mar 232012
 

Michał Kryspin Pawlikowski pisze w swojej znakomitej książce zatytułowanej „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego”, że jedna z ciotek głównego bohatera miała osobliwą teorię na wyjaśnienie przyczyn wybuchu I wojny światowej. Oto przed samą wojną w domach i dworach, w kamienicach i pałacach zapanowała moda na seanse spirytystyczne. Ludzie wywoływali duchy za pośrednictwem mediów, bez ich pomocy, a pewnie także zdarzało się, że duchy pojawiały się same z siebie, bez wywoływania. W pewnym momencie dusz przybyłych z zaświatów było tak wiele, że zaczęły one wpływać na realny bieg wydarzeń. Szczególnie zaś i z wielkim upodobaniem czyniły to duchy złe. One to właśnie spowodowały wybuch pierwszej wojny światowej i zagładę państw, narodów, rodzin i pojedynczych ludzi.

 

Trzeba przyznać, że opowieść ta, najbardziej malownicza ze wszystkich jakie słyszałem, nie jest ani gorsza, ani lepsza od wszelkich innych wyjaśnień dotyczących początku tej niesławnej wojny. Biorąc pod uwagę absurdalne okoliczności jakie temu wybuchowi towarzyszyły zastanowić się poważnie należy czy ciotka owa nie miała czasem stuprocentowej racji. Bo w to, że można wywołać z zaświatów konkretną osobę i pogawędzić sobie z nią za pośrednictwem talerzyka kręcącego się po stole, chyba nikt nie wątpi.

 

Doświadczenia pierwszej wojny światowej nie powstrzymały ludzi przed uczestnictwem w spirytystycznych seansach, co jak wiadomo miało ten skutek, że po dwudziestu latach spokoju wybuchła nowa, o wiele straszniejsza wojna. Oznaczać to mogło tylko tyle, że w latach 1918-1939 wywoływano o wiele więcej złych duchów i demonów niż przed rokiem 1914. Nie tylko jednak monstra przybywały z zaświatów do domów spokojnych ludzi. Za pośrednictwem zawodowych mediów sprowadzano także zmarłych dawno temu, spokojnych obywateli, których zejście z tego świata okrywała tajemnica. Tak było w roku 1920, kiedy to młody prawnik Jan Zakrzewski zasiadł do stolika w zaciemnionym pokoju razem ze znanym spirytystą doktorem Ksawerym Watraszewskim, z nieznaną z imienia panią Domańską oraz z obdarzoną zdolnościami mediumicznymi Francuską nazwiskiem Suzin-Czernigiewicz. Zakrzewski początkowo chciał wywołać ducha swojego kuzyna, którego nie tak dawno Niemcy rozstrzelali za udział w Powstaniu Śląskim, zrezygnował z tego jednak, bo duch Juliana Ochorowicza, który był – o czym zapominamy – pierwowzorem postaci Ochockiego z powieści „Lalka” Bolesława Prusa – oznajmił, że ktoś z zaświatów koniecznie chciałby porozmawiać z młodym prawnikiem właśnie. Duch – korzystając po prostu z obecności jurysty – wyraził chęć opowiedzenia o okolicznościach własnego zgonu. Duchem tym był zaś nie kto inny jak książę Władysław Drucki Lubecki, właściciel dóbr w Szczuczynie nieopodal Grodna i w Teresinie pod Warszawą. O tym co powiedział duch księcia dowiecie się państwo na końcu, teraz zaś przejdźmy do początku całej sprawy czyli do wielce zawiłych i ponurych okoliczności zgonu.

 

W zgodnej opinii pamiętnikarzy lata poprzedzające pierwszą wojnę światową były wyjątkowo mokre. Lało prawie przez cały rok, przypisywano to lokalnym wyrębom lasów na dużą skalę, które zmieniły całkowicie cyrkulację wody w ekosystemach, ale kto to może wiedzieć jaka była rzeczywista przyczyna tych opadów. Lało i już. Pogodne dni należały do rzadkości i trzeba się było nimi nacieszyć niejako na zapas.

