Maj 062019
 

Wydawać by się mogło naiwnym, że rewolucja i czasy postrewolucyjne, w których żyjemy unieważniły problem pochodzenia. Nie ma arystokracji, herbów, nie ma szlachty i wszyscy jesteśmy równi. To jest, o czym wszyscy wiemy, tak zwana „gówno-prawda”, bo w czasach obecnych pochodzenie ma znacznie większe znaczenie niż dawniej. Człowiek zaś nie legitymujący się odpowiednim pochodzeniem nie może liczyć na prawdziwy sukces i realizację swoich ambicji, albowiem napotyka na coś, co nosi umową nazwę „szklanego sufitu”. Dodatkowo, w przeciwieństwie do czasów przedrewolucyjnych, w dobrym tonie jest udawać, że szklanego sufitu nie ma, a różne niepowodzenia, będące udziałem ludzi bez pochodzenia zwalać na ich braki i nieudolność, albo na jakieś inne mankamenty, na przykład wygląd, bo i to się zdarza. Jakie pochodzenie jest dziś ważne? Oczywiście partyjne i stalinowskie. To jest rzecz najistotniejsza. Z mojego punktu widzenia, a widziałem sporo, tylko takie pochodzenie się liczy, nawet pochodzenie żydowskie nie jest tak istotne, jak pochodzenie resortowe. Ludzie pochodzący z rodzin resortowych, mają jeszcze dodatkowo zwyczaj przekonywania wszystkich dookoła, że są starą szlachtą, a w ostateczności, że należą do któregoś ze sławnych rodów fabrykanckich. Na drugim miejscu jest pochodzenie żydowskie, bez którego trudno doprawdy coś zdziałać w Polsce. Częścią wspólną tych zbiorów jest pochodzenie pepeesowskie, o którym słyszy się najmniej, ale które jest tak samo ważne jak dwie wcześniej wymienione opcje. Ludzie legitymujący się pochodzeniem mogą w Polsce robić karierę polityczną. Reszta ma patrzeć i udawać, że wierzy w ten cyrk. Ponieważ partie i poglądy są jedynie kostiumem nakładanym na powiązania rodzinno-oragnizacyjne komedia jest widoczna i czytelna, ale tylko dla tych, którzy mają jakieś tam towarzyskie doświadczenia. Można do tego jeszcze dorzucić masonów, ale oni wszyscy są w zasadzie z dawnego PPS, więc nie ma potrzeby. Najśmieszniej jest kiedy przed oczami wyborców zaczyna się uwiarygadniać prawica. Oglądałem wczoraj fragment programu „Rozróby u Kuby”, którego gośćmi byli Marek Jurek i Jacek Bartyzel. Prowadzącymi zaś ten cały Kuba, którego nazwiska nie pamiętam i Mateusz Werner syn starego telewizyjnego komucha. Obaj wypytywali Jurka i Bartyzela o Ruch Młodej Polski, organizację prawicową powstałą w latach siedemdziesiątych, która poprzedziła Solidarność. Obaj panowie z emfazą opowiadali o swoich poglądach, ideach i zaangażowaniu, a do dyskusji włączył się nieobecny w studio, ale obecny na ekranie promptera Aleksander Hall. On także mówił, że to był najlepszy czas w jego życiu. Mówili też o wydawaniu pisma „Bratniak”, które ukazywało się od roku 1977 do 1989 (chyba), wymienili nazwiska wszystkich autorów publikujących w tym Bratniaku, zapomnieli tylko o jednym – o Henryku Krzeczkowskim, który zapraszał cały Ruch Młodej Polski do swojego mieszkania, serwował ciastka i kawę, a także opowiadał im, swoim dobrze ustawionym głosem, o tym co to znaczy być prawym i dobrym Polakiem. Nie wiem ile jeszcze przyjdzie nam znosić ten cyrk, ale myślę, że długo. Po minie Halla bowiem poznałem, że nie rozróżnia on wzmożenia emocjonalnego, jakie towarzyszyło jego znajomości z Krzeczkowskim od działań polityczno-wywrotowych, które nie były udziałem ani jego, ani Marka Jurka, ani Jacka Bartyzela. Mamy więc preparat emocjonalny podany na racy, którą przynosi nam pod drzwi Mateusz Werner, sławny z tego iż na imprezach w akademiku opowiadał po wódce o roli smutku w twórczości Joyce’a.

