sierpień 082016
 

Już raz to powiedzieliśmy, ale nie zaszkodzi powtórzyć, wszelkiego rodzaju fascynacje kulturą, mody i próby naśladowania artystów, pisarzy i filmowców pochodzących z dalekich krajów, służą dewastowaniu rynku lokalnego. Nie jest to szczególnie odkrywcze spostrzeżenie, ale ma ono ten walor, że w przypadku dóbr kultury mało osób ośmiela się nazwać te sprawy po imieniu. Mają one jednak taki sam wymiar, jak zalewanie rynku tanim, obcym produktem i zamykanie własnych zakładów pracy. To co zwykle nazywamy dobrami kultury ma właściwości paraliżujące, bo wychowuje publiczność i przekonuje ją do tego, że smaczne i wartościowe są tylko ostrygi z Lidla i kawior z Biedronki. Tak było kiedyś, tak jest i dzisiaj, tyle, że produkty importowane są dziś dystrybuowane masowo i każdy może się dzięki temu poczuć jak prawdziwa elita.

Dopóki nie zrozumiemy tej prostej i dla każdego sprzedawcy oczywistej zasady nie ma mowy, by jakieś polskie płody intelektu sprzedały się za granicą. Nie liczę tu oczywiście tych lansowanych przez polityków i propagandystów, którzy swoją krecią robotę robią z myślą o własnych korzyściach, albo są wynajmowani przez jakieś domy aukcyjne celem nakręcania koniunktur.

Najłatwiej te sprawy wytłumaczyć na przykładzie książek. Jak wiemy, poza jawnie kretyńskimi produkcjami lansowanymi przez gazownię, gdzie mowa jest o niedolach wrażliwych żydów prześladowanych przez ponurych i brutalnych Polaków, nic od nas nie może się przedostać właściwie nigdzie. To jest przyjmowane jako rzecz oczywista i nie do zakwestionowania. Nikt nie próbuje nic z tym robić, bo każdy wie jaka jest sytuacja – jak w piosence Młynarskiego – pan zobaczy jaką mamy sytuację. Tak zwani nasi, jedyne co mogą, to przewalać budżety na kolejne produkcje o cierpieniu i dramacie narodowym. I to wszystko. No, ale dzisiejszym tematem nie są producenci, ale konsumenci zwani też czasami publicznością. Czy publiczność nie ma tu nic do powiedzenia? Niestety nie. Czasy wyrobionej publiczności, która nie bała się wygwizdać szmiry i rzucać jajkami w komediantów minęły. Dziś mamy do czynienia z publicznością kulturalną, którą można rąbać na kasę ile w lezie, a ona jedyne co zrobi to pokiwa ze zrozumieniem głowami i gładko przełknie pigułę bredni, którymi zwykli ją karmić twórcy i krytycy.

Publiczność poddawana jest obróbce propagandowej nie wprost, ale ogródkami, a książki są tego najwyraźniejszym przykładem. Od lat trwa fascynacja tak zwanym skandynawskim kryminałem, a każdy młody i aspirujący autor, próbuje swoich sił naśladując pisarzy tego gatunku. To jest gorsze niż nędza. To jest nędza wymieszana z głupotą i bezradnością, która – kiedy się odurzonemu tym koktajlem wskaże ów absurd – owocuje agresją. Tak w praktyce działa pułapka fascynacji produktem propagandowym zwanym literaturą. Dlaczego – pyta młody pisarz – skoro książki tych Szwedów się sprzedają i oni zarabiają miliony, ja nie mogę zarabiać milionów, skoro pisze podobnie, a może nawet lepiej? Tego się nie da nikomu wyjaśnić, bo on i tak nie uwierzy. A jak usłyszy prawdę chwyci za młotek i zacznie nas gonić, zdewastowaliśmy bowiem to co miał najświętszego – jego biedne, frajerskie marzenia o sukcesie i karierze.

Szwedzki kryminał to zasłona dymna dla treści gender oraz programu osadzania imigrantów w krajach bogatych i dobrze zorganizowanych. No i oczywiście tradycyjne już dewastowanie emocji za pomocą opisów przemocy. Wprowadzane jest to na rynki masowo, dystrybucja ustawiona jest centralnie, a decyzje o sprzedaży zapadają nie wiadomo gdzie. Cały ten segment rynku na odległość śmierdzi socjotechniką i trupem po prostu. Korzystanie zaś z tego rodzaju produktów to wywalanie pieniędzy w błoto. Podobnie było swego czasu z japońskim artystą nazwiskiem Murakami, tyle, że o zajmował się po prostu reklamą kawy, KFC i innych produktów spożywczych, a wykreowany był przez koncerny spożywcze. W Polsce ludzie ciągle nie rozumieją tych mechanizmów i wydaje im się, że rynek działa na zasadach, które nigdy nawet nie istniały, a co dopiero mówić o działaniu. Ludziom się zdaje, że pisarz przychodzi do wydawcy, a ten zachwycony jego zapiskami, poczynionymi nocą na odwrocie starych zeszytów z podstawówki (pisarz zwykle jest biedny i nie ma na papier), ratuje takiemu życie wydając jego dzieło w twardej oprawie, opatrzone przedmową jakiegoś mądrego profesora. Takich rzeczy nie było nigdy, podkreślam – nigdy. Jeśli ktoś hoduje w swojej głowinie biednej podobne wyobrażenia, powinien w ten pędy biec do lekarza i poprosić o jakieś proszki.

