wrz. 202021
 

Zacznę nietypowo, od linku, upamiętniającego Jerzego Targalskiego, który zmarł wczoraj https://wpolityce.pl/polityka/566856-targalski-tajne-sluzby-czytal-rownie-latwo-jak-pismo-klinowe?fbclid=IwAR3bAbZ-9eH5qVlraTP_R3A7e8ZSV95SEZaAdhdHtBRJv84YaMzGV_rGA5U

Z Jerzym Targalskim wdałem się w kilka widowiskowych bardzo awantur, a jedna z nich zakończyła się wyrzuceniem mnie z blogów na niezalezna.pl. Wcześniejsza dotyczyła zaś III tomu Baśni, który Jerzy Targalski uznał za coś niezwykle kompromitującego. Powiedział nawet – o ile dobrze pamiętam – że teraz to już się tak skompromitowałem, że nie ma żadnych szans, bym się z tego upadku podniósł. Był jednak czas, kiedy Jerzy Targalski myślał nawet o tym, by mnie zatrudnić, jako współpracownika Gazety Polskiej. Poszedłem nawet na spotkanie z nim, ale w ostatniej chwili się wycofał i zamiast niego przyjął mnie jakiś jego młodociany współpracownik, który potem zrobił w tej gazecie jakąś tam karierę. Próbował ów człowiek sprawdzić moje umiejętności, jako autora, a było to już po tym, jak pobiłem w salonie24 wszystkie rekordy klikalności.

W czasach kiedy panowała powszechna równość, a ludziom z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego i w ogóle ludziom z PiS zależało na tym, by blogerzy pisali o nich cokolwiek, Jerzy Targalski zniżał się nawet do polemik z niektórymi, czynił to oczywiście z pozycji swojego niekwestionowanego autorytetu. Dla mnie, rzecz oczywista, Jerzy Targalski nigdy nie był żadnym autorytetem. Wdałem się nawet kiedyś w polemikę z jego zwolennikami i zadałem im pytanie – oczywiste w mojej ocenie – jak ktoś, określający się jako specjalista od Mezopotamii, mógł nie odwiedzić nigdy Iraku? Odpowiedziano mi, że jestem głupi, bo nie trzeba tam wcale jeździć, by być specjalistą. Wystarczy przestudiować teksty znajdujące się w londyńskich bibliotekach. Przyjąłem to do wiadomości.

Ktoś może powiedzieć, że to co piszę jest okropne, albowiem nie można mówić źle o zmarłym. No, ale można chyba wspominać fakty z jego życia i wspólnych jakichś interakcji? Tym bardziej moim zdaniem można im silniej laurka zalinkowana na początku przypomina opowieści o przygodach Sat Okha, polskiego Indianina, który walczył z Niemcami w Górach Świętokrzyskich.

Jedną z osób wspomnianą w tej laurce jest Jan Malicki, redaktor naczelny Przeglądu Wschodniego. Dawno, dawno temu miałem okazję poznać Jana Malickiego, a nie tak dawno temu usłyszałem na jego temat mnóstwo ciepłych słów, między innymi i te, że nie bierze on i periodyk, którym kieruje, udziału w szaleństwie zwanym punktozą. To wielki plus, bo oznacza to, że jest nas już dwóch. O ile Jan Malicki jest jeszcze tym naczelnym.

Tym dziwniej się czuję czytając, jak Malicki opowiada historię o tym, jak syn członka KC PZPR wciągnął go do opozycji, ostrzegając go jednocześnie, że zaraz po tym wciągnięciu zostanie aresztowany. Nie wiem w ogóle skąd się bierze w ludziach przymus opowiadania takich historii na trzeźwo? Może wy to jakoś wyjaśnicie, bo ja nie potrafię.