 

Wiosną roku 1913, w taki właśnie mokry dzień, dzień 21 kwietnia, 14 sążni od ścieżki w parku otaczającym rezydencję w Teresinie znaleziono zwłoki księcia Władysława Druckiego-Lubeckiego, wielkiego pana, człowieka łagodnego usposobienia i żywej inteligencji, który słynął z dobroci i stateczności. Ciało było w strasznym stanie. Na głowie księcia widać było wielkie rany zadane tępym, płaskim narzędziem – co później ustaliło śledztwo. Krew była właściwie wszędzie nawet na gałązkach rosnących w pobliży malutkich lip. Najgorzej jednak wyglądała książęca twarz. Morderca nie dość, że uderzył wielokrotnie swą ofiarę w głowę to jeszcze strzelił do niej z bliska dwa razy, używając do tego wielkokalibrowej broni. Pierwszy strzał trafił księcia w potylicę, kula przeszła pod kątem i wysadziła oko. Drugi strzał trafił Władysława Druckiego-Lubeckiego w okolice lędźwiową kręgosłupa. Okoliczności i wygląd zwłok świadczyły o tym, że książę uciekał przed napastnikiem stoczywszy z nim wcześniej gwałtowną walkę. Walkę – dodajmy – nie rokującą szans, gdyż był książę Władysław człowiekiem raczej mizernej konstrukcji i siłą fizyczną nigdy się nie odznaczał.

 

Jak zawsze w takich razach – tak to się odbywało tamtymi czasy – na miejscu pojawiła się policja, dziennikarze, gapie oraz cała czereda osób, które podawały się za naocznych świadków zabójstwa. Wszystko to od samego początku utrudniło śledztwo. Na pewno wiadomo było tylko jedno – książę wyjechał z pałacu powozem, który sam prowadził – był zawołanym woźnicą – wraz ze swoim przyjacielem, powiernikiem i partnerem w interesach ordynatem na Masslanach baronem Bispingiem. Pan ów, który o śmierci księcia dowiedział się w swym warszawskim mieszkaniu, nie kryjąc wzburzenia i zaskoczenia opowiedział policji o tym jak to pożegnał księcia, który odwoził go na pociąg, ponieważ ten wdał się w pogawędkę z jakimiś przypadkowymi osobami spotkanymi na ścieżce w parku. Sam zaś udał się piechotą na dworzec w Teresinie, a widząc że idący do Warszawy pociąg właśnie odjechał ruszył piechotą do Błonia, które było następnym przystankiem na trasie Sochaczew – Warszawa by tam zaczekać na przyjazd kolejnego pociągu. Samotny arystokrata wędruje w słotne, kwietniowe popołudnie, w lakierkach, płaszczu i kapeluszu 12 wiorst do Błonia? No tak, tak właśnie było. Jego żona zeznała później, że baron Bisping pasjami lubił piesze wędrówki.

 

Sąd jednak po zbadaniu kilku fałszywych tropów oraz przesłuchaniu szeregu świadków, z których większość nie miała nic ciekawego do powiedzenia zdecydował się postawić zarzuty właśnie baronowi Bispingowi. Aresztowano go z właściwą tamtym czasom i tamtej hierarchii społecznej kurtuazją i odwieziono krytym powozem do aresztu. Pan baron dostał pojedynczą celę, a obiady przynoszono mu codziennie z klubu myśliwskiego. Proces, który rozpoczął się tamtej wiosny miał trzy punkty zwrotne, z których jednym był ów wspomniany spirytystyczny seans, i był najdłuższym chyba procesem kryminalnym w czasach poprzedzających II wojnę światową.