O ile dawniej trudniej było zrobić pisarzem oszusta, osobę jawnie dysfunkcyjną, niekomunikatywną lub po prostu upośledzoną, a to z tego względu, że książki musiałby być jednak napisane piórem, bądź na maszynie, o tyle teraz ograniczenia te zniknęły. Nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale każdy sobie sam dopowie i będzie wiedział o co i o kogo chodzi. Moment, kiedy uwolniono internet, dał szansę niektórym ludziom, między innymi nasz blog pojawił się w takiej właśnie chwili, z drugiej strony dał rynkowym potentatom nieograniczone możliwości manipulacji. Obronić się przed tym jest niesłychanie trudno, zwłaszcza jeśli zważy się, że tak naprawdę możliwości dystrybucyjnych jest bardzo mało. W czasach dzisiejszych tak zwane uwolnienie treści działa jak blokada. Dobrze to widać na przykładzie YT, gdzie jest tyle prób wylansowania produktów literackich, że w zasadzie nie ma po co umieszczać tam swojej. I tak nikt z tego nie skorzysta. Tak zwanym wybrednym czytelnikom pozostaje więc wiara w to, że wielcy dystrybutorzy i wielkie domy wydawnicze chcą dla nich dobrze i ten szwedzki kryminał i ten Murakami to są mimo wszystko produkty najlepsze. Oczywiście najprostszą receptą na ten chaos będzie ta, podsuwana już wielokrotnie przez różnych macherów chcących ochronić prawdę, dobro i piękno, która streszcza się w słowach – zrezygnujmy z wolności słowa, bo tworzy się chaos. Dajmy porękę grupie wybrańców, niech postanowią co jest dobre, a co złe….Niedoczekanie. To jest wybór fałszywy i podstępny, mam na myśli wybór między chaosem i zamordyzmem. Myślę, że można inaczej. Otóż za sferę wolności wypowiedzi uważa się powszechnie internet i to on jest celem różnych zakulisowych planów. Jeśli sferę wolności przeniesiemy do życia realnego, to znaczy zaczniemy mówić co myślimy, zaczniemy gwizdać na pajaców i rzucać w nich jajkami, sprawy – jestem tego pewien – przybiorą obrót korzystny dla nas. My zaś – czynem nie słowem – zaprotestujemy przeciwko szmirze, wystąpimy też w obronie wolności słowa. Poza tym wolność tu omawiana może rozkwitać w niewielkich ośrodkach, gdzie ludzie będą spotykać się i rozmawiać z dala od zgiełku, uprawiając inny rodzaj promocji niż ten, który widzimy zwykle na YT. Trzecim zaś elementem na drodze do sukcesu będzie, wielokrotnie tu już omawiane, odnalezienie podobnych ośrodków, gdzieś dalej, gdzie nasz produkt artystyczny już na samym wstępie zyskuje na atrakcyjności przez sam fakt, że pochodzi z daleka i jest egzotyczny. Taka jest właśnie uroda i mechanika odległych rynków. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że w naszym tutaj przypadku, będzie to miało wszystko charakter chałupniczy, ale nie pękam. Niebawem wydamy komiks zatytułowany „Historia Katalonii”, jest to produkt przygotowany przez Katalończyków wiernych Koronie i demaskujących historyczne fałsze separatystów. W dodatku wydamy ten komiks o wiele lepiej niż to zostało zrobione w samej Katalonii. Następnym etapem będzie przetłumaczenie i edycja kilku katalońskich książek. Nie liczmy na wiele z ich strony, ale uważam, że sprawa jest rozwojowa. Na pewno bardziej rozwojowa niż lansowanie polskich produktów w języku angielskim, gdzie giną one w zasadzie od razu jeśli nie są poparte działaniami ośrodków propagandowych takich jak gazownia. Mam nadzieję, że nasz kataloński komiks będzie dostępny już we wrześniu, no ale zobaczymy, bo wszystko się jak na złość opóźnia. Specjalny numer nawigatora idzie do druku dopiero jutro, inne rzeczy też spowolniły. No, ale są wakacje, ludzie mają urlopy, nie ma co dramatyzować. Na razie Katalonia, być może znajdą się jeszcze inne rynki, którym nasze wydawnictwo może dać szansę i otrzymać coś w zamian. Nie będziemy się przy tym upierać, bo sam produkt jest ciekawy i ciekawe są motywacje działania naszych katalońskich partnerów. Czas pokaże jak się to rozwinie, a my będziemy szukać innych rynków w międzyczasie. Najciekawsze jest oczywiście to, że w tym roku, na targach książki w Warszawie separatyści katalońscy mieli tak wielkie stoisko jak Rebis, a może nawet większe. Byli gośćmi honorowymi…czy to nie dziwne? No więc my płyniemy w drugą stronę.