Na naszych oczach zacierają się dawne podziały – powie ktoś, ale ja widzę to inaczej, podziały się nie zacierają, ale ujawniają się istotne powiązania – te dotyczące pochodzenia.

Przez cały weekend czytałem niesamowitą zupełnie książkę – Dziennik wypadków Karola Estreichera, tom poświęcony latom 1973-1977. Strach pomyśleć, co jest w tych powojennych tomach, albo w tych dotyczących lat osiemdziesiątych. Polecam wszystkim, choć rzecz jest w zasadzie nie do kupienia. Karol Estreicher to, jak pamiętamy, jest ten pan, który w stworzonym przez siebie muzeum UJ pokazywał słoik z paprochami i twierdził, że to są zniszczone akty erekcyjne UJ. Nie wiem co było jeszcze w tym muzeum, ale na pewno była tam kolekcja rzeźby średniowiecznej, na której łapę próbowali położyć „koledzy” profesora z Instytutu Historii Sztuki UJ – Porębski i Kalinowski. Pomijając wszystkie pikantne szczegóły jakie zamieszcza Estreicher, szczegóły, które wzbudzają u mnie wyłącznie szczerą do niego sympatię, widzę to tak – IHS UJ podpisał wszystkie potrzebne kwity, ale zrobił to na poziomie komitetu wojewódzkiego PZPR, a przez to miał słabszą dużo pozycję niż IHS UW. Estreicher niczego nie podpisywał, albowiem chodził w glorii i chwale człowieka, który ocalił ołtarz Wita Stwosza. Z tymi lojalkami wobec lokalnych kacyków profesorowie Porębski i Kalinowski, a wcześniej Kazimierz Lepszy, przy wydatnym wspomaganiu rektora UJ Karasia, ruszyli do szarży na Estreichera. Ten przez pół tomu opisuje swoje cierpienia i walki tak ciężkie, że Monte Cassino wydaje się przy nich spacerkiem pod lekko nachyloną górkę. Czyni to po to, by na koniec obwieścić swoje zwycięstwo, które dokonało się w sposób następujący – Estreicher kolegował się z Wiktorem Zinem, a ten, kiedy nadeszła odpowiednia chwila zadzwonił po prostu do Aliny Jaroszewiczowej. Ta z kolei zaprosiła profesora Estreichera do siebie i ten pojechał do Anina, do tej sławnej willi, a potem to opisał. Alina Jaroszewiczowa, osoba ujmująca i pogodna, obiecała, że zrobi coś w sprawie muzeum UJ, które było prywatnym folwarkiem Estreichera. Wieść o tej wizycie szybko się po Krakowie rozniosła i wszyscy wrogowie pana Karola, łącznie z rektorem Karasiem, położyli uszy po sobie. I teraz ważna kwestie – Estreicher miał pochodzenie, a mimo to miał furę kłopotów. Trzymał się i robił wyczyny, o jakich się nikomu wówczas nie śniło, ale ciśnienia wywierane nań były wielkie. Zin nie miał żadnego pochodzenia, sam słyszałem wręcz, że był Ukraińcem, ale to jednak Zin, a nie kto inny został wiceministrem kultury. Dlaczego? Pochodzenie się nie liczyło? Oczywiście, że się liczyło, ale są rzeczy ważniejsze niż pochodzenie, hierarchia zaś, nawet najsztywniejsza, też ma swoje aspiracje. Co, przepraszam, mógł zrobić Zinowi jakiś partyjny zasraniec, który wymachiwał rewolwerem? Nawet gdyby Zina zamknął w więzieniu, ten znalazłby kawałek kredy, albo kamienia i zacząłby coś rysować na ścianie. I pozamiatane. Zin był na pewno umocowany partyjnie, ale przez swój talent nie miał zapewne okazji ani motywu, by się całkiem ześwinić. Bo i cóż mogli mu zrobić ludzie tacy jak rektor Karaś czy profesorowie z IHS UJ? Jeden w drugiego