 

Pierwszym punktem zwrotnym w śledztwie było aresztowanie Bispinga właśnie i postawienie go przed sądem, który rozpoczął drobiazgowe badanie sprawy. Żeby owo badanie uczynić sensownym odrzucono wszelkie dodatkowe, towarzyszące morderstwu księcia okoliczności i wypadki. W tle czynności procesowych pojawiał się co prawda motyw niesłychanej wprost kradzieży jakiej dokonano w Teresinie w nocy po zamordowaniu księcia, ale po ustaleniu, że Bisping nie jest w to zamieszany wypadek ten nie miał wpływu na śledztwo. Dodajmy tylko, że z pałacu zginęły właściwie tylko trzy rzeczy, dwa pugilaresy i czarna teka, wszystkie przechowywane były w książęcym gabinecie, w wielkim dębowym biurku. Nikt nie wiedział i nie umiał powiedzieć co było w środku. Złodziej zabrał także sześćdziesiąt sznurów czerwonych korali, którymi książę, pan dobry i dla ludu łaskawy, zwykł kupować w Anglii i obdarowywać nimi folwarczne dziewczęta. Było to dziwne, ale nie związane z zabójstwem.

 

Uwagę sądu przykuło coś innego. Mianowicie weksle znalezione przy Bispingu, na których widniał podpis księcia Władysława. Weksle te świadczyć mogły o tym, że książę pożyczał od barona pieniądze. Myśl ta była oczywista, ale przez swą oczywistość absurdalna. Dochody księcia z samych tylko majątków litewskich, wyłączając dobra mazowieckie i odliczając koszta utrzymania wszystkich rezydencji, czyli to co „na czysto” zostawało w szkatule wynosiły za jeden tylko rok 1913 – rok mokry i nieurodzajny – 305 tysięcy rubli. Dla porównania przypomnę, że kilkuletni pobyt Stanisława Wokulskiego na wojnie bałkańskiej, gdzie zajmował się on spekulacją na dostawach dla wojska przyniósł temuż Wokulskiemu dochód w wysokości 250 tysięcy rubli. O czym usłyszawszy, plenipotent wymienionego, niejaki Rzecki o mało nie zemdlał. Tyle miał książę Władysław Drucki-Lubecki z jednego roku. Baron Jan Kamil Antoni Bisping ordynat na Massalanach i gracz giełdowy nie miał nigdy szans na zobaczenie takiej sumy zgromadzonej w jednym miejscu na jednym stole. Nie mogło więc – co sąd ustalił ponad wszelką wątpliwość – dojść do sytuacji, w której książę pożyczałby od barona cokolwiek. Gotowało się więc jeszcze prócz tego oskarżenie o fałszowanie podpisów. I jakby tego było mało o próbę otrucia.

 

Wobec zeznań służby Bispinga i służby księcia sąd stanął niczym skamieniały. Okazało się bowiem, że dwa razy książę pił w obecności barona herbatę i zwrócił przy tym uwagę na jej dziwny gorzki smak. Bisping w przytomności służby twierdził zaś, że jego herbata jest słodka. Później jednak obaj – baron i książę – zdradzali objawy zatrucia. Nie powiadomili jednak policji, oddali jedynie do przebadania próbkę herbaty, w której wykryto obecność trutki na myszy.

 

Sytuacja z herbatą powtórzyła się dwa razy. Książe nie zachował się wobec tego faktu tak jak należy, sąd wnioskował więc, że zależało mu na chronieniu Bispinga, który jawić się począł zebranym w sali rozpraw jako potwór w ludzkiej skórze. Zewnętrznie oczywiście wcale potwora nie przypominał. Jan Kamil Bisping był spokojnym, elegancko odzianym i dobrze wyglądającym mężczyzną lat trzydziestu trzech. Nic w jego powierzchowności nie wskazywało na mordercze skłonności, a jednak to on był głównym podejrzanym. W jego domu znaleziono broń, do broni tej pasowały kule wyjęte podczas sekcji z ciała księcia, zbadano jego włosy, które – według opinii ekspertów – były identyczne z tymi znalezionymi na rękawiczkach księcia. Podpisy pod wekslami były zaś tak wyraźnie „wyrysowane”, że sąd miał coraz mniej wątpliwości co do fałszerstwa. W dodatku biegły grafolog potwierdził, iż możliwe jest że to właśnie Bisping fałszował nieudolnie książęcą sygnaturę na wekslu.