Kolega Onyx podsunął mi dziś z rana właśnie różne nagrania z YT, gdzie produkują się tak zwani „prorocy mniejsi”. Nie ma to najmniejszego sensu, ten sposób promocji, a jeśli już to przy zastosowaniu profesjonalnych środków. Trzeba się przenieść do realności. YT to, z punktu widzenia łatwej promocji treści, już przeszłość. Zabawa dla wariatów. Nagrania oczywiście muszą być, ale nie mogą być owocem działań przypadkowych, ani też lansów fałszywych i nie popartych ani żadnym eventem – takim jak choćby targi bytomskie, czy seria książek. W Gdyni pewien czytelnik uświadomił mi, że polityczny guru geostrategosów czyli pan Bartosiak nie wydał jeszcze żadnej książki, jego specjalizacją zaś jest coś czego nie było, nie ma i najprawdopodobniej nigdy nie będzie – wojna pomiędzy USA a Chinami na Pacyfiku. I to o jest właśnie królem YT. Tutaj mógłbym skończyć, ale dodam jeszcze jedno – wczoraj portal Fronda ukradł mój tekst, w dodatku zrobił to za zgodą właścicieli salonu, którzy już od dawna traktują nas jak swoją trzodę, a to z tego względu, że nie czytamy tutejszych regulaminów. Nie czytamy i nie zamierzamy czytać. Złodziejstwo zaś jest złodziejstwem, bez względu na to na jakie regulaminy powołuje się złodziej. Nie życzę sobie, by Fronda umieszczała u siebie jakiekolwiek moje publikacje. Mam nadzieję, że nie zatrudniają tam samych upośledzonych i komunikat ten będzie dla nich zrozumiały.

Dzisiaj, licząc od godziny 10.30 plus godzin 7 Tomek Bereźnicki będzie miał audycję w radio amerykańskim, w Chicago. Oto adres strony radia  http://www.polskieradio.com

Na tym kończę na dziś. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl do księgarni Przy Agorze, do sklepu FOTO MAG i do księgarni Tarabuk. Przypominam też, że w sklepie Bereźnicki w Krakowie przy ul. Przybyszewskiego 71 można kupić komiksy Tomka.

Zapraszam też na stronę www.rozetta.pl gdzie znajdują się nagrania z targów bytomskich.

  66 komentarzy do “O praktycznych funkcjach intelektualnych fascynacji”

  1. Ja wiem, że to nie jest bardzo wielka pociecha (ani kontrargument do treści powyżej) choćby z racji ilości, ale jeśli chodzi o (cokolwiek niszową) muzykę, nie jest tak tragicznie. Kilka przykładów:
    – Leszek Możdżer (powiedzmy że jazz – ale to trochę przykleja etykietę człowiekowi, do którego twórczości etykiety niezbyt pasują)
    – Riverside (rock progresywny / metal), troszkę przebijają się też panowie z Votum (koncertują na w Europie Zachodniej i to nie na zasadzie Budki Suflera, czyli „wynajmujemy Carnegie Hall i zapełniamy salę Polonią)
    – Behemoth, a przedtem Vader (ja osobiście za taką muzyką nie przepadam, ale fani takiego gatunku poza Polską jednak znają)
    – tylnymi drzwiami (via samplowanie w hiphopie choćby) przebija się polska klasyka: Komeda, Niemen… Odpadłem kiedyś, jak znajomy Grek przysłał mi z youtube’a video występu Ewy Demarczyk („Karuzela z madonnami”) z pytaniem, czy ja może nie znam tej pani i czy nie mam gdzieś tłumaczenia tekstu na angielski

    A co mają ci artyści wspólnego? Jak dla mnie przede wszystkim jedno: w ich promocję poza Polską nie wtrącają się żadne reduty, agencje rządowe etc.

  2. No tak, ale ich odkrywają pojedynczy ludzie albo środowiska. Trzeba szukać kontaktu z takimi środowiskami. Ja nie napisałem tego tekstu na smutno, raczej z uśmiechem, jestem pewien zwycięstwa.

  3. Wybrańcom poręka jest niepotrzebna tak jak S24 zgoda na kopiowanie a rzucanie jajkami trzeba ćwiczyć od przedszkola 😉

  4. Zanim wydano opasłe tomiska, powieści Sienkiewicza „chodziły” w odcinkach w codziennej gazecie. Prusa także. Tak zbudowano rynek treści, tak zwerbowano czytelnika (wiernego). Oczywiście jakość treści ma tu pierwszorzędne znaczenie. Twoja droga, Coryllusie, dzięki systematycznej pracy na blogu też ma taki charakter – budowanie rynku dla Twoich treści w odcinkach. Moim skromnym zdaniem laika to jedyny sposób aby autentycznie, bez pompowania, bez lewarowania, zaistnieć na rynku i odnieść sukces. Powtórzę – jakość treści ma tu pierwszorzędne znaczenie. Wystawiasz jednak ostatnio mnie/nas, Twój rynek, na ciężkie próby oczekiwania na ciąg dalszy……

  5. Pewne treści są promowane na YT i o dziwo patrzymy, a dysfunkcyjna nastolatka, nie mająca pojęcia o śpiewaniu, a na dodatek z poważną wadą wymowy regularnie publikuje covery w swoim wykonaniu i ma po kilka milionów odsłon. Brałem to za immanentną cechę młodego pokolenia, że taka osoba jest powodem wyzwalania fali hejtów. A tu raczej idzie o promowanie pewnych negatywnych postaw/zachowań, a katalizatorem jest owa panienka. Podejrzewam, że grupa ludzi nabija odsłony tych filmików, albo robią to boty.
    Niejako dowodem na to jest polski wykonawca fismoll, który często śpiewa po angielsku smętne ballady o ciekawej linii metodycznej ma 0,5 miliona odsłon, w większości dokonanych przez Polaków.