nieloty pozbawione umiejętności pisania i czytania ze zrozumieniem. Ja to wiem na pewno, bo musiałem czytać książki Porębskiego. Kiedy czytamy dziennik Estreichera czujemy się jakbyśmy czytali wspomnienia chłopców z ferajny. Mnie to sprawia szczególną frajdę, albowiem o większości postaci wymienionych w tym tomie słyszałem, a niektóre nawet miałem okazję poznać. Karol Estreicher to jest osobnik o mentalności Clemenzy z filmu „Ojciec chrzestny”. On się nawet z tym nie kryje. Jego lojalność wobec organizacji jest widoczna wyraźnie, a on sam czuje się po prostu panem na włościach. My mamy ten kłopot, że nie wiemy wobec jakiej organizacji lojalny był pan Karol. Na pewno nie była to PZPR, być może był to ten mityczny i wielbiony przez wielu Kraków, ale sądzę, że można tu polemizować. Opis sposobu w jaki Estreicher załatwił Tadeusza Przypkowskiego, który starał się zostać jego zastępcą, a w konsekwencji chciał przejąć całe muzeum i zbiory zgromadzone przez Estreichera jest mistrzostwem świata. Może go tu jutro zacytuję w całości, bo warto. Jednak najbardziej podobało mi się wyznanie, dotyczące zakupu samochodu. – Kupuję nowy samochód – napisał Karol Estreicher w roku 1977. I ja sobie w tym momencie pomyślałem, że on pojedzie do do Bielska Białej po malucha. Jakieś było moje zdziwienie, kiedy – już na następnej stronie – okazało się, że Karol Estreicher zamówił sobie w Szwecji nowiutkie Volvo. Stare sprzedał jakiemuś kamieniarzowi, a po to nowe pojechał do Gdyni. Tam się trochę zdenerwował, bo kolor był nie taki jakiego sobie zażyczył, ale w końcu postanowił nie odsyłać samochodu, tylko wziąć taki jaki mu przysłali. Po załatwieniu formalności ruszył nowym autem na południe. W tym czasie, o czym dobrze wiem, pojawienie się na prowincji samochodu innego niż Syrena czy Warszawa wzbudzało entuzjazm i sensację. U nas w mieście był jeden stary ford taunus i zawsze otaczała go gromada dzieciaków. Skąd Karol Estreicher miał pieniądze? Przecież nie z pensji dyrektora muzeum. Otóż źródeł dochodu było kilka i on się dzieli z nami wiedzą na ich temat. Przede wszystkim odziedziczona po dziadku bibliografia polska, której komplet kosztował w roku 1976 250 tysięcy. Ktoś z Bydgoszczy zakupił taki komplet. Moja matka zarabiała wtedy 7 tysięcy miesięcznie. Potem cena takiego kompletu spadła do 49 tysięcy, ale przyczyny tego nie są dokładnie wyjaśnione. W czasach przed internetem posiadanie takiego narzędzia jak skompletowana bibliografia polska dawało ludziom piszącym i mającym dostęp do budżetów duże fory. My tego dziś nie rozumiemy, ale tam, na uczelniach toczyła się walka o budżety na publikacje. Te zaś były wydawane w nakładach wielotysięcznych. I tak „Historia sztuki w zarysie” Estreichera miała kilka wydań, z których przynajmniej jedno wyszło w nakładzie 50 tysięcy. Każdy by tak chciał i wróg najgorszy Karola Estreichera – Mieczysław Porębski zaczął wydawać od razu wielotomowe dzieło zatytułowane „Zarys historii sztuki”. Były to wszystko zubożone kopie i kompilacje podobnych publikacji ukazujących się na zachodzie. Wszyscy wielcy, mają takie rzeczy na sumieniu, a ich wspólną cechą jest to, że nie da się tego czytać.