 

Oskarżony, rzecz oczywista, zaprzeczał wszystkiemu. I był moment, w którym wydawało się, że udać się może odsunięcie oskarżenia od jego osoby. Oto bowiem pojawił się w śledztwie wątek wydalonego przez księcia gajowego. Gajowy ów nazwiskiem Grala był człowiekiem porywczym, a miał także za sobą sprawę kryminalną o zabójstwo. Książę oskarżał go o opieszałość w pełnieniu obowiązków, a on księcia o utrzymywanie rozległych stosunków z jego żoną oraz córką, czemu z kolei zaprzeczał książę. Dyskusja pomiędzy obydwoma, zawzięta i prowadzona w języku niemieckim, została zapamiętana przez świadków. Grala był tym człowiekiem, który mógł zabić księcia Władysława. Myśl ta jako pierwsza zaświtała w głowie córce zamordowanego. Był z tym Gralą jednak jeden kłopot – w czasie kiedy doszło do morderstwa nie było go w Teresinie.

 

Proces barona Bispinga ciągnął się do lata roku 1914, na szalach procesowej wagi zaś nie położono wcale winy i niewinności, ale coś zupełnie innego – premedytację i afekt. Tylko od decyzji sądu zależało czy baron Bisping zostanie uznany za zimnego zbrodniarza czy za człowieka kierującego się emocjami, który zamordował w gniewie. Póki co wszystko wskazywało na to, że szalka na której położono premedytację opadnie w dół. Sąd powołał jednak inny zespół ekspertów, którzy – ku wyraźnej uldze oskarżonego – zakwestionowali ustalenia swoich kolegów. Tak więc kule znajdujące się w ciele księcia mogły pochodzić z 30 tysięcy innych, znajdujących się w Polsce rewolwerów, włosy na rękawiczkach księcia nie musiały być włosami barona, tylko kogoś zupełnie innego, a 12 wiorst do Błonia w ulewnym deszczu to nie jest w końcu aż tak daleko i jak ktoś ma takie życzenie i kaprys to może się wybrać na ten spacer. Po wysłuchaniu świadków, ekspertów, oskarżonego, co trwało blisko półtora roku, sąd wydał wyrok. Był to wyrok straszliwy. Bisping nie okazał się w oczach sędziów co prawda zimną bestią, ale co do jego winy nie było wątpliwości. Nie pomogło nawet oświadczenie poparte opinią biegłych lekarzy, że baron ma niedowład lewej ręki po wypadku samochodowym, ciosy zaś – na co wskazywała rozległość obrażeń – zadawane być musiały narzędziem trzymanym w obydwu rękach. Wyrok brzmiał: Pozbawienie szczególnych praw i przywilejów, pozbawienie praw do majątku szlacheckiego i 4 lata rot aresztanckich – cz. 2 art 1455 i p. 5 art. 1692.

 