    A już kompletną kompromitacją promowania pewnych treści przez YT jest to, że rewelacyjna Norweżka Elisabeth Karsten śpiewająca po angielsku poematy Szekspira ma w ciągu sześciu lat zaledwie 7000 odsłon.
    https://www.youtube.com/watch?v=c7lxZY5Knks

  6. Zalinkujesz do prokrólewskich katalończyków, autorze ? Po akcji z księdzem Haramsą i jego aktywności w prosecesyjnych mediach wychodziło, że prokrólewskich katalończyków nie ma.

    Moje barcelońskie źródło podzieliło wtedy Katalończyków na tych pracujących do późna i „wieśniaków królewskich”, którym niby się należy. I to było dla niej oczywiste. Mnie natomiast cały czas dziwi, że barceloński ZiKiT poustawiał parkomaty w całej Barcelonie. W centrum i 30 kilometrów od centrum, żeby się wszystkim żyło lepiej, może nawet kasują ludzi, za parkowanie na własnych nieruchomościach. Ja to bym się postawił, jakby krakowski ZiKiT postawił mnie parkomat pod blokiem, a Ci z Grzegórzek i Podgórza się cieszą, że płacą jedynie 10 PLN jako mieszkańcy.

  7. a jak się postawisz zikitidiotowi? położysz sie na asfalcie?;- 120zł/rok to cena w centrum Krakowa, że uda mi sie jako mieszkańcowi zaparkować opodal domu; jak opłat nie było to szaleństwo parkowania w obrębie promienia 2 km, co z zakupami dawało świetny trening – niestety przymusowy; jak pojeździsz 20do30 minut w rejonie Warszawska/Filipa/Długa/.. to poczujesz smak dychy za jaki taki komfort parkowania, opłaty w swosity sposob reguluja dostę do dóbr cenionych, a parkowanie jest dobrem szczegolnie ważnym dla mieszkańców, ta dycha idzie też na tych gości co sparwdzają czy moja rezerwacja jest honorowana przez innych

  8. Lepiej wypada Leszek Możdżer z Incognitorem bow ciągu ośmiu lat 100 000 odsłon
    https://www.youtube.com/watch?v=mb5_PyXyJBM

  9. „…poczynionymi nocą na odwrocie starych zeszytów z podstawówki…” – maczkiem wzdłuż marginesów oczywiście 🙂

  10. Nie zapomniajmy o Sapkowskim i Wiedźminie, oczywiście to przede wszystkim gra, która dotarła to tak wielkiej puli ludzi z zagarnicy, której nie widzieliśmy od czasów Quo Vadis. (po Sienkiewiczu był jeszcze Lem, ale on przerabianie jego na kulturę popularną zawsze kończyło się katastrofą typu Solaris).

    A co do Bartosiaka, to patrząc na wielką liczbę mizernych książek napisanych przez prawicowych działaczy (z resztą gdzie indziej jest tak samo), to nienapisanie przez Bartosiaka książki raczej świadczy o nim dobrze:)

  11. Przeciwnie, jak najszybciej zapomnijmy o Wiedźminie…

  12. Będe trochę jednak bojowal o wiedźmina, bo też trochę o tym myślę i chyba się jasno nie wyraziłem kiedy wcześniej była o tym mowa.

    Po pierwsze tu nie chodzi o grafomana Sapkowskiego, tylko o CD project twórcow gry.
    Gra jest wiedźminem poniekąd przypadkowo, poprostu w początkowej fazie prac twórcy niezwykle tanio kupili prawa autorskie i pomyśleli, że skoro robią gre fantazy taki tytuł może pomóc.
    Gra jest naprawdę produktem o najwyższej jakości, bije na głowe niemal wszystko co dotąd pojawiło się na rynku.
    Wreszcie CD projekt, trzeba docenić z punktu widzenia marketingowego, bo to firma która najpierw zajmowała się dystrybucją gier i oprogramowania, współwłaściciele CD PROJEKTu, posiadają też znaną na całym świecie witryne gog.com za pomocą której sprzedaje się gry.
    Więc są świetnym przykładem na kreowanie rynku, a dopiero później wprowadzanie produktu, zręcznie omijają pośredników. No i ze względu na swoją politykę naprawdę odnośnie uporczywych zabezpieczeń itp. mają poważanie w branży.

  13. Parasol odłożyłem Ci książkę o lobbingu dla Ukrainy. Chcesz ją czy nie?

  14. Tak tak, jak mówiłem w przyszły poniedziałek zamówie, bo teraz mam tylko gotówke w skarpecie 😉

  15. Sapkowski, może nie w Wiedźminie ale w Narrenturm i dalszych częściach trylogii pokpiwa sobie z KK, niezbyt pochlebnie przedstawia purpuratów z położeniem nacisku na ich rozpasanie i może tu leży klucz jego zagranicznej popularności, szczególnie u Słowaków i Czechów. A gra to dopiero wydarzenie po wydaniu tych książek.

  16. mieszkańcy powinni mieć darmowy parking a opłaty dla przyjezdnych turystów wjazdu/parkingu
    na zachodzie kasują turystów dbają o tubylców W Polsce kasują tubylców dbają o turystów
    U komunisty monarchisty Majchrowskiego jest nienormalnie.

  17. Jako ciekawostka: kolega pracując w Japonii naście lat temu podczas zakupu samochodu, musiał okazać dokument, że jest posiadaczem/dzierżawcą miejsca na parkingu. Parking był w odległości ok 2 km od miejsca zamieszkania.

