska obecność na rynku ma wszelkie znamiona brawury, odwagi, ryzyka i wielu innych cech, których ja prawie nie mam, a  Pana podziwiam. Już się cieszę na tę książkę o Dickensie.
    Mama czytała mi do poduszki „Klub Pickwicka” i Dickens był dla mnie autorem humorystycznych sytuacji, dopóki na wykładzie z historii myśli ekonomicznej nie usłyszałam o nędzy społeczeństwa angielskiego XIX wieku o workhausach, włóczęgostwie itp.
    Ciekawe jak się p. Michałowi uda opisać czasy Karola Dickensa.    

  4. To nie jest książka o czasach Dickensa, muszę Panią rozczarować. To w ogóle nie jest książka o czasach

  5. Ja bardzo się cieszę, że jest Pan na rynku treści. Dowiedziałam się o Pana istnieniu na targach we Wrocławiu, ostatnio w grudniu – wcześniej nikt ze znajomych nie pisnął o Panu, a mógł – gdzie kupiłam najtańszą książkę na stoisku, o św. Stanisławie. Potem następne z Kliniki Języka. I mam nadzieję na więcej. Pozdrawiam i życzę sukcesów!

  6. Wystarczy, że ja pana znam ☺
     

  7. taką też mam nadzieję

  8. Obecność i misja Kościoła wykorzystywana jest nie tylko na rynku treści, jak wszyscy wiemy. Sprzedażowo i propagandowo wykorzystywany  jest do wszelkich idei. Nie zawsze zyskuje na tym rząd dusz, a czasami wręcz przeciwnie.

  9. Okładka rewelacyjna!!!

  10. Ja to rozumiem…
    … po co mieli Pani pisnac, ze jest taki fantastyczny autor i bloger jak Coryllus… zeby Pani wiedziala tyle co oni albo moze wiecej  ???
    Nadmiernie ambitni ludzie albo aspirujacy o Coryllus’ie  nie wspominaja… po prostu  SZLABAN  !!!
     

  11. Puste butelki po Absolucie są na angielskim e-bayu niedrogo. Nieco droższe są butelki z LGBTQ. Też puste ale postępowe. 
    Ludzie chcą być oszukiwani. Zbigniew Nienacki
    Nie ma większego oszusta niż ten, kto oszukuje sam siebie. Charles Dickens
     
    Razem z moją rudą kochanką (ma 105 lat) zamierzamy popierać prawdziwy postęp. Czekamy na zapowiadaną książkę.

  12. Piękna sędziwa koteczka, jakie ma imię? Może …Eleonora?

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.