Poznałem w życiu kilku poliglotów, ludzi, którym łatwo przychodziła nauka języków obcych. Myślę, że to są sprawy głęboko intuicyjne i odbywające się poza świadomością. Jeden to ma, a inny nie ma. Wszyscy ci ludzie byli nie do zniesienia. Po prostu i zwyczajnie nie nadawali się do funkcjonowania w grupie. Profesorów zaś popisujących się tekstami typu – do przyszłego tygodnia nauczy się pan włoskiego – jest na uniwersytecie mnóstwo. Współpraca z nimi jest niemożliwa, w zasadzie fikcyjna. Pomijam już fakt, czy ludzie ci autentycznie potrafią czytać w tylu językach, czy jedynie markują znajomość studiowanych treści. To ostatnie bowiem wcale nie jest wykluczone.

Po tym jakże niestosownym i kompromitującym mnie w oczach poważnych ludzi wstępie, możemy przejść do rozważań dalszych. Żeby uzyskać jakiś efekt potrzebne są nakłady – środków i energii. Nie zawsze jednak, bo niektórzy ludzie poprzez fakt posiadania ustosunkowanych rodziców, mogą działać efektywnie przy minimalnych nakładach, albo wręcz bez nich i bez specjalnego wydatkowania energii. Na zasadzie – wystarczy być. Niestety struktury w jakich funkcjonują często ulegają gwałtownej erozji. Na szczęście w naszym społeczeństwie działają pewne mechanizmy zabezpieczające. One nie są łatwe do opisania, ale można próbować. Ponieważ w Polsce nie istnieją żadne realnie państwowotwórcze struktury, a jedynie takie, które korzystając z parawanu z takim napisem, robią jakieś prywatne interesy, niemożliwe jest przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji firmowanej przez państwo, która zakończy się sukcesem. Niemożliwe, bo buty wszystkich ułanów szykujących się do wielkiej szarży są powiązane sznurówkami i przy pierwszym gwałtownym ruchu wszyscy oni walą się na ziemię. Tworzy się plątanina ciał końskich i ludzkich, z której ktoś tam usiłuje się wygrzebać. Świadomi tego dowódcy preferują więc działania zakulisowe. One polegają zawsze na tym samym – na znalezieniu ludzi, którzy szczerze i bez żadnych zobowiązań, zmarnują swoją energię na ustawianie z powrotem w szeregu tych poprzewracanych i na nawoływanie ich do kolejnej, tym razem już na pewno udanej szarży. Odejdźmy jednak o tych metafor a la Wałęsa i pogadajmy o konkretach.

Pamiętam swoją wizytę w redakcji Gazety Polskiej, a było to niedługo po Smoleńsku. Ludzie, którzy tam siedzieli patrzyli na mnie wilkiem, jak na kogoś, kto przyszedł im odebrać chleb. Oczywiście, tacy jak ja mogli wspierać słuszną sprawę, gdzieś hen, w szerokich przestrzeniach internetu, ale od miejsc pracy i budżetów powinni się trzymać z daleka. Ja nie miałem zamiaru tam pracować, to jasne, ale jeden z kolegów, uparł się, bym jednak tam poszedł. Nie miałem bowiem w tym czasie innego zajęcia, a miałem małe dzieci. Na szczęście nic z tego nie wyszło.

Wiele jednak osób zaangażowało się szczerze w różne inicjatywy lansowane przez ten periodyk, a niektóre z nich nawet potrafią się przyznać, że szczerze tego żałują. Chodzi o to, że każda struktura w Polsce ma charakter wampiryczny i przetrwalnikowy. Potrafi bardzo długo zachować swoje funkcje leżąc bez ruchu przykryta mułem, a ożywia się dopiero wtedy kiedy jakiś frajer na nią nadepnie. Wtedy macki tego dziwnego organizmu zaczynają wysysać jego energię. On zaś, jak istota ukąszona przez jadowitego stwora z innej planety, będzie odczuwał wyłącznie euforię, która nie pozwoli mu zrozumieć, że jest w pułapce. Wszystko to za sprawą związków chemicznych wpompowanych do jego organizmu przez to ukryte pod mułem coś. Kiedy ofiara zorientuje się, że dzieje się coś złego, potrafi się wyzwolić i uciec, ale trauma po tej przygodzie jest nie do zaleczenia. Myślę, że coś takiego było udziałem Grzegorza Brauna. Nagle zorientował się on, że jego energia i pomysły idą, jak to się mówi, niczym krew w piach. Pod warstwą piachu zaś znajduje się coś, co żywi się tą energią. Kiedy uświadomił sobie co się dzieje zmienił nieco przekaz, by wyzwolić się z pułapki. Takich przypadków, tyle, że mniej widowiskowych i mniej spektakularnych, jest całe mnóstwo.