  18. Też uważam, że trzeba u Sapkowskiego rozdzielić kilka rzeczy:
    – opowiadania o wiedźminie – słabych punktów praktycznie brak (trochę jak z Conan Doylem: pierwsze teksty miewał słabe, a jak musiał się streścić żeby zmieścić się w formie opowiadania to napisał „Znak czterech”)
    – saga o wiedźminie – w większości bardzo dobra, zwłaszcza znakomite sceny batalistyczne (ale też trochę wypełniaczy, typu trzeci tom)
    – Narrenturm – krytycyzm wobec KK graniczący z obsesją (wyjątek: postać inkwizytora Hejncze), ale i ogólna niechęć do religii (po husyckich duchownych też jedzie) – wzmocniona syndromem „wysypała się na mnie półka z książkami” (ilość nawiązań i łacińskich cytatów uniemożliwia normalną lekturę chwilami – bohaterowie rozmawiają normalnie, i nagle na pół strony przechodzą na łacinę, a tłumaczenie na końcu w przypisach)

  19. na salonie ktoś opisał sytuację Reymonta, który stanął finansowo „na nogi” dopiero kiedy otrzymał odszkodowanie za żebra połamane w wypadku kolejowym. Już z odszkodowaniem w kieszeni mógł się zabrać za literaturę.
    Może temu „pisarzowi” co naśladuje autorów szwedzkich kryminałów, tez zasugerować jakieś podobne rozwiązanie. Przy połamaniu żeber może być ryzykownie, ale jeśli będzie to miłe odszkodowawczo, to nie ma co się zastanawiać. Może też ten autor wtedy napisze coś „na Nobla”. No nie wiem, tak sobie szydzę.

  20. u mnie
    parking pt residents only
    działa bez pudła

  21. wszystko teraz sprowadza się do uzyskania $

    ideałem jest stworzyć coś absolutnie tanigo, co każdy potrzebuje
    i musi wymieniać / kupować kilka razy w roku

    system jest stary
    istniał na przedwojennych jarmarkach w postaci produktów od
    miraculum, piszingera lub wedla

  22. To jest wymog zakupu auta w Japonii, dowod posiadania miejsca parkingowego.

  23. Są w Polsce jeszcze chętni na działalność pro publico bono 🙂
    Zbiórka na nagranie Nowego Testamentu ogłoszona w serwisie wspieram.to – po miesiącu osiągnęła cel 200 tyś. złotych, projekt promowany głównie w sieci odniósł sukces – bo z potrzebnych 200 tysięcy złotych, zebrano łącznie 270 tysięcy.

    Teraz zbierają Stary Testament gdzie budżet całego projektu to 1,9 mln złotych.
    Źródło:
    http://swiatczytnikow.pl/biblia-audio-spolecznosc-zbiera-na-superprodukcje-jest-juz-caly-nowy-testament/

  24. Strona na której można posłuchać nagranych części
    https://www.soundcloud.com/bibliaaudio

  25. A dokladnie to… kto zacz ci „pro publico bono”?

    Na mnie niech nie licza!
    Nie mam zamiaru wspierac ani tym bardziej sluchac nie wiadomo kogo !!!

  26. Te kity o sukcesie… to babci na ucho… moze uwierzy.

  27. Panie Gabrielu, w sumie to powinno wylądować w temacie o Maryli Rodowicz, ale kto to teraz czyta? Pewnie sam Pan już tam nie zagląda. Proszę popatrzeć jaki cymesik. Maryla w całej swojej grozie, a jeszcze bardziej ten Olbrychski w mundurze. Pamiętam że tak samo idiotycznie wyglądali duńscy żołnierze w filmie „Gang Olsena jedzie do Jutlandii”.

    http://www.youtube.com/watch?v=cHcdoMChGe0

  28. Nic tego nie zmieni, że Pani Rodowicz uprawia profesjonalny pop i ma do tego warunki. Każdej wokalistce życzyć takiej ilości ponadczasowych przebojów. Z przesłaniem gorzej, np. te „śmiechy w ciemności” czy jak tam to szło.
    Olbrychski w tej piosence totalnie poległ, ale chyba o tym nie wie, bo całkiem niedawno w wywiadzie wśród wielu świadectw pustomózgowia z dumą rekomendował swój udział w tej piosence. Nie wiem co się dzieje z tym Panem, ale alkohol chyba robi swoje.

  29. SBB jest wciąż odkrywane na całym świecie, miłośnikom jazzrocka czy rocka progresywnego szczeny opadają, że taka jakość była możliwa za żelazną kurtyną i na dodatek w Polsce, a ich płyty są np wznawiane w Japonii.