No, ale miało być o pochodzeniu. Dziennik wypadków Karola Estreichera dobitnie przekonuje nas, że nic poza pochodzeniem nie ma znaczenia. Talent owszem, ale on musi być naprawdę wielki. Taki jak w przypadku Zina, któremu zresztą Estreicher małostkowo talentu odmawia. Ja zaś od siebie dodałbym refleksję taką – są rzeczy ważniejsze niż pochodzenie i to wynika także z tego dziennika pana Karola – chodzi mi o lojalność wobec organizacji. Są, jak wiemy różne organizacje i one mają silnie zróżnicowaną ofertę. Można oczywiście wstąpić do takiej, z której już się nie wychodzi, ale pamiętajmy, że przymusu nie ma. Można też wstąpić do innej, mniej dolegliwej. Pamiętajmy jednak zawsze, że brak pochodzenia można zniwelować za pomocą organizacji, nawet tak słabej i biednej jak nasza.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  16 komentarzy do “O pochodzeniu”

  1. Pozycje czlowieka mozna poznac po jego dloniach. Mlody Karol Estreicher wspomina, jak z wypiekami na twarzy ogladal z daleka (nie do reki, bo by dostal po lapach) naprawde cenne dokumenty sredniowieczne u jakiegos zydowskiego antykwariusza w Krakowie, ktore wyjechaly potem, ale jeszcze przed wojna, do Londynu. Byl taki dowcip, ze Hermaszewski po powrocie z kosmosu mial rece w bandazach, bo ciagle dostawal po lapach. Andrzej Duda to by mial chyba tylko odstrzelone kikuty po amputacji rak, gdyby wtracal sie do rzeczywiscie waznych spraw.
    Profesor, ktory biegle poslugiwal sie piorkiem i weglem nadzorowal proceder wymiany oryginalnych portali remontowanych kamienic krakowskich na „takie nowe, ladne”, a oryginaly ladowaly gdzies w rezydencjach notabli, tych „sk**synow z rewolwerami” (a moze wyjezdzaly gdzies dalej?) i bardzo dobrze swiadczy to o tamtej wladzy (albo raczej o gustach zon tych notabli, bo wtedy wypadalo nawet miec zone z dobrym pochodzeniem, dzisiaj na topie sa wags-y, tipsiary i modelki), bo znaczy to, ze prawdziwa sztuka byla doceniana. Nie bardzo rozumiem, czemu trzeba bylo chronic oltarz Veita Stossa przed innymi koneserami sztuki (film „Koneser” byl inspiracja dla dr Magdaleny Ogorek do napisania „Listy Wächtera”; celowo podkreslam tytul doktorski tej pani, bo np. Jozef Goebbels tez mial tytul doktorski, a Leszek Jazdzewski jest chyba tylko magistrem, wiec nie dorasta…) O klasie czlowieka swiadczy tez, jakie przedmioty kradnie.
    Przepraszam za te nostalgie, ale jak dzisiaj patrze, jak oddaja czesc Kobiecie z bananem, to naprawde lza sie w oku kreci za dawnymi czasami. Ta czesc, ten kult ma rowniez wymiar religijny i ciekaw jestem, jaka to organizacja kazala panu Miziolkowi zawiesic dziela z powrotem, skoro nawet profesor Glinski nie maczal w tym palcow.

  2. Jest pan tu nowy, więc panu wybaczam, ale jeśli dalej będzie pan robił z siebie takiego odkrywcę, to pan wyleci. Pół roku pisaliśmy o tym, jak pan to ujął, „jakimś żydowskim antykwariuszu”.

  3. Ok, nie wiedzialem.

  4. Czyli co? partyjne – resortowe  – stalinowskie – żydowskie – żadnego z tych nie spełniam, spełniam jedynie to które unieważniono zaraz po IWŚ. Czyli co kariery nie mogłam zrobić. I co więcej nie zrobiłam.