Omówmy teraz rodzaje przynęt jakie kosmiczny stwór stosuje, by przywabić swoje ofiary. Jedną z nich jest opowiadanie o niezwykłych umiejętnościach ludzi, takich jak Jerzy Targalski, o czytaniu pisma klinowego i węzełkowego, o tym, że można się nauczyć rumuńskiego podczas dwóch wizyt w Mołdawii i poznać historię tego kraju czytając teksty w oryginale. Tak, jakby nie można było ich poznać czytając je po angielsku. Mam nadzieje, że mnie rozumiecie. Pułapką jest pewien rodzaj intelektualnego wyrafinowania, wręcz smakoszostwa. Ono w ludziach przytomnych wzbudza jedynie drwinę i politowanie, ale mówimy o strukturze, która szuka źródeł energii, by się utrzymać przy życiu, a nie o tak zwanych zwykłych ludziach.

Pułapką są też wszystkie próby lansowania projektów wydawniczych, publicystycznych i filmowych w tak zwanych atrakcyjnych formatach. Można to nazwać tworzeniem legend. Mamy z tym do czynienia na co dzień i wiemy, jak to jest męczące, nieskuteczne i słabe. Nikt jednak z tych pomysłów nie rezygnuje, mają one bowiem charakter pułapki. I ciągle trafiają się biedacy, którzy w nie wpadają. Zakładanie takich pułapek jest koniecznością, by ukryta struktura mogła przetrwać. Jej istnienie, a zarazem słabość, manifestuje się w tym, że nie można ona wprost założyć nam kagańca na twarz, albowiem znikną źródła energii, którą się żywi. Może jednak zawłaszczać cudze pomysły i formaty oraz cały ten wielki obszar, na którym zdecydowaliśmy się funkcjonować. Cały obszar treści dotyczących polityki i historii naszego państwa. Rości sobie też ona prawo do decydowania kto jest, a kto nie jest dobrym Polakiem. To także jest pułapka i jej zastosowanie wynika wprost z tego, co opisałem wyżej – do organizmu musi być dostarczona energia w odpowiednich dawkach i stężeniu. Inaczej koniec. Czy to znaczy, że nie można sobie z tym poradzić? Można, ale trzeba zrezygnować z oczywistości, a także tych preparatów zawierających atrakcyjną treść, których zastosowanie narzuca się nam niejako samo. Nie pojedziemy na tym daleko. Dlatego właśnie, między innymi, wydawnictwo Klinika Języka wydaje takie książki jak Czerwiec polski i Handel wołami w Polsce. Tym ludzie opisywanego tu pokroju nie pożywią się nigdy, albowiem dla nich jest to intelektualna trucizna, coś, czego nie da się przekuć w komunikat typu – nauczy się pan rumuńskiego na jutro, a na pojutrze portugalskiego – bo ja już umiem.

Struktura, którą opisuję, zmierza, jak sądzę, od jakiegoś czasu, w tym kierunku, by w ogóle zlikwidować nośniki treści inne niż nagrania na YT i krótkie wypowiedzi w mediach elektronicznych. Mam na myśli głównie książki. Nie może mieć ona bowiem żadnego wpływu na relację pomiędzy czytelnikiem a książką i jej autorem. Nagrania zaś można formatować jak się chce i upraszczać w nieskończoność, tak by każdy już wiedział, co ma mówić i robić, by swoją energią nakarmić ukrytego w mule kosmicznego stwora.

Wszystko co napisałem jest oczywiście okropne, ale zrobiłem to na zimno, z premedytacją. Wśród powodów jest także i ten, że autor laurki na cześć Jerzego Targalskiego nosi takie samo, jak ja nazwisko. Mogłoby się zdarzyć, że ktoś by – nie daj Boże – nie odróżnił jednego z nas od drugiego. A tak już każdy będzie wiedział czym Gabriel Maciejewski różni się od Jakuba Maciejewskiego.