  30. Gang Olsena, stuprocentowy. To miała być „odpowiedź” na szalenie popularny, po obu stronach frontu, marsz Agapkina „прощание славянки”. Zaraz wkleję link, wpierw to, co sami Rosjanie o tym naszym jak i ich własnym (takie życie) przeboju wojennym i powojennym mówią:

    … different lyrics have been created for the different occasions, such as volunteer march song for the student battalion („You have acces and nurtured …”), Siberian People’s Army march song, the march song of Kolchak White Army, … Lyrics were also created in different languages such as in the Polish („Rozszumiały się wierzby płaczące”) during WWII, the Finnish („Свободная Россия”, „Рейо Франк”), the Jewish („בין גבולות”), …

    Link tutaj:
    https://youtu.be/r7avPl6jB5w

    Zobacz koniecznie. Poziom wykonania zastanawia. To jest wręcz żar. A to jest „tylko” koncercik, gdzieś w moskiewskim parku, dla weteranów, darmowy…

  31. Coś z mojej tutejszej łączki, w odpowiedzi na te żebra pana Rejmenta, napiszę. Krotochwilę niewielką. Niemcy dają swoim roczne, słyszałem też o czteroletnim, stypendium literackie, na zasadzie „der Herr coś nam napisze, gut?”. Autentycznie. Dają mieszkanie – zawsze jest to trzypokojowe, czasem domek, ograniczeń nie ma odnośnie gatunku, tematu czy formy. Żadnych. Se mieszkaj i se pisz. Płacimy ci za wszystko, co z zamieszkaniem związane, dorzucamy dwa tysiaki miesięcznie — są też inne wysokości dotacji miesięcznych dla Pana Pisarza — a spodziewamy się cotygodniowego felietoniku do lokalnej, wychodzącej na miejscu, gazety. To jest prawie instytucja, takie stypendium, odnawiane annualnie.

    Gościu pobierający stypendium przybiera tytuł Stadtschreiber, czyli pisarza gminnego. Sienkiewicz się kłania… nie tylko z uwagi na nowelę o sparszywiałym charakterze pewnego takiego. Weźmy za przykład miasto Frakfurt n. Menem, które utrzymuje kilkoro (lub kilkonaścioro? – nie badałem tego) takich. Mają w dzielnicach podmiejskich, dawnych samodzielnych osiedlach i miejscowościach, dziś inkorporowanych do metropolii, ich domy z oznakowaniem jak wyżej. Dzielnicowe domy pracy twórczej bez narzucania lokatorowi, suto alimentowanemu, czegokolwiek.

    To jest coś zupełnie innego niż kręcenie korbą przez znajomą instytucję amerykańską, przetrząsającą corocznie od 1947 roku studiujących na Columbia University, w poszukiwaniu beztalenci w rodzaju Kerouaca czy Burroughsa, których następnie używa się do trzepania „pokoleniowej literatury”, propagującej sex, drugs, r&r, nofuture i co tam im jeszcze ta Agencja (zdradzam tu jakąś najniesamowitszą tajemnicę? – ojej, ojej, koniec świata, pani Popiołkowa!) kazała.

    Jeśli już musiałbym wybierać między „literackim” produktem Agencji a produktem miasta Frankfurt, to jakoś jednak, zatykając nos, dałbym głos Stadtschreiberowi. Przynajmniej nie niszczy, cybernetycznie zaprogramowany, ani małżeństw zawieranych odpowiedzialnie między kobietą a mężczyzną, ani nie niszczy taki Kościoła Katolickiego ani nie zniszczy taki Frankfurter dobrego zdania dzieci o rodzicach i rodziców o dzieciach. A że leń i głupstwa smaruje (raz na tydzień) to i co. Świat od tego gorszy się nie zrobi, że w mieście, na całe na 12 mcy, jeden patentowany leń przybędzie. A nawet niechby i kilku, to co. Pyffa więcej najbliższa gospoda sprzeda, bo co niektóry stawia przygodnie poznanym ofiarom zatartego łożyska półośki napędowej, czekającym w rzeczonej gospodzie, aż mechanik skończy wymieniać ją. Co się zdarzyło piszącemu te słowa Blogerowi, lat temu 10, pod Bad Homburg.

  32. Sorry, ale te wymieniane przez Konrada gwiazdy eksportowe są takie, że można doła załapać. Behemot itd. potem Sapkowski i Wiedzmin, którego nawet Obama docenia. Dajcie już spokój, eksportowo to jesteśmy mniej więcej na tym poziomie:
    https://youtu.be/A7JLwG0tAEk
    Trzeba wszystko budować od podstaw i nie oszukiwać się, że tak nie jest. I ćwiczyć rzuty pomidorami lub jajkami i umiejętność buczenia, żeby sobie choć trochę miejsca wyrabać dla siebie.

  33. Popieram, bo z ostatniego niemal kraju, gdzie katolicyzm jest czynny eksport „dóbr” kultury zionie okultyzmem, satanizmem, modernizmem i innymi obrażającymi Boga świństwami. Ciekawe, nawet bardzo.

  34. Kolega miał podobnie. Awaria po naprawie w D.d w tych ichnich cascach. Idzie ten nieszczęśnik do najbliższego werkstatu i coś pod nosem mamrocze do siebie. Ktoś na to: co pan tak od rana złorzeczy (polnishe sprache) !?
    Wrócił szczęśliwie do kraju.

  35. Olbrychski zrobiony na Fidela Castro tylko rudy i bez czapki

  36. Otoz to!

    Wskazane natychmiastowe „cwiczenie” w rzutach pomidorami, jajami… wszedzie i na „kazdym
    kroku”… buczenie jak najbardziej, zeby miejsce sobie wyrobic… bo wladza nam sie mocno zapomniala… i robi to co nie potrzeba… i ewidentnie przeciwko nam, przeciwko narodowi!

  37. masacre !
    niet dlja mienja…
    Coryllus lepsze pjesnii siuda wstawiałł

  38. Ale przecież u nas też tak jest. Wrocław gości(ł) Daviesa na takich samych zasadach.
    Może jest więcej takich jak Davies, kto ich tam wie.