  5. Zgadzam się z analizą Autora – no pasuje mi do obserwacji i własnego doświadczenia zawodowego. Jestem korposzczurem (ale już drugiego rzutu po 1990, więc nie po linii partyjnej) i tutaj nie liczy się pochodzenie (uczelnia, języki, itp.) ale oddanie organizacji (korporacji). Jak jesteś wierny, oddany (nieważne czy szczerze) to gdzieś się tam zajdzie. A jak zaczniesz filozofować, analizować, no to w najlepszym wypadku (jeśli masz wyniki) jesteś akceptowany. Do czasu.

  6. Do pochodzenia i przynależności organizacyjnej dodał bym jeszcze odmienne preferencje seksualne. W niektórych dziedzinach mogących zapewnić pieniądze i sławę/wpływy odgrywają one niebagatelną rolę.

  7. Handlarze antyków, bananowe dzieci i Ford Taunus

    Vernon Silver w książce „The Lost Chalice” o handlarzach antyków napomyka o handlarzu z rzymskiego targu Porta Portese, który w czerwcu 1972 zebrał się na kupno Forda Taunusa. A ja już kilka lat wcześniej miałem w szkole średniej kolegę, który był synem dyplomaty, więc gdy jego tata pełnił służbę poza granicami, on mi i grupce łatwych dziewcząt oraz osiłków klasowych imponował Taunusem swego taty, którym jeździł bez wiedzy, zgody i prawa jazdy. O tym jak zarabiać pieniądze na pochodzeniu staroci wrzucę za godzinę anegdotę, a teraz ten samochód, który Ford produkował w Europie jako duży, a w Ameryce tłumaczył się, że w Europie robi małe samochody – co paradoksalnie było prawdą.

    Małe jest duże czyli Ford Taunus.

  8. Pochodzenie

    Podobno autentyczna anegdota pochodzi z książki o meblach wydanej w Londynie w roku 1910. Angielski szlachcic kupił meble z gwarancją, że był to autentyczny Chippendale. Jego doświadczony przyjaciel szybko odkrył, ze to były nowoczesne repliki, więc lord zwrócił się do handlarza z reklamacją. Ten nie widział problemu ze zwrotem i obiecał wystawić czek na zapłaconą sumę. Przy zwrocie mebli lord załączył pismo: „Dziś wysłałem panu meble i oczekuję na czek”. Diler wystawił czek, a list lorda załączył do mebli, które sprzedał za podwójną cenę amerykańskiemu milionerowi z notatką: „Jak wskazuje załączony list od lorda _, te wyjątkowe okazy mebli Chippendale pochodzą z zamku _”.

  9. Akces do korporacji Diabła, wielu znanych nie mogło się oprzeć tej ofercie.

  10. no właśnie taki Feintuch potem Nowicki potem Zawieyski to jednocześnie i żyd i lewicowy i katolik i kochający inaczej i literat i poseł i …. itd

  11. jednym słowem handlarz/diler te meble „uszlachcił”, a amerykański milioner uszlachconych mebli poszukiwał, dał podwójną przebitkę.

  12. Ale pochowali go w Laskach, więc miał także inne zasługi.

  13. w tych Laskach to jest pochowana i Brystygierowa i Brandys i Feintuch /Zawieyski i jeszcze jacyś tacy inni sławni… – wiadomo jaka wspólna cecha ?

  14. W Laskach pracowała Zofia Landy z właściwymi korzeniami, krewna prowokatora Michała z okresu powstania styczniowego. Jej krewnym ma być biskup Dembowski, który był przy okrągłym stole. Chyba przed wojną był podział na kościół Niepokalanowa i kościół Lasek, tak jak do niedawna kościół toruński. Jak widać jest kontynuacja. Demokracja demokracją, ale ktoś tym musi kierować.

    Ostatnio pochowano tam Irenę Dziedzic, która chyba nie była religijna, ale też nie współpracowała. Musiała mieć jakieś niezwykły magnetyzm, że przymilał się do niej Gajos, co to kiedyś kpił sobie z komuny, ale jak trzeba, to zagrał w „Klerze”.

  15. No to jest chyba co najmniej jedna rzucająca  się w oczy wspólna cecha, że ludzie noszący wymienione nazwiska, wiedzieli i wiedzą z której strony jest chleb posmarowany.

  16. Zawsze w głównym nurcie ścieku.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.