gru 232021
 

Od dłuższego już czasu rozmawiamy tu wyłącznie o postawie, całkowicie nieznośnej, która manifestuje się mitomanią wojenną. Starzy faceci, albo tacy, którzy uważają się za wyjątkowo przenikliwych, usiłują skupić na sobie uwagę poprzez jakieś projekcje wojenne. Czynią to, jak rozumiem w konkretnych zamiarach, a ich zachowanie jest akceptowane i promowane przez media, które także mają podobne aspiracje. Postawa ta jest zaraźliwa i znajduje naśladowców, którzy także chcą być przenikliwi i także chcą powiedzieć, że zaraz będzie wojna i mieć przy tym rację lub trochę racji. Okay, niech będzie, że ci pierwsi mają misję i biorą za nią wynagrodzenie. No, ale po jaką cholerę odzywają się kolejni w dodatku w tym samym tonie? Tworzą w ten sposób format, który żyje – całkiem idiotycznym już – własnym życiem i zapycha przestrzeń wymiany myśli i informacji. Nie ma już chyba ani jednego redaktora, który by nie chrzanił na YT o tej wojnie i straszliwych dla nas jej konsekwencjach. Wszyscy pouczają się wzajemnie na forach, jak powinni się zachowywać i jak formułować myśli, żeby nie wyłamywać się z omerty, łączącej ich w grupę ludzi poważnych i doinformowanych. To jest coś absolutnie strasznego i nie nadającego się do akceptacji. Więcej – to jest dziecinne. Postanowiłem więc, jak to czyniłem niegdyś opowiedzieć tu o pewnej książce, która zalega magazyny allegro, a nie powinna. Najpierw jednak anegdota zaczerpnięta wprost z tej książki. Oto w początkach XX wieku, ogłaszano w krakowskiej akademii sztuk konkursy tematyczne. Ogłoszenia wisiały w okratowanych gablotach i miały zachęcać studentów do wysilenia wyobraźni i wyjścia poza schematy formalne dominujące w pracowniach poszczególnych profesorów. Pewnego dnia w takiej okratowanej gablocie pojawiło się ogłoszenie o konkursie, którego tematem była walka. Nie wisiało długo w tej formie, albowiem jakiś student o wyjątkowo szczupłej dłoni, przecisnął ją przez drobne kratki i obok wyrazu walka dopisał inny. Był to wyraz „byków”. Ten skromny dopisek zmienił całkowicie charakter i wagę ogłoszenia. Uczynił je inną jakością po prostu. To co się wydarzyło później zasługuje na opis autora stokroć zdolniejszego ode mnie. Wiadomo bowiem, co dzieje się kiedy młodzieniec o rozgorączkowanej wyobraźni, potrafiący narysować nie tylko kotka, ale także słonia, mewę, skopiować coś z Matejki, a w tle wstawić jakiś pejzaż, dostanie do opracowania temat tak straszliwie konkretny. Nie ma mowy, żeby się oparł tej pokusie, szczególnie jeśli traktuje siebie i swoją sztukę bardzo serio. Nie wiem co stało się z pokłosiem wystawy prac konkursowych, być może w jakichś krakowskich domach jeszcze wiszą jego smętne resztki. Autor, który to opisuje twierdzi, że na ścianach sal wystawowych pojawiły się tony grubo porcjowanej wołowiny, nad którą unosili się na palcach szczupli, chmurnie patrzący w dal mężczyźni w dziwnych, nie pasujących do epoki strojach i jeszcze dziwniejszych nakryciach głowy, przeważnie uzbrojeni.

Mam wrażenie, że my też bierzemy udział w takim konkursie. Ktoś w całym wielkim internecie ogłosił, że od teraz oceniane będą prace, których tematem będzie walka, a ktoś inny złośliwie dopisał – byków. No i się zaczęło. Że też święta Narodzenia Pańskiego nie powstrzymują tych ludzi. Dziś z rana wyświetlił mi się film Otoki Frąckiewicza, który też coś pieprzy o tej walce byków.