Dla barona oznaczało to wprost śmierć. Nie było szans by człowiek jego pokroju mógł przeżyć cztery lata w rotach aresztanckich. Zanim jednak go tam zesłano trzeba było poczekać na uzasadnienie wyroku. Było ono wprost gigantyczne, zawierało mnóstwo szczegółów, rosyjskie sądownictwo było bowiem od czasów cara Aleksandra II najlepszym chyba i najdokładniej działającym aparatem sprawiedliwości jaki znał ówczesny świat. Sąd wydając swoje uzasadnienie podkreślił wagę każdego szczegółu śledztwa, tak by nikt ale to nikt nie mógł zarzucić sądowi iż był opieszały w tak ważnej i skomplikowanej sprawie. Uzasadnienie owo wydane zostało przez sąd 14 lipca roku 1914. Czas przyspieszył i świat gnał w nieznane, a tam nie było już miejsca na solidną cesarską sprawiedliwość a la Aleksander II, ani nawet na coś tak trywialnego jak roty aresztanckie. Baron Bisping nie poszedł na zsyłkę. Wyszedł na wolność za kaucją 100 tysięcy rubli, a potem rozszalała się wojna i nikt już nie zawracał sobie nim głowy. Po wojnie jednak, ściągając wielkim kosztem papiery sądowe ze Związku Radzieckiego, rozpoczął procedurę odwoławczą.

 

I tu właśnie, w tajemnicy przed wszystkimi, nawet przed samym baronem nastąpił drugi moment przełomowy – ten z wirującym talerzykiem, żeby jednak jeszcze bardziej podnieść napięcie tej historii pominiemy go teraz i opowiemy o nim na samym końcu.

 

Proces odwoławczy rozpoczął się w roku 1926. Okazało się, że sprawiedliwość niepodległej Rzeczpospolitej nie jest może tak doskonała jak sprawiedliwość cesarska, ale sędziowie podeszli do sprawy z równą swoim poprzednikom powagą. Bisping został uwolniony od zarzutu próby otrucia księcia, ale podtrzymano zarzut pozbawienia życia pod wpływem silnego wzburzenia. Podtrzymano także zarzut o sfałszowaniu weksli. Wyrok: 4 lata więzienia skrócony przez amnestię do lat dwóch miesięcy ośmiu oraz 10 tysięcy złotych kaucji. Kaucję tę przyjaciele Bispinga zebrali już na sądowej dzięki czemu mógł on pozostać na wolności.

 

Bisping odwołał się od wyroku do Sądu Najwyższego, który wytknął Sądowi Apelacyjnemu szereg nieprawidłowości, z pominięciem wyglądu ran na głowie księcia – co było widoczne na licznych, zrobionych jeszcze w roku 1913 fotografiach – na pierwszym miejscu. Nie zgodził się również Sąd Najwyższy Rzeczpospolitej Polskiej z opiniami rosyjskich ekspertów powoływanych w roku 1913 i 1914. Szczególnie zaś z opinią dotyczącą możliwości pokonania i zabicia księcia przez barona w bezpośredniej walce. Sprawa wróciła do trybunału apelacyjnego i ponowny proces odbył się w roku 1928 wiosną. Sąd wziął pod uwagę nowe ekspertyzy biegłych, którzy działali pod kierunkiem profesora Wachholca oraz profesora Grzywo- Dąbrowskiego. Prasa ówczesna uznała owe ekspertyzy, przygotowane z wielką staranności i znajomością rzeczy za ósmy cud świata niemal i arcydzieło postępowania sądowego. Tak też były one określane w dziennikach i tygodnikach. Obydwaj biegli wskazali liczne błędy, zaniechania i pomyłki w przedwojennych ekspertyzach, wykazali że Bisping nie mógł walczyć z Druckim-Lubeckim i obezwładnić go ciosami w głowę, bo jego stan fizyczny uniemożliwiał to w tamtym czasie całkowicie. Biegli ustalili, że zabójca księcia musiał być człowiekiem o wiele odeń silniejszym, który nie liczył się ani z protestami ofiary, ani z próbą obrony. Był to także człowiek niewprawny w zadawaniu ciosów, człowiek który użył broni palnej wbrew swoim wcześniejszym planom, według których powinien był zamordować księcia Władysława po cichu. Strzały zaś słyszane były w pałacu co potwierdziła służba jeszcze w roku 1913. Służba owa zachowała się całkowicie absurdalnie czekają na powrót księcia ze stacji aż do godziny 5 po południu, podczas gdy morderstwo nastąpiło o 2.20. Służba owa zachowywała się tak jakby coś wisiało w powietrzu, coś czemu nie należy się przeciwstawiać. Na odgłos dwóch strzałów, dziewczęta sadzące w parku żywopłot ruszyły w kierunku skąd dobiegł ich głos salwy, ale wróciły zaraz – ze strachu – jak same zeznały.