Na koniec jak zwykle reklama książek

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-i-2/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kredyt-i-wojna-tom-ii/

 

No i zasygnalizowana wczoraj wrześniowa promocja

 

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-i/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-socjalizm-i-smierc-tom-ii/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/miedzy-altransztadem-a-poltawa-stolica-apostolska-wobec-obsady-tronu-polskiego-w-latach-1706-1709/

  41 komentarzy do “O racjonalnym gospodarowaniu energią, zasobami i bardzo atrakcyjnych formatach”

  1. Pracownicy korporacji opowiadają zawsze jedna tylko historie, badanie na szympansach i nagrodzie „banan”. pomieszczenie , 10 szympansów , drabina na górze banan (nagroda) jak któryś szympans się po drabinie dostanie do nagrody, reszta jest karana , rażona padem , pryskana zimną wodą itp. po iluś karach stado nie pozwala nikomu iść po banana. potem wymienia się szympansy i każdy następny nie wie o karze ale dostaje wpieprz od reszty jak idzie po banana, po wymianie wszystkich szympansów, które w nigdy nie były ukarane pędem czy prysznicem i tak jest obyczaj że jak idziesz po banan to manto. W korporacji to tłumaczą, że wszyscy i tak wiedzą w korpo za co jest kara i nie trzeba nic nikomu tłumaczyć.

    Obawiam, się że każda organizacja tajna czy jawna ma coś z eksperymentu, wiadomo że po banana nie ma się co wybierać, bo za to jest kara.

    Każda organizacja potrzebuje nowej krwi i musi ją wysysać, czy to jawnie czy skrycie.

    Artysta nie powinien iść do polityki, bo tam nie potrzebują artystów.
    Publicysta może być albo dobrym publicystą, lub kiepskim publicystą i politykiem (bo w polityce dostanie „manto” jak będzie dobrym publicystą)

    trzeba  wybrać , niestety paru z Konfy nie potrafi się zdecydować kim być i dostają manto od korpo politycznego i korpo …. do którego aspirują

  2. No cóż, ja co prawda nie mam bananów, ale jabłonka i czereśnia rośną pod domem

  3. ja mam jedno powtarzające się pytanie dlaczego w wiki nic nie ma o przodkach /dziadkach/  Konfederatów …. no chłopaki nie są znikąd…  bo wg mnie takie parcie na szkło, na politykę, na bycie w hierarchii …  po kimś się dziedziczy

  4. Ma Pan XIX wieczny charakter. To komplent.

  5. Targalski; jednego komuszego durnego pomiota mniej…

  6. po przeczytaniu FARAONA, to była lektura szkolna, zapytałam rodziców czy ten pan Bolesław  Prus, był w Egipcie, odpowiedziano mi że miał on lęk przestrzeni i że nigdzie dalej jak adres swojego mieszkania i redakcji gazety – nie był.

    Byłam bardzo zdziwiona,  że bez naocznej oceny, można ładnie opisać.

    może i dziś są wśród nas talenty… różniste …

  7. chrześcijanin mówi/pisze TAK

    RIP /REQUIESCAT IN PACE/

  8. Sierżant Daniels powiedział, że jest Braun jest żydem. Czy było dementi?

  9. Odpoczywa w pokoju? A pośmiertne ogłoszone przez Kościół anatemy to też RIP?

  10. Dzień dobry. Niech mu zatem ziemia lekką będzie. Ja niewiele o nim wiem w sumie, bo nie czytałem żadnych jego tekstów, samo empoi jakoś mnie zniechęcało. Taki już ze mnie fizjonomista-amator na własne jedynie potrzeby. Ale teraz nasi „brązownicy” już przystępują do tworzenia kolejnego pomnika, w ramach znanego tu od pokoleń kultu pogańskiego. Cóż, słyszałem o takich, którzy przeczuwając przenosiny na inny, lepszy świat zostawiali w swojej ostatniej woli wyraźne dyspozycje, czego to nie życzą sobie po swojej śmierci, bo brązownicy muszą mieć zajęcie i jakąś ofiarę zawsze zwietrzą. Ale to chyba nie taki przypadek.