  39. A może właśnie dlatego postanowili w ośrodku in statu nascendi kultury katolickiej dać odpór tymi wszystkimi Kozyrami, Sasnalami, Markiewiczami i innymi przedstawicielami tzw. nieskrępowanej i otwartej sztuki, która jest nazwana przez nich samych nie inaczej niż sztuką skandalu.

    Kwiatek z Francji.
    W Avinionie w kwietniu 2011 wystawiono w „galerii” zdjęcie pt. „Piss Christ”, fotografa Andersa Serrano i nieznani sprawcy zniszczyli jego fotografie. Wystawę zamknięto.
    Francuski minister kultury Frederic Mitterrand zareagował natychmiast na zniszczenie fotografii, twierdząc, że choć „mogą one szokować niektórych widzów”, to ich uszkodzenie jest atakiem na „wolność twórczą”, zapewnioną artystom przez prawo.

  40. Po prostu diabli ich biorą.

  41. Piszesz o naiwnym odbiorcy, ktorego doi sie na kase, jednoczesnie zamykajac mu usta na negatywny komentarz. Przeciez on sie nie zna! Prawa znac nie ma! Bo krytyka to niemal obraza boza..
    I nie moge sie powstrzymac by nie pomyslec o polskim ikonopisaniu.. Sztuka to przeciez, ktora polski rynek obezwladnila. Kto nie widzial kursikow, gdzie z lekiem bozym kursanci ikony pisza? Po trzech dniach odbieraja dyplom I wlasne szkoly otwieraja. Bo oni stali sie malarzami, o zgrozo “bizantyjskimi” od razu. Na ikone wrzuca zloto, pieczec wymyslna utworza, napisem szlachetnym ozdobia.
    Pozycji polskiej ksiazki na rynku uczciwie mowiac nie znam. Ale jesli chodzi o sztuke ikonograficzna to jest to swiat zamkniety, zakochany w sobie. Pelen grzechow, od ktorych przeciez winien byc wolny z powodu samego zalozenia. A tymczasem jest elita, zaklamanie, balagan. Balagan I basnie, ktore szarym ludzikom w glowach ekstazy wywoluja I do wyzszych cnot przekonuja.
    Polscy malarze ikon bardzo sa zagubieni I najczesciej brak im podstawowej wiedzy I wyksztalcenia, ale nie przeszkadza im to madrych slow uzywac w stosunku do siebie. O ironio! Gdyby tylko wiedzieli co te terminy oznaczaja faktycznie..
    Badaczem problemu jestem I sytuacja jest bardzo jasna. W Polsce obserwujemy tworzenie sie sztuki inspirowanej ikonami bizantyjskimi.
    Ikonografii bizantyjskiej I jej kontynuacji faktycznie jest brak.
    Przecietny katolki rzuca slowa- jam zacny malarz bizantyjski.
    A czy rozumie co ten termin oznacza? Bizantyjski czyli jaki? Bizantyjski znaczy prawoslawny, grecki.
    Czasem taki “ikonopis” sie wytlumaczy, ze Kosciol Katolicki jest spadkobierca ikonografii bizantyjskiej.
    A niby jakim cudem? Nigdy, przez wieki wszystkie Kosciol Katolicki nie wsniosl absolutnie niczego w ksztaltowanie sie prawoslawnej ikonografii bizantyjskiej. Wiecej – nigdy nie przyczynil sie do rozpowszechnienia tej na inne regiony. Tylko prawoslawie jest odpowiedzialne za wypracowane rozwiazania I wyglad ikon, ktore z zamilowaniem staraja sie kopiowac polscy malarze.
    Nie osadzam. Niczego zlego w tym nie widze. Ale denerwuje mnie zaklamanie I bledne uzywanie terminologii. Ale przeciez nie moze szkolka sie oglosic – uczymy ikonografii inspirowanej bizantyjska..
    Nawet jesli polski jakis malarz reke dobra ma to nie pozwoli mu konkurencja wyplynac.Zagluszy, uciszy. A nawet jesli sie ten uprze to I tak nie ma od kogo zdobyc mu umiejetnosci rownych malarzom bizantyjskim, nie ma mozliwosci praktykowac zawodu jak Ci biedni dawni malarze bizantyjscy.
    A I poki jest katolikiem to nie napisze nigdy prawoslawnej ikony. Czy nie dostrzega tego absurdu?To po co udaje pod madra terminologia, ze takie ikony maluje? Z calym szacunkiem dla tych wyznan wiary. Nie ich istoty moj problem dotyczy, ale tego ze warto zauwazyc, ze te religie roznia sie. Przeciez prawoslawny jest dla katolika heretykiem. To czy prawoslawne ikony takie nie sa dla katolikow? Powstaly wszystkie w modlitwie prawoslawnej, z poszanowaniem tej wiary. Oparte sa na kanonach odzwierciedlajacych Prawdy Wiary Prawoslawne(heretyczne dlas katolika). Ale o tym polski malarz nie wie, albo woli nie mowic glosno przeciez.
    I tak sprzedaja polscy, katoliccy malarze ikon ikony, ktore koslawe maja oblicza, jednym okiem spogladaja tu, drugim tam. I polski klient kupuje taka ikone I sie nia ekscytuje. I nie ma niczego dziwnego w tej koslawosci. Wszyscy malarze koslawo z poczatku maluja. Ale w Polsce tej koslawosci nadano status prawdziwosci I pieknosci. Pomylka okrutna. Bo koslawosc jest z zalozenia etapem, ktory musi sie skonczyc. I o zgrozo polski wierny za koslawosc placi wiecej niz prawoslawny wierny w prawoslawnym kraju za doskonala ikone.. przeliczajac nawet waluty, nie raz nawet 3 x wiecej!!
    Rynek polskiej sztuki trudny jest. Jakosc definitywnie nie idzie w parze z cena I uznaniem.
    Ale I taki artysta pozniej lamentuje, ze sie przebic na zagraniczne rynki nie moze..
    Moze w ksiazkach jest podobnie. Moze 'wysoki poziom’ czasem faktycznie taki jest tylko w glowie tworcy. Albo te srodowisko kiczu ksiazkowego zalewa wszech I wobec publike, dziwnie na oczy klapki zakladajac czytelnikom, tak jak to sie zwyklo robic koniom.
    Dlatego polak moze robic kariere za granica, jak najbardziej. Ale czy wtedy mozna powiedziec, ze jest on polskim artysta? Jest polakiem, to napewno.. ale artysta czyz nie bedzie obcym?