 

5 maja roku 1928, po zapoznaniu się z opinią biegłych, sąd wolnej Polski uniewinnił Jana Kamila Antoniego Bispinga od zarzutu pozbawienia życia Władysława Druckiego-Lubeckiego, co miało dokonać się w afekcie. Baron był wolny i oczyszczony z hańby. Nie wiemy jednak czy był szczęśliwy. Pawlikowski podaje przykład szykan na jakie był narażony w towarzystwie nawet po uniewinnieniu. Oto jeden z jego przyjaciół – żartem wprost – odmówił mu podania ręki, bał się że jest ona zakrwawiona. Bisping często musiał znosić takie szykany, zaszył się więc w swoich dobrach na wsi i nieczęsto bywał w stolicy.

 

Postawmy teraz pytanie najważniejsze; jak było? Zabił czy nie zabił? Czy fantastycznie zorganizowana i świetnie przygotowana rosyjska machina prawna pomyliła się czy nie? Czy polski sąd apelacyjny dobrze zrobił wierząc opiniom swoich rosyjskich kolegów sprzed wojny? Czy Sąd Najwyższy pomylił się co do Bispinga, a cudowna ekspertyza dwóch polskich prawników była tylko zbiorem luźnych uwag, oświetlających rzecz całą w innym, korzystnym dla oskarżonego świetle?

 

Żeby odpowiedzieć na te wszystkie pytania wrócić musimy do wirującego talerzyka z roku 1920. Siedzą przy nim młody prawnik, profesor spirytysta, stara wariatka i francuskie medium płci żeńskiej. Nad nimi unosi się duch największego polskiego ezoteryka Juliana Ochorowicza. On to właśnie zaprasza na pogawędkę ducha księcia Władysława Druckiego-Lubeckiego. Duch ten kategorycznie zaprzecza jakoby Bisping winny był jego śmierci. Wszystkiemu bowiem według ducha księcia winni są Żydzi. Konkretnie zaś kahał wileński. Książę tak to tłumaczył znad talerzyka, był posiadaczem bardzo starego i cennego wydania Talmudu. Księga ta budziła pożądanie rabinów z Wilna i chcieli ją oni koniecznie od księcia odkupić. Ten jednak za nic nie chciał się jej pozbyć.

 

Bał się, bo wiedział, że Żydzi nie żartują, a mimo to Talmudu nie sprzedał, choć sam ani w ząb po hebrajsku nie rozumiał. Lubił jednak posiadać cenne rzeczy. Bojąc się, że księga zostanie wykradziona wywiózł ją książę z Teresina na Litwę. Nasłani przez rabinów mordercy nie mieli o tym jednak pojęcia. Zamordowali księcia, a po jego zabójstwie dokonali włamania do pałacu.

 

Książę zaczął właśnie podawać szczegóły zbrodni dokonanej na nim w roku 1913 kiedy francuskie medium płci żeńskiej oświadczyło nagle, że jest zmęczone i seans został przerwany. Niestety. Nikt nie powiadomił sądu apelacyjnego ani tym bardziej Sądu Najwyższego o tych rewelacjach. Być może skróciłoby to proces barona, a być może nie. Trudno dziś to ocenić zważywszy na to, że seanse spirytystyczne wyszły już z mody, choć deszcze zaczynają padać znowu tak często jak w tamtych latach tuż przed pierwszą wojną światową.

Tekst jest fragmentem I tomu „Baśni jak niedźwiedź”, który jest dostępny obok w sklepie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.