  11. Badacz a literat to jednak różnica

  12. Brązownicy to pół biedy, tu już rosną naśladowcy

  13. Targalskiego zapamiętam głównie z nudnych jak falki z olejem programów na republice. Natomiast ciepło pomyślę o nim ze względu na książkę „resortowe dzieci -media”. Jako młody człowiek nie mam pojęcia, czy Targalski pisząc o likwidacji RSW Prasa -Książka -Ruch napisał jakieś bzdury, czy nie, ale to było coś co mnie totalnie zaskoczyło. Genealogia elyt (tw mewa ,tw konarski itp.) oraz smaczki typu: Monika Olejnik i jej debiut dziennikarski w postaci reportażu ze skupu butelek, albo Jacek Żakowski, który pisze w głębokiej komunie, że transport z masłem wyruszył już z Nowej Zelandii. Można było się pośmiać czytając.

  14. Naprawdę? A z faktu, że ojciec Targalskiego był w KC, należał do partii Puławian, napisał biografię Waryńskiego, już nie można się pośmiać? Czymu?

  15. – a pewnie, że rosną. Wszak każdy widzi się już na pomniku. Niektórzy już nawet pozy trenują; a’la Chopin z Łazienek, czy może lepiej na Mickiewicza spod Sukiennic…?

  16. Więc, odważnie, rozważnie, z grymasem cierpienia, w pełen znaczeń zbroimy się spokój. A, jak brzmią w naszych uszach wymowne milczenia, a jako lśnią nam niechciane łzy w oku…Tak spełniły się nasze proroctwa i wróżby, patrzcie żywi, a już między mity…Z wynajętych cokołów w gwarze głupim i próżnym już nie słychać milczenia zabitych

  17. Ślepiec był, w czarnych okularach, z tą głową tak przekrzywioną, jak denat zdjęty ze sznura, no i  z laską, a kota trzymał na kolanach i głaskał, znaczy litościwy dla zwierząt, więc śmiać się chce z kaleki takiego?

  18. Nie o to chodzi, dobrze pan wie. To jego emploi było – sądzę – celowe, po to, żeby uciąć wszelkie krytyki. Napisał Resortowe dzieci sam będąc resortowym dzieckiem, to jest najbardziej zabawne, niestety wszyscy udają, że tego nie widzą

  19. W rzeczy samej. To jedna z metod i tym bardziej dla takich nie może być wyrozumienia.

  20. – 🙂 Muszę przyznać, że w tym akurat kulcie pogańskim to i ja sam uczestniczyłem, ale to była, że tak powiem, konieczność pokoleniowa. A „Mury” to nawet dziś czasem można usłyszeć, powtarzane wprawdzie bez zrozumienia, ale jednak.

  21. To jest super śmieszne, a może najśmieszniejsze.

  22. „Eksperyment Stephensona” – miał się odbyć w latach 60. XX na rezusach, a przeprowadzić go miał niejaki G. R. Stephenson. Historia o małpach bijących każdą inną małpę za to, że ta próbuje sięgnąć po banany, jest ulubieńcem coachów, ekspertów od samopomocy, psychologów pozytywnych i każdego, kto będzie ci próbował uświadomić, jak niemądre jest podążanie za stadem zamiast działanie oparte na niekonwencjonalnym myśleniu. Ironią losu jest to, że to właśnie bezrefleksyjne powielanie tej fałszywki realniej obrazuje stadne postępowanie Homo sapiens i powielanie przez niego społecznie narzuconych treści, co można by zarzucić przede wszystkim właśnie wyżej wymienionym.
    Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę hasło „małpy, banany, prysznic” lub „five monkeys experiment”, wyskoczy wam mnóstwo materiałów mówiących o tym, jaki to eksperyment został przeprowadzony przez naukowców i żebyś w związku z tym „nie był jak małpa”. Rzadko który z tych artykułów raczy cię poinformować, że nic takiego nie miało miejsca.
     