Nie wiedzę innej rady na ten obłęd, jak tylko powrót w stare narracyjne koleiny. Przynajmniej na razie. Co będzie później, zobaczymy. Wielokrotnie polecałem wszystkim do czytanie różne ziemiańskie lub artystyczne wspomnienia, albowiem ten rodzaj literatury w Polsce obrodził wyjątkowo obficie. Znalazł też swoich apologetów i naśladowców. Ja sam przymierzam się do wydania jakiegoś tomu, który przybliżałby współczesnym te fantastyczne i zapomniane już, także dzięki propagatorom walki byków, treści. Myślę, że należy też nagrać kilka pogadanek o wspomnieniach ziemian, to może być niezłe antidotum, na różne brednie wylewające się z sieci. Tak, jak napisałem – najlepsze są te wspomnienia, które łączą w sobie wątek ziemiański i artystyczny. Tak myślę dziś, choć oczywiście doceniam Milewskiego, Woyniłłowicza i Jałowieckiego. No, ale uważam, że najbardziej dynamiczny jest Skotnicki. No, ale to wszystko nic, w porównaniu z dokładnością opisu i szczegółem anegdotycznym we wspomnieniach Zygmunta Kamińskiego. To on opisał tę walkę byków. W innym miejscu zaś opisuje szczegóły funkcjonowania dworu, jego naturalne zasoby, funkcje jakie pełnili poszczególni pracownicy, a także ich dochody oraz skalę wydatków niezbędnych do przeżycia. Kamiński nie szarżuje, jest człowiekiem zrównoważonym, ale raczej skręca w kierunku zgrywy. Wiem, wiem, był także masonem i projektował nieprawomyślne godło państwowe z pięcioramiennymi gwiazdkami na skrzydłach orła. To okropne i nie może być akceptowane. Moim zdaniem „Dzieje życia w pogoni za sztuką”, choć tytuł na to nie wskazuje, to jedna z lepszych książek dokumentujących epokę. Opis funkcjonowania pałacu w Kozłówce jest fantastyczny, a po jego przeczytaniu człowiek ma ochotę odszukać tego durnia, który zrobił tam muzeum socrealizmu i wypchnąć go na jakąś arenę wprost przed szarżującego byka. Uwagi krytyczne są niezwykle celne. Jak to u fachowca, który potrafi narysować kotka, a także detale attyki kamienic w Kazimierzu Dolnym. Ucieszyłem się wczoraj jak dziecko, kiedy przeczytałem u Kamińskiego, że Stanisław Wyspiański zemdlał na swoim ślubie. Zleciał na stopnie ołtarza, trzeba go było podnieść, cucić i dopiero potem dopełniła się ceremonia zaślubin. Ten nieszczęśliwy człowiek, pisząc sztukę pod tytułem Wesele, nie napisał narodowego dramatu, ale odniósł się, złośliwie do swojego osobistego dramatu, jakim było małżeństwo z tą całą Teodorą. I za to właśnie Włodzimierz Tetmajer nazwał go świnią. Stach Szukalski skreślił się z listy artystów promowanych przez państwo, na własną prośbę, albowiem opowiadał w czasie prezentacji swoich prac, że moce twórcze posiadają jedynie osobnicy niscy, krępi i bardzo silni, tacy jak on. Wysocy zaś mężczyźni, z małą głową, nie nadają się do niczego. Mogą być co najwyżej prezydentami Rzeczpospolitej.

Ktoś zapyta – o czym ja tu teraz Państwu opowiadam? Informuję więc – opowiadam o wolności. Bo przez trwające nieustannie od kilku miesięcy ogrywanie motywu walki byków w kosmosie daliśmy się sterroryzować ludziom, których ambicją jest porcjowanie wołowiny. Ludziom, którym wydaje się, że wystarczy przez dwadzieścia minut pierniczyć coś o geopolityce, żeby zdobyć sławę i poklask. Dlatego powinniśmy wrócić do wspomnień innych ludzi, takich którzy interesowali się czymś jeszcze, poza geopolityką. A zainteresowania ta były traktowane serio i opisywane z niezwykłym wyczuciem szczegółu. Dziękuję za uwagę.

  8 komentarzy do “O patosie, ironii i porcjowaniu wołowiny”

  1. Zemdleć na własnym ślubie …,Teodora wtedy musiała zwątpić w niego jako podporę rodziny… wtedy  zrozumiała, że będzie tyrać za dwoje …

    i chyba tak było

  2. Niech Pani nie opowiada takich rzeczy, ta Teodora była katastrofą…

  3. Dzień dobry. Wszystko w porządku, ale ta corrida mi tu jednak trochę nie pasuje. Bo, po pierwsze – wołowina jest droga, zwłaszcza dobra i to właściwie kończy dowód, na koniec zabraknie kasy na byka, po opłaceniu stada torreadorów rzecz jasna. Po drugie raczej mi się ten chór wujów kojarzy z pochrumkiwaniem, a czasami kwikiem wręcz rozpaczliwym. Moja znajomość tak zwanej kultury i sportu jest za słaba, żeby stwierdzić czy już istnieje nobilitujaca (sic!) nazwa walk świń w błocie, ale może są jacyś fachowcy od tego…

  4. Nie można być aż tak dosłownym

  5. – „zapłaciłem i się bawię!…” (Ziemia Obiecana, Franciszek Pieczka)

  6. „Wielokrotnie polecałem wszystkim do czytanie różne ziemiańskie lub artystyczne wspomnienia, albowiem ten rodzaj literatury w Polsce obrodził wyjątkowo obficie. ” Czyli Pałuba Irzykowskiego. I ziemiańska, wspomnieniowa, i awangardowa po trochu. A fakt,że jednak nieznacznie śmieszna, małymi partiami tylko grafomańska , to tylko kwalifikuje dzieło jako dowód, że jednak ziemianie dali radę sprostać epoce, światu, ba, Argentynie, patrząc na losy innego ziemianina, który pisał. I co z tego?  „Irokezi” – powiedział król Fryderyk. Nie miał racji. Ale jego idee wygrywają właśnie.

  7. Ale widzi pan mam nadzieję, że odpowiada sam sobie na pytania, które zadaje? Gdzie ja napisałem coś o Irzykowskim albo Pałubie? Czy w ogóle kiedykolwiek wspomniałem o tym autorze? To, że pan akurat zna jego twórczość, nie znaczy, że wszyscy inni też się mają posługiwać kodami pańskiej wyobraźni

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.