  42. Tych „kwiatkow” jest znacznie wiecej… na takie „kwiatki” moga sobie pozwolic tylko
    nieliczni wykolejency i degeneraci. Takie „kwiatki”… „ciesza sie” merdialna oprawa
    tj. „struganym” zachwytom… i sowicie oplaconym „wysokim” recenzjom…

    … w tym szalenstwie „diabelskim” jest metoda… dojenie panstwowych pieniedzy, dotacji
    czyli zwykle zlodziejstwo… bezczelne… na chama… i na zywca…

    … i dlatego musimy zaczac buczec… rzucac pomidorami i jajami… a, jesli zajdzie
    potrzeba to nawet qrwami… i wcale z lobuzeria sie nie patyczkowac!

  43. Panie Macieju, nie wiem jak pan stoi z finansami ale własnego VPSa z publicznym IP można mieć za 10 dolarów za miesiąc, a jak się płaci z góry za rok – 10% zniżki (jak ostatnio sprawdzałem). Na takim czymś samemu ustala się swój własny regulamin.

  44. Ten niemiecki server daje radę na linuxpl.com 😉

  45. cyt. „Przeciez prawoslawny jest dla katolika heretykiem”
    bot ?

  46. bot

  47. Przecież miliony dzieciaków oglądały Wujka Sknerusa, co miał $$ zamiast źrenic.

  48. to tak ad subtelności:
    co to jest „polak” ??

    „Rynek polskiej sztuki trudny jest.” ???

    Jestem tutaj gościem i na tym skończę.

  49. dla łysych i wojskowych 50% zniżki.
    bot się zaciął.

  50. Czy dobrze rozumiem, że chodzi Ci tylko o błędy moje?
    Katolik i prawosławny pisze się z małej litery. Herezja przez dobrr h, więc gdzie ten bot?

    Polak faktycznie, przepraszam uprzejmie, ale wraz z postępem starości błędy popelniam co raz częściej.

    A rynek „polskiej” sztuki jest poprawnie z małej. To przymiotnik więc z małej.

    A jeśli nie o błędy to nie wiem o co innego Ci chodzi 🙂
    Pozdrawiam i miłego dnia zycze

  51. No paczpan, nie zaciął się.

  52. Ja celowo nie podaję nazwy firmy, bo zaraz mnie lizodupki z tutejszej „śmietanki” posądzą o kryptoreklamę albo o ruskąagenturalność. Natomiast 2GB pamięci i 1CPU za 10$ to jednak dobra cena za usługę, porównałem głównych graczy na rynku (też nie wymienię) i nie ma teńszego.

  53. P.S. – czy to nie jest przypadkiem shared hosting? (ten `niemiecki` serwer oczywiście)

  54. Oczywiście przepraszam, pomyłka nie była intencjonalna.

  55. @Rozalia: że Behemoth to żenada i siarką śmierdzi (choć najlepiej to ten ich satanizm obśmiał p. Michalkiewicz nazywając wokalistę „delegatem Belzebuba na Polskę, a w każdym razie przynajmniej na województwo pomorskie”) to się zgodzę – ale Riverside i Możdżera proszę zostawić w spokoju, bo ani tam okultyzmu, ani modernizmu…

  56. Piszemy tutaj szybko, ale autokorekta – w tym okienku działa – pozwala na poprawę. Drobiazg.

    Jak znam Magisterium rozróżnia pomiędzy herezją a schizmą.

    „Rynek polskiej sztuki trudny jest” też bym nie napisał z P, ale co to znaczy: rynek (czegokolwiek) trudny jest. Czy to nie aby, że ten polski ma być łatwy ?

    Może zmienię podpis na „polak mały”

    Pozdrawiam

    P.S.
    polak jest podkreślony na czerwono (wężykiem) i tak zostawiam dwa razy.

  57. Bartosiak napisał książkę – właśnie jest w przedsprzedaży.
    Natomiast zdanie Coryllusa o tym, że wojny na pacyfiku nie ma i nie będzie jest błędne. Wojna w wymiarze strategicznym się już toczy, gdyż Chiny podważają dominację USA, przy czym wojna nie weszła w fazę gorącą.
    Tutaj prośba do Coryllusa – lepiej się nie pogrążaj, bo na geopolityce się nie znasz.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.