    Stephenson rzeczywiście przeprowadził w 1967 roku eksperyment na rezusach dotyczący tematu na tyle zbliżonego do tego znanego z popularnej wersji, aby można było udawać powołanie na pracę naukową. Różnił się on jednak… wszystkim. Łącznie z samymi wynikami! W kontekście tego, jaki naprawdę był rezultat eksperymentu, można by śmiało powiedzieć: „Bądź jak małpa! Bo to nic złego”. W powołaniu na tę pracę nie chodzi bowiem o to, co w tym eksperymencie faktycznie zostało zrobione i co w nim zbadano, tylko o to, żeby było względnie wiarygodnie brzmiące powołanie. Jest praca naukowa z mądrym tytułem? Jest. Są rezusy i banany? Są. Tyle wystarczy. (A gwoli ścisłości – nie ma tam nawet żadnych bananów).” itd.  Małpy, drabina, banany i prysznic – znasz ten eksperyment? To jest fejk. Co może on o nas powiedzieć i jakie kryły się za nim prawdziwe eksperymenty? – Astrohomines (wordpress.com)

  23. tletego napisałem że opowiada się wśrod pracowników korporacji

  24. >Wystarczy przestudiować teksty…

    A jednak Podróże Kształcą

  25. a co  te polskie dziewczyny /lewa fotka/ wykopujące buraki cukrowe mają do /prawa fotka/ maciory z prosiakami /poniekąd/ przypominającej wilczycę kapitolińską – bo nie wiem

    czy to jest ilustracja racjonalnego gospodarowania zasobami …

  26. „[…] mówimy o strukturze, która szuka źródeł energii, by się utrzymać przy życiu […]”. I dlatego osoby takie, jak w przypadku Targalskiego, którego atrybutem były czarne okulary i kot – należy pytać o rasę i zdrowie kota, czy nie ma pcheł, czy szczepiony, kastrowany jeśli kocur, sterylizowana jeśli kotka, jaką karmę mu zadaje, czy jeśli nie wykastrowany to czy mógłby pokryć kotkę sąsiadki, bo zakochała się w kocie Targalskiego (sąsiadka), czy się boi się spaść ze schodów w tych czarnych okularach, że może się połamać i trafić na SOR, gdzie wpiszą mu kowida i podłączą pod respiratora no i więcej w tym duchu.  Wówczas, jeśli tylko hasbara nie podejmie natychmiast kontrakcji, rozmienia się gościa na drobne i sypie tym bilonem w tłum. To działa, szczególnie, jeśli tego rodzaju pytania zada większa liczba osób.    

  27. Przepraszam, ale piszę z doskoków, tylko gdy przychodzę się napić, wódki – rzecz jasna – bo zimno, a łupię drewno na zimę.

    ” Myślę, że coś takiego było udziałem Grzegorza Brauna. Nagle zorientował się on, że jego energia i pomysły idą, jak to się mówi, niczym krew w piach. Pod warstwą piachu zaś znajduje się coś, co żywi się tą energią.”

    Tak, ale o zalożowanie przestał w ogóle pytać, a pytał i to było naprawdę w dechę. A przecież jak donośnie, kształcąco i moralnie słusznie wybrzmiewałoby na sali sejmowej to pytanie  o zalożowanie rzucane przez wyglądającego niczym syn nieżyjącego już Bronisława – znawcy francuskich burdeli –  A to ministrowi od jedynej choroby, a to Jarosławowi K., a to Witkowej i Kidawie , bo są przecież loże damskie. A tu nic. Nędza, Braun, nędza. A tak mógłby się tubylczy ludek dowiedzieć, że jakieś tam loże są i w pewnym momencie może nawet zdenerwować się z tego powodu i zacząłby sam wypytywać?

    I tego Braunowi nigdy nie wybaczę, o ile nie zacznie znów publicznie pytać  o obediencje!

  28. Za mądrościami Salomona z motta do książki. Pomnik świń w Aarhus nie powie przypadkowemu podróżnikowi więcej o Danii niż uczone księgi lub dziewczyny wynajęte do zbioru buraków, ale pozwoli zrozumieć wiejskość tego kraju.

  29. Czy kredyt i wojna, to jest kontynuacja i całkowicie nowe treści pierwszej książki?

  30. Aha, wiejskość tego kraju…

    rozumiem, dziękuje za wyjasnienie

  31. To akurat jest proste; Duńczycy wiodą prym w hodowli świń, mają na punkcie swojej wieprzowiny hopla, choć jej jakość jest naprawdę podła. Niemniej do tego stopnia są odurzeni tą świńskością, że nas, Polaków, nobilitują, nazywając świniami (nie świńmi). Duńczyk bowiem między słowem świnia i Polak stawia znak równości i pod tym względem są gorsi od Niemców czy Żydów.

  32. ciekawe skąd w duńskich świniopasach i świniojadach aż tyle wyższości

  33. Dobre pytanie. Wydaje mi się – podkreślam – wydaje, że gdyby Polska graniczyła z Danią tak, jak z Niemcami czy Rosją, a Dania byłaby tworem znacznie większym, choćby wielkości Czech i Słowacji, to nie tylko my, ale i cała Europa, a być może reszta świata miałaby poważny problem. Dlatego Pan Bóg nie dał świni rogów, bo by nadto co czyni – bodła.

  34. Spośród świńskich skandynawskich monarchii najgorsi są jednak Holendrzy , mają s….. rogi, za to Angielczyków przejęli Starsi i to inna historia.

  35. Holendrzy nie są skandynawami. To potomkowie Batawów i Fryzowie, o których mawia się, że zostali wypędzeni ze Szkocji za skąpstwo. Ci drudzy zamieszkują ziemie przygraniczne Niderlandów, Danii i Niemiec, gdzie cieszą się względną autonomią, będąc jednocześnie obiektem drwin sąsiadów dokoła. Piszę o tym, bo Fryzom paradoksalnie najbliżej do nas, Polaków, z wyjątkiem podejścia do pieniądza i handlu, ale na przykład stan uzębienia Fryzów jest podobny do stanu Polaków: jedni i drudzy odznaczają się ponadprzeciętną próchnicą i no podobnie jak my nie wylewają za kołnierz. Na wsiach fryzyjskich bałaganik podobny do tego, jaki widujemy na polskich wsiach. Jest bardzo swojsko, tylko poziom agrotechniki o wiele wyższy niż  u nas.

    Natomiast Holendrzy właściwi to zatruty kwiat kalwinizmu, jedną nogą w piekle od urodzenia. W Brabancji, na południu, gdzie są katolicy, jest znośniej, ale jaki to katolicyzm… szkoda słów.

  36. Jakiś czas temu odwiedziłem rodzinę w Amsterdamie i tam oglądałem w telewizji  amerykański film z napisami. Byłem przekonany że złapałem jakąś duńską stację (znam szwedzki nie zgadzały się niektóre ,,kropeczki” stąd duński ,poza tym pełne zrozumienie). Rodzina wytłumaczyła że kanał i napisy holenderskie. Czy można pańskie wiadomości (tych nie kwestionuję) z moim doświadczenie jakoś połączyć?

  37. Nie wiem. Fryzyjski odróżniam wyłącznie słuchowo od duńskiego i niderlandzkiego, żadnego z nich nie znam, tzn. nie potrafię mówić, nieco rozumiem tekst niderlandzki. Fryzyjski zachodni brzmi, jak dla mnie, zjawiskowo: to jakby szkocki w jakimś sosie południowosłowiańskim, z lekka przyprawiony niemieckim przydechem (odmiana północna już nie jest tak przyswajalna, przynajmniej dla mnie). Gdy natomiast słyszę Holendra, to mam wrażenie jakbym słuchał tokującego indyka. Proszę p. Maciejewskiego o wyrozumiałość, bo z pewnością daleko odeszliśmy od tematu artykułu. A tu próbka akceptowalnie brzmiącego zachodniofryzyjskiego i krótki wykład na jego temat:

    https://www.youtube.com/watch?v=aZGyISJ3djo

    https://www.youtube.com/watch?v=MGP7N_Hdmok

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.